Kategoria: Bez kategorii

  • Toksyczna wojna, część druga

    11 marca. Były agent GRU, współpracujący z brytyjskim wywiadem, Siergiej Skripal został tydzień temu otruty wraz z córką Julią w Salisbury w pobliżu swego domu. Najprawdopodobniej w zamachu na jego życie użyto substancji paralityczno-drgawkowej. Prowadzący intensywne śledztwo zastrzegli, że nie mogą na razie poinformować opinii publicznej, jaka to była substancja. Sprawa Skripala znajduje się w centrum zainteresowania brytyjskiej prasy.

    Czym zostali otruci Julia i Siergiej Skripal? Wśród licznych domniemań na czoło wysuwa się gaz bojowy, najprawdopodobniej rozpylony w postaci aerozolu. Musiała to być substancja silnie trująca, bo i policjant, który przybył na wezwanie do nieprzytomnych Skripalów, został porażony tą substancją. Również nieprzytomny znalazł się na kilka dni w szpitalu. Szczęśliwie odzyskał przytomność i może składać zeznania. Łącznie okazano pomoc medyczną 21 osobom, które znalazły się w pobliżu. Brytyjscy eksperci, wypowiadający się dla mediów spekulują, że dzięki „śladom”, jakie trucizna po sobie zostawiła w otoczeniu, są w stanie odtworzyć jej skład. A skład podpowie, gdzie została ona wyprodukowana. Na razie to tylko domysły i spekulacje. Śledztwo próbuje ustalić, gdzie dokonano ataku: w domu Skripala, w pizzerii, gdzie zaatakowani jedli obiad czy może w jeszcze innym miejscu.

    Nawiążę jeszcze do wątku poruszonego w części pierwszej (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/03/10/toksyczna-wojna/): tajemniczych zgonów członków najbliższej rodziny Skripala. Wedle oficjalnej wersji – żona i syn zmarli na skutek chorób. Jednak w związku z chemicznym atakiem na Skripala i jego córkę postanowiono wyjaśnić i tamte przypadki. Cmentarz w Salisbury, na którym spoczywają Ludmiła i Aleksandr Skripal, został otoczony przez policję, służby prowadzą czynności przy grobie Skripalów. Do prasy na razie nie przedostały się żadne szczegóły (na przemian potwierdzano i dementowano wersję o ekshumacji). Ale teorii dotyczących tych seryjnych tajemniczych zgonów jest aż nadto.

    Zresztą, nie tylko tych. Brytyjski parlament podczas burzliwej debaty kilka dni temu wystąpił z żądaniem ponownego zbadania czternastu przypadków dziwnych gwałtownych zgonów osób w ten czy w inny sposób związanych z Rosją. Bo to w stronę Rosji jako domniemanego sprawcy zatrucia Skripala, skierowane są palce oskarżycieli. A jak reaguje sama Rosja?

    Sekretarz prasowy Putina z mety odrzucił podejrzenia o rosyjskie sprawstwo. „Doszło do tragicznej sytuacji, niemniej my nie dysponujemy informacją, co mogło stać się [tego] przyczyną, czym się zajmował ten człowiek, z czym to mogło być związane. Dlatego po prostu nie mogę tego skomentować”. Ale zaraz dodał, że Kreml nie jest zdziwiony, że za granicą związano incydent z możliwym udziałem rosyjskich obywateli. Bezpodstawnie, ma się rozumieć. Następnie dyplomatycznie wypowiedział się minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow: podejrzenia pod adresem Rosji uznał za gołosłowne, a porównanie przypadków otrucia Skripala i Litwinienki za nieuzasadnione. A propos paraleli z przypadkiem Litwinienki, to odezwał się Andriej Ługowoj, główny podejrzany o otrucie eksagenta FSB, dziś deputowany Dumy Państwowej: jego zdaniem przypadek Skripala może zostać użyty jako prowokacja brytyjskich służb wobec Rosji. Znacznie mniej oficjalnie wypowiedział się zadziorny Eduard Limonow, niegdyś literat: „Brytania grozi odwołaniem swego udziału w Mundialu. Chciałbym odpowiedzieć jej ordynarnie, ale skoro nie mogę sobie na to pozwolić, gdyż nie jestem jakimś anonimem, to powiem tak: blada Brytanio, idź do toalety i się wyrzygaj! Aleście nas nastraszyli, debile. Trzeba mniej pić, Borisie Johnson”.

