Kategoria: Bez kategorii

  • Firtasz i komnata tajemnic

    25 lutego. Kolejny akt trzymającej w napięciu sztuki z gatunku political non-fiction o perypetiach ukraińskiego oligarchy Dmytra Firtasza właśnie rozgrywa się w Wiedniu. Sąd po raz kolejny rozpatrzył wniosek o ekstradycję potentata do USA. Zgodził się. Szok, sensacja, gdzieniegdzie nawet popłoch. Werdykt wiedeńskiego sądu o przekazaniu Firtasza w ręce amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości wywołał tsunami niepokoju nie tylko w wielu środowiskach polityczno-biznesowych Ukrainy, ale także w Moskwie. Dlaczego tam?

    Akt pierwszy, scena pierwsza. Rok 2014, Wiedeń. Sąd rozpatruje wniosek FBI o wydanie USA Dmytra Firtasza, podejrzanego o korupcję, machlojki finansowe związane z biznesem tytanowym; część nieczystych powiązań Firtasza poprzez jego indyjskie biznesy łączy się z amerykańskim Boeingiem – stąd zainteresowanie Amerykanów i ich wniosek o postawienie go przed amerykańską Temidą. Firtasz miał też do kręcenia swoich brudnych lodów wykorzystywać amerykańskie banki.

    Akt pierwszy, scena druga. Ci sami, wchodzi tajemniczy ktoś, kto wpłaca za Firtasza rekordową kaucję w wysokości 125 milionów euro. O tym, kto ją zapłacił – więcej za chwilę. Firtasz przez prawie trzy lata siedzi grzecznie w Austrii. Przez ten czas nie pojawia się nawet w swoich biurach na Ukrainie – obawiając się, że natychmiast zostanie przekazany Amerykanom lub zatrzymany przez ukraińskie organy ścigania (toczy się przeciwko niemu kilka spraw karnych, zagrożonych wysokimi karami).

    Akt drugi, scena pierwsza. W 2015 roku austriacki sąd niższej instancji dostrzegł „możliwą polityczną motywację” we wniosku ekstradycyjnym. Do aresztowania Firtasza w Wiedniu doszło bowiem kilka tygodni po pamiętnych wydarzeniach na kijowskim Majdanie i sąd doszedł do wniosku, że wniosek FBI mógł być sposobem na „pozbycie się Firtasza z ukraińskiej sceny politycznej, gdzie mógłby przeszkadzać politycznym interesom USA”.

    Akt drugi, scena druga. Znowu wracamy do sądu w Wiedniu, sędzia rozpatrujący apelację od poprzedniego wyroku orzekł, że Austria nie może się uchylać od umowy o ekstradycji i powinna współpracować z organami zwalczającymi korupcję. A zatem – niech Firtasz stanie przed amerykańskim sądem i oczyści się z zarzutów. Lub niech zostanie skazany po sprawiedliwym procesie. Wyrok jest ostateczny i prawomocny. Teraz los Firtasza spoczywa w rękach ministra sprawiedliwości Austria, taka jest procedura.

    Akt drugi, scena trzecia. Sąd w Wiedniu. Gdy Firtasz zbierał się, by opuścić budynek sądu po wysłuchaniu sentencji w sprawie ekstradycji do USA, został zatrzymany na 96 godzin na wniosek… Hiszpanii. Hiszpanie ścigają go za pranie brudnych pieniędzy i kontakty ze zorganizowaną przestępczością. I tym razem Firtasz został zwolniony za kaucją, przy czym była to ta sama kaucja, którą wpłacono za jego „wolną stopę” jeszcze w 2014 roku, gdy ukraiński magnat po raz pierwszy stanął przed obliczem wiedeńskiego sądu.

