Kategoria: Bez kategorii

  • Parasol Ławrowa

    17 czerwca. Reprezentacja piłkarska Rosji ma jeszcze szansę – choć niewielką – na wyjście z grupy podczas turnieju Euro 2016 we Francji. Natomiast kilku rosyjskich kibiców nie ma szans na szybkie wyjście na wolność. Po burdach i złomotaniu angielskich kibiców na stadionie i ulicach Marsylii (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/06/13/rosyjska-pilkarska-marsylianka/) trzech dzielnych zabijaków trafiło przed oblicze francuskiego wymiaru sprawiedliwości, który wymierzył im wielomiesięczne kary pozbawienia wolności. Dwudziestu innych fanów sportu  deportowano z Francji, wśród nich szefa Stowarzyszenia Kibiców Rosji, Aleksandra Szprygina.

    Wpierw Szprygin i jego „komanda” odgrażali się, że będą składać od tej niesprawiedliwej decyzji o wyproszeniu ich z mistrzostw Europy odwołania. Odpuścili jednak, gdy okazało się, że to jednorazowy kop na rozpęd, że mają teraz wyjechać, ale wizy nie zostaną im anulowane, mogą wrócić nawet na mecz Rosja-Walia.

    Sam Szprygin, swoją drogą, to bardzo ciekawa postać. Stoi na czele stowarzyszenia od początku jego istnienia w 2007 roku. Wcześniej szukał zajęcia, próbując się w różnych rolach, po Sieci hulają jego fotki z podniesioną do góry grabulą w geście przypominającym hitlerowskie pozdrowienie. Sam Szprygin twierdzi, że to fotomontaż. W środowisku kibicowskim nazywany jest „Kamancza”. Współpracownicy z wierchuszki stowarzyszenia mówili o jego szemranych interesach, robionych z tyłu sklepu, ale w sądzie żadna ze spraw nie wylądowała. Szprygin pod koniec lat 90. wstąpił do LDPR i był doradcą Władimira Żyrinowskiego ds. sportu. Nawiązał też współpracę z merem Moskwy Jurijem Łużkowem, pośredniczył pomiędzy nim a tworzącym się moskiewskim stowarzyszeniem kibiców. Szprygin spędził rok w areszcie Matrosskaja Tiszyna pod zarzutem udziału w bójce. Sprawa została najprawdopodobniej zatuszowana, do procesu nie doszło. Patronem ruchu kibicowskiego jest minister sportu Witalij Mutko, znajomy Putina z czasów pracy w merostwie Petersburga. Szprygin się z nim świetnie dogaduje. W publikacjach na temat ruchu kibicowskiego często można spotkać twierdzenia, że środowiska te są nie tylko infiltrowane przez służby specjalne, ale także manipulowane i wykorzystywane do celów politycznych. Szprygin jest dobrze sytuowanym człowiekiem, ma knajpę, jeździ doskonałą bryką, w wywiadach mówi, że gdy jedzie do Europy, ma wrażenie, że przebywa w więzieniu narodów. Ale jeździ, jak widać, i jeszcze mocno się stresuje, gdy go z tego „więzienia” wyganiają za nieprzystojne zachowanie. Powiązania ruchu kibicowskiego z polityką i biznesem zyskały nieformalne miano „okołofutboła”.

    Wyczyny rosyjskich kibiców we Francji trafiły na czołówki europejskich gazet. Nie pozostały bez echa również na najwyższych politycznych półkach w Rosji. Prokurator generalny Jurij Czajka (notabene kilka dni temu zatwierdzony na trzecią kadencję – nie zaszkodziły mu ujawnione informacje o przewałach finansowych jego dwóch niezmiernie uzdolnionych biznesowo synów, http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2015/12/03/cala-sala-kaszle-z-nami/) wydał polecenie, aby sprawdzić od strony prawnej, czy skazani przez francuski sąd rosyjscy kibole zostali potraktowani należycie, czy nie doszło do naruszenia norm prawa.