    To ostatnie zdanie odnosi się do emocjonalnej wypowiedzi ministra spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii, który zapowiedział, że jego kraj rozpatrzy zbojkotowanie mistrzostw świata w piłce nożnej w Rosji. Miał na myśli odwołanie przyjazdu delegacji politycznej, niekoniecznie drużyny futbolowej. Ale już dziś wałkowane są w brytyjskich mediach przecieki, że być może dojdzie również do bojkotu samych rozgrywek. I to nie tylko ze strony Anglii („The Times” spekuluje, że do bojkotu dołączyć mogą także Australia, Japonia i Polska).

    Za ciekawy należy uznać komentarz prowadzącego główne wydanie programu informacyjnego „Wriemia” stacji Pierwyj Kanał (najpopularniejsza stacja telewizyjna w Rosji): „Skripal jest z zawodu zdrajcą ojczyzny. […] Nikomu nie życzę śmierci, ale wyłącznie w celach pedagogicznych chciałbym wystąpić z ostrzeżeniem. Zawód zdrajcy, sprzedawczyka jest jednym z najbardziej niebezpiecznych na świecie. […] I jeszcze jedna przestroga. Gdy myślicie o miejscu zamieszkania, nie wybierajcie Anglii. Coś tam jest nie tak. Może klimat. Ale w ostatnich latach zdarzyło się tam wiele dziwnych przypadków zakończonych zgonem – ludzie się wieszają, trują, rozbijają w śmigłowcach, wypadają przez okno w ilościach przemysłowych. To już może lepiej wybierzcie Europę kontynentalną”.

    O, tak, te dziwne przypadki, które zaniepokoiły również parlament Zjednoczonego Królestwa, zasługują w świetle ostatnich wydarzeń na szczególną uwagę. O tym i o innych aspektach sprawy Skripala będzie w następnym odcinku.

    Ciąg dalszy nastąpi

  • Toksyczna wojna

    10 marca. Były agent GRU (wywiad wojskowy) pułkownik Siergiej Skripal w ubiegłą niedzielę został znaleziony nieprzytomny na ławeczce w parku miasta Salisbury w Wielkiej Brytanii. Do tej pory nie odzyskał przytomności. Scotland Yard wysunął przypuszczenie, że Skripal został zaatakowany substancją paralityczno-drgawkową rozpyloną najprawdopodobniej w postaci aerozolu. Ofiarą ataku była także córka Skripala, Julia. Również nie odzyskała przytomności, walczy o życie. Jakie mogą być powody ataku? Czy Skripal stanowił zagrożenie? Dla kogo? I dlaczego brytyjska prasa od pierwszego dnia nie ma najmniejszych wątpliwości, że Skripal padł ofiarą rosyjskich władz? Czy narzucające się paralele z zamachem na b. funkcjonariusza FSB Aleksandra Litwinienkę, otrutego izotopem polonu przez nasłanych z Rosji funkcjonariuszy FSB wystarczą, by potwierdzić tę wersję?

    Powiedzmy wpierw, kim jest Siergiej Skripal. Zawodowy wojskowy. Do 1999 r. – w służbie GRU, odszedł w stopniu pułkownika, jako oficer rezerwy prowadził zajęcia w wyższej szkole dyplomatyczno-wojskowej. W 2004 roku został aresztowany, a następnie dwa lata później skazany na karę trzynastu lat pozbawienia wolności za pracę na rzecz brytyjskiego wywiadu. Do zwerbowania Skripala przez MI-6 miało dojść podczas pobytu w Hiszpanii (Skripal był tam attaché wojskowym), w tle werbunku majaczył cień kobiety. Po powrocie z Hiszpanii Skripal pracował w wydziale kadr, świetnie się zatem orientował, kto jest kim w wywiadzie, informacjami dzielił się z Brytyjczykami. Podczas śledztwa przyznał się do winy. W 2010 roku został ułaskawiony przez prezydenta Miedwiediewa i wymieniony w grupie podobnych jak on skazańców na grupę „śpiochów” ujawnionych w 2010 r. w USA (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2012/10/04/podejrzana-jedenastka/). Zdemaskowanych w Stanach „śpiochów” odesłanych ciupasem do Rosji przyjął osobiście prezydent Putin, zaśpiewał z nimi kultową piosenkę „S czego naczinajetsia Rodina?” i przez zęby wycedził, że wpadka Rosjan i upokarzająca wymiana agentów to efekt działalności zdrajców. „A zdrajcy zawsze źle kończą”.

