Kategoria: Bez kategorii

  • Psy dyplomacji

    17 grudnia. Jak wielu polityków na świecie, prezydent Władimir Putin lubi sobie ocieplić wizerunek posiadaniem zwierzęcia domowego. Na publikowanych zdjęciach – tych całkiem oficjalnych i tych oficjalnych mniej – widać, że towarzystwo zwierząt, szczególnie psów, jest Władimirowi Władimirowiczowi miłe. Psiaki pojawiły się w rezydencji prezydenta jako podarunki od polityków, w tym od tych z zagranicy. Ulubieńcy rosyjskiego prezydenta pełnią też od czasu do czasu funkcje polityczne.

    Bodaj najbardziej znanym czworonogiem Putina była czarna labradorka Connie. Putin dostał ją w prezencie od Siergieja Szojgu (obecny minister obrony). To było na samym początku prezydentury WWP. Śliczna suczka cieszyła się wielką popularnością – żółta prasa chętnie zamieszczała informacje o żywocie ulubienicy. W Wikipedii hasło „Connie Paulgrave” dostępne jest w jedenastu wersjach językowych. Popularny tygodnik „Ogoniok” opublikował materiał, którego narratorem była Connie – labradorka „opowiadała”, ma się rozumieć, o swoim panu, jego życiu, przyzwyczajeniach, sympatiach. W 2007 roku, kiedy Putin szukał rozwiązania „problemu 2008” [w tym roku kończyła się jego druga kadencja prezydencka, zgodnie z konstytucją nie mógł już ubiegać się o urząd trzeci raz z rzędu, w 2007 r. trwały więc intensywne poszukiwania wyjścia z tej niewygodnej sytuacji], żartownisie podrzucili pomysł, aby swoim następcą uczynił właśnie Connie. Inni żartownisie nazywali labradorkę „first lady”. Putin faktycznie lubił się pokazywać z Connie, traktował zawsze serdecznie, wręcz wylewnie.

    W 2007 roku w Soczi miało miejsce pewne znamienne wydarzenie – z wizytą do Putina przyjechała kanclerz Niemiec Angela Merkel. Na widok wkraczającej do saloniku Connie kanclerz zaniemówiła i pobladła. Jej reakcja była czytelna: pani Merkel panicznie boi się psów. Putin później w wywiadzie dla prasy twierdził w firmowym stylu Pinokia: „Nic o tym nie wiedziałem. Chciałem zrobić jej przyjemność – pokazać swojego pieska. Potem porozmawialiśmy o tym i przeprosiłem ją”.

    Podobną przyjemność rok wcześniej Putin zrobił „drogiemu gościowi” z Uzbekistanu, Islamowi Karimowowi. Putin podejmował Karimowa w rezydencji Boczarow Ruczej. Prezydent Uzbekistanu przyjechał z zamiarem dogadania się z Moskwą. Po krwawych wydarzeniach w Andiżanie znalazł się w izolacji, Zachód nie chciał z nim gadać, choć wcześniej romans z Ameryką zapowiadał się nader obiecująco; Kreml przyglądał się tej współpracy z narastającym rozdrażnieniem. Zanim jeszcze Karimow zdążył otworzyć usta i zagaić, z czym przyjechał, w sali znalazła się Connie. Nieufnie obwąchała kolana gościa, posnuła się między dziennikarzami, których dopuszczono do obserwowania początku rozmów, a następnie znudzona położyła się przy fotelu Putina. Karimow był tak zaskoczony, że nie zdołał ukryć negatywnych emocji. To był akt upokorzenia Karimowa przez Putina, który nie mógł nie zdawać sobie sprawy, że w kulturze muzułmańskiej pies traktowany jest jak zwierzę nieczyste. Karimow nie krył zdetonowania i obrzydzenia, a jednak nic nie powiedział. Być może nie powiedział też tego, z czym przybył. Został postawiony w roli hołdownika.

    Kolejny ulubieniec Putina – owczarek bułgarski Buffy – to prezent od premiera Bułgarii Bojko Borisowa. Zdjęcie Putina z błogim uśmiechem tulącego do piersi dorodnego szczeniaka jest częstym motywem ilustracyjnym w materiałach o dobrym sercu rosyjskiego prezydenta. Z udziałem Buffy’ego WWP przeprowadził grę ze społeczeństwem – rozpisał konkurs na imię dla szczeniaka, a chłopca, który zaproponował zwycięskie imię Buffy, zaprosił z rodzicami do rezydencji; wizyta została potraktowana przez media jako doskonała okazja do pokazania, jak Putin (wówczas premier) dogaduje się ze zwykłymi Rosjanami. Już jako dorosły pies Buffy towarzyszył Putinowi podczas sesji fotograficznej na zimowym spacerze, baraszkował w śniegu z ubranym w gustowny dresik właścicielem i kolejnym psiakiem-podarunkiem: Yume.