    Francuski sąd nie był jedyną instytucją, do jakiej zwróciła się z podobnym zapytaniem Prokuratura Generalna Rosji. Marsylia nie była bowiem jedynym miejscem, w którym doszło do incydentów z udziałem rosyjskich wielbicieli łomotu. Po drodze z mistrzostw na ojczyzny łono grupa kibiców z Rosji wykazała się w niemieckiej Kolonii swoimi „marsylskimi” umiejętnościami w spotkaniu z turystami z Hiszpanii – wywołali bójkę, mocno poturbowali Hiszpanów, połamali im nosy itd. Najwyraźniej no po prostu nie mogli się powstrzymać i musieli kogoś nalać. Już od dwóch dni nikogo nie nalali, więc sami państwo rozumiecie…

    Na odsiecz szalejącym po Europie kibicom ruszyła rosyjska dyplomacja. Minister Ławrow wysłał do swojego francuskiego odpowiednika list, w którym upomniał go za zatrzymanie i sprawdzanie autokaru wiozącego rozkibicowanych Rosjan na mecz do Lille (Rosja-Słowacja; autokarem jechała delegacja stowarzyszenia kibiców ze Szprynginem, Francuzi sprawdzali, czy nie ma tam sprawców pobić w Marsylii). „Francja złamała konwencję wiedeńską!” – grzmiał Ławrow. Jego zdaniem, rosyjscy kibice są zewsząd zaczepiani, prowokowani, „a my nie możemy na to zamykać oczu”. Ale to jeszcze nie wszystko, do majestatycznego gmachu na placu Smoleńskim (siedziba MSZ) wezwany został ambasador Francji, gdzie zmyto mu głowę za postępowanie brutalnej francuskiej policji wobec szlachetnych, poetycko nastawionych do świata i ludzi rosyjskich kibiców. W języku dyplomacji takie wezwanie ambasadora na dywanik to wyraz wielkiego niezadowolenia, a nawet gniewu. Mistrzostwa Europy, a może nawet świata w wykręcaniu kota ogonem rosyjski MSZ na pewno wygrałby w cuglach.

    Przy czym francuskie służby nie są bez winy: tak mocno szykowały się na odparcie ataku islamskich terrorystów, że przeoczyły pojawienie się na Euro 2016 band wyszkolonych pseudokibiców z Rosji, wyposażonych w sprzęt do bicia bliźnich. Już mądre głowy zdążyły przeanalizować akcję „zielonych ludzików”, już wysmażono definicję „wojny hybrydowej”, ale nikt się nie spodziewał, że na Euro 2016 będziemy mieli do czynienia z „hybrydowym kibicowaniem” ludzików z twarzami wymalowanymi w rosyjskie barwy narodowe.

    Ale wróćmy jeszcze pod polityczny parasol rozpięty ponad głowami udających kibiców młotkowych. Podczas dzisiejszego wystąpienia na Petersburskim Forum Ekonomicznym prezydent Władimir Putin wyraził zdziwienie: jak to się mogło stać, że tak nieliczna grupka rosyjskich kibiców tak srodze nalała tłumy angielskich kibiców. Duma go najwyraźniej przy tym rozpierała. Zaraz potem wezwał francuskie organy, aby jednakowo traktowały wszystkich tych, którzy naruszają porządek publiczny.

    Przed nami mecz Rosja-Walia. Wszystko się może zdarzyć. Także dyskwalifikacja przez UEFA reprezentacji Rosji, kara ta została na razie zawieszona.

  • Rosyjska „piłkarska marsylianka”

    13 czerwca. Już biegą, już biegą, już nic ich nie wstrzyma. Już szał ogarnął kontynent. Kto nie interesuje się piłką, wypada poza główny nurt. Zresztą na nic ostentacje braku zainteresowania – nawet gdy ktoś nie wie, po co jedenastu facetów w białych koszulkach skacze obok jedenastu facetów w niebieskich koszulkach po wielkim przestworzu murawy, to i tak zostanie wciągnięty w wir wydarzeń dziejących się wokół Euro 2016 we Francji. Bo tu się dzieje dużo więcej niż tylko sport. Tu się dzieje socjologia, tu się dzieje masowa kultura, tu się dzieje polityka.