    O Skripala upomniały się władze Wielkiej Brytanii, MI-6 miała go uważać za cennego agenta. Po wymianie Skripal otrzymał dom w Salisbury, gdzie mieszkał od momentu przyjazdu na Wyspy wraz z rodziną (żoną, córką i synem).

    Według doniesień brytyjskiej prasy, żył spokojnie, nie wadził nikomu. W Salisbury mieszkał też agent MI-6, który w gorącej Hiszpanii zawerbował kiedyś romantycznego rosyjskiego attaché. Skripal udzielał się w nauczaniu adeptów brytyjskich służb specjalnych. Dzielił się wiedzą na temat metod pracy rosyjskiego wywiadu. Jak pisze „The Telegraph”, Skripal utrzymywał kontakty z osobą pracującą w prywatnej agencji śledczej Orbis Business Intelligence. Agencją kierował były agent wywiadu Jej Królewskiej Mości, Christopher Steele. Ten sam, który narobił tak wiele hałasu „rosyjskim dossier” Trumpa.

    Zanim w następnym odcinku opowiem o okolicznościach otrucia Siergieja i jego córki Julii, kilka słów poświęcę losom członków rodziny byłego razwiedczika. Żona Skripala, Ludmiła, zmarła w 2012 roku na chorobę nowotworową w wieku 59 lat. W 2016 roku zmarł starszy brat Siergieja. A rok później podczas pobytu w Petersburgu w wieku 43 lat zmarł jego syn Aleksandr, przyczyną zgonu była ostra niewydolność wątroby. Siergiej sprowadził zwłoki syna z Rosji, Aleksandr spoczął na cmentarzu w Salisbury wraz z matką.

    Ciąg dalszy nastąpi.

     

     

  • Doktor Strangelove i jego rakiety

    1 marca. Wokół dorocznego wystąpienia prezydenta Putina przed połączonymi izbami parlamentu podkręcano zainteresowanie przez długi czas. Przekładano daty, puszczano w obieg informacje, że rytuał w ogóle się nie odbędzie, bo to przecież czas przedwyborczy, a Putin startuje jako kandydat niezależny, a takie wystąpienie to jednak akt kampanii wyborczej, więc może nie wypada na odlew nokautować i tak leżących na deskach pozostałych kandydatów. A że prezydent był niezdrów i mocno ograniczał swoje publiczne występy, przeto faktycznie mogło być i tak, że do wygłoszenia orędzia by teraz nie doszło. Ale prezydent gardło wyleczył i stanął przed obliczem wybrańców narodu.

    Wybrańcy usadzeni w równych rzędach krzeseł wytężali wszystkie siły, aby dwugodzinną tyradę umiłowanego przywódcy wysłuchać z podniesioną głową. Głowę trzeba było trzymać ze wszystkich sił, bo ona zgromadzonym co rusz miękko opadała wśród wyłuszczania danych o „podniesieniu wydajności z jednego hektara i przeniesieniu jej na drugi hektar”, składania słodkich obietnic wydłużania życia obywateli, ograniczania obszarów ubóstwa, równie przyjemnych konstatacji niskiej inflacji i zapewnień o dobrych warunkach kredytów bankowych. Prezydent Putin rozwodził się o wielkim skoku cywilizacyjnym, jakiego Rosja już pod jego światłym przewodem dokonała i jaki ma w zamiarze wykonać jeszcze w latach najbliższych. Media społecznościowe reagowały na bieżąco: w kontekście słów Putina o postępie technologicznym w XXI wieku publiczność Twittera rozkoszowała się zdjęciem trzech starszych panów steranych życiem politycznym (Żyrinowski, Ziuganow, Mironow), którzy przegrali nierówną walkę z sennością. Ci, którzy posnęli w pierwszej części orędzia poświęconej sprawom społecznym i wewnątrzpolitycznym, zostali w drugiej części przywróceni do przytomności komputerowymi symulacjami putinowskiej Wunderwaffe.

    Druga część poświęcona była nowym rosyjskim rakietom, które – jak zapewniał Putin – „nie mają odpowiedników na świecie”. Publiczność ożywiła się, klaskała, nawet wstawała z miejsc. Nic dziwnego: zapewnienie, że Rosja może nienawistnikom przykorbić rakietą w łeb, ma najwidoczniej dużo zwolenników w tym przysypiającym gronie.

