Życzę Państwu pięknego czasu, kiedy „Bóg jest w dziecko małe przemieniony”.
Kategoria: Bez kategorii
-
Minister o zaostrzonym rygorze
15 grudnia. Sędzia zamoskworieckiego sądu rejonowego miasta Moskwy Larysa Siemionowa ogłosiła dziś wyrok w głośnym procesie byłego ministra rozwoju gospodarczego Aleksieja Ulukajewa oskarżonego o wręczenie korzyści majątkowej Igorowi Sieczinowi (o aresztowaniu Ulukajewa pisałam na blogu http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/11/15/slalom-po-ruchomych-piaskach/). Wyrok był skazujący i bardzo surowy: kara ośmiu lat pozbawienia wolności w kolonii o zaostrzonym rygorze. Sędzia Siemionowa orzekła o winie eksministra na podstawie wątpliwych przesłanek, ale za to w pełnej zgodzie z tym, co zasugerował podczas wczorajszej konferencji prasowej prezydent Putin. Skazanie Ulukajewa w pokazowym procesie jest w zgodnej opinii komentatorów świadectwem umocnienia się Sieczina, a osłabienia grupy polityków, urzędników i biznesmenów o bardziej liberalnych zapatrywaniach, którzy są/byli w kontrze wobec grupy jastrzębi z komitetu bezpieczeństwa. Teraz Sieczin może sięgnąć po wszystko, co zechce.
Były minister uznał wyrok za rażąco niesprawiedliwy, obrona zapowiedziała apelację. Ulukajew został zakuty w kajdanki w sali rozpraw i odwieziony do aresztu śledczego (wcześniej oczekiwał na proces w areszcie domowym).
Minister miał zainkasować 2 miliony baksów za wydanie pozytywnej opinii, na podstawie której dowodzony przez Sieczina koncern Rosnieft’ mógł przejąć 50,08% akcji koncernu Basznieft’. Łakomy kąsek. Podczas rozprawy wystąpił świadek, poświadczający winę Ulukajewa. Ciekawe było natomiast to, że sam Sieczin – mimo kilkakrotnych monitów – do sądu nie przyszedł. Zeznania obciążające Ulukajewa składał w śledztwie. Sąd nie miał szans, by zweryfikować słowa Sieczina na sali rozpraw. Tymczasem wczoraj podczas konferencji prasowej Putin firmowym wzruszeniem ramion skwitował pytanie dziennikarki, dlaczego Sieczin nie stawił się przed obliczem sprawiedliwości. Zeznania Sieczina nie trzymają się kupy, lecz choć są niewiarygodne, stanowiły podstawę aktu oskarżenia, a potem sentencji wyroku. Dodatkowo jak widać, mocniejszą podstawę stanowią słowa wypowiedziane wczoraj przez Putina: – Sieczin nie złamał prawa – orzekł prezydent. Dziś sędzia wydała srogi wyrok. Znawcy rosyjskich realiów politycznych nie mają wątpliwości – to był łatwy do odczytania sygnał dla sędzi: skazać. Proces ma charakter polityczny, wyrok zaspokaja potrzeby najważniejszego decydenta, jest zapowiedzią dla wokółkremlowskiej konkiety: Kreml nie cofnie się przed zastosowaniem siły wobec nazbyt krnąbrnych ministrów czy innych dygnitarzy. Zwłaszcza jeśli podskoczą.
Politolog Kiriłł Rogow: „To, co stało się dzisiaj w sądzie, jest wprost niebywałe. Sędzia powołała się w sentencji wyroku na fałszywe zeznania świadka”. Jewgienij Ichłow dodaje: „Wyrok na Ulukajewa to symboliczny start kampanii przedwyborczej Putina i odpowiedź na antykorupcyjne hasła liberalnej opozycji”. Kiriłł Lats uzupełnia: „Wnioski z procesu Ulukajewa powinni wyciągnąć urzędnicy: odtąd należy robić wszystko, by dogodzić przyjaciołom Putina, a jeśli interesy przyjaciół są sprzeczne, to trzeba obsłużyć Sieczina, a nie tego drugiego. Sieczin jest teraz wyznacznikiem prawdy. […] Służba Rosji to od tej pory służba Sieczinowi”.