    Weźmy choćby występ drużyny Ukrainy. Mecz z Niemcami. Trybuny pełne po brzegi. Kibice naszych wschodnich sąsiadów żyły sobie prują i śpiewają co sił w płucach. A co śpiewają? Ano, przebój ukraińskich trybun: „Putin ch**ło, la-la-la-la-la-lala-la”. Ta nieelegancka pieśń łatwo wpada w ucho. Tym razem wpadła również w ucho rosyjskich telewidzów. Transmisję z meczu przeprowadził bowiem Pierwyj Kanał – program rosyjskiej telewizji o zasięgu ogólnokrajowym. Realizatorzy nie zdążyli wyciszyć ani zagłuszyć niewybrednego utworu stadionowego (http://24tv.ua/ru/v_jefire_rossijskogo_tv_pokazali_krichalku_pro_putina_n695348). Komentarze w rosyjskich mediach społecznościowych odznaczały się smutnym sarkazmem: „Oto kibice zza miedzy śpiewają na stadionie, że nasz prezydent jest wybitną jednostką i sławią jego męskość”. Hm, takie sobie.

    Ale nie wyczyny wokalne ukraińskich kibiców stały się już w pierwszych dniach piłkarskiego turnieju przedmiotem największej liczby komentarzy i interpretacji. Uwagą sportowego i politycznego świata zawładnęli kibice z Rosji, którzy przybyli do Marsylii obejrzeć mecz swojej reprezentacji z Anglią. Czy obejrzeć? Można powiedzieć: między innymi obejrzeć. Mecz jak mecz, nic specjalnego. Remis wyrwany w doliczonym czasie gry był dla Rosji satysfakcjonującym wynikiem. Ale, jak się miało okazać, niekoniecznie satysfakcjonującym rozwojem wydarzeń dla rosyjskich kibiców. W sektor angielskich kibiców poleciała odpalona z rosyjskich trybun raca. No i się zaczęło. Angielscy kibice, znani z tego, że lubią sobie poszaleć, nie zamierzali puszczać płazem prowokacji. Poszły w ruch krzesełka, butelki i inne ciężkie przedmioty. Tak naprawdę to zaczęło się na ostro jeszcze przed meczem. Angielscy kibice byli atakowani na ulicach Marsylii. „To był dobrze przygotowany atak, który wielu świadków porównuje do wyszkolenia bojowego – mówi mieszkający w Anglii rosyjski politolog Andriej Ostalski. – Ci ludzie [rosyjscy kibice] byli wytrenowani, sprawni, wysportowani. Było ich od 150 do 300. Przeprowadzili skoordynowany atak na angielskich kibiców, na ogół podtatusiałych facetów z piwnymi brzuszkami. Rosyjscy siłacze wiedzieli, dokąd mają iść, wiedzieli, co mają robić […] mieli noże, pałki, łomy, a na sobie odzież chroniącą przed skutkami uderzeń. To było zaskoczenie dla brytyjskich kibiców. Mieszkam na Wyspach od dwudziestu paru lat, niejedno widziałem w wykonaniu miejscowych ultras – tępe twarze, wrzeszczące dziko, siła w grupie. Twarze Rosjan, które widzieliśmy w reportażach telewizyjnych, to był inny gatunek: to nienawiść w czystej postaci, złośliwie wyszczerzone zęby, samozachwyt, poczucie wyższości i bezkarności. Powstaje wrażenie, że ci ludzie nie przyjechali do Francji kibicować swojej drużynie, a po prostu napluć na piłkę, przyjechali się bić, a właściwie – dołożyć innym”.

    Na to, że akcja Rosjan, była zaplanowana i skoordynowana, zwróciła dziś uwagę prokuratura Marsylii. Strona internetowa stowarzyszenia rosyjskich kibiców informowała jeszcze przed meczem, że do Marsylii przybył specjalnie wynajęty charter, który przywiózł na pokładzie „220 osób, które miały wesprzeć drużynę”. UEFA gniewnie oświadczyła, że zbada sprawę, a rosyjskiej i angielskiej reprezentacji grozi dyskwalifikacja i wywalenie z mistrzostw za skandaliczne zachowanie kibiców.

