Kategoria: Bez kategorii

  • Buk o numerze 332

    5 maja. Analiza dostępnych w otwartych źródłach materiałów pozwoliła grupie Bellingcat ustalić, że Buk, który wedle wszelkiego prawdopodobieństwa zestrzelił samolot Malaysian Airlines w lipcu 2014 roku nad Donbasem, miał numer boczny 332. Potwierdzono to, co ujawniono już w poprzednich raportach dziennikarzy z grupy śledczej: Buk przybył na objęte walkami ukraińskie terytorium z Rosji, z Kurska, z 53. brygady wojsk rakietowych (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2015/10/16/dwa-raporty-kolejno/). Jeszcze w lutym dziennikarze z grupy śledczej wskazali nazwiska konkretnych rosyjskich wojskowych, którzy najprawdopodobniej dokonali zestrzelenia malezyjskiego boeinga. Rosyjskie ministerstwo obrony uznało te ustalenia za wypaczenie faktów, a wnioski za oparte na fałszywych przesłankach (z całą mocą negowano m.in. obecność rosyjskich wojsk na wschodzie Ukrainy).

    Bellingcat opublikował 3 maja kolejny raport, przybliżający o jeszcze jeden krok wyjaśnienie tragedii: https://www.bellingcat.com/wp-content/uploads/2016/05/The-lost-digit-BUK-3x2_RU_final.pdf Można prześledzić etapy pracy analityków, które doprowadziły ich do wniosku o sprawstwie katastrofy – drobiazgowe porównanie zdjęć, sprawdzenie trasy, jaką pokonał Buk, wszystkie wykorzystane materiały zostały starannie opatrzone w odsyłacze. Zainteresowanie rosyjskich mediów raportem Bellingcat było znikome. Sekretarz prasowy Putina oznajmił, że Moskwie trudno jest ocenić prawdopodobieństwo ustaleń grupy Bellingcat. I doradził ciekawym, aby pytali rosyjskich wojskowych, bo to jest adres właściwy i krynica prawdy. Przedstawiciel Rady Federacji Konstantin Kosaczow dostrzegł w śledztwie Bellingcat cel polityczny: grupa wspiera swoją działalnością politykę Zachodu utrzymującego antyrosyjskie sankcje, a ustalenia dziennikarzy nazwał „pseudo-sensacją”.

    Rosyjska telewizja od 24 kwietnia zapowiadała kilkakrotnie w tonie niemal triumfalnym, powołując się na przecieki brytyjskiej prasy, że BBC pokaże film, w którym dowodzi się, że malezyjski samolot został zestrzelony przez ukraiński myśliwiec. Kapłani propagandowo poprawnej wszechwiedzy grzali te silniki i grzali („oczekuje się – zachłystywali się – że w filmie pokazani zostaną świadkowie, którzy widzieli, że rakietę w kierunku samolotu Malaysian Airlines wystrzelił ukraiński myśliwiec”) aż do momentu, gdy okazało się, że film BBC poświęcony jest… fałszywkom i teoriom spiskowym, rozpowszechnianym przez rosyjską propagandę, a wersja z ukraińskim samolotem bojowym jest niczym więcej jak tylko jedną z takich teorii. Na stronie fundacji Openrussia można obejrzeć ten film z rosyjskim tekstem https://openrussia.org/post/view/14804/ (film jest dostępny na stronie BBC: http://www.bbc.com/russian/international/2016/05/160428_mh17_conspiracy_files_article )

    Co było ukryte, niebawem będzie odkryte.

  • Amerykański prezydent Rosjan

    2 maja. Na Obamę już Kreml nie liczy. Dobiega końca jego druga kadencja, żegnajcie, Baracku Husejnowiczu, już i tak na wszystko jest za późno. Teraz trzeba patrzeć w przyszłość.

