Kategoria: Bez kategorii

  • Dzisiaj w Jerozolimie

    15 kwietnia. Kilkadziesiąt tysięcy chrześcijan zebrało się w Wielką Sobotę na ulicach Jerozolimy. W tym roku Wielkanoc katolicka i prawosławna przypada w tym samym terminie, przybyli więc pielgrzymi z całego chrześcijańskiego świata – piszą agencje informacyjne.

    Wierni należący do Kościołów obrządku wschodniego oczekują na niezwykłe misterium, które w Wielką Sobotę dokonuje się w Bazylice Grobu Pańskiego: zstąpienie świętego ognia.

    Wejść do Bazyliki można tylko, gdy ma się specjalną przepustkę, bezpieczeństwa pilnuje na ulicach miasta rzesza policjantów i żołnierzy – władze miasta obawiają się ataków terrorystycznych.

    Zgodnie z sięgającą IX wieku tradycją prawosławny patriarcha Jerozolimy schodzi do umiejscowionego w centralnej części Bazyliki Grobu Pańskiego cubiculum – niewielkiej komory, znajdującej się w miejscu, gdzie, jak nakazuje tradycja, złożono ciało ukrzyżowanego Chrystusa. Gdy zostaje sam, modli się i oczekuje na pojawienie się świętego ognia. Czas oczekiwania niekiedy jest krótszy, niekiedy dłuższy. Od samoistnie pojawiającego się ognia patriarcha zapala dwa pęki świec (każdy pęk liczy 33 świece na pamiątkę liczby lat, jakie Chrystus spędził na ziemi) i wychodzi do wiernych. Specjalnie wyznaczeni gońcy zapalają swoje świece i rozbiegają się po świątyni, aby każdy z pielgrzymów mógł zapalić swoją świecę.

    Patriarcha oznajmia zgromadzonym w bazylice, że Chrystus zmartwychwstał. Samoistnie pojawiający się w kaplicy Grobu Pańskiego ogień jest symbolem Zmartwychwstania Pańskiego, zwycięstwa życia nad śmiercią, dobra nad złem, pokoju nad wojną, czystości nad grzechem.

    Jerozolimski ogień jest dla wyznawców prawosławia święty. Ogień odpalony od świec patriarchy jest umieszczany w specjalnych kapsułach i przewożony do krajów, gdzie żyją prawosławni. Delegacja z Rosji ma przywieźć święty ogień do Moskwy w Wielką Sobotę wieczorem, z lotniska Wnukowo kapsuła zostanie przewieziona do Świątyni Chrystusa Zbawiciela w Moskwie, gdzie o północy rozpocznie się główna liturgia wielkanocna.

    *

    Życzę Państwu radosnych Świąt Wielkiej Nocy. Wesołego Alleluja!

     

  • Tomahawkiem w plecy

    8 kwietnia. Hollywoodzcy scenarzyści, wymyślający zabójcze zwroty akcji, podkręcający nastroje widzów i specjalizujący się w straszeniu publiczności, zapewne niedługo stracą pracę. Rzeczywistość bowiem coraz częściej zaskakuje nas dużo bardziej niż niesztampowe filmowe scenariusze. Szczególnie główni bohaterowie sceny politycznej dostarczają wrażeń, po których trudno zasnąć.

    Jeszcze niedawno w rosyjskiej Dumie Państwowej urządzono radosny bankiet, by uczcić zwycięstwo w wyborach prezydenckich w USA Donalda Trumpa. Szefowa głównej kremlowskiej gadzinówki telewizyjnej na zagranicę Margarita Simonian w uniesieniu pisała na Twitterze, że chciałaby się przejechać po Moskwie z amerykańską flagą zatkniętą na masce samochodu, aby dać wyraz rozpierającemu ją szczęściu z powodu wygranej upragnionego kandydata Kremla. Ponownie fala radosnego przyboju wezbrała na moskiewskich salonach politycznych, gdy w styczniu doszło do pierwszej rozmowy telefonicznej Putin-Trump. Propagandziści rozpalali nadzieje, że to jaskółka, która nareszcie uczyni wiosnę na linii Moskwa-Waszyngton. Ale mijały kolejne tygodnie, a ze strony Waszyngtonu wiało coraz większym chłodem. Klimat po drugiej stronie oceanu psuł się coraz mocniej, gdy na światło dzienne wyciągano niejasne powiązania członków administracji Trumpa z Rosją. Jakieś pokątne rozmowy i umowy, jakieś honoraria… W kuluarach coraz częściej mówiło się, że Kreml usilnie zabiega o spotkanie z prezydentem Trumpem, tymczasem zabiegi te pozostają bez reakcji.