    W Sieci pojawiło się mnóstwo komentarzy podobnych do tego: „Przemoc, jakiej dopuścili się rosyjscy kibice w Marsylii, to jeszcze jeden argument na rzecz twierdzenia, że przyznanie organizacji Mundialu 2018 Rosji to wielki błąd skorumpowanej FIFA. Jak można przeprowadzić mistrzostwa w kraju, gdzie antyamerykańska, antyeuropejska propaganda wywołuje nienawiść do wszystkiego, co inne. Nie, to nie jest miejsce na mistrzostwa”.

    Ale nie brakowało i wyrazów dumy i radości, że „dołożyliśmy tym parszywym Angolom, niech wiedzą, kto tu rządzi, niech nas szanują”. Na boisku padł remis, ale na ulicach Marsylii wynik walki był inny: Rosjanie pobili Anglików i to na głowę. I to zwycięstwo wysławiano pod niebiosa. Zdaniem wielu rosyjskich komentatorów, to „bordello zaczęli nie Rosjanie, a Anglicy, którzy od kilku dni pili w porcie i roznosili wszystko wokoło”, a więc się im należało. Podobnie relacjonowały ekscesy w Marsylii rosyjskie stacje telewizyjne.

    „Rosjanie zrobili porządek z Anglikami, wyręczyli przy tym policję. To wspaniałe!” – taki jest powtarzający się motyw sieciowych zachwytów. W rosyjskim segmencie Twittera i FB rozpowszechniane są twierdzenia, że Anglicy sami są sobie winni, bo wznosili obrażające Rosję okrzyki (brak potwierdzenia z neutralnych źródeł): „Każdy, kto obraża Rosję, niech pamięta, że w każdej chwili możemy mu przysłać Topol. Albo przynajmniej przyładować piąchą w machę”.

    Są też tacy, którzy odczuwają wstyd. Siergiej Miedwiediew napisał: „Nasi kibole w Marsylii to kopia rosyjskiej polityki zagranicznej. Mistrzostw nie wygramy, więc przynajmniej poszalejemy, mordy obijemy, cały świat będzie o nas mówić”. Faktycznie, to się udało, cały świat o tym mówi. Następny mecz – 15 czerwca ze Słowacją. Piłkarze rosyjskiej reprezentacji poprosili kibiców, aby zachowywali się spokojnie.

  • Tajemnica sejfu w Zurychu

    8 czerwca. W wielu filmach szpiegowskich wątek dorwania się do skrzynki w szwajcarskim banku, gdzie zdeponowano kluczowe dowody w głównej sprawie albo niebotyczną forsę, stanowi wręcz obowiązkowy punkt programu. Kamera prowadzi bohaterów przez labirynty podziemnych korytarzy, każe im pokonywać kolejne kraty, omijać pułapki, a gdy już przedmiot pożądania znajduje się w ich rękach, następuje efektowna sekwencja ucieczki.

    Poczułam się trochę jak na planie filmowym, gdy przeczytałam na stronie rbc.ru, że w banku UBS w Zurychu została zarekwirowana przez policję i prokuraturę Szwajcarii zawartość depozytu należącego do Josefa Rescha. Resch jest niemieckim prywatnym detektywem, cieszącym się zasłużoną sławą człowieka dopinającego swego. W skrytce bankowej zatrzasnął dokumenty zbierane na zlecenie (na razie nie wiadomo czyje), a dotyczące zestrzelenia samolotu Malezyjskich Linii Lotniczych nad Donbasem w lipcu 2014 roku. Holenderska prasa pisze, że jeżeli szwajcarski sąd podejmie odpowiednią decyzję, dokumenty zgromadzone przez Rescha trafią do prokuratury Holandii. Temperatura wokół śledztwa rośnie, holenderskie gazety jeszcze sprawę podgrzewają, sugerując, że materiały ze skrytki Rescha „mają charakter wręcz wybuchowy”.