    W licznych programach publicystycznych w rosyjskiej telewizji, publikacjach w prasie i w Internecie słychać jedną wielką modlitwę o to, by tegoroczne wybory prezydenckie w USA wygrał „Donalduszka Trump, nasz rodnoj”. Przyjdzie Donald i wyrówna, dogada się z Putinem jak dwa razy dwa cztery. Uhonoruje należycie druha od parytetu atomowego, ustąpi we wszystkim, zostawi w spokoju Asada w Syrii, kopnie Poroszenkę i jego „benderowców” w Kijowie, zgodzi się na wyłączność rosyjskiego patronatu nad całym byłym ZSRR, a może i byłym obozem socjalistycznym. No, a na dobrą wróżbę przede wszystkim od razu, na drugi dzień po wygranej, zdejmie z Rosji te piekielne sankcje. Świat od razu stanie się lepszy i piękniejszy. Wizje spokojnej emerytury na Hawajach czy w Miami dla wysokich urzędników rosyjskiego państwa znowu okażą się możliwe do zrealizowania. Towarzysze, trzymajmy kciuki za Donalda Fredowicza!

    Jest takie badanie opinii publicznej przeprowadzane przez międzynarodowy ośrodek YouGov, które wskazuje, na kogo z kandydatów na prezydenta USA zagłosowaliby ludzie mieszkający w innych krajach. Badaniem objęto mieszkańców krajów G20. Tylko obywatele Rosji wybrali na „swojego” prezydenta Donalda Trumpa, pozostałe dziewiętnaście państw wolałoby w fotelu prezydenckim widzieć panią Hillary Clinton (choć nie jest ona jeszcze pewna swojej nominacji z ramienia demokratów).

    „Rosyjska trumpomania jest zrozumiała – pisze Władimir Abarinow (Grani.ru). – Nad popularyzacją Trumpa usilnie pracuje rosyjska prasa, pochwalił go sam prezydent Putin, nazywając bardzo wyrazistą osobowością, człowiekiem utalentowanym. Podkreśla się to, że Trump nie jest rusofobem. […] Trump imponuje większości Rosjan tym, co odrzuca od niego Amerykanów – swoim chamstwem i pogardą dla ogólnie przyjętych norm cywilizowanych zachowań”. Abarinow zwraca w swoim komentarzu uwagę, że wcale nie jest jeszcze powiedziane, że to właśnie Trump zostanie kandydatem Partii Republikańskiej, a nawet gdy zostanie, to że wygra wybory. I stwierdzenie Putina, że to „absolutny lider wyścigu prezydenckiego” jest przedwczesne, na wyrost i świadczy o nieznajomości zasad rządzących amerykańskimi wyborami.

    Sam Trump też ostatnio wyhamował z deklaracjami przyjaźni pod adresem Rosji. Dzisiaj stwierdził wręcz, że „w pewnych okolicznościach” należałoby zestrzeliwać rosyjskie myśliwce prowokujące amerykańskie samoloty pełniące dyżur bojowy. Jego zdaniem, to wyraz braku szacunku dla USA i prezydenta. „Normalnie by Obama, powiedzmy, prezydent, zadzwonił do Putina i powiedział: słuchaj, weź się uspokój, nie rób tego, powstrzymaj tego maniaka, po prostu go powstrzymaj. Ale my nie mamy takiego prezydenta. On sobie gra gdzieś w golfa. […] [Te incydenty] to całkowity brak szacunku do Obamy, którego oni, jak wiecie, nie poważają” – powiedział Trump w rozmowie z dziennikarzem Indiana Radio. Wypowiedź Trumpa była nawiązaniem do manewru wykręcenia beczki przez rosyjski samolot Su-27 nad amerykańskim samolotem. Ten popis sztuki pilotażu miał miejsce 29 kwietnia nad Bałtykiem. To nie jedyny przykład prowokacji rosyjskiego lotnictwa wobec amerykańskich maszyn. Litwa dziś poinformowała, że nad Bałtykiem w tym tygodniu doszło do pięciu incydentów z udziałem rosyjskiego lotnictwa. A odnotowano też podobne akcje nad Pacyfikiem. Putin jedzie po bandzie.