    Yume jest przedstawicielką japońskiej rasy akita inu, była darem dziękczynnym władz prowincji Akita za pomoc Rosji w usuwaniu tragicznych skutków tsunami. Psy tej rasy nazywane są samurajami w psiej skórze, są niezależne i wojownicze. Imię Yume znaczy Marzenie (po rosyjsku to słowo jest rodzaju żeńskiego – Mieczta, Мечта).

    I oto mamy kilka dni temu przygotowania do wizyty Putina w Japonii, na Kreml zaproszenie dostają dwaj japońscy dziennikarze, aby przeprowadzić wywiad z rosyjskim prezydentem. Nobliwi panowie stoją w oczekiwaniu na interlokutora. Drzwi się otwierają, wchodzi Putin w towarzystwie pięknej Yume, w ręku trzyma smycz. Suczka rozgląda się niepewnie i zaczyna szczekać, zadzierając szpiczastą mordkę w górę. W wielkiej sali echo odbija się od ścian i brzmi jak wystrzał. Następnie Putin przywołuje ulubienicę, wyciąga z kieszeni smakołyki i prezentuje umiejętności japońskiej ślicznotki – siad, przysiad na tylnych łapkach, przednie łapki do góry, Putin wpycha w pysk Yume kolejne smakołyki, dziennikarze stoją skonfundowani, bo pies nie spuszcza z nich oka i szczeka. Wreszcie można usiąść i zacząć rozmawiać: „chcieliście zobaczyć Yume, to ją przyprowadziłem, jest w świetnej formie” – mówi Putin.

    Wielu komentatorów po obejrzeniu reportażu z Kremla doszło do wniosku, że ten pokaz tresury japońskiego psiaka był czytelnym sygnałem dla zabiegającego o porozumienie z Rosją premiera Japonii.

    Dziś jest już po wizycie, wiadomo więc, że faktycznie żadnych przełomowych działań i porozumień nie było. Za pierwszy nieśmiały krok w uregulowaniu pata wokół przynależności spornych wysp z archipelagu Kurylów uznano zapowiedź „specjalnego statusu współpracy” na czterech Wyspach Kurylskich. Na razie bez szczegółów. Podczas opisywanego wyżej wywiadu na Kremlu Putin z uśmiechem bazyliszka wyznał: „Rosja nie ma żadnych problemów terytorialnych, to Japonia ma problem”.

    Japońscy komentatorzy przypomnieli, że jakiś czas temu Putin zaproponował Japonii „hiki-wake” w sprawie Kurylów. Ten termin w dżudo oznacza remis. Japończycy odczytali to jako sygnał chęci uregulowania problemu terytorialnego, liczącego sobie już siedemdziesiąt lat (premier Abe ma ambicję, aby zapisać się w historii jako ten, który doprowadził do uregulowania sporu). W japońskich mediach sugerowano, że może to oznaczać proponowany jeszcze w 1956 roku podział wysp „po połowie”. Premier Abe miał nadzieję wykorzystać to, że Rosja po aneksji Krymu znalazła się w międzynarodowej izolacji i w związku z tym Putin, potrzebujący zagranicznych inwestycji, będzie bardziej elastyczny w rozmowach z Tokio. Nie wygląda na to, by nadzieje Japończyków się spełniły. Putin i Abe na wspólnej konferencji prasowej przyznali, że do zawarcia traktatu pokojowego jeszcze bardzo daleko.

    Yume nie bez kozery nie ociepliła tym razem wizerunku kremlowskiego wielbiciela dżudo, tylko nastraszyła Japończyków.

