Kategoria: Bez kategorii

  • Sponiewierana prawda, czyli car z nosem Pinokia

    25 maja. Rosja wije się jak piskorz, myli tropy, wykręca kota ogonem, wszelkimi sposobami próbuje umknąć pogoni. Już przygwożdżona dowodami Międzynarodowej Grupy Śledczej JIT w sprawie zestrzelenia samolotu Malaysia Airlines nad Donbasem w 2014 r., próbuje wyprowadzić kontruderzenie. Złapana za rękę mówi ustami prezydenta: to nie moja ręka.

    Śledztwo w sprawie zestrzelenia samolotu i śmierci wszystkich znajdujących się na pokładzie pasażerów i załogi, łącznie 298 osób, trwa już prawie cztery lata (o śledztwie pisałam tu kilkakrotnie, m.in. http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/07/05/i-beda-na-nich-trybunaly/). W tym czasie JIT skierowała do Rosji konkretne zapytania, na które nie otrzymała odpowiedzi. Jednocześnie Rosja domaga się dostępu do materiałów śledztwa, zaznaczając, że w przeciwnym razie nie będzie mogła uznać jego wniosków. W rosyjskich mediach ponownie wytworzono wielkie ilości sztucznej mgły, podniesiono szum, wrzucono małe i większe porcję „dezy” (dezinformacji), rozciągnięto kilometry makaronu, by zawiesić go na uszach publiczności. Macerowane są stare wątki: o rzekomym ukraińskim samolocie na kursie kolizyjnym z malezyjskim boeingiem, o ukraińskiej rakiecie i in. Nic się kupy nie trzyma, ale mąci wodę.

    Wczoraj Międzynarodowa Grupa Śledcza podczas konferencji prasowej podała (a właściwie potwierdziła), że pocisk, którym zestrzelono samolot kompanii Malaysia Airlines, został odpalony z Buka, należącego do 53. brygady wojsk rakietowych rosyjskiej armii, stacjonującej w Kursku. Holandia i Australia dziś wystąpiły z oficjalnymi oświadczeniami, w których oskarżyły Rosję o udział w zestrzeleniu samolotu, co było konsekwencją pogwałcenia przez Rosję norm prawa międzynarodowego. Jednocześnie zaapelowały do Rosji, aby podjęła współpracę na rzecz ścigania i ukarania winnych. Unia Europejska i NATO wezwały Moskwę, aby przyznała swoją odpowiedzialność za tragedię lotu MH17. Departament Stanu USA zaapelował, aby „Rosja przestała kłamać w tej sprawie”.

    Moskwa plącze się w zeznaniach, ale odrzuca wszelkie zarzuty pod swoim adresem. JIT powiada: pocisk przyjechał na Ukrainę z Kurska, oto numer, oto zdjęcia, oto szlak bojowy Buka, z którego rakietę wystrzelono. Rosyjskie Ministerstwo Obrony Rosji zaraz oświadcza, że ta rakieta to wedle wszelkiego prawdopodobieństwa była ukraińska. Jednym słowem wznawiana jest stara rosyjska śpiewka, że zestrzelenia dokonały ukraińskie siły, choć poza zwerbowanymi przez Rosję rzekomymi świadkami nikt tego nie jest w stanie potwierdzić.

    Sam prezydent Putin zabrał głos. Zapytany wprost o sprawstwo tragedii odrzucił zarzuty sformułowane na podstawie skrupulatnego międzynarodowego śledztwa. – Nie, to nie nasza rakieta – mówi. – Rosja nie uzna rezultatów śledztwa, jeżeli nie zostanie doń dopuszczona, jeśli nie będzie mogła sprawdzić prawdziwości dowodów. Jednym słowem, Rosja chce być sędzią we własnej sprawie, aby zaprzeczać dowiedzionej oczywistości. Warto może zwrócić uwagę, że prezydent Putin podczas całej konferencji prasowej (zorganizowanej przy okazji forum ekonomicznego w Petersburgu i wizyty tam prezydenta Macrona) był wyluzowany, sypał dowcipami w swoim firmowym stylu, uśmiechał się dobrotliwie, na ile pozwalały mu świeżo ostrzyknięte botoksem policzki. I tylko w momencie, gdy padło pytanie o feralny lot i rosyjskie sprawstwo zestrzelenia samolotu, zaczął podrygiwać, nienaturalnie często wzruszać ramionami, nie panował nad twarzą, wykrzywioną grymasem, z oczu sypały mu się iskry. Nie, to nie nasza rakieta! – zapamiętajmy te słowa. Prezydent Putin nie ograniczył się do tego twierdzenia, ale wygłosił płomienną tyradę o winie Ukrainy – bo nie zamknęła przestrzeni powietrznej w strefie działań bojowych. I w ogóle to ma na sumieniu zestrzelenie cywilnego samolotu. Owszem, był taki wypadek. Wypadek zbadano, winę stwierdzono. Można w tym kontekście przypomnieć panu prezydentowi Putinowi inny kazus: zestrzelenie przez ZSRR cywilnego samolotu koreańskiego w 1983 r. Wtedy też Moskwa szła w zaparte i twierdziła, że nie ma z zestrzeleniem nic wspólnego.