  • Partita na brudną wiolonczelę

    26 kwietnia. Nie opadł jeszcze kurz nad pobojowiskiem z powodu ujawnienia rajskiej pralni brudnych pieniędzy w Panamie, nie przebrzmiał jeszcze gromki śmiech nad niezbornymi próbami wybielenia przyjaciela Putina, wiolonczelisty Siergieja Rołdugina (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/04/10/przesliczny-wiolonczelista-w-panamie/), a już do mediów wyciekły kolejne rewelacje związane z ciemnymi schematami finansowymi.

    Centrum dziennikarskich śledztw OCCRP dotarło do informacji, które rzucają dodatkowe światło na interesy Rołdugina. Sensacją jest to, że przewały zdolnego wiolonczelisty związano w śledztwie dotyczącym rosyjskich pieniędzy z… tym, co wykrył swego czasu prawnik Siergiej Magnitski.

    Magnitski był prawnikiem w Hermitage Capital. W 2008 roku wykrył wielkie przekręty w organach skarbowych. W lewe schematy polegające na wyprowadzaniu pieniędzy z budżetu państwa pod pozorem zwrotu podatku była umoczona m.in. Olga Stiepanowa pracująca w inspekcji podatkowej, a także jej podwładni i kilku panów z policji. Niska ranga, a pieniądze wielkie. Zaraz sobie zresztą to miłe towarzystwo nakupiło nieruchomości w Rosji i ZEA. Zamiast rozwiać wątpliwości podniesione przez Magnitskiego, organy podatkowe przyczepiły się do niego, że to on nie płaci podatków. Prawnik bezzwłocznie został aresztowany, osadzony w areszcie śledczym, poddany obróbce, nie udzielono mu pomocy lekarskiej mimo pogarszającego się stanu zdrowia, Magnitski zmarł 16 listopada 2009 roku, okoliczności jego śmierci do tej pory nie są wyjaśnione.

    Tyle tytułem przypomnienia, a teraz główne ustalenia OCCRP. W dokumentach „panamskiego archiwum” znaleziono potwierdzenie, że firma Rołdugina International Media Overseas SA sprzedała akcje Rosniefti za ponad 800 tys. dolarów przez sieć off shore’ów. Zakupiła je najprawdopodobniej firma Delco Networks, zarejestrowana na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych. W efekcie tej transakcji na konta firmy wpłynęły 2 mln dolarów. Jak wskazuje w omówieniu tych zabiegów internetowa gazeta „Grani” (http://grani.ru/Events/Crime/m.250946.html), pieniądze przepłukano sprawdzonymi metodami, z których „korzystały zarówno zorganizowane grupy przestępcze, jak i władze Rosji”. OCCRP twierdzi, że Magnitski wykrył ten schemat. Dokładny opis (z nazwami firm) i rozrysowany schemat tutaj: https://www.occrp.org/en/panamapapers/russia-the-cellist-and-the-lawyer/

    Zwraca uwagę to, że autor raportu o transakcjach firmy Rołdugina Paul Radu niemal w każdym zdaniu stosuje wyrażenia „najprawdopodobniej”, „wydaje się, że”, „wiele wskazuje na to, że”. Kreml uważnie przejrzał pierwsze publikacje na temat papierów z Panamy i z uznaniem podsumował, że od strony prawnej nie ma się do czego przyczepić, wszystko jest udokumentowane i sformułowane w taki sposób, że gdyby strona rosyjska chciała procesować się o zniesławienie, nic by przed sądem nie wskórała.