  • Rosyjskie miłosierdzie według Putina

    5 grudnia. Kremlowski dwór ma cały zestaw podniosłych imprez, dekorujących fasadę władzy. Na przykład , bliskość władcy i ludu mają demonstrować doroczne „bezpośrednie linie”, w których spontaniczny władca spontanicznie odpowiada na spontaniczne pytania zadane spontanicznie przez spontanicznie wyłonionych i spontanicznie sprawdzonych przedstawicieli ludu. Do wielkiego stołu w jednej reprezentacyjnych sal Kremla prezydent zaprasza też przedstawicieli biznesu, młodzieży, weteranów itd. Odbywają się również rytualne spotkania głowy państwa z twórcami kultury. Imprezy tego typu to na ogół nudne przedsięwzięcia, realizowane wedle monotonnego scenariusza kremlowskich urzędasów – „graba, goździk, jest pan wspaniały, panie prezydencie, bardzo dziękujemy, panie prezydencie”. Czasami tylko zdarzy się na nich coś godnego odnotowania na szerszym forum. Tak było w 2010 roku podczas spotkania Putina (wtedy premiera) z twórcami kultury – muzyk Jurij Szewczuk wyrwał się poza wyznaczone ramy i zadał niewygodne pytanie (opisałam to w blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2010/06/04/putin-szewczuk-do-przerwy-01/). Tegoroczne spotkanie nieoczekiwanie też zyskało dramaturgię.

    Zacytuję fragmenty protokołu. Głos zabrał wybitny reżyser Aleksandr Sokurow („Rosyjska arka”, „Moloch”, „Faust”). „Dzisiaj nie mamy w dokumentalnym filmie niczego o procesie politycznym w Rosji, o politycznej walce we współczesnej Rosji, niczego o polityce zagranicznej Rosji. Nie powstają o tym ani filmy fabularne, ani dokumentalne. Wydaje mi się, że […] często aktywność obywatelska młodych ludzi brana jest za zachowanie polityczne, antyrządowe. Mam do pana serdeczną prośbę, Władimirze Władimirowiczu, jako obywatel Rosji i reżyser. Należy załatwić problem Olega Siencowa (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2015/08/29/zemsta-nietoperzy/). Ukraiński reżyser, dostał 20 lat łagru, siedzi w północnym łagrze. Wstyd mi za to, że do tej pory nie rozwiązano jego problemu. Błagam pana, niech pan znajdzie rozwiązanie. On jest reżyserem, powinien walczyć o laury na festiwalach, nawet jeśli ma inne poglądy niż my, a nie siedzieć w naszym arktycznym więzieniu”. […]Putin odpowiada: „Punktem wyjścia musi być to, że żyjemy w państwie prawa i kwestie tego typu rozstrzyga wymiar sprawiedliwości. Przecież on nie został skazany za twórczość, a za to, że podjął się innych funkcji, jak twierdzą śledztwo i sąd, a konkretnie poświęcił się działalności terrorystycznej. […] Chodzi o to, co on myśli o wydarzeniach, które miały miejsce na Krymie, o jego zamiary i przygotowania do podjęcia niezgodnych z prawem działań, w rezultacie których mogli ucierpieć nasi obywatele”. Sokurow wpada w słowo Putinowi: „Po rosyjsku, po chrześcijańsku: miłosierdzie ważniejsze niż sprawiedliwość. Błagam pana. Miłosierdzie wyżej niż sprawiedliwość. Proszę”. Putin ma gotową odpowiedź: „Po rosyjsku i po chrześcijańsku działać w tym przypadku nie możemy bez decyzji sądu. Sąd wydał wyrok. Owszem, są określone normy, z których możemy skorzystać, ale do tego muszą zaistnieć określone warunki. […] Nikt go nie skazał za poglądy, a za zamiar popełnienia czynów, które prawo kwalifikuje jako działania o charakterze terrorystycznym”. Sokurow jeszcze się nie poddaje: „Przecież na jego rękach nie ma krwi, nie jest winien niczyjej śmierci. Jestem przekonany, że on tego by nie zrobił”. Putin wznosi się na wyżyny: „Chwała Bogu, że nie jest winien niczyjej śmierci, ale przecież mógłby być, gdybyśmy mu pozwolili zrealizować jego zamiary”. Koniec posłuchania.

    Najbardziej humanitarny sąd na świecie na podstawie wątłych przesłanek i żadnych dowodów skazał Siencowa na wysoką karę. Bo tak. Bo ktoś, kto nie zachłysnął się amokiem krymnaszyzmu nie ma praw. Proces Siencowa był klasycznym pokazowym procesem politycznym. Ostre metody śledztwa (tortury, szykany) i niewspółmierna kara były też zemstą za niezłomną postawę Siencowa.