    Jednym z tematów, który – jak spodziewa się większość obserwatorów – mieliby podjąć Trump i Putin, jest sytuacja w Syrii. Rosja ma ambicję, by zostać głównym rozgrywającym w grze o to państwo, rozdarte wojną domową. I ambicje te z powodzeniem w ostatnich miesiącach realizowała, wykorzystując umiarkowane zaangażowanie czy wręcz brak zainteresowania Zachodu. W styczniu Rosja podpisała z Asadem porozumienia określające zasady militarnej obecności rosyjskich sił w Syrii, zaczęła rozbudowywać bazy. Porozumienia dały Rosji szerokie przywileje (np. bezpłatne użytkowanie obiektów) i umocniły pozycję czołowego rozgrywającego. Rosja poszukiwała też dyplomatycznego rozwiązania, mającego na celu wypracowanie zgody pomiędzy wspieranym przez nią Asadem a umiarkowaną syryjską opozycją. Rozmowy spektakularnych sukcesów nie przyniosły, niemniej pozwoliły Kremlowi ponownie mówić o legalności władzy Asada i stroić się w piórka obrońcy pokoju. Piórka wprawdzie szybko opadały osmalone w wyniku akcji militarnych sił Asada, wspomaganych przez rosyjskich sojuszników. Na Zachodzie rozlegały się głosy, że Asad pospołu z Putinem dopuszczają się zbrodni wojennych. Ale to nie zmniejszało rosyjskiego impetu w Syrii, gdzie Moskwa czuła się coraz pewniej.

    I oto w sytuacji, gdy Kreml poczuł się już niemal panem sytuacji, w nocy z 6 na 7 kwietnia z amerykańskich okrętów operujących na Morzu Śródziemnym wystrzelono 59 rakiet samosterujących tomahawk, które raziły cele w  bazie syryjskich wojsk rządowych w Szajrat. Uderzenie było – jak wyjaśnił w specjalnym oświadczeniu prezydent Trump – bezpośrednią reakcją na atak sił Asada na miejscowość w prowincji Idlib, w którym od gazów bojowych zginęli cywile. Zaznaczył, że nie zamierza pozwalać mu na łamanie prawa.

    Prezydent Putin został o zamiarze ataku na bazę poinformowany przez stronę amerykańską na dwie godziny przed faktem (m.in. dlatego, że w bazie mógł się znajdować rosyjski personel). Po ataku niezbyt donośnym głosem swojego rzecznika oświadczył, że amerykański atak na bazę w Syrii jest pogwałceniem prawa międzynarodowego, powtórzył też, że Asad nie ma broni chemicznej, dlatego nie mógł dokonać ataku gazowego pod Idlibem. Toteż amerykańskie uderzenie uznaje za wyprowadzone „pod zmyślonym pretekstem”. I jako taki atak zasługuje na potępienia. Kolejne kroki wykonało rosyjskie ministerstwo obrony: Moskwa zawiesiła memorandum o unikaniu incydentów lotniczych w Syrii, czego konsekwencją było wyłączenie „gorącej linii” z Pentagonem, służącej do kontaktów w razie incydentów.

    Po ataku USA na Szajrat w ustawieniu głównych aktorów w Syrii nastąpiła klasyczna filmowa „odwrotka”. Stany zademonstrowały, że wracają do gry i to ostro. Rosja się zapowietrzyła z niedowierzania. Można założyć, że na Kremlu lub w Nowo-Ogariowie trwa burza mózgów, jaką dać odpowiedź. Pomysły zaczęły się zresztą pojawiać i w przestrzeni medialnej. Znany pisarz, piewca rosyjskiego imperializmu Aleksandr Prochanow znalazł odpowiednią reakcję: „odpowiedziałbym na amerykańskie wyzwanie asymetrycznym uderzeniem rosyjskich rakiet skrzydlatych na pozycje ukraińskiej artylerii, która ostrzeliwuje codziennie Donbas, rozrywa na kawałki dzieci w Ługańsku u Doniecku”. Hollywoodzcy scenarzyści nerwowo palą w kącie, bo takich wysokich lotów myśli, jakie prezentuje Prochanow, nie są w stanie osiągnąć.

