Kategoria: Bez kategorii

  • Konferencja niebezpieczeństwa

    14 lutego. Rok w rok do Monachium przyjeżdżają politycy, aby porozmawiać o najważniejszych problemach światowego bezpieczeństwa. W tym roku zjechali się po raz 52. Problemów co niemiara, ale skupiono się na dwóch najważniejszych dla kontynentu europejskiego: nieuregulowany konflikt na wschodzie Ukrainy oraz gorąca wojna w Syrii.

    Gdzie mowa o bezpieczeństwie, tam w centrum zainteresowania musi się znaleźć Rosja, powodująca nawracające bóle głowy w reszcie świata. Gdyby nie Rosja i jej agresywna polityka, nie byłoby tych dwóch głównych tematów konferencji.

    Aneksja Krymu i rozpalenie ciągle tlącego się konfliktu na wschodzie Ukrainy ma w zamyśle Kremla wykoleić ukraińskie dążenia integracji z Europą. Na razie wykoleić się ich nie udało, więc Moskwa będzie blokować wszelkie próby uregulowania konfliktu w Donbasie, a w razie potrzeby – podgrzewać go. Aktualnie konflikt jest w stanie zawieszenia, bo Moskwie zależy na zademonstrowaniu, że ma pokojowe zamiary. Bo chce, aby Zachód zechciał w końcu zdjąć te okropne sankcje (na spotkaniu delegacji rosyjskiej z delegacją niemieckiego biznesu próbowano rozmiękczyć grunt).

    Trwające niecałe pół godziny i zakończone bez rezultatu spotkanie formatu normandzkiego pokazało, że postanowienia Mińska 2 są martwe, strony okopały się na swoich pozycjach, a zegar zatrzymał się na szarej godzinie. Jedynym wyrywającym z drzemki epizodem spotkania było wystąpienie ministra spraw zagranicznych Ukrainy Pawła Klimkina, podczas którego zaprezentował on zdjęcia dostaw rosyjskiej broni dla separatystów i oznajmił, że Rosja znowu wzmacnia swoją obecność wojskową na wschodzie Ukrainy. Minister Ławrow oglądał w tym czasie swoje wypielęgnowane paznokcie i nie rzekł nic. Agresor w roli gołąbka pokoju czuje się świetnie, roli skruszonego pokutnika dla siebie nie przewiduje.

    Drugim obszarem, w którym Rosja swoją interwencją militarną dołożyła mocno do pieca, jest Syria. I w Monachium ten temat był potraktowany szeroko. Obradowała grupa kontaktowa z Ławrowem i sekretarzem stanu USA Kerry. W depeszy agencji Reutera czytamy: „Światowe mocarstwa osiągnęły porozumienie o zawieszeniu działań militarnych w Syrii w ciągu tygodnia, a także o dostępie pomocy humanitarnej do oblężonych miast, ale stronom nie udało się uzgodnić całkowitego zawieszenia ognia ani zakończenia rosyjskich bombardowań […] Rosja nie zamierza przerywać bombardowań, które dotyczą Państwa Islamskiego i Frontu An-Nusra, afiliowanego z Al-Kaidą. Nasze siły powietrzne będą nadal operować przeciwko tym siłom – powiedział Ławrow. USA i ich europejscy sojusznicy utrzymują, że tylko niewielka liczba rosyjskich ataków skierowana jest przeciwko wskazanym grupom, większość wymierzona jest w grupy syryjskiej opozycji, popierane przez Zachód”.