    Zlecenie dla Rescha opisał w ubiegłym roku portal Otkrytaja Rossija Michaiła Chodorkowskiego (https://openrussia.org/post/view/7929/), bazując na publikacji w niemieckim czasopiśmie „Capital”. Zlecenie przeprowadzenia równoległego dochodzenia w sprawie katastrofy MH17 wpłynąć miało w listopadzie 2014 roku do agencji Wifka, na czele której stoi Resch. Zleceniodawca nie ujawnił swoich personaliów, za to zaproponował niesamowitą gażę: 30 mln dolarów (więcej niż swego czasu proponowano za głowę bin Ladena) za dostarczenie dowodów winy sprawców i dodatkowe 17 mln za informacje, jak i kto w niektórych krajach przeszkadza śledztwu lub ukrywa jego rezultaty. Sam Resch wyraził przypuszczenie, że możnym zleceniodawcą mógł być „jakiś rosyjski oligarcha, który chce zaszkodzić Putinowi i wygnać go z Kremla, a może sam Kreml. Albo jakiś bogaty człowiek, któremu zależy na wyjaśnieniu tej historii. W każdym razie to „Wielki Ktoś z wielkimi pieniędzmi”.

    Metodą stosowaną przez Rescha jest rozpracowywanie problemów poprzez hojne opłacanie informatorów. Najwidoczniej i tym razem okazała się ona skuteczna, bo – jak wynika z dostępnych publikacji – detektyw dotarł do informatora, który przekazał mu pożądaną informację.

    Praca zespołu Rescha trwała wiele tygodni i przypominała przechadzkę po polu minowym: „Resch i ludzie z jego ekipy umawiają się na mnóstwo spotkań, zainteresowanie po ogłoszeniu wysokości nagrody sprawiło, że zgłoszeń jest mnóstwo. Każde spotkanie jest starannie przygotowywane. Odbywają się w Niemczech, w hotelach w pobliżu Lubeki [skąd pochodzi Resch]. Propozycje, by pojechać na Ukrainę lub do Rosji, są odrzucane. Resch wychodzi z założenia, że ten, kto ma dowody i zechce je sprzedać, dojedzie do Niemiec” (cytuję za: https://openrussia.org/post/view/7929/). Zgłaszali się różni ludzie, prezentując różne wersje wydarzeń. W tym doborowym towarzystwie byli rzecz jasna agenci wywiadów, dobrze umocowani w strukturach służb i elitach rządzących gracze, a także zwyczajni poszukiwacze przygód. Wreszcie zjawił się człowiek wiarygodny. Dzięki niemu Resch mógł dostarczyć zleceniodawcy odpowiedni towar i zamknąć zlecenie.

    Ale sprawa wykrycia autorów tragedii MH17 nadal nie jest zamknięta. W październiku ubiegłego roku Rada Bezpieczeństwa Holandii przedstawiła rezultaty technicznych badań, z których wynikało, że samolot został zestrzelony rakietą ziemia-powietrze z wyrzutni Buk. Nad wyjaśnieniem pracuje też stale grupa Bellingcat, analizująca otwarte źródła, w maju opublikowano kolejny raport, w którym wskazano konkretną wyrzutnię, z której miała być wystrzelona fatalna rakieta i jednostkę rosyjskich wojsk, z której wyrzutnia pochodziła (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/05/05/buk-o-numerze-332/). Rosyjskie ministerstwo obrony cały czas twierdzi, że to wszystko fałszywki, a winnymi zestrzelenia są Ukraińcy.

    Wróćmy jeszcze do śledztwa Rescha. Bo i sprawy prowadzonej przez detektywa, nie udało mu się, jak miał nadzieję w ubiegłym roku, zamknąć. W marcu tego roku (według innych źródeł, w zeszłym tygodniu) w domu detektywa w Niemczech odbyła się rewizja. W jej trakcie znaleziono potwierdzenie tego, że Resch ma skrytkę w zuryskim banku. Chwycono więc tę nitkę, a czy zaprowadzi ona do kłębka – zobaczymy. Jeśli nie ta, to inna. Wszak rękopisy nie płoną.