    Sprawie przyjrzał się Aleksiej Nawalny (https://navalny.com/p/4845/). „Zupełnie było niezrozumiałe – pisze w blogu, analizując sprawę Magnitskiego – dlaczego władza tak zaciekle broni tych bab z inspekcji podatkowej […] Gdyby zostały zapuszkowane w celach pokazowych, że niby w ten sposób zwalcza się korupcję, to władzy ranking by skoczył do góry. Tymczasem w obronie tej szajki z pianą na ustach występowali ludzie z wierchuszki. Przeciwko Stiepanowej nie toczyło się żadne śledztwo, chociaż wzbogaciła się nagle i w niewyjaśniony sposób. Teraz jest jasne, dlaczego. Bo z tych schematów, obsługiwanych przez Stiepanową, korzystał taki jeden znany wszem wobec Władimir. […] Jak wynika ze śledztwa OCCRP, do skarbonki Putina pieniądze wpłacali ludzie, związani ze sprawą Magnitskiego. I to nie tylko ci sami ludzie, ale wręcz te same pieniądze. Prawie milion dolarów z ukradzionych 230 mln został zapłacony firmie, w stu procentach należącej do najlepszego przyjaciela Putina. […] Były pieniądze w budżecie Federacji Rosyjskiej, a znalazły się w firmie zarejestrowanej w raju podatkowym na nazwisko przyjaciela Putina”. Dalej Nawalny zestawia kilka posunięć Kremla i wypowiedzi Putina i innych osób. „Putin osobiście potwierdził autentyczność dokumentów panamskich, powiedział też, że szczyci się przyjaźnią z Rołduginem. Według oficjalnej wersji prezentowanej przez rosyjskie władze, pieniądze z budżetu [wtedy, w 2008 roku] ukradli nie Stiepanowa i spółka, a Browder [zwierzchnik Magnitskiego w Hermitage] i Magnitski. Ostatnio rosyjska telewizja trąbiła, że Browder to agent CIA i MI6. Jeśli złożyć to wszystko do kupy, naszym oczom ukazuje się mocno splątany scenariusz tandetnego filmu szpiegowskiego. Oto amerykańsko-brytyjski szpieg Browder, który skradł podatki z rosyjskiego budżetu, z niewiadomych powodów dzieli się „zdobyczą” z najlepszym przyjacielem prezydenta. A pod osłoną nocy skupuje akcje Rosniefti. Niemożliwe? W takim razie złodzieje z inspekcji podatkowej i MSW, którzy skradli 230 mln dolarów z rosyjskiego budżetu, część pieniędzy przekazali do skarbonki Putina. Kupili sobie w ten sposób immunitet i gwarancje bezpieczeństwa”. Mocna teza. Bardzo mocna.

    Z tokiem rozumowania Nawalnego zgadza się Otkrytaja Rossija Michaiła Chodorkowskiego (https://openrussia.org/post/view/14622/). W omówieniu dodaje: „OCCRP nie jest w stanie uzyskać potwierdzenia tych informacji – nie udało się nawiązać kontaktu z Rołduginem i otrzymać od niego komentarz. Natomiast Browder skomentował sytuację: Zawsze nas interesowało, dlaczego Putin gotów jest zepsuć swoje stosunki z Zachodem, aby obronić przestępców, zamieszanych w sprawę Magnitskiego. Ta nowa informacja wiele wyjaśnia”.

    Dmitrij Butrin z „Kommiersanta” przedstawia rzecz ostrożniej: „Niestety w komunikatach OCCRP i ICIJ jest za mało informacji o tym, kto może znajdować się w zarządzie tej „bardzo złej sieci płatności”, nie wiemy, kto jest właścicielem młotka, co najwyżej wiemy, kto korzystał z młotka. Ale nie dowiadujemy się, po co z niego korzystał. W panamskich papierach nie znajdujemy też nowych informacji o tym, kto był beneficjentem schematów, których wykrycie Magnitski przypłacił życiem. Znaczy się, to wypłynie gdzie indziej, w innej bazie. Ale na pewno wypłynie i zostanie opublikowane. Ale żeby stwierdzić, że wszystko jest jasne, trzeba jeszcze pozyskać bardzo wiele informacji”.

    Cóż, zobaczymy, wygląda na to, że panamski serial dopiero się rozkręca.