    Antrakt. A w antrakcie kilka ciekawych i nie do końca jasnych historii. Trzy lata temu, gdy aresztowano Firtasza, amerykańskie media wysuwały przypuszczenie, że władze USA chciałyby pozyskać od milionera „sekrety Kremla”. Co to mogły być za sekrety? Firtasz przez długie lata był kluczową osobą w handlu rosyjskim gazem na Ukrainie, dorobił się na tym sporego majątku. Gazprom sprzedawał jego firmom gaz poniżej cen rynkowych, Gazprombank udzielał wspaniałomyślnie wysokich atrakcyjnych kredytów. Firtasz, jak pisały gazety, był osobą zbliżoną do Wiktora Janukowycza, pośrednikiem w załatwianiu zakulisowych interesów i interesików. Czy faktycznie Firtasz miał bliskie kontakty z Kremlem i mógłby coś poopowiadać za oceanem? Oficjalnie rzecznik Putina zapewniał, że owszem, owszem, Firtasz spotykał się z Putinem, ale trudno nazwać tę znajomość „bliską”. Natomiast sam oligarcha utrzymuje, że nigdy przenigdy z Putinem o gazie nie rozmawiał. A o czym rozmawiał w takim razie?

    Dlaczego po werdykcie wiedeńskiego sądu w sprawie ekstradycji Firtasza do Stanów zapanowała nerwowość w pewnych kręgach w Kijowie i w Moskwie? Być może wiele osób obawia się, że Firtasz, by uniknąć skazania na wieloletnią odsiadkę, pójdzie na ugodę z amerykańskim wymiarem sprawiedliwości i w zamian za złagodzenie kary opowie to, co wie o kulisach stosunków gospodarczych Rosji i Ukrainy, metodach, które Rosja stosowała wobec uzależnionej od siebie ekipy Janukowycza itd. Być może jeszcze ciekawsze dla USA okażą się dla jednych domniemane, dla innych bezsporne powiązania Firtasza z Semenem Mohylewiczem (Siemionem Mogilewiczem), gangsterem, capo di tutti capi na Ukrainę, Rosję i wiele innych krajów, nieuchwytnym cwaniakiem, który ma w kieszeni cały świat. Według ukraińskiego eksperta Tarasa Czornowiła, „Mogilewicz jest jednym z najpilniej poszukiwanych przez Amerykanów przestępców, od niego nici powiązań ciągną się do samej kooperatywy Oziero i osobiście prezydenta Putina”.

    O bliskich związkach Firtasza z Moskwą świadczą nie tylko wyżej wymienione transakcje i linia kredytowa Gazprombanku (niewykluczone, że również WTB, według wyrażenie jednego z ukraińskich komentatorów „osobistej kieszeni Putina”), ale także to, że rekordową kaucję za ukraińskiego kolegę wpłacił rosyjski oligarcha. Nieoficjalnie mówi się, że mógł to być jeden z braci Rotenbergów, Arkadij, należący do najbliższego kręgu prezydenta Putina. Wedle enuncjacji amerykańskiej prasy, kaucję wpłacił miliarder Wasilij Anisimow, prezes Federacji Dżudo Rosji. Też blisko.

  • Technika wyjścia z progu

    17 lutego. Nakręcane złotym kluczykiem z Kremla media mainstreamowe i rosyjscy politycy od kilku miesięcy mieli obiekt ekstatycznego uwielbienia: prezydenta. Tak, prezydenta Putina – to rzecz oczywista. Ale jeszcze i drugiego prezydenta – Donalda Trumpa.

    Każda jego wypowiedź, każdy gest pod adresem Moskwy kwitowane były przez większość komentatorów w rosyjskiej telewizji i wysokonakładowej prasie uniżenie, z miłością. Dygot przed pierwszą rozmową telefoniczną Putin-Trump, a teraz dygot przed pierwszym przygotowywanym w mozole spotkaniem przypominają zawroty głowy pensjonarki, która umówiła się na randkę z profesorem. Trump nasz, Trump nas przytuli, Trump nas zrozumie. Dogadamy się, świat podzielimy tak, żebyśmy krzywdy nie mieli. A że sankcje to nasza krzywda, to zaczniemy może od sankcji – to znaczy, żeby ich wreszcie nie było. Krym nasz, Ukraina nasz, Syria nasz. I będziemy żyć długo i szczęśliwie.

    Moskwa z uwagą przyglądała się kandydatom do pracy w administracji Trumpa. Nominacja kawalera Orderu Przyjaźni Rexa Tillersona na sekretarza stanu została powitana z zadowoleniem. Tymczasem wczoraj na pierwszym spotkaniu szefów dyplomacji Rosji i USA Tillerson zachowywał się i wypowiadał sztywno, starannie kontrolując każde słowo i podkreślając, że USA realizują amerykańską politykę w amerykańskich interesach. A nazajutrz cały w uśmiechach spotkał się z prezydentem Poroszenką.