    Zmilitaryzowana połowa orędzia miała dotrzeć nie tylko do uszu Rosjan (ku pokrzepieniu sponiewieranych serc), ale przede wszystkim zachodnich polityków. „Nie chcieli nas słuchać, to teraz niech nas posłuchają” – złowrogo wycedził miłujący pokój przywódca Rosji. Zaraz w następnym zdaniu dodał, że Rosja nie zamierza na nikogo napadać. Niemniej musi być przygotowana na odparcie jakichkolwiek ataków napastników, czy to będzie atak jądrowy, konwencjonalny czy cybernetyczny – wszystko jedno: Rosja ma na takie dictum rakiety z atomowym farszem i nie zawaha się ich użyć aż do zniszczenia przeciwnika.

    Putin z błyskiem w oku opowiadał, jak potężna jest rosyjska armia, stale modernizowana, szkolona, zwarta i gotowa. A jeszcze niebawem będzie miała te hiperdźwiękowe cacuszka, które mogą wycinać pętelki nad Pacyfikiem czy Atlantykiem, śmigać przez biegun północny i południowy, razić cele gdziekolwiek się one znajdują i – co najważniejsze – ominąć amerykański system obrony przeciwrakietowej. Wędrówki wesołej rakiety można było prześledzić w zaprezentowanej przez Putina z dumą animacji, wyglądającej dość infantylnie. Te nowe lasery i bolidy dopiero będą w perspektywie wprowadzane na wyposażenie kiedyś tam. Na razie są w fazie testów. Choć jak powiedział ekspert ds. wojskowości Aleksandr Golc, jeden z zaprezentowanych hiperdźwiękowych wynalazków może świadczyć o tym, że rosyjscy konstruktorzy przełamali ważną barierę i dokonali ważnego odkrycia, które daje im przewagę.

    Trudno się uwolnić od wrażenia, że Władimir Władimirowicz sięgnął po wypróbowaną metodę drogiego sąsiada z Korei Północnej. Jak rozmawiać z Zachodem? Ano właśnie tak: zaszantażować. Wyciągnąć zza pazuchy i położyć na stole rakietę i powiedzieć: a teraz siadajcie ze mną do tego stołu, porozmawiajmy. Putin cały czas nie może przeżyć, że „dorogije partniory” nie chcą z nim gadać.

    W wieczornym wydaniu rosyjskiego informacyjnego programu telewizyjnego znać było oczekiwanie na bojaźliwą reakcję amerykańskich mediów i polityków, mocno podkreślano, że orędzie Putina stało się najważniejszą wiadomością dnia w zachodnich mediach. I z pewnym rozczarowaniem przyjęto oświadczenie Pentagonu, że strona amerykańska jest w stanie odeprzeć każdy atak na swoje terytorium. Chęci wchodzenia w nowe targi z Moskwą jakoś na razie nie widać.

    Eksperci zastanawiają się nad jeszcze jednym aspektem: czy to dzisiejsze wystąpienie Putina to ogłoszenie nowego wyścigu zbrojeń. W obecnym stanie rosyjskiej gospodarki i w warunkach sankcji, których końca nie widać, rozpoczęcie takiego wyścigu nie wygląda rozsądnie. Ale polityka rządzi się innymi prawami i rozsądek nie zawsze gości na politycznych salonach.

    Orędzie Putina wzbudziło nie tylko atomową grozę, ale też wielką wesołość wśród tych, którzy w mediach społecznościowych komentują bieżące wydarzenia. Pojawiło się momentalnie mnóstwo karykatur i memów, aforyzmów i docinków. Powstała też wersja dźwiękowa, można by rzec – wręcz hiperdźwiękowa: https://www.youtube.com/watch?v=liIeWzS2SYk

  • Niedyplomatyczna poczta dyplomatyczna?

    25 lutego. W wysokim budynku przy placu Smoleńskim w Moskwie długo w noc palą się światła. Służby prasowe rosyjskiego MSZ w pocie czoła pracują nad komunikatami w kłopotliwych sprawach, jakie ostatnio wypływają. W punktach gorących, utrzymujących się od dawna na pierwszych stronach gazet – jak Syria. I w punktach zwykle cichutkich, gdzie obecność Rosji jest znikoma – jak Argentyna. O syryjskim kłopocie napiszę oddzielnie w następnym odcinku. Dziś – o niespodziance z Buenos Aires.