  • Znajomy z Yakuzy

    22 kwietnia. A to echo grało. Echo lat dziewięćdziesiątych w bandyckim Petersburgu. Lat spędzonych w merostwie tego miasta, tuż za plecami mera Anatolija Sobczaka. Władimir Putin niechętnie mówi o tamtym okresie. A to czas ciekawy. Choćby z tego względu, że wiele osób z kręgu ówczesnych znajomych Putina w czasach jego prezydentury zrobiło zawrotne kariery polityczne i biznesowe. A jeszcze i dlatego, że ówczesna działalność Władimira Władimirowicza pełna jest białych – czy może raczej szarych, czasem wręcz czarnych – plam. Pisałam o tym ostatnio przy okazji przedstawiania sylwetki generała Zołotowa, dowódcy Gwardii Narodowej (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/04/19/czlowiek-z-cienia/). Temat powiązań petersburskiego merostwa, ludzi wywodzących się z KGB oraz luminarzy półświatka, okazał się rozwojowy. Pismo „Insider” zamieściło ostatnio obszerny materiał opracowany na podstawie informacji ujawnionych przez niejakiego Kinichi Kamiyasu (http://theins.ru/korrupciya/22764). Japończykowi przypisuje się powiązania z Yakuzą.

    Na początku lat dziewięćdziesiątych Kamiyasu pomagał w zorganizowaniu sieci „municypalnych kasyn” (dostarczał automaty do gry), które kontrolowała mafia tambowska, jedna z najbardziej znaczących zorganizowanych grup przestępczych w Rosji.

    O co chodziło z tymi „municypalnymi kasynami”? Sam Putin opowiadał, że chciał uregulować funkcjonowanie tych kasyn i podporządkować je kontroli władz miasta; mer Sobczak osobiście jemu powierzył zadanie kontrolowania hazardu w mieście. Zyski z lokali obsługujących amatorów niefrasobliwej rozrywki miały w założeniu służyć realizowaniu projektów socjalnych, których beneficjentami mieli być najubożsi mieszkańcy Petersburga, miasto przeżywało wtedy ogromne problemy z zaopatrzeniem w podstawowe rzeczy, załamał się system, wiele osób straciło źródło utrzymania (http://www.svoboda.org/content/article/24490369.html). Ale, jak przyznał Putin, „nic z tej kontroli nie wyszło” – bo obroty w kasynach nie były rejestrowane. A zyski rozchodziły się kanałami, kontrolowanymi nie przez władze miasta, a przez mafiosów. Zdaniem dziennikarza „Nowej Gazety” Władimira Iwanidze, który swego czasu próbował przyglądać się z bliska petersburskiej działalności prezydenta, Putin doskonale orientował się w tym, jak działają te lewe schematy. „Putinowi powierzono kontrolowanie biznesu związanego z hazardem. Taka kontrola oznacza walkę z mafią, która inwestuje w ten biznes. Tymczasem Putin mówi: nic z tej kontroli nie wyszło. To dziwne. Jeżeli od Putina, zastępcy mera, nic nie zależało, to w takim razie od kogo zależało? Wtedy należałoby uznać, że miastem rządziła mafia – mówi Iwanidze w wywiadzie dla Radia Swoboda. – Grupa Małyszewa [jedna z grup mafii tambowskiej] w 1993 r. wycięła konkurentów, stosując prosty zabieg: zorganizowano inspekcję podatkową, która wyjawiła, że pozostałe grupy prowadzące biznes hazardowy nie płacą podatków. Konkurencja padła”. Czy taką inspekcję można było zorganizować bez znajomości we władzach, w inspekcji podatkowej? Cóż, raczej nie. „Skoro inspekcja podatkowa z takim powodzeniem znalazła uchybienia w kasynach konkurencyjnych grup, to na pewno mogła podobne naruszenia znaleźć i u „małyszewskich” – kontynuuje Iwanidze. – Mogła, ale nie znalazła. Bo też nie szukała. A kto odpowiadał za odcinek kontroli kasyn? Władimir Putin”.