    Wróćmy na spotkanie. Wystąpienie Sokurowa w obronie Siencowa nosiło wszelkie znamiona „czołobitnej”. Reżyser – nie po raz pierwszy zresztą – bronił kolegi po fachu, powtarzał „błagam, proszę”, odwoływał się do chrześcijańskiego miłosierdzia, rosyjskich tradycji wybaczania wrogom itd. Forma była wybrana idealnie. Niewykluczone, że w taki sposób poproszony Putin zwróci swoje janusowe oblicze ku Olegowi i odmierzy mu porcję miłosierdzia. Zwolnił przecież swego czasu przedterminowo Chodorkowskiego, zgodził się uwolnić Nadiję Sawczenko, może i Siencow skorzysta. Ilja Milsztejn (Grani.ru) napisał: „Wiadomo, że Putin nie ustępuje, gdy ktoś naciska, wtedy działa na przekór tym, którzy domagają się dobroci, ale tym razem nikt od niego niczego nie żądał, tu w imię Boże poproszono o miłosierdzie […] Teraz powinniśmy odgadnąć, jakież to warunki powinny zaistnieć”, aby więźniów wypuścić na wolność.

    Pozostaje mieć nadzieję, że te warunki powstaną jak najszybciej.

    Całość dialogu Sokurow-Putin: https://www.youtube.com/watch?v=btsXQsPtnqQ

  • 28 sowieckich Spartan

    27 listopada. Co z tego, że wyssane z palca? Że to tylko sowiecki mit? Minister kultury Władimir Miedinski potępia każdego, kto podaje w wątpliwość prawdziwość przekazu o bohaterstwie 28 panfiłowców. Tacy wątpiący „będą się smażyć w piekle”, powiada.

    Zacznijmy od początku. Listopad 1941, Niemcy podchodzą pod Moskwę. Jedną ze stawiających im czoło jednostek jest czwarta kompania piechoty 316. Dywizji dowodzonej przez gen. Panfiłowa. W zaciekłym boju pod miejscowością Dubosiekowo w pobliżu Wołokołamska ginie większość żołnierzy tej kompanii. Niemcy prą dalej. Kilka dni po tym boju w sztabie przebywał korespondent gazety „Krasnaja Zwiezda”, od jednego z politruków usłyszał historię o bohaterskiej postawie żołnierzy z dywizji Panfiłowa. Na łamach gazety ukazał się artykuł, w którym heroizm panfiłowców ubrano w wielkie liczby: 28 żołnierzy miało wedle tego przekazu zniszczyć 18 z 54 czołgów oraz zabić nawet 800 żołnierzy wroga. Do tych liczb dodano jeszcze maksymę (później wielokrotnie cytowaną) wypowiedzianą jakoby przez komisarza politycznego Dijewa przed śmiercią: „Rosja jest wielka, ale cofać się nie ma gdzie – za nami Moskwa!”. Z panfiłowców uczyniono sztandarowych bohaterów – pośmiertnie (bo wedle tej legendy zginęli wszyscy co do jednego) otrzymali oni tytuł Bohatera Związku Radzieckiego. Na ich cześć nazywano ulice, place, domy kultury itd. Legenda trwała w najlepsze – wpisywała się w linię oficjalnej propagandy, głoszącej, że czyn zbrojny Armii Czerwonej w II wojnie (a właściwie Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej) nie ma sobie równych i nie nosi żadnej zmazy.

    Mistyfikacja gazety „Krasnaja Zwiezda” wyszła na jaw już w 1947 r. – jeden z figurujących na liście poległych panfiłowców, niejaki Iwan Dobrobabin, został wtedy aresztowany za zdradę ojczyzny. Dobrobabin potwierdził jedynie, że jego kompania walczyła pod Moskwą, ale on żadnych bohaterskich czynów nie dokonał, dobrowolnie poddał się Niemcom, co więcej – zaciągnął się do niemieckich oddziałów pomocniczych policji w obwodzie charkowskim. Prokuratura wszczęła śledztwo, znaleziono jeszcze czterech rzekomo poległych panfiłowców, którzy przeżyli, żaden z nich nic nie wiedział o tym, by miał wykazać się niebywałym heroizmem. Prokuratorzy uznali opowieść o 28 panfiłowcach za wymysł. Prawdziwe w niej było tylko to, że faktycznie w listopadzie 1941 r. pod Moskwą trwały ciężkie walki i wielu sowieckich żołnierzy poniosło w nich śmierć.