    Rosja może nadal mieć nadzieję, że zbuduje z Trumpem wielką koalicję, mającą na sztandarze wspólną walkę z międzynarodowym terroryzmem? Biały Dom nie kupuje najwyraźniej rosyjskiej narracji, że tak pięknie byłoby gromić terrorystów ramię przy ramieniu. Bo z tej wzniosłej formuły sterczą uszy brutalnej rozgrywki o wpływy. A że Moskwa i Waszyngton mają w Syrii sprzeczne interesy (m.in. Rosja broni Asada, USA nie chcą słyszeć o jego utrzymaniu przy władzy), to o zbudowanie wspólnej koalicji będzie co najmniej bardzo trudno, jeśli w ogóle będzie to możliwe.

    A zatem czy to już koniec nadziei Rosji na płomienny romans z nową amerykańską administracją?

    Za kilka dni do Moskwy ma przyjechać sekretarz stanu USA Rex Tillerson. Jeżeli strony siądą do rozmów o Syrii, to pozycja przetargowa Stanów (po ataku na Szajrat) będzie lepsza niż pozycja Rosji. Wiele zależy też od tego, czy grad tomahawków nad asadowską bazą to jednorazowa akcja czy może będzie ich więcej.

  • Po tragedii w petersburskim metrze

    4 kwietnia. W wagonie petersburskiego metra w środku dnia doszło do wybuchu bomby. Zginęło 14 osób, 49 odniosło rany. Za wcześnie, by mówić, kto był sprawcą tego koszmarnego aktu terroru. Daleka od stabilności sytuacja w Rosji teraz może zdestabilizować się jeszcze bardziej. Na rok przed wyborami prezydenckimi władze potrzebują spokoju, by przeprowadzić bez zbędnego ryzyka reelekcję Putina. Można się spodziewać, że będą przykręcać śrubę, by uzyskać maksimum kontroli nad społeczeństwem. Czy to się powiedzie?

    3 kwietnia w swoim rodzinnym mieście gościł prezydent Władimir Putin, spotykał się w przyjacielskiej atmosferze z prezydentem Białorusi. Wiadomość o bombie w metrze nie przerwała rosyjsko-białoruskich negocjacji. Dopiero wieczorem Władimir Władimirowicz przybył na stację metra, w pobliżu której doszło do wybuchu, aby złożyć wiązankę kwiatów.

    Bomba wybuchła około godz. 14.30 w wagonie metra, który dojeżdżał do stacji Instytut Technologiczny od strony stacji Plac Sienny. Maszynista, który prowadził pociąg, opowiada, że usłyszał dziwny odgłos, zauważył dym, w jego kabinie odezwały się sygnały niebezpieczeństwa przekazywane z wagonów; zgodnie z instrukcją doprowadził jednak pociąg do stacji. Komitet Śledczy wszczął dochodzenie z artykułu 205 kk „zamach terrorystyczny”. Jako podejrzanego wskazano młodego człowieka pochodzącego z Kirgizji, który niedawno otrzymał obywatelstwo rosyjskie. Gazety piszą, że zamachowiec samobójca najprawdopodobniej był związany z radykalnym islamizmem. Bombę wniósł w plecaku. Komitet Antyterrorystyczny ogłosił, że na stacji Plac Powstania znaleziono i unieszkodliwiono drugi ładunek wybuchowy, o sile znacznie większej niż zdetonowany przy stacji Instytut Technologiczny. Kto go podłożył? Nie wiadomo. Pytania, mnóstwo pytań.

    W setkach komentarzy do kolejnych, zmieniających się wersji wydarzeń, podawanych przez oficjalne czynniki (w mediach, przede wszystkim w szybkich mediach społecznościowych, panował nieopisany chaos) powtarza się motyw nieufności. Ludzie są przerażeni, nie wierzą w zapewnienia władz, że wszystko jest w porządku. „Nie wydaje mi się, że oni [władze] mogą nas obronić, oni dbają tylko o swoje bezpieczeństwo. […] To, że Federalna Służba Bezpieczeństwa jest do niczego, wiemy doskonale, podejrzewamy od dawna, że jej działalność polega na pracy przeciwko społeczeństwu. […] Teraz też FSB zajmowała się od tygodnia ganianiem uczniów, którzy protestowali na ulicach przeciwko korupcji (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/03/27/pokolenie-p-dorasta/), a tymczasem terroryści hulali sobie po metrze bez przeszkód”. Siergiej Miedwiediew w emocjonalnym tekście na FB napisał: „W Rosji mamy dziś dwie tragedie. Jedna – ludzka tragedia pasażerów metra i ich bliskich, moje serce pęka z bólu za rodzinne miasto. I druga tragedia – systemowa tragedia totalnego braku zaufania do władz. Niezależnie od tego, jaka wersję przedstawią […], nikt im już nie uwierzy. Władza ugrzęzła w kłamstwie i hybrydowości, krwawy cień pada na nią i już nie uda jej się zmyć piętna kłamcy”. Wiele osób pisało w komentarzach: „Przypomina mi się 1999 rok, kiedy w Moskwie i innych miastach wybuchały domy mieszkalne, a Putin szedł do władzy”.