    Zdaniem znawców tamtej epoki, główną osobą, kręcącą lody na hazardzie (i nie tylko) był mafioso Giennadij Pietrow, który miał w mieście rozległe koneksje. To osoba kluczowa dla zrozumienia skomplikowanych powiązań tamtych (a także późniejszych) lat pomiędzy osobami z politycznego świecznika, różnych służb mundurowych i środowiska przestępczego (pisałam o nim niedawno: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2015/12/13/cien-tambowa/). Dziennikarka Anastasja Kirilenko, która od lat zajmuje się wątkami związanymi z rosyjską mafią, pisze o Pietrowie: „Pietrow uciekł hiszpańskiemu wymiarowi sprawiedliwości. Ma mieszkanie w tym samym domu, w którym mieszkają członkowie kooperatywy Oziero [krąg bliskich znajomych Putina z czasów petersburskich], między innymi Nikołaj Szamałow, którego syn jest zięciem Putina”. Czy to sąsiedztwo jest przypadkowe? Ciekawe, bardzo ciekawe.

    Wróćmy jeszcze na chwilę do japońskiego przyjaciela petersburskich chłopaków z ferajny. Kamiyasu opowiedział w wywiadzie dla „Insidera” o wielkich wpływach, jakie Pietrow miał w Petersburgu. A także o tym, że w tamtych latach kilkakrotnie spotykał przy różnych okazjach Putina, jego nazwisko wielokrotnie przewijało się w rozmowach z mafiosami. W archiwum Japończyka zachowały się zdjęcia z Pietrowem, a także innymi bossami mafijnymi oraz funkcjonariuszami służb specjalnych, którzy z nimi współpracowali. Rączka w rączkę.

    To, co działo się w Petersburgu w latach dziewięćdziesiątych i jak wtedy działał Władimir Putin oraz ludzie z jego otoczenia, jest obiektem zainteresowania hiszpańskiej prokuratury od dziesięciu z górą lat. Kilku hiszpańskich śledczych rozpracowuje działalność podejrzanych Rosjan, którzy przez lata prali brudne pieniądze i lokowali w nieruchomości właśnie w Hiszpanii. Istnieje podejrzenie, że jedna z wilii została zakupiona dla Putina (http://www.slivcompromata.com/2015/07/02/kto-potesnil-timchenko-i-rotenberga/). Publikacje o domniemanych powiązaniach osób bliskich prezydentowi (a może i jego osobiście) z szemranymi geszeftami za granicą zaczęły się sypać jak z rogu obfitości pod koniec 2015 roku. W zachodniej prasie pojawiły się wtedy sugestie, że na zlecenie władz USA powstaje „baza danych o interesach prowadzonych przez ludzi z otoczenia Putina począwszy od lat 90.”. W styczniu br. BBC pokazała półgodzinny film „Tajne bogactwa Putina” (https://openrussia.org/post/view/12317/). Autorzy sugerują, że drogą niejawnych operacji prezydent Rosji zgromadził gigantyczny majątek. Niedawno wypłynęły materiały kompromitujące, nazwane Panama Papers (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/04/10/przesliczny-wiolonczelista-w-panamie/). Wywiad z Kinichi Kamiyasu to kolejny kamyczek w tej barwnej bizantyjskiej mozaice przedstawiającej sceny z zakulisowego życia dworu.

    Na razie kolportowane na Zachodzie informacje o majętnościach Putina nie robią wrażenia na rosyjskim społeczeństwie, które najwyraźniej uznaje, że władza ma prawo się bogacić. Zresztą, jak Kreml z zadowoleniem stwierdził przy okazji afery z papierami z Panamy, nazwisko Putina nigdzie nie pada, nigdzie nie ma jego podpisu itd. Na Zachodzie jednak wizerunek skorumpowanego szulera, jaki wyłania się z dotychczasowych publikacji, nie znajduje poklasku. Na razie znamy tylko fragmenty puzzla, ale ciągle pojawiają się nowe elementy.