    Władze ZSRR postanowiły jednak nie odbrązawiać wymyślonej przez gazetę „Krasnaja Zwiezda” legendy. Dokumenty o bojach pod Dubosiekowo zamknięto w szafie pancernej i utajniono. Panfiłowcy stali się herosami z sowieckiego panteonu sławy. Do tematu powrócono w latach pierestrojki i znowu prokuratura, która badała sprawę, uznała, że to piękny acz nieprawdziwy apokryf. Jeden mniej, jeden więcej, nikt wtedy szczególnie nie zwrócił uwagi. Sprawa nieoczekiwanie powróciła w 2015 r. – Archiwum Państwowe zamieściło na swojej stronie internetowej materiały przygotowane w 1948 r. przez prokuraturę wojskową, wskazujące jednoznacznie, że funkcjonujące w powszechnym obiegu przekonanie, że panfiłowcy za cenę życia zagrodzili niemieckim czołgom drogę do Moskwy, to wymysł. Dyrektor archiwum Siergiej Mironienko nazwał historię 28 panfiłowców mitem.

    Uderz w panfiłowców, minister Miedinski się odezwie. I rzeczywiście: zagroził Mironience zwolnieniem i wskazał, czym powinni zajmować się archiwiści – „dyrektor archiwum nie jest ani pisarzem, ani dziennikarzem, ani bojownikiem z fałszowaniem historii”. W marcu tego roku Mironienkę odwołano ze stanowiska dyrektora. Jak podano oficjalnie – na własną prośbę.

    Minister nie ustaje w wysiłkach na rzecz pokazywania rosyjskiej publiczności budujących przykładów z historii. I tylko takich. Nazywa to walką z fałszowaniem historii. Według Miedinskiego to walka o ludzkie dusze. Na początku października minister wystąpił z pierwszym ostrym atakiem pod adresem tych, którzy zastanawiają się nad prawdziwością opowieści o bohaterstwie 28 panfiłowców. „To skończeni dranie” – powiedział minister. Wczoraj poszedł jeszcze dalej i jeszcze bardziej zakopał się terminach religijno-moralnych: piekło za wątpliwość. Użycie religijnej nomenklatury nie jest w kontekście walki o historię nowe – często w dyskursie padają takie słowa, jak święta (wojna), bluźnierstwo (jeśli ktoś obala obowiązujące mity) itd., a teraz mamy jeszcze piekielne czeluści dla wątpiących. Strażnikami tej rzekomej świętości i nietykalności przekazu historycznego (bo przecież nie rzetelnej wiedzy) są częstokroć politycy.

    Temat panfiłowców znowu wypłynął w związku z wejściem na ekrany rosyjskich kin filmu „28 panfiłowców” Andrieja Szalopy, w którym wydarzenia oddano zgodnie z… wersją gazety „Krasnaja Zwiezda”. Dodam jeszcze, że minister Miedinski osobiście sprawował patronat nad filmem. Pieniądze zbierano przez Internet, zebrano trzy miliony rubli. Resztę dołożyło państwo.

    „Po co się to robi? Żeby zachować zmitologizowany obraz wojny. W Rosji pozostają nietknięte niemal wszystkie sowieckie mity i opowieści o bohaterskich czynach, które zostały wymyślone do celów propagandowych – mówił w audycji Radia Swoboda historyk Borys Sokołow. – Z punktu widzenia obecnych władz zwycięstwo w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej stało się fundamentem tożsamości narodowej. Mit to też część historii. Być może komisarz [panfiłowców, Dijew] był dzielnym żołnierzem i poległ śmiercią bohatera, ale nigdy nie wypowiadał słów, które mu przypisano. Ten rzekomy cytat wymyślił dziennikarz. To było zgodne z duchem propagandy i wymyślone zostało na jej użytek. Ale po ponad siedemdziesięciu latach wypadałoby już pokazać, jak naprawdę było, a nie trwać przy legendach i mitach”.

    Na to się jednak nie zanosi. Skoro minister Miedinski straszy piekłem, to znaczy, że legenda zostanie w umysłach współczesnych Rosjan ugruntowana. Nakręcenie filmu fabularnego o zmitologizowanych wydarzeniach wojennych i nie tylko wojennych – to rzecz dość częsta w historii kina. Samo kino przecież kreuje mity. Twórca ma prawo do własnej wizji. Ale pokazywanie mitu jako prawdy historycznej i jeszcze głośne wykrzykiwanie, że to prawda – to już rzecz poważniejsza.