    Natomiast etatowi komentatorzy prokremlowscy, zawsze gotowi przedstawić w telewizji każdą tezę korzystną dla władz, powtarzali wczoraj, że akcje antykorupcyjne i zamach w metrze mogą być ze sobą powiązane. Jak? No, wiadomo – i tu wrogowie, i tu wrogowie: „opozycji chodzi tylko o to, żeby rozbujać łódkę” – to twierdzenie miało wystarczyć publiczności za całą argumentację. „Kremladź” (dziennikarze i eksperci obsługujący Kreml w mediach) podrzuciła jeszcze wątek ukraiński (zamachu mieliby dokonać ukraińscy sabotażyści, nasłani przez „kijowską juntę”) oraz wątek knowań Zachodu, który w ten sposób mści się rzekomo za to, że Putin nie chce się mu kłaniać. Nie trzyma się kupy? Nie szkodzi.

    Reakcją władz na zamach w petersburskim metrze może być wprowadzenie kolejnych zaostrzonych przepisów, wzmacniających kontrolę służb nad społeczeństwem. „Rosyjskie władze niemal zawsze uzasadniają nowe zakazy i ograniczenia prowadzeniem walki z terroryzmem – pisze Andriej Piercew (Carnegie.ru). – Kolejne obostrzenia, a nawet interwencja w Syrii [która według zapewnień Putina miała zatrzymać potencjalnych terrorystów na dalekich rubieżach] miały służyć wzmocnieniu bezpieczeństwa Rosji. Mówili: W Europie, gdzie swobody i tolerancję postawiono na pierwszym planie, są zamachy. Czy wy chcecie tego samego? Nie? No to siedźcie cicho. Tak mniej więcej wyglądał dialog Kremla ze społeczeństwem. […] Walka z terroryzmem była dla rosyjskich władz bazą umowy społecznej”. To znaczy my, władza, zapewnimy wam bezpieczeństwo, ale wy, społeczeństwo, musicie zrezygnować z części swobód.

    I tak to działało, choć kryzysy w tym układzie zdarzały się – przecież zaklęcia Putina nie uchroniły Rosji przed atakami terrorystycznymi. I za każdym razem stawiały pod znakiem zapytania twardą narrację Kremla o konieczności odebrania kolejnych swobód, aby krwawy zamach nigdy się nie powtórzył. Pole swobody zawężano więc stopniowo, a zamachy niestety się powtarzały.

    Piercew: „Istnieje taka wersja, że zamach zepchnie na plan dalszy aktualny temat antykorupcyjnych demonstracji, a zatem z tego punktu widzenia jest korzystny dla władz. Za chwilę wybory prezydenckie, a tu taki temat, doskonale znany Putinowi [– zamachy i walka z terroryzmem]. Ale w rzeczywistości ten temat wcale nie jest dla Kremla korzystny: od siedemnastu lat prezydent troszczy się o bezpieczeństwo, odbiera swobody w imię bezpieczeństwa, można więc zadać pytanie: czy ta gra warta jest świeczki?; przecież nam wyjaśniano, że na Zachodzie zdarzają się zamachy, bo tam władze są słabe, czy to znaczy, że jeżeli zdarzają się i u nas, to nasze władze też takie są?”. Te pytania nasuwają się same, a jeszcze wiele innych, np. po co powoływać Gwardię Narodową, która ma stać na straży spokoju, skoro terroryści są w stanie przygotować zamach w mieście, które akurat odwiedza Putin?

    Dla obozu władzy teraz najważniejsze jest uspokojenie rozkołysanych nastrojów i – w perspektywie najbliższego roku – zapewnienie Putinowi zwycięstwa w przyszłorocznych wyborach. Tylko czy tym razem zadziałają stare metody i wezwania, aby w obliczu niebezpieczeństwa skonsolidować się wokół przywódcy?