  • Człowiek z cienia

    19 kwietnia. Zawsze stał z tyłu. Albo z boku. Gotowy w każdej chwili zareagować, osłonić własnym ciałem. Już w latach siedemdziesiątych pod profesjonalnym okiem towarzyszy z KGB uczył się trudnej roli ochroniarza najważniejszych osób w państwie. Jest takie zdjęcie z sierpniowego puczu 1991 r.: na pierwszym planie stoi Borys Jelcyn i przemawia, a na drugim planie stoi on i rozgląda się na boki. I jest jeszcze inne zdjęcie: pogrzeb „niekoronowanego króla bandyckiego Petersburga” Romana Cepowa, na pierwszym planie stoi kilku mafiosów, w tym szef gangu tambowskiego, największej zorganizowanej grupy przestępczej poradzieckiej Rosji, a na drugim planie stoi on. Ochrania? Nie, tym razem jest tu z powodów towarzyskich. I jest jeszcze wiele innych zdjęć: na pierwszym planie stoi Putin, a na drugim planie stoi on, wpatrzony, oddany, wierny. O kim mowa? O generale Wiktorze Zołotowie, który na początku kwietnia został dowódcą nowo tworzonej wielkiej formacji – Gwardii Narodowej.

    Jak pisze „The New Times” (tygodnik poświęcił generałowi obszerny artykuł w numerze z 11 kwietnia), 62-letni Zołotow cieszy się ogromnym zaufaniem Putina. Gwardia Narodowa ma podlegać bezpośrednio prezydentowi, a zatem na jej czele powinien był stanąć ktoś, kto nie ma własnych projektów politycznych, jest w stu procentach lojalny. Zołotow otrzymał stanowisko równe ministrowi, a pod komendę kilkusettysięczne oddziały o szerokich uprawnieniach. Prezydent mianował swojego byłego ochroniarza członkiem Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej – gremium, z którym Putin naradza się w najważniejszych sprawach państwowych. To krąg najbliższych współpracowników Putina, którym on sam dowierza, z których opiniami się liczy. Zołotow „może się okazać najważniejszą postacią wśród przedstawicieli bloku siłowego” – sugeruje „The New Times”. Awans Zołotowa nie jest zaskoczeniem – to człowiek, z którym Putin „chodił w razwiedku”, jak mówią Rosjanie, czyli ktoś, kogo zna od dawna i sprawdził w wielu trudnych sytuacjach.

    Obaj panowie znają się od ponad dwudziestu lat. Zołotow służył w zarządzie dziewiątym KGB (ochrona vipów), po rozpadzie ZSRR przeszedł do pracy w FSO. Nie, nie do fabryki na Żeraniu, tylko do Federalnej Służby Ochrony, która odpowiadała za bezpieczeństwo prezydenta. Dlatego znalazł się na słynnym zdjęciu Jelcyna 19 sierpnia 1991 r., gdy ten przemawiał z czołgu. Potem został oddelegowany do Leningradu/Petersburga i przydzielony do ochrony mera miasta, Anatolija Sobczaka. Zastępcą mera był Władimir Putin. Panowie poznali się lepiej, gdy Zołotow zapałał z nagła wielką pasją do dżudo i stał się sparring partnerem przyszłego prezydenta. Czy łączyły ich wspólne interesy? Tego nie dowiemy się z oficjalnych kart Wikipedii i kremlowskiej prasy, bardzo skąpo informującej o postaci szefa Gwardii.

    Ze źródeł mniej oficjalnych można wnioskować, że do tych spraw, które połączyły Putina i Zołotowa, prowadzi cienista aleja. Tygodnik „Sobiesiednik” ujmuje rzecz tak: „Petersburscy koledzy Putina i Zołotowa twierdzą, że ich stosunki scementowały się w okresie prześladowań Sobczaka [druga połowa lat 90., po tym, jak Sobczak przegrał wybory mera Petersburga, był ścigany za przewały finansowe]. Obaj wtedy gotowi byli poświęcić swoje kariery, aby ratować patrona. […] Putin odszedł z merostwa, Zołotow z FSO. […] Zołotow podjął współpracę z biznesmenem Romanem Cepowem, któremu przypisywano nieograniczone możliwości i związki zarówno z przedstawicielami władz, jak milicji i prokuratury”. Dodajmy: także przedstawicielami zorganizowanych grup przestępczych. Jak pisała prasa, mógł być cichym posłańcem noszącym wieści pomiędzy stronnictwami, pomagającym wszystkim stronom w kręceniu lodów. „W 2004 roku został otruty w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach. Przestępstwo to pozostaje niewykryte i jest jednym z najbardziej zagadkowych zabójstw współczesnej Rosji”.