  • Na talerzu Putina, czyli przypadki pewnego kucharza

    2 czerwca. Tak go nazywają – kucharz Putina. Panowie znają się z dawnych czasów, z Petersburga. Uzdolniony restaurator nazywa się Jewgienij Prigożyn. Ostatnio znalazł się na medialnym widelcu z uwagi na usilne zabiegi, aby na mocy orzeczenia sądu z wyszukiwarek Yandex (najpopularniejsza wyszukiwarka rosyjskiego Internatu), Google i Mail.ru zniknęły linki do publikacji, które sam Prigożyn uważa za niewiarygodne.

    „Nowaja Gazieta” wzięła pod światło te informacje. „Redakcja od dawna z uwagą przygląda się działalności miliardera, którego firmy zaopatrują struktury władzy w wyżywienie. Domyślamy się, na usunięciu których linków zależy panu Prigożynowi”. Zanim jednak wraz z „Nową Gazietą” przyjrzymy się szczegółom, kilka słów wprowadzenia.

    Jak pisze „Encyklopedia haków” (compromatwiki.org), Prigożyn zaczął zajmować się biznesem na początku lat dziewięćdziesiątych zaraz po wyjściu na wolność (w 1979 r. został skazany za kradzież, rozbój, oszustwa itd.) w Petersburgu, a właściwie jeszcze Leningradzie sprzedawał hot-dogi. W drugiej połowie lat 90. otworzył luksusową restaurację. Biznes rozwijał się świetnie. Autorzy hasła „Jewgienij Prigożyn” wysuwają przypuszczenie, że z Władimirem Putinem zawarł znajomość w 1991 r., kiedy Putin stanął na czele ciała nadzorującego z ramienia merostwa gry hazardowe (o tym epizodzie z życia prezydenta pisałam niedawno na blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/04/22/znajomy-z-yakuzy/). Dalej czytamy: „Putin często bywał w restauracjach Prigożyna New Island, Russkaja Rybałka i Na Zdrowie wraz z wysoko postawionymi gośćmi. W 2012 roku firma Prigożyna wygrała przetarg na obsługę przyjęcia z okazji trzeciej kadencji Putina”. Jednym słowem, Prigożyn władzę karmił dobrze. Gorzej było z kontraktem na żywność dostarczaną dla szkolnych stołówek. W 2008 r. firma Prigożyna wygrała przetarg na dostarczanie „innowacyjnego jedzenia” dla placówek oświatowych. Porcyjki nazwano „whiskas dla uczniów”, dzieci się skarżyły, rodzice zaprotestowali. Wiele szkół zerwało kontrakty. Dwa lata później sam Putin przyjechał na uroczyste otwarcie kombinatu Prigożyna produkującego żywność dla szkół. Kombinat zbudowano dzięki ulgowym kredytom, przyznanym szczodrze, zapewne dzięki wysokiej protekcji. Wiosną 2011 r. jedzeniem wyprodukowanym przez firmę Prigożyna zatruli się słuchacze uczelni wojskowej na Uralu. Prigożyn, jak się miało okazać, karmił również wojsko. Słynna instytucja Oboronserwis – kompleks zewnętrznych firm zawiadujących mieniem wojskowym itd. – o której świat usłyszał w związku z głośnymi aferami korupcyjnymi pod światłym przewodem ministra obrony Anatolija Sierdiukowa i licznego zastępu sprawnych blondynek (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2012/11/06/zmiany-zmiany-zmiany/), dała zarobić Prigożynowi na cateringu. Ciekawe szczegóły znajdą Państwo w obszernej publikacji na stronie internetowej TV Rain: https://tvrain.ru/articles/statja_fontanki_kotoruju_ochen_hochet_zabyt_evgenij_prigozhin-410502/ To zapewne jeden z tych artykułów, które Prigożyn chciałby usunąć z przestrzeni internetowej, bo nieformalne powiązania i korzystanie z „błatu” (protekcji) widać tu jak na dłoni.

    Do licznych lokali gastronomicznych należących do imperium Prigożyna w 2009 roku dołączyła elitarna restauracja, działająca na zamkniętym terytorium należącym do rządu (http://crimerussia.com/corruption/17937-17937/).