    Cieniem na rosyjskim optymizmie położyła się też dymisja doradcy ds. bezpieczeństwa Michaela Flynna, człowieka zaprzyjaźnionego z Rosją. Media społecznościowe kolportowały w ostatnich dniach zdjęcie Flynna, na którym siedzi on przy jednym stole z Putinem podczas uroczystej gali ku czci propagandowej tuby Kremla na zagranicę TV RT. Flynn złożył dymisję po tym, jak wyszły na jaw jego rozmowy z ambasadorem Rosji w USA, panem Kislakiem, na temat zdjęcia sankcji. Ale nie sam fakt kontaktów z rosyjskim dyplomatą i tematy podnoszone przez obu panów stały się przyczyną odwołania w atmosferze skandalu. Flynn początkowo kluczył, nie przyznawał się, świadomie wprowadził w błąd prezydenta i wiceprezydenta, w efekcie stracił ich zaufanie, a następnie posadę.

    Sekretarza obrony Jamesa Mattisa w Moskwie raczej się obawiano. Więc gdy zapowiedział, że porozmawia z Moskwą z pozycji siły, nikt się specjalnie nie zdziwił. Rosyjski kolega Szojgu natychmiast odparował, że Rosja nie pozwoli rozmawiać ze sobą z pozycji siły. Bo wielkie światowe mocarstwo, jakim Rosja ma ambicję ponownie się stać, inaczej odpowiedzieć nie może.

    To jeszcze nie wszystkie nieprzyjemności. Rzecznik Białego Domu powiedział, że Rosja powinna oddać Krym Ukrainie, wycofać się z poparcia separatystów w Donbasie; jednocześnie zapewnił, że Trump chce poprawy stosunków z Moskwą. Dziś sam Trump na konferencji prasowej rozwinął temat: „Lubię się układać (negocjować), nieźle mi to idzie i podoba mi się. Być może nie uda mi się dogadać z Putinem. Ale chcę wam powiedzieć, że fałszywe informacje mediów […] tylko utrudniają wysiłki na rzecz poprawy relacji z Rosją. Byłoby mi łatwiej potraktować Rosję twardo, ale wtedy nie zdołam się porozumieć”. Po zdecydowanym komunikacie służb prasowych ta wypowiedź Trumpa brzmi wręcz pojednawczo. Choć wcześniej w tweecie napisał: „Krym został ZABRANY Ukrainie w czasie prezydentury Obamy. Może Obama postępował zbyt łagodnie”. Jednym słowem: klasyczny przekładaniec. Raz gorzko, raz słodko.

    Ciekawa była reakcja w Moskwie na przypomnienie, że Krym jest ukraiński. Szeroko potraktowano to stwierdzenie jako symboliczny koniec miodowego miesiąca w relacjach. Przewodniczący Dumy Wiaczesław Wołodin z wyrzutem wypomniał Trumpowi, że nie wypełnia obietnic wyborczych. To swoiste kuriozum: pan Wołodin nie jest wyborcą Trumpa, Trump jako kandydat nic mu nie obiecywał. Przez media społecznościowe przetoczyła się jak burza informacja, że telewizja i prasa dostały instrukcję z góry, aby zaprzestać wychwalania Trumpa. Trump już nie nasz. Прошла любовь, завяли помидоры. Koniec miłości, panie i panowie.

    Miłości może i koniec, ale przecież nic się jeszcze nie wydarzyło. To na razie gra wstępna, przedstawianie listy rzeczy do uzgodnienia, wyznaczanie jakichś linii – czerwonych i zielonych. Na razie została oznaczona na tej skomplikowanej mapie dochodzenia do uzgodnień pozycja USA w sprawie przynależności terytorialnej Krymu. To ukraińskie terytorium i kwita. I teraz są dwie drogi: albo na tym się rozchodzimy do swoich pokoi i nie gadamy w ogóle, albo na razie zostawiamy Krym na boku i gadamy o tym, co możemy zrobić razem. Według Trumpa, tym czymś do „zrobienia razem” jest walka ze światowym terroryzmem. Zobaczymy.