    „The New Times” tak opisywał pogrzeb Cepowa: „27 września 2004 r. Złota jesień, słońce odbija się w kopułach cerkwi, do której wnoszą fantazyjnie ozdobioną trumnę z drogiego gatunku drewna. Jedna za drugą podjeżdżają limuzyny, niektóre z milicyjną eskortą. Ulice wokół są zamknięte dla ruchu, pilnują ich omonowcy z bronią gotową do strzału. Z samochodów wysiadają mężczyźni w czarnych garniturach, zdejmują nakrycia głowy, wchodzą do cerkwi, pod świątynią zostawiając liczną ochronę. Na panichidę zjechała się cała wierchuszka organów porządku publicznego miasta. […] Jako jeden z ostatnich przybywa szef służby ochrony prezydenta Wiktor Zołotow. Od razu podchodzi do trumny, bierze do ręki świeczkę, uważnie wpatruje się w twarz zmarłego. To nie jest pogrzeb wysokiego urzędnika, tylko skromnego dyrektora firmy ochroniarskiej Baltic Export, Romana Cepowa, otrutego lekarstwami przeciwko białaczce”.

    To był rok 2004. Zołotow miał już za sobą kilka lat pracy z Putinem, który w 1999 r. ściągnął swojego sparring partnera z tatami i powierzył mu swoje bezpieczeństwo. Przez wszystkie lata służby Zołotow wywiązywał się z zadania bez zarzutu. Kolejne stopnie kariery pokonywał równym krokiem, nie wychylając się, nie lansując w mediach. Gdy Putin został na cztery lata premierem, Zołotow pozostał na Kremlu, przy prezydencie Miedwiediewie i pełnił, jak mówią znawcy kremlowskich korytarzy, podwójną rolę: dbał o bezpieczeństwo Miedwiediewa, a jednocześnie kontrolował go. Bo to lojalność wobec Putina nadal była najważniejszym filarem jego pracy.

    „Putin bardzo boi się zamachu – „The New Times” cytuje jednego z dobrze poinformowanych rozmówców. – Kierowcy, sprzątacze, kucharze, ogrodnicy – sami mężczyźni, Putin nie wierzy kobietom. Za dobór personelu odpowiada szef ochrony”. Czy Zołotow zawsze dobierał odpowiednie osoby? Tego nie wiemy. W każdym razie na zewnątrz nigdy nie wyciekły informacje pozyskane od niedyskretnego pokojowego.

    Teraz przed Zołotowem wielkie zadania. Ochrona już nie tylko samego Putina, ale dbałość o sterowność całej nawy państwowej. Powierzona jego dowództwu gwardia może dusić każdy przejaw nieprawomyślności, ma bowiem zapewnić trwałość systemu, niezmienność władzy Putina i jego ekipy, walczyć z wrogami, którzy mogą zagrozić tronowi. Metody tej walki – dowolne.

    Nie brakuje głosów komentatorów, że Putin widzi w Zołotowie swojego następcę. Siergiej Parchomienko z rozgłośni Echo Moskwy: „Dziś, gdy Putin stworzył Gwardię Narodową, a na jej czele postawił Wiktora Zołotowa, otrzymaliśmy ważną wskazówkę, czym kończy się reżim Putinowski i jak brzmi nazwisko przyszłego dyktatora Rosji”.

    Nie jestem przekonana, że to trafna przepowiednia, ale co do jednego się zgodzę: Gwardia Narodowa to instrument utrzymania się u władzy, nawet wtedy, gdy nie będzie już harmonii i zrozumienia władzy ze społeczeństwem (choćby tylko imitowanej, jak widzieliśmy podczas ostatniej „Bezpośredniej linii” z prezydentem), a wtedy, gdy podniesie się bunt, gdy zawiąże się spisek pałacowy itd. Putin liczy na to, że i w razie takich zagrożeń Zołotow go nie zawiedzie.