    Jaki wyszedł sam film – będzie można zobaczyć w kinie (w Internecie/na dvd), legenda podbijana ostrymi słowami ministra wyprzedziła sam obraz.

  • Spis oprawców

    21 listopada. To dla przywracania pamięci o ofiarach stalinowskiego terroru przypadek bez precedensu: prawnuk rozstrzelanego w 1938 roku niewinnego człowieka, bezpodstawnie oskarżonego o szpiegostwo i spiski, dotarł do dokumentów związanych ze skazaniem, egzekucją i ustalił pełną listę oprawców swego pradziadka.

    Pamięć. Rosyjskie władze co rusz potykają się o nieodrobione lub odrobione po łebkach lekcje historii. Dziś na oficjalnych salonach w łasce są wyłącznie heroiczne strony historii, upudrowane do telewizyjnej kamery, wyczyszczone z chwastów pytań i wątpliwości. Rzeczy wstydliwe zamiata się pod dywan. Ale one spod tego dywanu z uporem wychodzą.

    Kilka lat temu Dmitrij Miedwiediew, wówczas prezydent, w Dniu Pamięci Ofiar Represji Politycznych wzywał, aby nie usprawiedliwiać stalinowskich zbrodni, oddał cześć ofiarom. Część represjonowanych została zrehabilitowana jeszcze w latach Chruszczowowskiej odwilży, część – dopiero za pierestrojki. Na podstawie ogólnego stwierdzenia „bezpodstawnie skazany, stracony, więziony”. Nie poszła za tym akcja ustalania detali, a w tym – nazwisk konkretnych osób, wykonawców tego fatalnego bezprawia w granicach zbrodniczego prawa. Państwo rosyjskie nie wzięło na siebie trudu zadośćuczynienia.

    Prace nad przywracaniem pamięci od lat prowadzi niezrównane stowarzyszenie Memoriał. Dzięki historykom wyciągnięto na światło dzienne wiele dokumentów świadczących o rozmiarach stalinowskich zbrodni, o chłodnej kalkulacji, bezwzględności nieludzkiej machiny. Historycy badający te ponure czasy nie mają łatwo. Archiwa są – jak kiedyś pisałam – „szeroko zamknięte” (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2015/04/14/archiwa-szeroko-zamkniete/). Znalazł się wszelako śmiałek, który nie zwracając uwagi na rzucane pod nogi kłody, parł do ustalenia prawdy w każdym szczególe. I dopiął swego.

    Denis Karagodin z Tomska w 2012 roku zaczął zbierać dokumenty dotyczące śmierci pradziadka, chłopa Stiepana Karagodina, rozstrzelanego w styczniu 1938 roku pod Tomskiem za „zorganizowanie grupy szpiegowsko-dywersyjnej i współpracę z japońskim wywiadem wojskowym”. O tym, że Stiepan został stracony, rodzina dowiedziała się pod koniec lat pięćdziesiątych z przysłanego na adres domowy zaświadczenia o rehabilitacji.

    Denis wyruszył na poszukiwania – chciał ustalić wszystko: od wyroku poprzez nazwiska oprawców do miejsca pochówku. Pracował w archiwach, rozsyłał listy do krewnych innych ofiar, zbierał ziarnko prawdy do ziarnka (o benedyktyńskiej robocie mówił w audycji Radia Swoboda http://www.svoboda.org/a/28126732.html). Zajęło mu to cztery lata. Udało się: nazwiska oprawców są znane. Konkretne osoby, konkretne nazwiska. Nie ogólne stwierdzenie, że NKWD zabiło bezpodstawnie oskarżonych ludzi, a trzy nazwiska katów, którzy wypełniali zbrodnicze polecenia zwierzchności.

    „Pokolenie, które przeżyło czasy stalinowskiego terroru, nauczyło się bać państwa i przekazało swoim dzieciom dewizę: lepiej trzymać się jak najdalej. Paraliżujący strach obywatele czuli wobec organów bezpieczeństwa państwowego, całkiem możliwe, że spokój stosunkowo rzadko sięgającego po represje okresu rządów Breżniewa to efekt pokory społeczeństwa, które wiedziało, że państwo może zacząć zabijać. Nie można się zatem dziwić, że myśl o wysunięciu wobec państwa roszczeń z tytułu represjonowania przyszła do głowy dopiero prawnukowi ofiary, który urodził się już po śmierci Breżniewa” – pisze w portalu Republica.ru Iwan Kuriłła. I dalej wskazuje rzecz o kapitalnym znaczeniu: „Denis Karagodin postawił kwestię odpowiedzialności państwa i konkretnych wykonawców polityki terroru, przy czym nie chodzi o odpowiedzialność polityczną, o której mówiono od XX zjazdu KPZR, a odpowiedzialność karną. Zabójstwo niewinnego człowieka – niezależnie od tego, kto je popełnił – wymaga śledztwa, procesu i ukarania winnych”.