    I znowu Rosja wystąpiła w szacie rozjemcy w konflikcie, w który jest zaangażowana, w którym jest stroną. Owszem, rękawki w tej szacie są już mocno przetarte, ale partnerzy zdają się tego nie zauważać i biorą za dobrą monetę zapewnienia Moskwy o chęci dyplomatycznego uregulowania sytuacji w Syrii, o dotrzymywaniu przez nią umów, wierzą w jej otwarte łgarstwa. Andriej Malgin komentuje: „Rosja do spółki z Asadem nadal będzie niszczyć miasta, w których mieszkają przeciwnicy Asada, a raportować o zniszczeniu tysięcy sztabów Państwa Islamskiego. Na przedstawiane dowody będzie reagować jak zwykle: „Proszę to udowodnić”. Udowadniamy: oto fakty zebrane przez wywiad, oto zdjęcia, oto nagrania wideo, oto kobiety i dzieci zabite przez wasze bomby. W odpowiedzi znowu: „Proszę to udowodnić”. To jak rozmowa z bandytą „na zonie”. I tak zrobi po swojemu. Zachód zdradził syryjską opozycję. Jeśli dalej tak pójdzie, to niebawem nikogo już nie zostanie. Staną się uchodźcami. A Syria będzie się składała z dwóch części – kontrolowanej przez Asada i kontrolowanej przez Państwo Islamskie. Te dwie strony jakoś się dogadają. Taki stan rzeczy jak najbardziej odpowiada Putinowi, który część Asada uczyni swoją wielką bazą wojskową. Co prawda to będzie kosztować miliardy, ale czy Rosja kiedykolwiek oszczędzała na geopolityce? No i jeszcze w Syrii i Iraku istnieć będzie agresywny kurdyjski pas wzdłuż granicy z Turcją – żeby Turkom nie było za słodko. O to Rosja też zadba”. Czarna wizja.

    Do tego niewesołego obrazka swoje pięć groszy dodał premier Miedwiediew. Jego pojawienie się na monachijskim forum odczytano jako chęć zaznaczenia, że Moskwa ma dobre zamiary i wyciąga rękę do Zachodu. W czasie, gdy był prezydentem, Miedwiediew na Zachodzie, szczególnie w Niemczech miał opinie liberała, z jego rządami wiązano wielkie nadzieje na odprężenie, modernizację i współpracę. W 2012 r. nastąpiło wielkie rozczarowanie, że jednak Putin wrócił na Kreml i wziął wszystko i wszystkich za twarz. A Miedwiediew? No cóż, na „technicznej” pozycji premiera firmuje politykę bossa i nie odgrywa samodzielnej roli. Czy zachodni politycy mają tego świadomość? Może tak, przynajmniej niektórzy. Po wystąpieniu Miedwiediewa, w którym mówił on o „nowej zimnej wojnie” i straszył Europę, owacji jakoś nie było.

    Taką mamy dziś dziwną sytuację – Rosja próbuje jak w symultanie rozgrywać partie na kilku szachownicach. Na jednej ogrywa zdezorientowanych przeciwników, dostawiając z powrotem zbite figury i udając, że gra fair, a na innej oddaje pole i prosi o czas. Politolog Iwan Bunin twierdzi nawet, że wysłanie „miękkiego” Miedwiediewa miało być sygnałem do Zachodu: „my też jesteśmy Europą, nie wyrzucajcie nas”. Bo widać fiasko rosyjskiego „zwrotu na Wschód”. Jeśli by jednak tak miało być, to czemu Miedwiediew uciekł się do zimnowojennej retoryki, skierowanej pod adresem NATO? Rozgrywka na natowskiej szachownicy to temat na oddzielną rozprawkę (stałą obecność sił amerykańskich w Europie Środkowej, wielkie ćwiczenia wojskowe na zachodnich rubieżach Rosji, nadpobudliwość rosyjskiego lotnictwa itd.).

    Kreml dziś rano poinformował, że prezydent Obama zadzwonił do prezydenta Putina. Tematem rozmowy były Syria i Ukraina. Według oficjalnego komunikatu Moskwy (ze strony amerykańskiej jeszcze komunikatu nie ma), Putin ponownie wezwał do utworzenia wspólnego frontu walki z terroryzmem i zaznaczył, że Ukrainę trzeba przymusić do bliższych kontaktów z Donbasem. Jeszcze jedna runda biegu na przeczekanie i zmęczenie przeciwnika.