    W Petersburgu ogłoszono trzydniową żałobę, żałoby narodowej nie ogłoszono.

  • Prima Fejk Aprilis

    1 kwietnia. W epoce postprawdy, w czasach puszczanych na co dzień w przestrzeń fejków, Prima Aprilis – święto dowcipów, zmyślonych newsów – wydaje się anachronizmem.

    Produkcja memów, ogrywanie rysunkami i żartami słownymi tego, co się dzieje w polityce, jest codzienną praktyką. Całe sztaby trolli w pocie czoła realizują zadania polegające na wprowadzeniu w błąd strony przeciwnej. Wsadzanie na minę niedoświadczonych odbiorców jest ważnym komponentem toczącej się wojny informacyjnej. Zresztą w maliny dają się wpuszczać także profesjonalne media, co nie przyczynia się do wzrostu ich wiarygodności. I o to w tej wojence też chodzi.

    Kopalnią żartobliwych komentarzy do wydarzeń na scenie politycznej jest Twitter, reagujący błyskawicznie na wszystko, co się dzieje. Weźmy choćby wczorajsze doniesienie o tym, że premier Dmitrij Miedwiediew złożył deklarację majątkową za rok 2016. Do pokazywania dochodów obliguje urzędników ustawa. Deklaracje zostaną opublikowane, po sprawdzeniu, dopiero za miesiąc. Ale na komentarze nikt nie będzie czekał aż miesiąc. Zaraz w TT pojawił się projekt nowego banknotu x-rublowego z portretem premiera zapatrzonego w świetlaną przyszłość, banknot zdobi słynny cytat „Pieniędzy nie ma, wy się trzymajcie”. I napis podsumowujący: „D*pa” (https://twitter.com/Durevestnik/status/847784297272684544). Informacja o złożeniu przez Miedwiediewa deklaracji o dochodach przyszła po tym, jak Fundacja Walki z Korupcją Aleksieja Nawalnego opublikowała film o wspaniałych majętnościach Miedwiediewa i kilka dni po masowych demonstracjach antykorupcyjnych w wielu miastach Rosji.

    A tak na marginesie – Twitter wpuszcza do przestrzeni medialnej także mnóstwo tzw. dezy, czyli dezinformacji. Czasem świadomej, czasem niezamierzonej. Wieczny Prima Aprilis.

    Premier Miedwiediew od dawna jest ulubionym obiektem żarcików ogrywanych w mediach społecznościowych. Tak zilustrowano np. jego relację z Ramzanem Kadyrowem https://twitter.com/RollPoli/status/847726769218002945/photo/1 ; https://twitter.com/Lndcalling/status/847720986053038080/photo/1 , a tak wizytę tandemu Putin-Miedwiediew w Arktyce https://twitter.com/RollPoli/status/847220043016523776/photo/1https://twitter.com/OraclePigFuntik/status/847722883421847553/photo/1

    Twitter żartobliwie skomentował też niedawną wizytę Marine Le Pen na Kremlu: zdjęcie ze spotkania Le Pen z Putinem opatrzono podpisem „Rozmowa kwalifikacyjna na prezydenta Francji” (https://twitter.com/ShadenFM/status/845291623638556672).

    Ale są jeszcze na świecie dobre wiadomości, które nie wymagają komentarza. Agencja Interfax podała dziś, że Białoruś planuje na ten rok wyjątkowo obfity zbiór arbuzów. Jak tu się nie cieszyć?

  • Pokolenie P dorasta

    27 marca. Pokolenie P to ludzie, którzy urodzili się, gdy do władzy w Rosji doszedł prezydent Władimir Putin. Mają dziś siedemnaście lat. Podczas wczorajszych demonstracji, jakie odbyły się w wielu miastach Rosji, młodzi i bardzo młodzi stanowili pokaźny odsetek. Czy to jakaś jasna zorza na ponurym niebie czekistowskiego putinizmu?