    Informacja o tym, że Denis Karagodin ustalił, kto rozstrzelał jego pradziadka, momentalnie rozeszła się po sieci. Nazajutrz skontaktowała się z nim wnuczka jednego z oprawców. Poprosiła Denisa o wybaczenie. W liście napisała, że nie miała pojęcia, czym zajmował się jej dziad (był naczelnikiem więzienia, wchodził w skład „trójki” dokonującej egzekucji). „Jakie to straszne i bolesne. [Jeden rozstrzeliwał], a tymczasem inny mój pradziadek był represjonowany. W historii jednej rodziny są i ofiary, i oprawcy” – napisała.

    Dokonania Denisa nie wszyscy powitali z radością i nadzieją. Liczne są wszakże zastępy tych, którzy gloryfikują Stalina i jego metody rządzenia. W tym segmencie internetu ukazały się materiały szkalujące Karagodina juniora, wyśmiewające jego działania, podające w wątpliwość autentyczność dokumentów, na które ten się powołuje. Metoda znana – np. dokument o decyzji najwyższych czynników państwa sowieckiego o zbrodni katyńskiej też ogłasza się fałszywką, było, minęło, kogo to dzisiaj obchodzi.

    A jednak obchodzi.

  • Bałkański łącznik

    19 listopada. Tym, co dzieje się w państwach powstałych po rozpadzie Jugosławii, interesuje się na co dzień garstka specjalistów i deputowany Dumy Państwowej Siergiej Żelezniak. Wydarzenia, jakie rozegrały się na przełomie października i listopada w Czarnogórze, sprawiły, że Bałkany przyciągnęły uwagę szerszej publiczności.

    O Czarnogórze w Rosji zasadniczo pobieżnie wiadomo tyle, że to malowniczy kraj, w którym można stosunkowo tanio nabyć nieruchomość w atrakcyjnym miejscu nad ciepłym morzem. Mniej lub bardziej tymczasowo mieszka tu spora rosyjska diaspora, w tym przedstawiciele inteligencji twórczej, którym niespecjalnie podoba się Putinowska Rosja. Czarnogóra równa się oaza spokoju i cicha przystań dla zmęczonych pieniędzy. Czysto, wygodnie, a co najważniejsze – z dala od głównych szlaków, w oczy nie kłuje.

    Tymczasem w październiku zaczęło się tu dziać coś nieprzyjemnego, a w każdym razie nieprzewidywalnego. Przypomnę pokrótce sekwencję niestandardowych wydarzeń. Miesiąc temu w Czarnogórze odbyły się wybory parlamentarne. Wygrała je partia urzędującego premiera Milo Djukanovicia. Czarnogórskie władze na granicy z Serbią zatrzymały dwudziestu obywateli tego kraju. Postawiono im zarzut szykowania rozruchów – według ujawnionego planu grupa ta miała opanować parlament i strzelać do zgromadzonych pod gmachem Skupstiny zwolenników opozycji, aby sprowokować szturm. Władze Serbii potwierdziły wersję czarnogórską, dodając, że tajemnicza grupa działała „w koordynacji z cudzoziemcami”. Jakimi? Tego nie dopowiedziano. 26 października do Belgradu przybył niespodziewania sekretarz rosyjskiej Rady Bezpieczeństwa, były czekista Nikołaj Patruszew. Spotkał się z wysokimi przedstawicielami serbskich władz. Po co przyjechał – głośno nie powiedział. Później w prasie pojawiły się dementi doniesień, jakoby Patruszew miał przepraszać serbskich partnerów za spartaczenie roboty w Czarnogórze i prosić ich, by nie nadawali sprawie rozgłosu. Wizycie Patruszewa towarzyszyły informacje serbskich mediów, że z kraju deportowano 30-osobową grupę rosyjskich obywateli, mających związek z przygotowywaniem akcji w Czarnogórze. Dwa dni później jednak serbskie władze zdementowały te informacje. To jeszcze nie koniec dziwnych i sprzecznych wiadomości: tego samego dnia policja znalazła pod domem serbskiego premiera schowek z bronią. Media rozkrzyczały się nagłówkami, że to świadectwo przygotowywania zamachu na premiera Serbii. Podobne nagłówki ozdobiły pierwsze strony gazet w Czarnogórze – prokurator oznajmił, że jacyś bliżej nie sprecyzowani „nacjonaliści z Rosji” szykowali zamach na premiera Djukanovicia w razie zwycięstwa jego partii w wyborach. Wczoraj do tego chóru dołączyła państwowa telewizja Czarnogóry, która w programie Vijesti podała dwa nazwiska organizatorów domniemanego zamachu: to Rosjanie Eduard Szyrokow i Władimir Popow. Kim są obaj panowie – nie podano. Według komunikatu prokuratury, plan rosyjskiej grupy był następujący: Djukanovicia miał zastrzelić snajper, a potem miały się zacząć zamieszki. Kreml ustami rzecznika Pieskowa wyparł się, że ma cokolwiek wspólnego z przygotowaniami zabójstwa Djukanovicia.