Nie wszyscy widzą w tym, co się stało, przejaw walki kremlowskich klanów i zwycięstwo Sieczina w starciu z ministrem. Igor Żulimow dostrzega w tym, jak potraktowano Ulukajewa, jedynie akt brutalnej pierwotnej zemsty: „Kiedy Putin wrócił ze szczytu G20 w Australii (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2014/11/17/gelsomino-w-krainie-kangurow/), stało się jasne, że Rosja znalazła się w izolacji. Putin zwołał posiedzenie rządu z udziałem ministrów bloku gospodarczego. – Opowiedzcie, jaki macie plan działań – rzekł Putin. Odpowiedział na zagajenie prezydenta Ulukajew: – A myśmy myśleli, Władimirze Władimirowiczu, że to pan ma plan działań. Właśnie za tę odzywkę Ulukajew dostał dziś wysoki wyrok. Zemsta to danie, które podaje się na zimno”.
-
Putin przywdziewa maskę dobrego cara
9 grudnia. Podczas uroczystości otwarcia zimowych igrzysk olimpijskich w Soczi w 2014 roku nastąpiła chwila konsternacji, gdy nie udał się trik polegający na rozwijaniu się w koła olimpijskie białych śnieżynek czy też gwiazdeczek. Jedna z nich nie rozwinęła się i symbol olimpiady pozostał kaleki. Symbolika tej organizacyjnej wpadki powróciła po latach, gdy Międzynarodowy Komitet Olimpijski zdecydował się wreszcie zareagować na skandal związany z olimpijskim dopingiem.
Po długich badaniach, śledztwie, konsultacjach MKOl ogłosił, że dyskwalifikuje Rosyjski Komitet Olimpijski i nie dopuszcza go do udziału w zimowych igrzyskach Pjongczang, które mają odbyć się w lutym 2018 roku. Powodem jest afera dopingowa. Ze zdobytych przez rosyjskich sportowców w Soczi medali zakwestionowano i odebrano aż jedenaście. W Pjongczang mają się odbyć dekoracje olimpijczyków, którym należne medale przyznano po zdyskwalifikowaniu rosyjskich oszustów. Przed olimpiadą w Soczi rosyjską kadrę eksperci od sportów zimowych plasowali na piątym-szóstym miejscu. Zadziwiające więc było to, że w klasyfikacji medalowej Rosja zajęła pierwsze miejsce. Teraz wiadomo, jak to się stało – realizowany przy współudziale FSB program wspomagania naszpikowanych dopingiem rosyjskich sportowców umożliwił im sięgnięcie po nienależne laury (o metodzie pisałam na blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/05/13/daleka-jest-droga-do-rio/). Rosyjscy działacze sportowi i politycy gniewnie fukają na MKOl za pozbawianie „zdopingowanych” Rosjan medali olimpijskich, sekretarz prasowy Putina oznajmił, że Rosji nikt nie odbierze zwycięstwa. Zdemaskowani sportowcy natomiast śmieją się MKOl-owi w nos i mówią, że swoich medali nie oddadzą. Nikomu jakoś nie jest przykro, że doszło do grubego przekrętu, nikt za to nie przeprasza. Przykrość delikwenci odczuwają jedynie z powodu odebrania ukradzionych splendorów i bana ze strony MKOl.
Po ogłoszeniu przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski decyzji o dyskwalifikacji Rosji nastąpiła krótkotrwała konsternacja jak wtedy, gdy w Soczi nie rozwinęła się śnieżynka. Reakcja rosyjskich oficjeli była wszakże więcej niż stonowana. Tylko nazajutrz po ogłoszeniu decyzji MKOl odbyła się burzliwa dyskusja w Dumie – wybrańcy narodu dali upust świętemu oburzeniu, wielu wzywało do całkowitego bojkotu olimpiady, darło patriotyczne pierze, odgrażało się niewyobrażalnym odwetem. Jedna z deputowanych na Twitterze przypomniała w tym kontekście, że Rosja ma broń atomową.