    Zdaniem krytyka Kremla, politologa Andrieja Piontkowskiego, punktem zwrotnym, który przyczynił się do zmiany stosunku Trumpa do Putina, była wypowiedź tego ostatniego o Trumpie i moskiewskich prostytutkach (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/01/18/w-obronie-czci-donalda-fredowicza/). „To na zawsze pogrzebało rodzącą się męską przyjaźń dwóch brutalnych alfa-samców. Po 17 stycznia Trump zamilkł jak nożem uciął, przestał radośnie wykrzykiwać „Putin znowu mnie pochwalił”. […] Trumpowska karta Putina okazała się bita, tak jak wcześniej bite były karty „rosyjskiego świata”, Noworosji czy obrony ojczyzny przed terrorystami na dalekich rubieżach [w Syrii]”.

    Na koniec jako swoiste podsumowanie tych rozważań niech posłużą słowa, które wczoraj prezydent Putin wypowiedział na spotkaniu z aktywem Federalnej Służby Bezpieczeństwa (http://echo.msk.ru/blog/echomsk/1929596-echo/): „Na szczycie NATO w Warszawie Rosja została uznana za główne zagrożenie dla Sojuszu, powstrzymywanie Rosji zostało ogłoszone nową misją NATO. Rosja jest nieustannie prowokowana. Powtarzają się próby wciągania nas w konfrontację i próby mieszania się w nasze sprawy wewnętrzne”. Nie będzie łatwo się dogadać…

  • Teraz już można?

    12 lutego. Czemu ma służyć złagodzenie przepisów dotyczących penalizacji za przemoc domową w Rosji? Czy w kraju, w którym rocznie ginie z ręki partnera 12-14 tysięcy kobiet, zostanie to odczytane jako ciche przyzwolenie na fizyczne znęcanie się nad domownikami? Autorzy pomysłu, by pobicia członków rodziny nie karać pozbawieniem wolności, twierdzą, że to dla dobra rodziny i jej trwałości.

    „Ojciec bił mnie od zawsze, odkąd pamiętam, pasem ze sprzączką, czym popadnie, w domu, ale także na klatce schodowej, na ulicy, wystarczyło, że wrócił z pracy nie w humorze. Myślałam przez długi czas, że to normalne, że wszyscy tak żyją” – relacje bitych kobiet spisała „Nowaja Gazieta” (https://www.novayagazeta.ru/articles/2017/02/03/71397-otets-bil-menya-dnem-nochyu-doma-na-lestnichnoy-kletke). Oto opowieść dziewczyny, która nie chciała ujawniać swoich personaliów: Siostrę i matkę też maltretował. Kiedyś siostra uciekła z domu. Policja ją znalazła, policjant widział siniaki na jej ciele, powiedział: „gdybyś była moją córką, to bym cię zabił”. Sąsiedzi widzieli – nie reagowali. Szkoła przeprowadzała ankiety jedynie wśród rodziców, pytając, czy biją dzieci. Ojciec zawsze odpowiadał, że kocha dzieci i nie bije. Uczniów nikt o to nie pytał. Wstydziłam się o tym mówić. Raz ojciec pobił mamę do nieprzytomności, pojechaliśmy na pogotowie. Lekarz spytał tylko, czy mama złoży skargę na sprawcę pobicia. Nie chciała.

    To jedna z wielu podobnych historii. Ile kobiet w Rosji może opowiedzieć o takim traktowaniu? W badaniu z lipca 2016 roku przeprowadzonym przez Centrum Lewady na pytanie skierowane do kobiet: „czy pani partner kiedykolwiek bił panią?”, 77% odpowiedziało: ani razu, 2% przyznało, że często, 4% że kilka razy, 6% – raz, a 10% odmówiło odpowiedzi. W badaniu ośrodka WCIOM, 80% respondentów potępiło przemoc domową, ale aż 19% stwierdziło, że dopuszcza stosowanie przemocy fizycznej wobec żon/mężów i dzieci.

    Rosyjskie ustawodawstwo kwalifikuje pobicie jako „umyślne działania powodujące ból fizyczny, ale nie doprowadzające do utraty zdolności do pracy”. Dotychczas art. 116 kk przewidywał za pobicie członków rodziny karę do 2 lat pozbawienia wolności. W obecnej zmienionej wersji zrównano epizody przemocy domowej, nie powodujące utraty zdolności do pracy, z takimi wydarzeniami jak np. bójka w parku, nie skutkująca trwałym uszkodzeniem ciała. Taki epizod może być teraz ukarany grzywną lub inną kara administracyjną.