    Trzy dni temu w argentyńskiej prasie pojawiły się informacje, że w budynkach należących do ambasady Rosji w Argentynie policja zarekwirowała imponującą partię kokainy – 389 kilogramów (warte ok. 50 mln dolarów), rozłożonych starannie w pakieciki i zapakowanych w walizki, które miały – jako uprzywilejowany bagaż dyplomatyczny – opuścić Buenos Aires i wylądować w Moskwie. Zatrzymano pięciu podejrzanych o ustanowienie tego kanału przerzutu narkotyków.

    Kolejne publikacje przyniosły więcej szczegółów. Sensacyjnego odkrycia na terenie rosyjskiej ambasady dokonano w grudniu 2016 roku (czyli z górą rok temu). Śledztwo wszczęto na wniosek ambasadora Rosji Wiktora Coronelli. Argentyńska policja zarekwirowała biały proszek, zastąpiła go mąką, walizki zaopatrzyła w GPS. Przez cały rok walizki leżały pono w budynku szkoły należącej do rosyjskiej ambasady, czekając na stosowną okazję do przerzutu samolotem lecącym do Moskwy. Na przesyłkę na lotnisku w stolicy Rosji czekać miało na walizki trzech panów, m.in. były pracownik ambasady FR w Argentynie. Wszyscy trzej zostali zatrzymani. W Buenos Aires w tym samym czasie zatrzymano byłego argentyńskiego policjanta, Iwana Blizniuka. Swojsko brzmiące nazwisko? Tak, bo to syn rosyjskich emigrantów. Ma 35 lat. Trochę studiował lingwistykę w Petersburgu i Moskwie. Udzielał się na polu dobroczynności w fundacji MORAL (Mecenas Ortodoxos Rusos En America Latin), dzięki czemu miał dobre kontakty i w Argentynie, i w Rosji.

    Rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa wystąpiła z uspokajającym komunikatem: tak, owszem, kokainę w rosyjskiej ambasadzie znaleziono, tak, prawie czterysta kilogramów, ale czujne służby dyplomatyczne, specjalne i policja Argentyny i Rosji dzielnie przeprowadziły wspólną akcję, winowajcy zostali zatrzymani, tak, jeden z winowajców pracował w rosyjskiej placówce, ale nie był dyplomatą, tylko pracownikiem technicznym, ale już nie pracuje („jegotamniet”) i w ogóle cześć i chwała bojownikom frontu z narkotrafikiem, wszystko jest już OK. Z tej opowieści o szlachetnych rosyjskich dyplomatach i argentyńskich policjantach zaczęły się jednak sypać pakuły. Zacharowa nie wyznała, na czym miała polegać owa „wspólna operacja rosyjskich argentyńskich służb”. Nie wyjaśniła, dlaczego – jeśli Rosja i Argentyna działały wspólnie – to komunikat rosyjskiego MSZ, ogólnikowy i nieprzekonujący, pojawił się z dużym opóźnieniem w stosunku do enuncjacji argentyńskiej prasy. I dlaczego nie wszystko się w obu wersjach zgadza.

    Tymczasem prasa zaczęła dłubać w szczegółach – pojawiły się np. sugestie, że ładunek z kokainą poleciał do Moskwy z Nikołajem Patruszewem, szefem Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej, który w grudniu 2017 (a więc rok po odkryciu kokainy w ambasadzie) odwiedził Buenos Aires specjalnym samolotem. Służba prasowa Rady zdementowała te rewelacje. Zacharowa ze swej strony podkreślała, że narkotyki nie były przewożone pocztą dyplomatyczną. Tymczasem według argentyńskiej gazety, wspomniany przez Zacharową zwolniony „techniczny” pracownik ambasady miał poprosić, aby jego dobytek – w tym pozostawione w ambasadzie walizki – dostarczyć mu pocztą dyplomatyczną do Moskwy. Wypełnione już mąką odgrywającą rolę kokainy bagaże zapakowano na pokład samolotu Patruszewa. Nie wiadomo, dlaczego rosyjski MSZ i Rada Bezpieczeństwa wypierają się udziału w przesyłce kontrolowanej.