Atom atomem, ale Kreml nie zdecydował się nawet na użycie procy. Głos zabrał sam prezydent Putin i łagodnym głosem dziecięcego dentysty oznajmił, że choć Rosyjski Komitet Olimpijski został zdyskwalifikowany, to MKOl pozostawił czystym rosyjskim sportowcom furtkę: mogą pojechać do Pjongczang i wystąpić pod flagą olimpijską. I niech jadą, bo nie wolno odbierać ludziom szansy na sportowy sukces, na który pracowali latami. Mąż stanu pokój miłujący, żadnych ostrości, zero metalu w głosie. Czemu taka zmiana wizerunku?
Politolog Kiriłł Rogow rozważa takie warianty: „(1) MKOl dysponuje dowodami w sprawie dopingu, które jeszcze nie wyszły na jaw, a które jeszcze mocniej obciążają rosyjskie władze, (2) to, że rosyjska delegacja (na spotkaniu MKOl w Lozannie) faktycznie przyznała się do winy, jest częścią targu wokół kwestii dyskwalifikacji rosyjskiej sbornej w Mundialu 2018”. Do sprawy piłkarskich mistrzostw jeszcze za chwilę wrócę.
Sport to w Rosji więcej niż tylko sport – to w pojęciu i władz, i dużej części społeczeństwa jeden z ważnych komponentów składających się na mocarstwowość. Rosyjscy sportowcy muszą wygrywać – w ten sposób dowodzą potęgi państwa i przewagi nad resztą świata. Linia propagandowa rosyjskich mediów (szczególnie telewizji) wobec zarzutów MKOl i agencji antydopingowej WADA polegała na pokazaniu, że jedynym źródłem [nieprawdziwych] oskarżeń o doping jest zbiegły działacz rosyjskiej agencji antydopingowej Grigorij Rodczenkow, cała sprawa jest wydumana i ma na celu odwet na wielkiej Rosji wstającej z kolan, zwyciężającej w Syrii itd. Albo jak krzyczał w Dumie Żyrinowski, odwet za zwycięski czterdziesty piąty rok. Niemiecki dziennikarz Hajo Seppelt, od lat drążący temat dopingu, w tym programu dopingowego w Rosji, tak komentuje tę linię: „Niech pan Mutko (wicepremier, b. minister sportu, patron programu) przynajmniej przeczyta raport komisji McLarena, wszystkiego się dowie. Czyżby pan Mutko go nie przeczytał?”. Mutko został przez MKOl personalnie zbanowany – dożywotnio zakazano mu udziału w igrzyskach. Znamienne jest to, że mimo ciążących na nim zarzutów o wspieranie programu dopingowego, nadal zachowuje stanowisko w rządzie i nadal odpowiada za przygotowania do Mundialu. Jeszcze raz Hajo Seppelt: „Jak to możliwe, że państwo, które postępuje w ten sposób w sporcie [patronuje państwowemu programowi dopingowemu], jest gospodarzem mistrzostw świata w piłce nożnej? A pan Mutko, ponoszący polityczną odpowiedzialność za państwowy program dopingowy, co poświadczono w dokumentach MKOl, nie powinien mieć nic wspólnego z Mundialem. A ma. Jeżeli okaże się, że i w rosyjskiej piłce na przestrzeni wielu lat masowo stosowano doping – a oznak tego procederu jest aż nadto – to należy zadać pytanie: a czy taka drużyna w ogóle ma prawo wystartować w mistrzostwach świata? […] W najbliższym czasie czeka nas wiele dyskusji na ten temat. Jak przypuszczam, Rosja znowu będzie szła w zaparte i nie wykaże gotowości do współpracy”.
Ostra kwestia stosowania dopingu pod skrzydłami państwa i równie ostra kwestia tępienia tego typu praktyk przez międzynarodowe agencje i komitety po ogłoszeniu przez MKOl sankcji wobec Rosji minęły swój punkt kulminacyjny. Wzbierająca długo fala nagle opadła. Wielu obserwatorów uznało, że jak na skalę rosyjskiego przekrętu z dopingiem to reakcja MKOl jest nadzwyczaj łagodna, a jako taka nie ma sensu, bo nie osiąga celu: nikt nie domaga się od Rosji ani uderzenia się w piersi, ani solennej obietnicy poprawy. Rosyjscy sportowcy mogą pojechać na zawody olimpijskie, a na ceremonii zamknięcia już nawet będą mogli defilować pod flagą państwową. MKOl naznaczył krótką i niezbyt bolesną pokutę jak na rozmiary przewiny.