    Możliwe, że Kreml nie wiedział o przygotowaniach do wywołania niepokojów w Czarnogórze. Możliwe, że odbyło się to na niższym szczeblu. Julia Pietrowska w opozycyjnym portalu internetowym „Insider” pisze: „W ostatnich miesiącach osobą, która zajmowała się Czarnogórą, był deputowany z ramienia Jednej Rosji, Siergiej Żelezniak. Przyjmował w Moskwie liderów czarnogórskiej opozycji, nazywał ich przyjaciółmi i wzywał do zjednoczenia całej opozycji. Wiosną tego roku Jedna Rosja podpisała z kilkoma opozycyjnymi partiami deklarację o formowaniu w regionie „przestrzeni neutralnych państw z udziałem Serbii, Czarnogóry, Macedonii, Bośni i Hercegowiny”. Po wyborach w Czarnogórze Żelezniak poparł opozycję, która nie zamierzała uznać korzystnego dla Djukanovicia wyniku wyborów. Drugą osobą, blisko związaną z Czarnogórą jest generał w stanie spoczynku Rieszetnikow, pracował od 1976 roku w wywiadzie. Nazywany jest gubernatorem Bałkanów i uważany za autora obecnej polityki Rosji wobec regionu. […] Ciekawe że zaraz po tym, jak wyszły na jaw poczynania prowokatorów w Czarnogórze, Putin odwołał Rieszetnikowa ze stanowiska dyrektora Rosyjskiego Instytut Badań Strategicznych (RISI)”.

    Nadal pływamy w gęstej zupie domysłów. Po co „zielone ludziki” w Czarnogórze i Serbii? Pół roku temu podpisany został protokół o przystąpieniu Czarnogóry do NATO. Może o to chodziło, by utrudnić Podgoricy marsz w stronę Zachodu. W komentarzach w rosyjskim Internecie często powtarza się teza, że rozróbę w Czarnogórze mieli rozkręcić „byli ochotnicy, walczący z Ukrainą na Donbasie. Teraz pojechali ustanawiać Russkij Mir w Czarnogórze. Skoro się nie udało zabić premiera Czarnogóry, to pojadą tam, gdzie w ich wyobraźni – produkcie telewizji i wódki – ktoś obraża Świętą Ruś walczącą z natowskim smokiem. W Rosji nikt tych ludzi nie będzie ani stawiać przed sądem, ani leczyć. Podobnie jak nikt nie sądzi i nie leczy seryjnego zabójcy Striełkowa-Girkina. Ich proces stałby się sensacją, przyciągającą uwagę, wypłynęłyby sprawy, które jednoznacznie wskazywałyby na udział władz Rosji [w awanturze na Donbasie]”. (Igor Jakowienko)

    Na koniec przytoczę jeszcze kolejną ciekawostkę. Po tym jak czarnogórskie media podały nazwiska Rosjan mających organizować zamach na czarnogórskiego premiera i nazwały ich „rosyjskimi nacjonalistami”, odezwali się przedstawiciele organizacji nacjonalistycznych. Jeden z liderów oznajmił, że to ludzie, którzy brali udział w działaniach bojowych na Donbasie po stronie separatystów, ale nie mają nic wspólnego z rosyjskim ruchem nacjonalistycznym.