    Do argentyńskiej gazety, pilotującej fascynujący temat wykrycia kanału przerzutu narkotyków z wykorzystaniem rosyjskiej ambasady, wyciekły dane pozyskane z podsłuchiwanych rozmów Blizniuka ze współpracownikiem. Wynikało z nich, że szefem szajki szmuglującej koks z Argentyny do Europy jest niejaki „pan K”, najprawdopodobniej Andriej Kowalczuk, obywatel Niemiec, pochodzenia rosyjskiego. „K” miał początkowo dobre układy z ambasadorem Coronellim, a potem wszedł z nim w konflikt. „K” za przyzwoleniem ambasadora korzystał z przywileju przekraczania granicy na dyplomatycznych papierach, bez kontroli. A pewnego razu ambasador odmówił. Rozmówcy wyrażali przekonanie, że „K” przewoził już wcześniej narkotyki w bagażu dyplomatycznym. Z innej rozmowy wynika, że Coronelli miał być odwołany, a jego miejsce miał zająć człowiek, z którym „K” ma dobre kontakty. Do tego, jak widać z dalszego ciągu wypadków, nie doszło. Według argentyńskiej prasy „obywatel K” mieszka w Berlinie. To znaczy mieszkał, bo zapewne wyfrunął w świat, jak tylko prasa zaczęła naświetlać sytuację z walizami pełnymi koksu. Rozesłano za nim list gończy.

    Argentyńska gazeta „Infobae”, powołując się na źródła w policji, napisała, że próba przerzucenia partii narkotyków do Europy nie była jedyną operacją tego rodzaju: „Istnieją podejrzenia, że rosyjskie samoloty dyplomatyczne, latające z Urugwaju, były wykorzystywane do tego rodzaju przewozów od 2013 roku”. Według niepotwierdzonych danych, z Urugwaju do Rosji zrealizowano co najmniej dwie dostawy koksu, korzystając z kanału dyplomatycznego.

    Media społecznościowe rzuciły się na temat z wielką żarliwością. Pojawiło się mnóstwo śmiesznych memów, dowcipów i przygaduszek. Na przykład taki: – Władimirze Władimirowiczu, w ambasadzie Rosji w Argentynie znaleziono czterysta kilogramów kokainy. Czy to były pańskie narkotyki? – Żadnych rosyjskich dyplomatów w Argentynie nie ma, a kokainę można kupić w każdej aptece. Przegląd reakcji tutaj: https://www.svoboda.org/a/29059032.html

  • Parszywa trzynastka

    17 lutego. Prokurator specjalny Robert Mueller kopał, kopał i się dokopał. W opublikowanym właśnie dokumencie na stronie Departamentu Sprawiedliwości można przeczytać o oskarżeniach trzynastu Rosjan o ingerencję w proces wyborczy podczas ostatniej elekcji prezydenta USA. Dokument liczący 37 stron można zobaczyć tu: https://www.justice.gov/file/1035477/download

    Najważniejszą – i jedyną szerzej znaną – postacią z tej listy jest biznesmen Jewgienij Prigożyn, którego uważa się za osobę „bliską ciału”, czyli należącą do hermetycznego kręgu wokół Putina. Prigożyn nazywany jest „kucharzem Putina” i szefem petersburskiej fabryki trolli. [Opisałam jego zasługi na blogu 17 mgnień Rosji: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/06/02/na-talerzu-putina-czyli-przypadki-pewnego-kucharza/].

    W dokumencie grupy Muellera opisano, że agencja finansowana przez Prigożyna w latach 2014-2016 tworzyła fake-konta w mediach społecznościowych, wykorzystywała w tym celu nazwiska zarówno osób zmyślonych, jak i realnych, mieszkających w Stanach Zjednoczonych. Na stronach zakładanych przez oskarżonych prowadzono działania propagandowe, chodziło o sianie zamętu wśród amerykańskich wyborców. Jak twierdzą autorzy oskarżenia, grupa publikowała materiały wspierające Trumpa, a kompromitujące jego rywalkę. Ale też odwrotnie i przewrotnie. A że trolle Prigożyna miały spory zasięg, to i zamęt siały na sporą skalę. Ludzie ci, podając się za aktywistów, biorących udział w kampanii, nawiązywali też kontakty z osobami ze sztabu wyborczego Trumpa. Jak malowniczo streściła to w dzisiejszej audycji w rozgłośni Echo Moskwy Julia Łatynina: trolle Prigożyna „jednocześnie pozowały na obrońców muzułmanów, na broniących swych praw chrześcijan, na obrońców czarnoskórych obywateli USA i na białych nacjonalistów. To wspierali Trumpa, to Bernie Sandersa, […], to agitowali za Clinton w imieniu amerykańskich muzułmanów. […] Grupa wynajęła jakiegoś człowieka, żeby [na demonstracjach] odegrał rolę Clinton ubraną w więzienny strój. Czy to na coś wpłynęło? Na nic nie wpłynęło. Na przykład 12 listopada grupa zorganizowała dwa wiece, jeden popierający Trumpa, drugi – przeciwko Trumpowi”.