Mięciutka była też wspomniana powyżej reakcja Putina. Trzeba pamiętać, że w 2018 roku Władimira Władimirowicza czekają dwa ważne wydarzenia. Po pierwsze w marcu będą wybory. Po drugie będzie Mundial.
Po długich i ciężkich przymiarkach Putin wreszcie – i to w dniu, gdy ogłoszono o dyskwalifikacji olimpijskiej – ugiął się pod naporem zniecierpliwionego ludu pracującego miast i wsi, który domagał się od niego startu w marcowej elekcji, i ogłosił urbi et orbi, że stanie w szranki wyborcze. Kampania wyborcza jeszcze się nie zaczęła, a już widać, że Putin stawia na bliski kontakt z owym ludem, będzie kreował się na władcę mądrego, stabilnego, pochylonego z troską nad obywatelem. Dobrotliwy, pełen miłości człowiek-prezydent, prezydent-człowiek. Kolejny wizerunkowy lifting i kandydat na prezydenta jak nowy. Tylko zdrowie już nie to. Nie mogę uwolnić się od wrażenia, że na prezentowanych ostatnio w telewizji migawkach z wizyt prezydenta w zakładach pracy widoczne było, że Putin ma trudności w poruszaniu się, że znowu utyka. Raziło sztucznością zadane przez jednego z uczestników spotkania wazeliniarskie pytanie o dobrą formę fizyczną człowieka, który powłóczy nogą, jednocześnie ze wszystkich sił starając się zamaskować tę nieudolność.
-
Ksenia Starosielska. RIP
5 grudnia. Mówiła, że tłumacz to most między narodami, państwami, kulturami. Ksenia Starosielska była mostem pomiędzy Polską i Rosją – jej wspaniałe tłumaczenia pozwoliły Rosjanom poznać dorobek polskich autorów. Przetłumaczyła na rosyjski utwory między innymi Wisławy Szymborskiej, Czesława Miłosza, Tadeusza Różewicza, Tadeusza Nowaka, Jerzego Andrzejewskiego, Jerzego Pilcha, Jarosława Iwaszkiewicza, Tadeusza Konwickiego, Hanny Krall, Marka Hłaski.
Odeszła w ostatnich dniach listopada w wieku 80 lat.
Powołanie – bo tłumaczenie literatury to powołanie – odkryła w sobie nie od razu. Za namową rodziny, która chciała, aby Ksenia miała praktyczny fach w ręku, ukończyła inżynierię chemiczną. Po studiach pracowała przez kilka lat w laboratorium. Jak mówiła, bez radości i zainteresowania. Radość to było poznawanie świata. Jeszcze na studiach odwiedziła Polskę w ramach wymiany turystycznej. Była w Warszawie, Krakowie i Zakopanem. „Wróciłam z Polski pełna wrażeń. Jacyś inni ludzie na ulicach, kobiety ubrane inaczej niż u nas. I ta atmosfera wolności. Tańczyliśmy rock and rolla. Było wspaniale” – wspominała po latach tę pierwszą podróż. Była druga połowa lat pięćdziesiątych, pierwsze powiewy chruszczowowskiej odwilży. W Moskwie można było obejrzeć wystawę impresjonistów francuskich – obrazy wyciągnięte z muzealnych magazynów. Zafascynowana Ksenia chciała poczytać o tym nieznanym świecie. Książek po rosyjsku nie było. Na daczy zobaczyła książkę francuskiego autora o Toulouse-Lautrecu po… polsku. Mama i ciocia doskonale znały polski, urodziły się w Łodzi i w tym mieście spędziły pierwsze lata życia. W czasie I wojny rodzina przeniosła się na stałe do Moskwy, dziewczynki przełączyły się na rosyjski i przez długie lata zwalczały u siebie polski akcent, którego nie mogły się długo pozbyć, a który był przedmiotem kpinek moskiewskiego otoczenia. W domu nie mówiono zatem po polsku i Ksenia tego języka nie znała. Ale postanowiła się nauczyć. To było już po tej wspaniałej wyprawie do roztańczonej rock and rollem Polski. Od mamy nauczyła się czytać po polsku. Z jej pomocą przebrnęła przez tę książkę o malarstwie. A następną przeczytała już sama, tylko ze słownikiem. Było to polskie tłumaczenie duńskiego kryminału. Jak mówiła Starosielska, język polski stał się dla niej nie tylko miłością, stał się samym życiem.