    Utalentowany pan Jewgienij Wiktorowicz sprawdził się nie tylko na niwie gastronomicznej – w 2012 r. wspierał medialne projekty obliczone na zdyskredytowanie protestującej opozycji. „Nowaja Gazieta” odnotowała kilka prowokacji przeciwko opozycyjnym mediom, a także zorganizowanie przez Prigożyna „fabryki trolli”. Zacytuję ten fragment publikacji „Nowej”: „dziennikarze doszli do wniosku, że holding Jewgienija Prigożyna ma związek z fabryką trolli na peryferiach Petersburga, na podstawie wielu przesłanek. […] Pracowała tu jedna z osób, którą Prigożyn wykorzystał do prowokacji w mediach. Ponadto właśnie trolle z ulicy Sawuszkina 55 były zaangażowane z prowokacje wobec czasopisma „Forbes” [gazeta wiele uwagi na przestrzeni lat poświęcała biznesom Prigożyna] i innych tytułów”. To doświadczenie miało się z kolei przydać w „oprawianiu” operacji dezinformacji wobec Ukrainy, począwszy od listopada 2013 roku. Kilka agencji (dez)informacyjnych powstało, jak twierdzi „Nowaja”, za pieniądze restauratora. (Całość publikacji „NG”: http://novayagazeta.livejournal.com/5117311.html).

    Jak widać, totumfacki Putina przydaje się na wielu frontach. A i sam chętnie korzysta ze specjalnego statusu. Jak pisała w zeszłym roku petersburska „Fontanka”, Prigożyn przedstawia się jako „doradca prezydenta”, został odznaczony kilka wysokimi odznaczeniami państwowymi, korzysta z możliwości przelotu rządowymi samolotami i śmigłowcami. No i dba o pamięć. Zdaje się, że publikacje o ostatnich „występach” w centrum Petersburga, kiedy to limuzyny należące do Prigożyna nie podporządkowały się poleceniom drogówki, która chciała je zatrzymać za łamanie przepisów, też trafią na listę „podlegających zapomnieniu”.

     

  • Pieniędzy nie ma, czyli rozmówki rosyjsko-rosyjskie

    31 maja. „Mamy pieniądze” – napisał butnie czołowy rosyjski politolog Siergiej Karaganow w artykule z 2005 roku, który ukazał się na łamach rządowego dziennika „Rossijskaja Gazieta”. Właśnie zaczynała się kolejna kadencja Putina, ceny ropy rosły, korporacja czekistów już wpiła się w stołki, poczuła się na nich pewnie, ogłosiła „strategię trwania” i odkryła, że strumień petrodolarów pozwala na większą swobodę manewru po kilkunastu latach chudych i chaotycznych.

    Od tamtej chwili minęło jedenaście lat. Po drodze było wiele wzlotów i upadków. Ostatnio obserwujemy zdecydowanie przewagę tych drugich – po aneksji Krymu karta się odwróciła; Putin przelicytował i teraz, jak mówią brydżyści, leży bez dwóch, a może nawet trzech. I to z kontrą sankcji gospodarczych.

    Krym staje się w sensie przenośnym i dosłownym coraz bardziej uciążliwym bagażem. A koszty jego utrzymania rosną. W zeszłym tygodniu zagarnięty półwysep odwiedził ze świtą premier Dmitrij Miedwiediew. Wizycie poświęcono dyżurną uwagę w głównym wydaniu programu informacyjnego, z reportażu wynikało niezbicie, że z nudów padły wszystkie krymskie muchy. Zapewne nikt by nie zauważył, że „Dimon”, jak familiarnie nazywa premiera nieprzychylny rosyjski Internet, w ogóle dokądkolwiek pojechał, gdyby nie pewna dociekliwa krymska emerytka. Podczas rytualnego spotkania premiera z mieszkańcami Krymu starsza pani zachowała się nieprotokolarnie i zadała konkretne pytanie: kiedy mianowicie wzrosną emerytury na Krymie, co solennie obiecała cała polityczna wierchuszka. Premierowi najwyraźniej otworzyło się trzecie oko świadomości, bo wypalił szczerze: „Pieniędzy nie ma. Ale wy się tu trzymajcie. Życzę dobrego nastroju i zdrowia” (https://www.youtube.com/watch?v=WSq7oxM_fyo).