    Wobec wymienionych w dokumencie osób wysunięto oskarżenie o spisek, oszustwo, kradzież tożsamości. Celem ich działań miało być podważenie zaufania do amerykańskiego systemu politycznego. Zastępca prokuratora generalnego USA Rod Rosenstein wyraził przekonanie, że działania rosyjskich trolli nie miały jednak decydującego wpływu na wynik wyborów. Wygrał je Trump. Kropka. A sam Trump skwitował opublikowany dokument w Twitterze: „Rosja zaczęła swoją antyamerykańską kampanię w 2014 roku, na długo przed moją deklaracją o zamiarze kandydowania na urząd prezydenta. Wynik wyborów nie został zmanipulowany. Kampania Trumpa nie złamała prawa – żadnego spisku!”.

    To jeszcze nie koniec zabawy, można powiedzieć, że nawet początek. Służby specjalne USA zapowiedziały zwołanie zamkniętej konferencji prasowej dla przedstawicieli komisji wyborczych z pięćdziesięciu stanów. Tematem będzie przestroga przed możliwą ingerencją „innych krajów” w proces wyborczy jesienią tego roku (wybory uzupełniające do Kongresu). Podczas przesłuchań w Kongresie kilka dni temu przedstawiciele służb wprost wskazywali, że szykują się do odparcia ataku ze strony Rosji.

    Agencja Bloomberg, powołując się na własne dobrze poinformowane źródła, podała, że ujawniony dokument to zaledwie mała część wygrzebanych materiałów, śledztwo potrwa jeszcze co najmniej kilka miesięcy.

    Ciekawa była reakcja po stronie rosyjskiej. Minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow oznajmił, że „nie ma żadnej reakcji na tę publikację. Publikować można wszystko. Widzimy, że mnożą się oskarżenia, twierdzenia, oświadczenia. Powtarza się irracjonalne mity o jakimś rosyjskim zagrożeniu, którego ślady starają się znaleźć wszędzie – od brexitu po katalońskie referendum”. Szyderczo zareagowała rzeczniczka MSZ, Maria Zacharowa, napisała w mediach społecznościowych: „Okazuje się, że było ich trzynaścioro. Trzynaście osób ingerowało w amerykańskie wybory? Trzynastu ludzi przeciwko wielomiliardowym budżetom służb specjalnych? Przeciw wywiadowi i kontrwywiadowi, przeciwko najnowszym technologiom? Absurd? Tak. Ale to współczesna amerykańska rzeczywistość polityczna”.

    Szyderstwo szyderstwem, ale te wspominane najnowsze technologie przydały się, choć z opóźnieniem, aby prześwietlić komputery, pocztę elektroniczną oskarżonych, zbadać ich koneksje, zlecenia, korespondencję itd. Dzięki temu powstał dokument opisujący metodę działania trolli. Można się nad amerykańskim śledztwem wyzłośliwiać, jak czynią to wysocy rosyjscy urzędnicy, można wzruszyć ramionami, po co było całe to śmieszne trollowanie, udawanie muzułmanów na przemian z białymi nacjonalistami. Ale kiedy spojrzy się na cały kontekst stosunków rosyjsko-amerykańskich, to już pewnie złośliwcom do śmiechu nie będzie. Bo na linii Moskwa-Waszyngton wieje coraz większym chłodem i śledztwo Muellera jeszcze zbija termometr w dół. „Kremlowski raport” już też leży na stole. I lista niemiłych amerykańskiemu sercu bogatych i wpływowych Rosjan, przeciwko którym lada moment mogą być wprowadzone sankcje. I sytuacja w Syrii jest napięta. A tu wybory Putina idą. A taki miał być przyjemny nastrój przy podwieczorku…