Potem były lata wytrwałej pracy nad szlifowaniem języka. Pierwsze próby translatorskie. Jak przyznawała po latach – niezbyt udane. Ale wtedy Ksenia Jakowlewna już wiedziała, że właśnie to chce robić w życiu zawodowym – tłumaczyć książki. Odeszła z laboratorium, rozstała się z chemią.
„Miałam szczęście – książki, które proponowałam wydawnictwom, zwykle trafiały w gusta wydawców – mówiła w jednym z wywiadów. – Mogłam więc przekładać dzieła autorów, którzy mnie interesowali, a to było gwarancją satysfakcji. Do niektórych z autorów z tych czy innych względów więcej nie wracałam. Ale bywało, że po zakończeniu pracy zainteresowanie autorem nie malało, wręcz przeciwnie – rosło, pojawiało się przywiązanie i – nie boję się tego słowa – miłość. O ile nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Często wirtualne kontakty stawały się realną przyjaźnią”.
Lata tytanicznej pracy. Budowanie warsztatu, gromadzenie wiedzy. Poznawanie niuansów polskich realiów opisywanych w tłumaczonych książkach, korespondencja z autorami. Na jednym ze spotkań z czytelnikami Ksenia Jakowlewna przytaczała wyimki z korespondencji z Tadeuszem Nowakiem (można to obejrzeć tutaj https://www.youtube.com/watch?v=PeuLpMdtvyc). Tłumaczenie to było cyzelowanie najdrobniejszych szczegółów. Godne podziwu studia nad każdym szczegółem, dbałość o każde słowo. Jednocześnie Starosielska miała doskonały słuch lingwistyczny, niezwykłe wyczucie frazy, wrażliwość. Jednym słowem – zestaw cech niezbędnych w zawodzie tłumacza.
Przez wiele lat była redaktorem naczelnym czasopisma „Inostrannaja Litieratura”, na łamach którego publikowano przekłady literatury światowej. Również polskiej. Prowadziła seminaria dla młodych adeptów sztuki translatorskiej w Centrum Kultury Polskiej w Moskwie. Była wielką przyjaciółką Polski. Polska doceniła jej nadzwyczajny wkład w rozwój kultury, w krzewienie polskiej literatury na rosyjskiej niwie. Ksenia Starosielska została odznaczona Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi RP i innymi odznaczeniami.
Dziękujemy za wszystkie wspaniałości.
-
Francuska wpadka senatora
30 listopada. Coś nie zgadza się w rachunkach. Francuskie służby fiskalne dopatrzyły się, że senator Sulejman Kerimow zalega francuskiemu budżetowi na niebagatelną kwotę 400 mln euro – podają dziś francuskie media. Jak to możliwe? Rosyjski senator jest coś winien francuskiemu fiskusowi?
Cofnijmy się kilka dni. Kerimow, członek Rady Federacji, w której reprezentuje kaukaski Dagestan, miliarder, 20 listopada wieczorem przylatuje do Nicei. Gdy wysiada z samolotu i luzackim krokiem zmierza do wyjścia, podchodzi do niego kilku panów z twarzy podobnych zupełnie do nikogo. Pokazują mu odznaki i proszą, by poszedł z nimi – jest zatrzymany w związku z podejrzeniem o pranie brudnych pieniędzy i zaleganie z podatkami. Rosyjskie służby konsularne zostają postawione na nogi. Kerimow wprawdzie nie należy do ścisłego grona wierchuszki władzy w Rosji, ale jednak jest senatorem i człowiekiem z forsą (Forbes ocenia jego majątek na 1,6 mld dolarów; zarobił je dzięki sprytnym agresywnym przejęciom, na handlu ropą, bankowości, wydobyciu złota i eksploatacji lotniska w stolicy Dagestanu Machaczkale). MSZ Rosji występuje w firmowym stylu z gniewnym oświadczeniem, że Kerimow – jako członek izby wyższej parlamentu – ma paszport dyplomatyczny i jest w związku z tym chroniony immunitetem, żadne francuskie służby nie mogą go zatrzymać. Ręce precz itede. Groźne fukanie milknie, gdy okazuje się, że Kerimow przybył do Francji z prywatnym paszportem w kieszeni, traktowany jest więc jak osoba prywatna.