    Z inicjatywą zmian w ustawodawstwie wystąpiła senator Jelena Mizulina, znana w Rosji bojowniczka o „tradycyjne” wartości rodzinne. Projekt zmian poparł rzecznik praw dziecka. Członek komisji ds. wsparcia rodziny Izby Społecznej Anatolij Kuczeriena (notabene adwokat Edwarda Snowdena) stwierdził: „Im mniej ingerencji państwa w stosunki rodzinne, tym lepiej”. Przedstawiciel Cerkwi poparł z tego względu, że złagodzenie przepisu pozwala na karanie dzieci klapsem w celach wychowawczych. Też „tradycyjne” podejście pedagogiczne. „Domostroj” (zbiór przepisów prawnych z XVI w., zabytek piśmiennictwa) nie tylko dozwalał, ale nawet zalecał bicie dzieci za nieposłuszeństwo.

    Projekt zmian trafił na ekspresową ścieżkę legislacyjną, został przegłosowany prawie jednogłośnie w obu izbach parlamentu, podpisany przez prezydenta. Ciach – i już działa (http://publication.pravo.gov.ru/Document/View/0001201702070044).

    Zwolennicy złagodzenia kar z artykułu 116 zwracają uwagę, że pozostają w mocy artykuły 115 i 117 kk, przewidujące kary pozbawienia wolności za spowodowanie ciężkich uszkodzeń ciała i permanentne znęcanie się nad członkami rodziny. Obrońcy praw człowieka, pomagający kobietom-ofiarom przemocy domowej, podkreślają jednak, że w sytuacji lżejszych pobić ofiara faktycznie nie podlega ochronie prawnej. Mówią: ofiara nadal mieszka pod jednym dachem z uroczym mężem-katem, jest zastraszana, bita, poniżana, po złożeniu skargi często ją wycofuje, bo partner ją zapewnia o woli poprawy lub bije jeszcze dotkliwiej za to, że skargę złożyła itd., wyjście z tego zaklętego kręgu jest bardzo trudne. Czy stanie się jeszcze trudniejsze? Autorzy nowego przepisu wierzą, że będzie wręcz przeciwnie: „wysokie kary za dopuszczenie się przemocy wobec członków rodziny są barierą dla tych, którzy chcą zgłaszać takie przypadki”. Bo za pierwszy odnotowany epizod przewidywane są jedynie kary administracyjne, a nie kryminał. To ma umożliwić sprawcy opamiętanie się i nie zabagni mu życiorysu. Zdaniem mera Jekaterynburga Jewgienija Rojzmana, wpływ nowych przepisów już widać: nawet w ciągu tych kilku dni, jakie minęły od wprowadzenia noweli, liczba wezwań policji do interwencji w sprawie epizodów przemocy domowej wzrosła 2,5-krotnie. „Rozmawiam z tymi, którzy pracują z ludźmi. Widzą, że policja wzywana jest częściej. Wcześniej ofiary bały się, że wezwanie będzie oznaczało wsadzenie [mężów] do więzienia, a to była dla nich istotna przeszkoda”.

    Obrońca praw człowieka Borys Altszuler w rozmowie z Radiem Swoboda ocenia: „Nie sądzę, by liczba pobić w rodzinach wzrosła. […] Tyle że deputowani Dumy i senator Mizulina zajęli się nie tym, co trzeba. Potrzebne są akty prawne wspierające rodziny, dzieci, trwałość rodzin, zapobiegające aktom przemocy w rodzinie. Kary nie są profilaktyką, nie zapobiegają biciu. Takie rzeczy dzieją się zwykle po pijanemu, w emocjach. Czy sprawca myśli wtedy, czy mu za to grozi kara administracyjna czy jakaś inna? W ogóle nie myśli. Większość rodziców nie potrafi rozmawiać z dziećmi, odnosi się do nich jak żandarm, wymaga wyłącznie podporządkowania, stąd przemoc. Tam, gdzie dochodzi do przemocy domowej, ignorowane są wszelkie artykuły kodeksu karnego, wszelkie przepisy”.