  • Jeszcze jedna operacja „Następca”

    6 lutego. Renesansowe portrety malowano na tle pięknych okoliczności przyrody lub nieobojętnych estetycznie ruin. Na pierwszym planie umieszczano portretowaną osobistość, wyrazistą, dominującą, przesłaniającą cymesiki krajobrazu, których oko widza często już nie dostrzegało. W dzisiejszym pejzażu politycznym Rosji dominuje, ma się rozumieć, prezydent Putin. To on stoi w centrum rosyjskiego wszechświata, gra główną rolę we wszystkich rytuałach i przesłania swoją prezydencką osobą resztę landszaftu. Czasem jednak oko obserwatora odrywa się od hipnotyzującego jak kobra przywódcy i spoczywa na tych elementach portretu władzy, które znajdują się na drugim lub trzecim planie.

    Z taką sytuacją mieliśmy do czynienia w upływającym tygodniu. Uwagę miłośników malarstwa portretowego przyciągnęły niespodziewane ruchy kadrowe w obwodzie tulskim. Obwód duży, położony w centralnej Rosji, historyczna ojczyzna samowarów. Od lat nie dzieje się tam nic takiego, co ciekawiłoby resztę wielkiego kraju. Federalne media odhaczają jedynie od czasu do czasu afery na wysokich obwodowych szczeblach, w wyniku których odchodzą lub są odwoływani kolejni gubernatorzy. Ostatni gubernator Władimir Gruzdiew podał się do dymisji „z przyczyn osobistych”. No, może i tak, może to był powód.

    Ale nie ta dymisja stała się przyczyną zwiększonego zainteresowania szerokiej publiczności leżącym na uboczu obwodem, a osoba nowego nominanta.

    Pełniącym obowiązki gubernatora obwodu tulskiego został ni z gruszki ni z pietruszki Aleksiej Diumin. Generał. Napisałam „ni z gruszki ni z pietruszki”, bo wcześniej na osobę p.o. gubernatora nikt nie zwracał uwagi. Co o nim wiadomo na pewno? Że urodził się w 1972 r., wywodzi się ze służb specjalnych, w czasie, gdy Putin pracował w merostwie Petersburga, Diumin był oficerem ochrony. W tym charakterze służył premierowi Wiktorowi Zubkowowi, a od 2008 r. był, jak piszą gazety, „osobistym adiutantem” Putina. Dochrapał się stanowiska zastępcy naczelnika Federalnej Służby Ochrony (odpowiednik BOR-u). W grudniu 2015 r. nieoczekiwanie został mianowany wiceministrem obrony (przejście ze służb do wojska jest rzadkością). I oto teraz, po niespełna dwóch miesiącach, został p.o. gubernatorem obwodu tulskiego.

    Komentatorzy przypominają, że niezaprzeczalną zasługą Diumina było to, że podczas meczów hokeja, w których występuje dla przyjemności Władimir Putin (tzw. Nocna Liga), jako bramkarz drużyny przeciwnej robi wszystko, żeby prezydent mógł mu strzelić bramkę.

    Jeszcze jedną zasługą przypisywaną Diuminowi jest jego udział w operacji zajęcia Krymu, a nade wszystko sprawne wywiezienie prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza do Rosji. Tego nie udało się na razie potwierdzić dokumentalnie.

    Ciekawa kariera, nie przeczę. Ale to ciągle jeszcze nie był główny powód, dla którego zaciekawione oczy zwróciły się ku nowemu tulskiemu gubernatorowi. Po nominacji (światła gasną, werbelek wystukuje niespokojny rytm) pojawiła się w mediach sugestia, że Diumin przewidywalny jest na następcę Putina. Jako pierwszy wrzutę upublicznił dziennikarz Siergiej Dorienko (w dawnych czasach główny telewizyjny kiler, obecnie w radiu „Goworit Moskwa”, pojawia się też czasem w programach publicystycznych telewizji, broniąc oficjalnej linii Putina i gnębiąc „kijowską juntę”): „Putin ma teraz trzech potencjalnych następców – Dmitrija Miedwiediewa, którego akceptują Amerykanie, ale nie kochają rosyjscy siłowicy, Andrieja Worobjowa [gubernator obwodu moskiewskiego], popieranego przez [ministra obrony] Szojgu, którego akceptują siłowicy w skali od „może być” do „bardzo dobrze” oraz Aleksiej Diumin. […] Diumin nigdy nie dopuści do rewizji putinowskiej spuścizny i nie pozwoli skrzywdzić samego Putina. Diumin będzie miał za sobą ludzi w mundurach. Będzie mógł zagwarantować [Putinowi] spokojną, zasobną starość. Jedyne, czego mu brakuje, to doświadczenie w pracy w sferze cywilnej”. No to akurat jako gubernator takiego doświadczenia nabędzie.