Kerimow przespał nockę „na twardym” w areszcie, po czym został wypuszczony za kaucją (5 mln euro) i z zakazem opuszczania departamentu.
Gazeta „Wiedomosti” zajrzała senatorowi w deklarację majątkową (takowe mają obowiązek składać członkowie parlamentu). Okazuje, że Kerimow w ubiegłym roku zarobił wszystkiego 12 mln rubli, ma dwa małe mieszkanka i mercedesa. Co innego rodzina – o, rodzina pana senatora: żona i dziateczki, w tym nieletnie, mają i pieniądze, i auta, i nieruchomości, i przedsiębiorstwa. Francuskie gazety natomiast zainteresowały jest willami na południu Francji, które formalnie do Kerimowa nie należą. Kilka miesięcy temu w willach odbyły się rewizje, media spekulują, że znaleziono wtedy dokumenty świadczące o przynależności willi do Kerimowa (http://www.compromat.ru/page_37790.htm). Dziś zatrzymano osoby podejrzewane o nielegalne zarządzanie nieruchomościami, co umożliwiło Kerimowowi ukrycie faktu przeprania lewej kasy i wyprowadzenia w pole francuskiego fiskusa.
Przez kilka dni zatrzymanie senatora było jedną z najostrzej komentowanych w Rosji wiadomości. Zdaniem wielu obserwatorów, wpadka Kerimowa to sygnał dla członków rosyjskiej elity, która lokuje swoją krwawicę na Zachodzie, że ta lokata przestała być bezpieczna. I blady strach padł na posiadaczy pięknych rezydencji na Lazurowym Wybrzeżu, w szwajcarskich Alpach i śródziemnomorskich wyspach, dyskretnych kont bankowych i innych fajności. Oficjalnie przecież żaden z wysokich rosyjskich urzędników i członków najwyższych władz partyjnych i państwowych nie ma prawa posiadać majątku za granicą. Jaki więc znajdzie sposób, by w razie tarapatów chronić swą własność? Wielkie pytanie.
Opozycyjny publicysta Aleksandr Ryklin pisze: „Biedny senator Kerimow. Francuski sąd zakazał mu opuszczania Francji. Będzie musiał oczekiwać na rozprawę sądową z dala od ojczyzny, w fatalnych warunkach surowej francuskiej rzeczywistości. Ciekawe, jaką drogę wybierze Kerimow. Czy zaryzykuje i zostanie składając swój los w ręce francuskiego wymiaru sprawiedliwości czy pomimo zakazu sądu drapnie do Rosji? Ale wtedy – żegnaj na wieki rodzone Lazurowe Wybrzeże […]. Ciekawe, czy przedstawiciele putinowskiej elity – i politycznej, i ekonomicznej, zrozumieli, że tam to nie tu? Że model postępowania, który praktykują w Rosji, na Zachodzie nie przechodzi, że to wręcz niebezpieczne. Tym bardziej teraz, kiedy zajęli się tym na całym świecie na poważnie. A przecież były narady na Kremlu, na których uprzedzano ludzi, żeby mieli się na baczności, żeby się odpowiednio na Zachodzie zachowywali, płacili podatki, pamiętali, że nie wolno lekceważyć tamtejszych przepisów itd.”. Inny komentator kryjący się pod pseudonimem Politjoystick zauważa: „Temat zatrzymania Kerimowa może być również korzystny dla Kremla. Wypływa bowiem w tym kontekście na powierzchnię wygłoszone w 2013 r. przez Putina wezwanie, aby rosyjska elita ponownie swoje aktywa przenosiła do Rosji. Było dość czasu, aby to zrobić”.
Nicea jest dla Kerimowa pechowym miejscem. Kilka lat temu ledwie przeżył wypadek samochodowy, który sam spowodował. Mknął z szaloną prędkością nadmorskim bulwarem czarnym ferrari, rozmawiał o pięknym życiu z piękną kruczowłosą dziewczyną Tiną Kandelaki, aż tu nagle stracił panowanie nad kierownicą i wyrżnął w palmę.