    Od wprowadzenia nowych przepisów minęło zaledwie kilka dni, trudno więc orzec, jakie przyniesie to owoce. Czy okaże się jedynie sztuką dla sztuki czy spowoduje istotne zmiany? I wcale nie jest przesądzone, czy pozytywne czy negatywne.

  • Taka sytuacja

    5 lutego. Z wysokich koturnów na wielkiej scenie politycznej na ogół nie widać małych scenek, które dzieją się blisko ziemi. A to te drobiazgi są solą życia.

    Pisze na FB Igor Markow: „Moskiewska kolejka podmiejska. Sobota. Pasażerowie drzemią. Wtem jeden z mężczyzn podrywa się z miejsca z błyskiem w oku: Trump zadzwonił – krzyczy na cały wagon. Ludzie wstają, w uniesieniu obejmują się, całują, wzajem sobie winszują tego szczęścia niesłychanego. Po senności nie zostało ani śladu. Po wagonie rozszedł się przyjemny zapach #trumpnash, wszyscy zadowoleni tacy. Stacja. Mężczyzna, który przekazał szczęsną wieść o telefonie Trumpa, wysiadł. Pociąg ruszył. Pasażerowie zorientowali się, że ich portfele gdzieś zniknęły”.

    Mieszkaniec Soczi postanowił uczcić tę wiekopomną rozmowę telefoniczną Putina i Trumpa wygrawerowaniem sobie na zębach podobizn obu polityków. Własnych zębów już nie miał, więc zamówił sztuczną szczękę, a na niej kazał sobie wygrawerować na wieczną rzeczy pamiątkę profile przywódców. Każdy ząb kosztował go, bagatela, tysiąc euro. Czego się nie robi dla miłości. (https://life.ru/t/%D0%BF%D1%83%D1%82%D0%B8%D0%BD/965366/pierieghovory_putina_i_trampa_uviekoviechili_na_zubakh).

    Miasto Sierow na Uralu nie wyróżnia się niczym specjalnym na tle innych podobnych, 100 tys. mieszkańców, huta, przemysł drzewny, splugawiona odpadami z fabryk rzeka. Od kilku dni w ogólnokrajowych rosyjskich mediach o Sierowie jest głośno, a to za sprawą gigantycznego stalagmitu z ekskrementów, jaki wyrósł na klatce schodowej jednego z domów przy ulicy Biełorieczeńskiej 5, w którym znajdują się mieszkania socjalne. Wizyta ekipy telewizyjnej sprawiła, że odpowiednie służby zajęły się wreszcie woniejącym problemem. Mieszkanka domu Olesia: „Przyszło dwóch facetów z siekierami i młotem, wyrąbali [stalagmit] i wyrzucili na ulicę”. Proste? Proste. (Dla wielbicieli mocnych wrażeń krótki, a dosadny dreszczowiec z życia rosyjskiej prowincji: https://www.youtube.com/watch?v=K4enbr8yIqw).

    W obwodzie władymirskim, w mieście Aleksandrow na świat przyszedł chłopiec, 3200 g, 50 cm. Słuszną linię ma władza. I tę linię w całej rozciągłości popiera dziadunio nowonarodzonego, który polecił nadać chłopcu imię Szojgu. Na cześć ministra obrony Rosji. Jak poinformowały miejscowe gazety, mały Szojgu jest ciotecznym bratem chłopca imieniem Putin, któremu imię też wybrał ów dziadek, głowa rodziny pochodzącej z Tadżykistanu, a osiadłej w centralnej Rosji. W komentarzach pod informacją o narodzinach Szojgu pojawiła się sugestia: „Czas najwyższy, aby rosyjscy patrioci zaczęli nadawać dzieciom imię Trump”.