    Witalij Portnikow (http://mirror578.graniru.info/opinion/portnikov/m.248355.html) widzi w nominacji Diumina nowy rozdział i świadectwo paraliżu postępowego rosyjskich władz: „Desygnowanie putinowskiego ochroniarza i adiutanta Aleksieja Diumina jest czymś więcej niż kolejną decyzją kadrową w gronie samych swoich, do których należy kraj. Diumin nie jest dla Putina towarzyszem broni jak Iwanow i Patruszew. Nie jest generałem na carskiej służbie jak […] Szojgu. Nie jest sąsiadem z kooperatywy Oziero jak Kowalczuk. Diumin jest z obsługi. A awansowanie ludzi z obsługi na wysokie stolce zaczyna się wtedy, kiedy rosyjski monarcha już nikomu nie wierzy i zaczyna się bać własnego cienia”.

    Hermetyczne kremlowskie zamki nie pozwalają zweryfikować tej teorii o opryczninie, której powierza się ważne stanowiska. Na razie wszyscy mogą natomiast przyjrzeć się koafiurze Diumina (np. tu: http://www.rg.ru/2016/02/02/otstavka-gubernator.html). Dlaczego to takie ważne? Według znanej teorii pisarza Władimira Wojnowicza, Rosją rządzą na zmianę łysi i owłosieni. Po Putinie przyjdzie zatem kolej na kogoś, kto nie wyłysiał. Niezależnie od tego, kiedy to nastąpi.

  • Biedna Liza chce obalić Merkel

    2 lutego. Ta historia zaczęła się jak szeregowy materiał z ostatnich stron kroniki kryminalnej miasta Berlin. Trzynastoletnia Liza, córka emigrantów z Rosji, nie wróciła po lekcjach do domu. Po trzydziestu godzinach znalazła się i oznajmiła, że została uprowadzona i zawieziona do jakiegoś mieszkania, w którym gwałcili ją ludzie o „wyglądzie arabskim”. Rodzice Lizy zgłosili się na policję. Po przesłuchaniu Lizy policja ogłosiła inną wersję wydarzeń: Liza nie została zgwałcona, choć zapewne miała kontakty seksualne (możliwe, że nie z jednym partnerem, a było ich kilku). Rosyjskojęzyczna gazeta „Russkaja Giermanija” [tak na marginesie, niezły tytuł; ciekawe, czy w Moskwie miałaby szansę zaistnieć gazeta „Giermanskaja Moskwa”] próbująca wyjaśnić, co się działo z dziewczyną, dotarła do informacji, że Liza byłą zakochana w 19-letnim chłopaku pochodzenia tureckiego. Wysunięto hipotezę, że nastolatka u niego spędziła miło czas po lekcjach, a potem wymyśliła historię o porwaniu i gwałcicielach. Tu kończy się banalna historia obyczajowa i zaczyna polityka. I to wysoka.

    Bo do walki o Lizę stanęły naprzeciw siebie dwa kraje: Rosja i Niemcy. Pierwsza część starcia toczyła się na poziomie medialnym. Rosyjska telewizja przez wiele dni z rzędu nadawała trwożne reportaże o „zgwałconej rosyjskiej dziewczynce” (wielu komentatorów przyrównywało przypadek Lizy do słynnego „ukrzyżowanego chłopczyka ze Słowiańska”: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2014/07/14/ukrzyzowanie-w-slowiansku/). Liza stała się w ujęciu rosyjskich telewizyjnych demiurgów uosobieniem pokalanych cnót wszystkich prześladowanych, niedocenianych przez nową ojczyznę rosyjskojęzycznych migrantów, żyjących na marginesie społeczeństwa dobrobytu. Zgwałcona przez migrantów „o wyglądzie arabskim”, zaproszonych przez Angelę Merkel Liza stała się, w myśl wykładni rosyjskich mediów, ofiarą lekkomyślnej polityki migracyjnej pani kanclerz. W niemieckiej telewizji z kolei twardo utrwalano wersję policji: Liza urwała się po szkole „na gigant”, spędziła z ukochanym noc, a następnie postanowiła wrócić do domu i nakłamała o rzekomym gwałcie, aby uniknąć kary.