    Protesty zorganizował Aleksiej Nawalny i jego Fundacja Walki z Korupcją. Akcja zaczęła się na początku marca od spektakularnego pokazu filmu o otrzymanych za rentę korupcyjną majętnościach premiera Dmitrija Miedwiediewa (pisałam o tym: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/03/03/dzialka-w-toskanii-czyli-eine-kleine-dimongate/). Dochodzenie w sprawie bogactw „Dimona”, jak familiarnie nazywają pana premiera internetowi prześmiewcy, Nawalny zaczął od prześledzenia, jakie zakupy przez Internet robi Dmitrij Anatoljewicz. Fundacja Nawalnego policzyła, ile kosztują najmodniejsze modele obuwia sportowego z kolorowymi podeszwami i sznurówkami, którymi szpanuje szef rosyjskiego rządu. Okazało się, że niemało. I tak od rzemyczka do koniczka, czyli rezydencji, pałaców, winnic, jachtów etc.

    Film na kanale Youtube obejrzało kilkanaście milionów ludzi (https://www.youtube.com/watch?v=qrwlk7_GF9g). Taka widownia w Internecie to jednak jest coś. Nie muszę dodawać, że przez ogólnokrajowe kanały państwowej telewizji materiał nie został wyemitowany . Władze już dawno nałożyły szczelny kaganiec na telewizję i wysokonakładowe tytuły prasowe, natomiast alternatywne nisze medialne pozostały na uboczu, owszem, prześwietlane, ale nie tak dokładnie. Tymczasem młode pokolenie telewizję niespecjalnie ogląda, natomiast na co dzień korzysta z Internetu. I to media społecznościowe okazały się drożnym kanałem komunikacji, przez który można dotrzeć z przekazem politycznym do dużego segmentu społeczeństwa. Nawalny wykorzystał ten kanał skutecznie, wylansował wielką akcję pod hasłem walki z korupcją na najwyższych szczeblach władzy. Przekonał rzesze ludzi, że korupcja to zło, że przedstawiciele władzy podle i prymitywnie okradają społeczeństwo. Ludziom żyje się trudno. Ludzie się wkurzają.

    I wczoraj przyszło w sumie kilkadziesiąt tysięcy w skali kraju. Z jednej strony to niewiele jak na wielką Rosję. Z drugiej strony jednak to wiele jak na akcję nielegalną (bez zezwolenia – większość municypalnych władz nie wyraziła zgody na marsze), w sytuacji, gdy wiele trzeba zaryzykować. I rzeczywiście – uczestników demonstracji w dużej liczbie zatrzymano (wielu – w bardzo brutalny sposób), następnie w trybie przyspieszonym skazano na kilkunasto-, kilkudniowe areszty administracyjne i grzywny.

    Protesty zostały zignorowane przez propagandowe tuby Kremla, natomiast relacje z marszów znalazły się w centrum zainteresowania użytkowników mediów społecznościowych (przegląd materiałów można obejrzeć m.in. tu: http://www.svoboda.org/a/28391677.html).  Niektóre zdjęcia są fantastyczne. Na przykład to, na którym uchwycono moment, gdy grupa kilku byków z OMON-u podnosi do góry i taszczy młodą dziewczynę. Przez komentatorów fotka został uznana za najlepszy kadr z manifestacji, świetnie ilustrujący to, co się działo. W Internecie chodzi pod tytułem „Zuzanna i starcy”. Przewrotnie. Ale coś w tym jest.

    Nawalny obiecał wszystkim zatrzymanym – w samej Moskwie ponad tysiąc osób – że zorganizuje dla nich pomoc prawną. Pomoc ta może okazać się potrzebna. Putin będzie z chłodną przyjemnością mścił się na tych, którzy zakłócili mu spokój. 26 marca minęła siedemnasta rocznica wyborów prezydenckich, które przyniosły Putinowi zwycięstwo. Posłuszne telewizje kładą społeczeństwu do głowy, że społeczeństwo kocha prezydenta i popiera jego genialną politykę. A tu całkiem spora grupa zakłóciła ten miły obrazek. Do zaplanowanych na marzec 2018 roku wyborów Putina pozostał rok, Kreml chciałby mieć spokój i gwarancję wysokiego zwycięstwa. Można zatem oczekiwać, że wszelkie próby destabilizacji i ograniczenia rozmiarów wygranej Putina będą przez Kreml hamowane wszelkimi sposobami. Zapewne zatrzymani uczestnicy wczorajszych protestów zostaną poddani restrykcjom, podobnie jak uczestnicy antyputinowskiej demonstracji na placu Błotnym w maju 2012 roku, gdy protestowano przeciwko kolejnej kadencji Putina. Wielu uczestników „błotnego” protestu skazano na wysokie wyroki.

    Władza się władzy nie wyrzeknie. Nie wyrzeknie się też renty korupcyjnej, wszak to filar systemu.