    No i się zaczęło. Słowa premiera momentalnie podchwycił Twitter i inne media społecznościowe, powstały setki memów, klipy (https://www.youtube.com/watch?v=SlX-veNRo-4), a fraza „pieniędzy nie ma” stała się najczęściej cytowaną wypowiedzią rosyjskiego polityka za półrocze (co najmniej). Satyrycy zrobili też użytek ze słów Miedwiediewa i umieścili je jako hasło na plakatach wyborczych partii Jedna Rosji. Wszak w połowie września maja się odbyć wybory do Dumy Państwowej. W wielu memach powtarzała się sugestia, aby brakującej forsy poszukać w Panamie lub innych rajach podatkowych.

    Wypowiedź jak wypowiedź – nic nadzwyczajnego. Suche stwierdzenie faktu, o którym wiedzą wszystkie kremlowskie wróble, a odczuwają w portfelach wszyscy Rosjanie – pieniędzy nie ma. Ma się rozumieć, tuby oficjalnej propagandy ciągle zapewniają, że wszystko jest w porządeczku. No, może przez chwilę być trochę trudno, ale pod światłym przewodem wiecznego prezydenta na pewno znowu wypłyniemy na pełne morze i znowu słowa Karaganowa staną się upragnionym ciałem.

    Ale na to ciało się nie zanosi. Wskaźniki spadają, mimo zaklęć najwyższych władz partyjnych i państwowych Zachód – przynajmniej na razie – nie zdejmie sankcji. Pozostaje naprawdę odwołać się do dobrego nastroju i życzyć zdrowia.

    Nie jest jednak tak, że kierownictwo nic nie robi. Robi. Prezydent Putin wyciągnął ostatnio ze schowka Aleksieja Kudrina, którego kilka lat temu „Dimon” się pozbył z posady wicepremiera ds. finansów (bo go nie lubił po prostu). Kudrin – uważany za liberalne skrzydełko Putinowskiej ekipy – siedział spokojnie na zapleczu i czekał się, aż prezydent znów uzna, że jego dobra rada jest niezbędna. Teraz mamy najwyraźniej taką sytuację i „senator, który wypadł z łaski” ma uzdrowić chorą gospodarkę. Zdaniem specjalistów od kremlinologii stosowanej, Putin chce wrócić do starych sprawdzonych rozwiązań, nie ma zaufania do rozwiązań innych, nieodmiennie wierzy w pomysły Kudrina. Ale nie da się wejść do tej samej rzeki, w niej upłynęło ostatnimi laty wiele wody. Zmieniła się sytuacja na świecie oraz – a może przede wszystkim – zmieniła się pozycja Rosji w świecie: po aneksji Krymu stosunki z Zachodem uległy ochłodzeniu, a współpraca z Chinami daje mizerne efekty. Pierwszym sygnałem, że Putinowi jednak trudno będzie się dogadać z Kudrinem, był dialog obu panów na spotkaniu prezydium rady ds. gospodarki. Kudrin podpowiedział, że niezbędnym warunkiem stymulowania gospodarki jest przyciągnięcie inwestycji zagranicznych. „Rosja jest technologicznie zacofana, więc powinna – nawet jako państwo drugoplanowe spróbować włączyć się w międzynarodowe technologiczne łańcuchy. Ażeby mogło do tego dojść, trzeba zmniejszyć napięcie geopolityczne”. Na to usłyszał z najwyższych ust: „Może Rosja i jest zacofana, ale ma za plecami tysiącletnią historię i nie będzie handlować swoją suwerennością”. I zapewnił, że będzie jej bronił do końca swoich dni. Brakowało jeszcze tego, by dodał: „Nic z tego wszystkiego nie będzie. Ale wy się trzymajcie. Życzę dobrego nastroju i zdrowia”.