    Wydarzenia ostatnich dni trzeba rzucić na szersze tło. Nikołaj Mitrochin (http://grani.ru/opinion/mitrokhin/m.248146.html) tak pisze o środowisku rosyjskojęzycznych migrantów w Berlinie: „Integracja z niemieckim społeczeństwem wcale nie oznacza asymilacji. Wielu z tych, którzy przyjechali w dzieciństwie lub urodzili się w Niemczech, mówi po niemiecku, żyje po niemiecku i uważa się za Niemców. Jednak większość migrantów pierwszej fali [chodzi głównie o tych, którzy powołując się na niemieckie pochodzenie, wyjechali z ZSRR jeszcze w latach 80. lub z Rosji i Kazachstanu na początku lat 90.] … mówi o sobie: jesteśmy Ruscy. W domu posługują się oni mieszanką językową rosyjsko-niemiecką, jedzą rosyjskie/kazaskie dania, na weselach tańczą przy popularnej muzyce rosyjskiej, rozmawiają przez skype’a z krewnymi, którzy zostali w „Sojuzie”, oglądają na co dzień rosyjską telewizję za pośrednictwem satelity. Jest dla nich bardziej zrozumiała, ciekawsza, pozwala zapomnieć o problemach. Bo problemy są w Niemczech, a w Rosji jest kraina ich młodości i sentymenty z nią związane, raj”. Zdaniem Mitrochina, ludzie ci przywieźli ze sobą (i nie rozstali się) cały zestaw ksenofobicznych pojęć. Stąd pogardliwe podejście do migrantów z krajów muzułmańskich. I niewiara w to, że policja jest w stanie stanąć w obronie atakowanych przez uchodźców obywateli Niemiec. Ta niewiara w policję wzmocniła się jeszcze po słynnej „nocy długich rąk” w Kolonii i nie tylko, kiedy to kobiety masowo zostały zaatakowane przez grupy migrantów.

    Atmosfera wokół sprawy Lizy gęstniała z każdym dniem. Rodzice Lizy, związani z antyimigrancką Pegidą, wezwali do sprzeciwu wobec migrantów i do obrony Lizy. Pracujący wiele lat w Rosji niemiecki dziennikarz Boris Reitschuster twierdzi, że Pegida jest finansowana przez Moskwę, a sprawa Lizy była ukartowana i sprawnie przeprowadzona przez rosyjskie służby i telewizję; na swoim blogu Reitschuster rozprawiał się z fake’ami stosowanymi przez rosyjskie media przy preparowaniu historii Lizy.

    Najpierw w Berlinie, a potem w innych niemieckich miastach odbyły się demonstracje w obronie Lizy i przeciwko migrantom (organizowane bardzo sprawnie, jak można przypuszczać, z pomocą płynąca z Rosji). Potem sprawa Lizy weszła na wysoki szczebel polityczny. Gniewnymi wypowiedziami wymienili się ministrowie spraw zagranicznych.

    W wywiadzie dla „Nowej Gaziety” (http://www.novayagazeta.ru/politics/71651.html) Reitschuster mówi: „Według pewnych danych, istnieje plan obalenia Merkel, rozkołysania łódki, stworzenia sytuacji, która wymknie się spod kontroli, chodzi o to, aby kanclerz, pod którą chwieje się fotel, odeszła. Ona jest głównym przeciwnikiem Moskwy, decydującą siłą w kwestii przyjęcia sankcji UE wobec Rosji. Dla rosyjskojęzycznej ludności w Niemczech i Rosjan historia z Lizą osiągnęła swój cel. Ludzie są zaniepokojeni, wierzą w to, co mówi telewizja, nie wierzą policji. W Niemczech, wedle ocen rosyjskiego MSZ, mieszka 6 mln rosyjskojęzycznych, ale myślę, że w rzeczywistości to 3 do 4 milionów. Niemniej to znaczy, że rosyjska propaganda ma wpływ na Niemcy”.