    A skoro o migrantach z Tadżykistanu mowa, to jeszcze taka historia. Żył był Maksim B., pracował w Gazpromie jako ochroniarz. Za ciężko zarobione pieniądze postanowił zamieszkać pod Moskwą w eleganckim apartamentowcu. Do robót przy wykańczaniu mieszkania wynajął gastarbeiterów z Tadżykistanu. Pewnego dnia Maksim przyjechał i stwierdził, że wynajętych pracowników nie ma. I nie ma również sedesu ze złota za jedyne dwieście tysięcy rubli. Ochroniarz Gazpromu nie może mieć w toalecie białego sedesu, nieprawdaż? Zresztą nie tylko ochroniarz, swego czasu wiele szumu narobiła historia sprzątaczki pracującej w Gazpromie, Marii K., która zaparkowała beztrosko swoim mitsubishi outlanderem pod centrum biznesowym Rumiancewo na peryferiach Moskwy, a na siedzeniu trzymała skromną torebkę Diora. Torebką zajęli się nieznani sprawcy. Gdy Maria K. zgłaszała kradzież na policji, wyceniła torebkę na dwa miliony rubli. Ot, zwyczajne życie pracowników korporacji.

    A na koniec dla wielbicieli sztuki filmowej – krótka etiuda, trzyma w napięciu do końca https://twitter.com/ChetkiyTASS/status/827972645371142150

  • Comandante Łukaszenka

    4 lutego. Głównym tematem konferencji prasowej Alaksandra Łukaszenki był nieprzyjemny zapaszek, jaki od pewnego czasu unosi się nad stosunkami rosyjsko-białoruskimi. Przez siedem godzin i 21 minut (tak, to nie pomyłka – siedem godzin, Fidel Castro żyje i zwycięża!) białoruski prezydent wykładał, co mianowicie się psuje i emituje toksyczne gazy. To już cały kryzys na linii Mińsk-Moskwa. I nie zanosi się na szybkie uspokojenie.

    Kryzys narastał co najmniej od grudnia, gdy Łukaszenka niezadowolony ze stanu relacji z partnerem z Państwa Związkowego nie pojechał na szczyt Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej do Petersburga, czym przyczynił się do opóźnienia w pracach nad kodeksem celnym tej struktury. Przez 2016 rok Białoruś obliczyła stawki za rosyjski gaz na poziomie 107 dolarów za tysiąc metrów sześciennych, choć w kontrakcie z Gazpromem przewidziana była stawka 132 USD. Mińsk ogłosił, że w ogóle to należy się jedynie 80 dolarów z uwagi na przywileje wynikające z przynależności do wyżej wzmiankowanej unii. Rosja w tej unii dzieli i rządzi, przepisy są skrojone tak, że przywileje, owszem, są, ale uznaniowo, zależnie od interesów Moskwy. A Moskwa wyliczanek Mińska nie uznała za poważne i Gazprom zaczął naliczać zaległości. W ruch poszedł też bacik – Rosja zredukowała dostawy ropy do białoruskich rafinerii. A dochody z przetwórstwa rosyjskiej ropy to ważna pozycja w budżecie Białorusi. Zrobiło się nieprzyjemnie. Mińsk dołożył do tego zapowiedzi podniesienia opłat za tranzyt rosyjskiej ropy. Zrobiło się jeszcze nieprzyjemniej. Do tego doszły stosowane przez stronę rosyjską zapory w handlu z Białorusią, wstrzymywanie przez stronę białoruską utworzenia bazy rosyjskiego lotnictwa pod Bobrujskiem, wreszcie narastająca w rosyjskiej przestrzeni medialnej fala krytyki pod adresem Białorusi, dotykająca kwestii fundamentalnych dla istnienia państwa białoruskiego i podająca w wątpliwość sens istnienia Białorusi jako odrębnego państwa. (O eskalacji napięcia w stosunkach Mińska i Moskwy można przeczytać w analizie Kamila Kłysińskiego https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/analizy/2017-01-04/ryzyko-eskalacji-w-stosunkach-minsk-moskwa).

    Tak więc tło dla emocjonalnej przemowy Łukaszenki do dziennikarzy było zasnute gęstymi chmurami nieporozumień. Bezpośrednio przed dniem konferencji z Moskwy nadeszła kolejna niepokojąca wiadomość – szef Federalnej Służby Bezpieczeństwa wydał polecenie wprowadzenia reżimu granicznego i utworzenia strefy przygranicznej na granicy rosyjsko-białoruskiej. Bat’ka zagryzł wędzidło i ruszył do boju. Wygarnął Moskwie, że ta narusza szereg ustaleń, podkopując tym samym współpracę, braterstwo i wzajemne zrozumienie w ramach Państwa Związkowego, unii gospodarczej i wszelkich innych tworów fasadowych, mających świadczyć o pogłębiającej się integracji. I zapowiedział, że dopóty, dopóki nieporozumienia nie zostaną uregulowane, jego prezydencka noga w Moskwie nie postanie (wcześniej Kreml sygnalizował, że spotkanie Putin-Łukaszenka planowane jest na 9 lutego). Na szybkie uregulowanie się nie zanosi. Dziury w białoruskim budżecie są nie do załatania bez pomocy Moskwy, natomiast rosyjska gospodarka robi bokami i Kreml niechętnie patrzy na konieczność subsydiowania Mińska na piękne oczy Łukaszenki.

    Kilka słów o zmianach dotyczących funkcjonowania granic. W idyllicznym bycie Państwa Związkowego granice miały być przezroczyste, ruch nieograniczony, wymiana towarów – zwłaszcza w warunkach unii gospodarczej – płynna i obopólnie korzystna. „Eksperci uważają, że bezpośrednią przyczyną rozporządzenia [FSB o wprowadzeniu reżimu granicznego] była styczniowa decyzja Łukaszenki o wprowadzeniu na lotnisku w Mińsku reżimu bezwizowego dla obywateli 80 krajów” – przypuszcza Igor Jakowienko. Ale niektórzy eksperci uważają, że to tylko formalny powód, a nie zasadniczy, uchylenie tej furteczki na jednym lotnisku nie jest istotne dla skali ruchu osobowego. „Bezwiz” był potrzebny Łukaszence, by pokazać Zachodowi, że Mińsk ma dobre zamiary i jest generalnie otwarty.

    Jeszcze jedna sprawa bez precedensu, zasygnalizowana w trakcie konferencji prasowej – Łukaszenka zapowiedział, że rosyjski minister odpowiadający za bezprawne (zdaniem Łukaszenki) haltowanie białoruskich produktów eksportowanych do Rosji stanie przed sądem za „powodowanie strat w odniesieniu do państwa białoruskiego”. Na taką śmiałość – pociąganie do odpowiedzialności karnej urzędującego rosyjskiego ministra – Bat’ka nigdy sobie nie pozwalał. Zresztą, chyba nikt sobie dotąd nie pozwalał.

    Długaśna przemowa złotoustego Bat’ki obfitowała w smakowite stwierdzenia. „Damy sobie radę bez rosyjskiej ropy. Będzie nam bardzo trudno, ale wolność, niepodległość nie da się przeliczyć na pieniądze. […] Niepodległość, przyzwoitość, nasza historia są droższe niż ropa”. „Rosja obawia się, że Białoruś odwróci się ku Zachodowi”. Prowadził też konsekwentnie narrację: źli bojarzy (rosyjscy ministrowie, którzy krzywdzą Białoruś) i dobry car („mój przyjaciel, prezydent Putin”).

    Po tych ostrych stwierdzeniach Łukaszenki w przestworzach rosyjskiego segmentu Twittera przetoczyła się fala domysłów, jak teraz rosyjska machina propagandowa powinna potraktować Białoruś i Białorusinów: „Instrukcja dla rosyjskich propagandonów [prześmiewcze określenie dziennikarzy i prezenterów telewizyjnych, uprawiających propagandę]: od dziś Białoruś to Kartoflany Batkoreich, Białorusini – partyzanofaszyści lub partyzanobanderowcy”.

    W interpretacji monodramu Łukaszenki daleko (może za daleko) poszedł politolog Andriej Piontkowski (opozycjonista, krytyk polityki Putina, od pewnego czasu na emigracji): „Łukaszenka świadomie zaostrzył konflikt z Moskwą, rozegrał wszystko publicznie. Przez siedem godzin pokazywał, że nie chodzi o ceny gazu, krewetki, awokado czy wołowinę, chodzi o niepodległość kraju. Gdyby tego nie zrobił, to zaistniałoby ryzyko, że Putin by go ograł w zakulisowych gierkach – zorganizowałby przewrót [by osadzić w Mińsku osobę bardziej uległą wobec Moskwy], najpóźniej w czasie ćwiczeń rosyjsko-białoruskich, które są planowane w tym roku. Teraz Łukaszenka powiedział światu, że suwerenności Białorusi zagraża Rosja Putina i że on, prezydent Białorusi, będzie o tę suwerenność walczyć”.

    Independiencia o muerte? Nieźle.