    Sprawa „biednej Lizy” ma wiele aspektów i pozostawia wiele pytań, na które trudno jednoznacznie odpowiedzieć albo trudno odpowiedzieć w ogóle. Czy Moskwa ma instrumenty, aby skutecznie rozgrywać wewnętrzną scenę polityczną w Niemczech? Czy rosyjska agentura w Niemczech jest w stanie efektywnie wpływać na poparcie dla niemieckich polityków, w tym Angeli Merkel? Czy niemieckie służby zaczną się uważniej przyglądać środowiskom rosyjskojęzycznych sympatyków Putina? No i jest jeszcze jedno pytanie: jaki sprawa Lizy będzie miała wpływ na stosunki niemiecko-rosyjskie? Na razie te stosunki się schłodziły. Ale co dalej? A sankcje?

  • Wycena majątku

    30 stycznia. To był czarny tydzień dla wizerunku Władimira Putina na Zachodzie. Jak tak dalej pójdzie, to portret w stroju koronacyjnym zmieni się niebawem w czarny kwadrat.

    Najpierw były rewelacje brytyjskiego raportu o przyczynach śmierci uciekiniera z rosyjskiego grajdołka służb specjalnych, Aleksandra Litwinienki. Autor raportu sędzia Robert Owen stwierdził, że Putin „najprawdopodobniej” wydał polecenie, aby otruć „pieriebieżczika” Litwinienkę polonem 210 (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/01/22/polon-210-ciagle-promieniuje/).

    Następnie BBC wyemitowało program poświęcony skorumpowaniu rosyjskiego prezydenta. W filmie „Tajne bogactwa Putina” (https://www.youtube.com/watch?v=mPA7SHQlaG8) wypowiedział się m.in. przedstawiciel amerykańskiego Departamentu Finansów, Adam Szubin: ” [Putin] oficjalnie otrzymuje od państwa pensję w wysokości 110 tys. dolarów rocznie. Ale to nie te pieniądze są źródłem bogactwa tego człowieka, on ma ogromne doświadczenie, jeśli chodzi o ukrywanie prawdziwego stanu majątku. Z naszego punktu widzenia Putin jest skorumpowany”. Na podstawie zebranego materiału, a także wypowiedzi uczestniczących w programie ludzi, w przeszłości obsługujących aktywa Putina, autorzy filmu wyrazili przypuszczenie, że Putin dysponuje gigantyczną kasą: 40 mld dolarów (w akcjach i nie tylko). Ma też, jak twierdzą twórcy filmu, nieruchomości w Hiszpanii (w Torrevieja), będące owocem symbiozy interesów Putina z czasów pracy w petersburskim merostwie i interesów grup mafijnych. Na marginesie, tu krzyżują się dwa wątki: otrucie Litwinienki i dotarcie przezeń do dokumentów poświadczających powiązania Putina i mafiosów. Według jednej z hipotez, Litwinienko właśnie dlatego został zabity, że poznał i rozgryzł te powiązania.

    Chodzi nie tylko o to, że Putin sam się wzbogacił, ale o stworzenie całego chorego systemu, przeżartego korupcją. Systemu, który pozwolił i pozwala bogacić się ludziom z bliskiego otoczenia Putina.

    Szubin przyznaje w filmie, że Stany wiedziały o skorumpowaniu Putina „wiele, wiele lat”. Dlaczego akurat teraz postanowiono to ujawnić i wziąć pod uwagę? Czy Waszyngton przygotowuje personalne sankcje wobec Putina? Czy może tylko daje Putinowi do zrozumienia, że wie, gdzie jest ta skarpeta, w której składał on zaskórniaki na czarną godzinę. I że na tej skarpecie Amerykanie trzymają łapę.

    O bogactwach Putina – jachcie od Abramowicza, pałacu pod Gielendżykiem, zbudowanym za „otkaty” od oligarchów czy pękatych kontach zapełnianych za pośrednictwem offshorów – mówiono nie od dziś. Czemu zatem ten film BBC zrobił takie wrażenie? Bo po raz pierwszy głos zabiera w nim oficjalny przedstawiciel amerykańskiej administracji i mówi otwartym tekstem, że uważa Putina za polityka skorumpowanego. A to jasny sygnał, że dla Białego Domu Putin stał się „nierukopożatnyj” – takiemu ręki nie podajemy. Sekretarz prasowy amerykańskiego prezydenta powiedział, że wypowiedź Szubina o skorumpowaniu Putina jest w pełni zbieżna ze stanowiskiem Białego Domu.

    Z kolei Kreml ustami sekretarza Dmitrija Pieskowa oznajmił, że zawarte w filmie sugestie o skorumpowaniu Putina i jego wielkich majętnościach to kompletny absurd, wymysł i czarny PR. Moskwa oczekuje wyjaśnień i konkretów. „Jeżeli podobne oficjalne stwierdzenia pozostaną bez dowodów, to rzuci to cień na reputację departamentu finansów” – powiedział Pieskow.

    Być może wyemitowanie filmu o tajnym majątku jest niezbyt elegancką próbą zdyscyplinowania Putina, pogrożeniem palcem, sygnałem: nie podoba nam się to, co robisz w Syrii, bombardując opozycję, którą my wspieramy, a nie deklarowane cele tzw. Państwa Islamskiego, nie podoba nam się twoja polityka wobec Ukrainy. Jeśli więc chcesz utrzymać swój stan posiadania, to spasuj.

    Zdaniem Ilji Milsztejna (Grani), reakcja Waszyngtonu jest spóźniona. Pogróżki USA mogłyby zrobić wrażenie na poprzednim wcieleniu Putina, bo tamtemu poprzedniemu wcieleniu zależało na majątku. A obecne wcielenie gra na innym fortepianie i zależy mu nie na rzeczach materialnych, a na wyższych sprawach ducha: „wszystko na tym świecie to marność nad marnościami, wszystko poza sworzniami duchowości i zdobyczami terytorialnymi. Niczego i nikogo nie jest żal, cały ten grzeszny świat nie zasługuje na przetrwanie, niech się spali w ogniu wojny jądrowej, żeby tylko sumienie mieć czyste”.

    Ciekawe spojrzenie. Gdyby faktycznie tak miało być, to oznacza, że Putin odpłynął i żadne racjonalne przesłanki nie liczą się przy podejmowaniu przezeń decyzji.

    Politolog Stanisław Biełkowski, który wiele lat temu upublicznił informacje, że Putin ma wielomiliardowy majątek, uważa, że Kreml mógłby puścić słowa Szubina mimo uszu lub zareagować żartobliwie, jak kilka lat temu (Putin na konferencji prasowej skwitował twierdzenia, że jest posiadaczem miliardów: „wydłubali sobie coś z nosa i rozmazali po papierach”), tymczasem reakcja była dość gniewna. Biełkowski wysunął przypuszczenie, że tym razem Amerykanie wkurzyli Putina nie na żarty. „Należy się spodziewać odpowiedzi Rosji, może coś na kierunku ukraińskim lub syryjskim, możliwa jest eskalacja konfliktu. Albo nastąpią kroki odwetowe wobec konkretnych amerykańskich polityków, np. publikacja haków”.

    Tak czy inaczej na linii Moskwa-Waszyngton, a także Moskwa-Londyn wieje coraz większym chłodem. Działania Putina, podyktowane chęcią nawiązania dialogu z Zachodem (operacja w Syrii, dialog w formacie mińskim o uregulowaniu sytuacji w Donbasie), nie przynoszą oczekiwanych przezeń efektów. A jeszcze dzisiaj od kilku godzin spływają depesze o kolejnym naruszeniu przez rosyjski samolot bojowy tureckiej przestrzeni powietrznej. To nie zapowiada uspokojenia sytuacji.

  • Polon 210 ciągle promieniuje

    22 stycznia. Po ogłoszeniu w Wielkiej Brytanii raportu w sprawie śmierci Aleksandra Litwinienki figury na politycznej szachownicy ponownie się ożywiły. Tym bardziej że autor raportu Robert Owen zawarł w nim kluczowe stwierdzenie: sprawcami śmierci Litwinienki są byli oficerowie Federalnej Służby Bezpieczeństwa Rosji – Ługowoj i Kowtun, którzy działali na polecenie z góry, „najprawdopodobniej” Nikołaja Patruszewa (ówczesnego szefa FSB) i prezydenta Władimira Putina.

    Kreml zareagował skromnie i bez specjalnego zdziwienia. Sekretarz prasowy prezydenta Dmitrij Pieskow wzruszył ramionami i powiedział, że brytyjskie śledztwo jest nieprofesjonalne. Wszelako śledztwo Roberta Owena stanowi grubą rysę na wizerunku kremlowskich „profesjonalistów”, który i tak przecież nie jest kryształowy. To stwierdzenie wprost, że szefostwo FSB i osobiście Putin, z tych struktur się wywodzący, zlecili egzekucję odszczepieńca Litwinienki. I to egzekucję jednocześnie pokazową i skrytobójczą. Czegoś takiego jeszcze nie było.

    Już w maju 2015 roku pojawiły się sygnały, że na światło dzienne wypłyną mocne kwity na Putina (pisałam o tym na blogu – http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2015/05/23/niewinni-czarodzieje-w-petersburga/). Domniemywano wówczas m.in., że zostaną ujawnione dokumenty świadczące o przekrętach dokonanych przez Putina i spółkę w czasach, gdy pracował on w merostwie Petersburga. Kreml wykonał akcję prewencyjną – zanim materiały zostały opublikowane w prasie, zaprzeczał, by Putin cokolwiek mógł mieć na sumieniu. Tymczasem w grudniu ub.r. raport w sprawie powiązań Putina i ludzi z jego otoczenia z mafią tambowską opublikowała Otwarta Rosja Michaiła Chodorkowskiego (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2015/12/13/cien-tambowa/).

    Według ustaleń śledztwa Roberta Owena, Litwinienko pracował jako konsultant dla brytyjskich służb  specjalnych, pilnie śledził poczynania rosyjskiej mafii w Hiszpanii i zbierał na Putina materiały kompromitujące. Dotarł do ważnych informacji. Czy to był powód skazania go na śmierć w męczarniach?

    Wykonawca polecenia góry, Andriej Ługowoj po śmiercionośnej wycieczce do Londynu z polonem w kieszeni został w ojczyźnie przyjęty z otwartymi ramionami. Były funkcjonariusz FSB średniego szczebla nagle kupił sobie w centrum Moskwy wielkie mieszkanie za bajońską sumę (https://twitter.com/alburov/status/690186436658794496). Został deputowanym Dumy Państwowej, zyskując tym samym cenny parasol immunitetu. Rosja na brytyjskie prośby o możliwość przesłuchania Ługowoja odpowiadała konsekwentnie „niet”.

    Panowie z FSB doskonale bawili się przy tym i pozwalali sobie na żarciki: niejaki Rafael Filinow przywiózł Borysowi Bieriezowskiemu z Moskwy do Londynu koszulkę od Ługowoja. Taki miły prezent. Na koszulce z przodu znajdował się napis POLON-210. CSKA. LONDYN. Hamburg. Ciąg dalszy nastąpi”, a na plecach: „CSKA, śmierć z napromieniowania stuka do twych drzwi” (zdjęcia koszulki można obejrzeć na FB Siergieja Parchomienki: https://www.facebook.com/photo.php?fbid=10208319864583694&set=a.1714988723998.94116.1516606334&type=3&theater).

    Co dalej? Rosja nie wyda Ługowoja. Stosunki rosyjsko-brytyjskie jeszcze bardziej się schłodzą. Zdaniem politologa Konstantina Eggerta, „prezydent zawsze ostro reaguje na ataki pod jego adresem. Raport Owena został na Kremlu przyjęty jako skoordynowana akcja brytyjskiego rządu. Jestem przekonany, że Rosja już niebawem odpowie. A jeśli Cameron zdecyduje się na rozszerzenie sankcji, to Rosja może zareagować wobec Londynu tak samo ostro jak w przypadku Turcji”.

    A trzeba jeszcze pamiętać, że spodziewane jest ogłoszenie kolejnego raportu – w sprawie katastrofy malezyjskiego samolotu pasażerskiego. Kumulacja.