    Grupa dziennikarzy śledczych Bellingcat opublikowała wyniki swoich poszukiwań odnośnie konkretnych osób, które są odpowiedzialne za tragedię MH17. Wskazała na oficera GRU Olega Iwannikowa vel Andrieja Łaptiewa, który podczas operacji we wschodniej Ukrainie używał pseudonimu Orion i dowodził obecnymi w Donbasie rosyjskimi siłami. Nagrania jego rozmów, które posłużyły identyfikacji, można posłuchać np. tu: https://theins.ru/politika/103853.

    Ministerstwo obrony Rosji miało na komunikat Bellingcat gotową odpowiedź: wskazane osoby już dawno zostały zwolnione z wojska. Anegdota. Gdyby to nie było takie strasznie smutne.

  • Stare wino w starych bukłakach

    19 maja. Po wyborach Władimira Putina i jego koronacji nadszedł czas na przewietrzenie gabinetu nazywanego Radą Ministrów. Kreml od razu uciął spekulacje na temat obsady fotela premiera i wysunął kandydaturę Dmitrija Miedwiediewa.

    Duma nie dała się długo prosić, tym bardziej że namawiać do głosowania na kandydata Miedwiediewa przybył na sesję parlamentu sam Władimir Władimirowicz. Premier natychmiast zabrał się do kompletowania nowego gabinetu. Z wyczuciem dramaturgii dozował napięcie. Wpierw przedstawił kandydatów na wicepremierów (opisałam pokrótce ten etap formowania rządu w jednym z poprzednich wpisów http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/05/10/trzy-dni-dwuglowego-kondora/).

    Wreszcie z niebieską teczką pod pachą premier Miedwiediew wczoraj wkroczył do gabinetu Putina w rezydencji Boczarow Ruczej koło Soczi. Gabinet w rezydencji nie jest ani tak duży, ani tak wysoki jak na Kremlu, przeto obaj panowie siedzieli przy niezbyt okazałym biurku twarzą w twarz. Na znak uczyniony przez gospodarza premier otworzył teczkę i zaczął odczytywać nazwiska z kolejnych arkuszy, na których zapisane zostały nominacje. Prezydent słuchał, kiwał ze zrozumieniem głową. Kamera zaglądała mu w smutne oczy. Nieprzeniknione. Putin uśmiechnął się tylko, gdy Miedwiediew odczytał nazwisko Siergieja Ławrowa jako ministra spraw zagranicznych i Siergieja Szojgu jako ministra obrony. Byli już w poprzednim rozdaniu. Jak i dwie trzecie koleżanek i kolegów. Zresztą nawet i te nowe osoby też już na ogół były w tasowanej talii wysokich stanowisk rządowych. A ci, dla których nie znalazło się teraz tek resortowych w rządzie, nie zostaną zapewne skrzywdzeni i znajdą pracę w federalnych agencjach, fundacjach czy innych odpowiedzialnych „chlebowych” placówkach.

    Z ciekawych nowych postaci, jakie pojawiły się w rządzie, warto zauważyć Jewgienija Ziniczewa i Dmitrija Patruszewa. Ziniczew został ministrem ds. sytuacji nadzwyczajnych, czyli resortu, który zajmuje się udzielaniem pomocy w miejscach katastrof, klęsk żywiołowych itd. Satyryk Michaił Żwaniecki stwierdził kiedyś, że Rosja jest idealnym krajem dla działalności takiego ministerstwa. Ale ja tym razem nie o tym. Mniejsza z tym, jakie stanowisko objął Ziniczew, ważniejsze wydaje się to, kim był w przeszłości i jaką drogą doszedł do teki ministra. W dzienniku rosyjskiej telewizji podkreślano, że całe swe zawodowe życie Ziniczew związał ze służbami specjalnymi. To prawda, ale niepełna. Ziniczew był mianowicie przez wiele lat osobistym ochroniarzem Putina. To była trampolina do dalszej kariery. Ziniczew po drodze do Rady Ministrów zaliczył przymusowy parter: mianowany przez prezydenta na gubernatora obwodu kaliningradzkiego nie zagrzał tam długo miejsca, po paru miesiącach poprosił o zwolnienie i powrócił do swojego środowiska naturalnego – został zastępcą dyrektora Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Czy teraz sobie poradzi na nowym odcinku? Służba też mundurowa, ale to jednak to nie to samo co bezpieczeństwo wewnętrzne.

    A teraz kilka słów o Dmitriju Patruszewie. Nazwisko brzmi znajomo. Tak, to syn Nikołaja Patruszewa, jednego z wieloletnich, najbliższych współpracowników Putina, którego – jak ćwierkają kremlowskie wróbelki – prezydent darzy zaufaniem. Patruszew senior jest sekretarzem Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej, uprzednio był dyrektorem FSB. Ma dwóch zdolnych synów. Dmitrij, starszy, ukończył Akademię FSB. Ale potem zajął się bankowością; od 2010 r. był prezesem Rossielchozbanku, jednego z ważniejszych banków Rosji, obsługującego głównie rolnictwo. Najważniejsze, że Dmitrij Nikołajewicz sprawdził się na odcinku jakoś tam niebezpośrednio wprawdzie, ale związanym z rolą. I oto teraz może śmiało, ze znawstwem, piastować stanowisko ministra rolnictwa. Ta nominacja wywołała bodaj najwięcej komentarzy. Np. „nominacja syna Patruszewa pokazuje, że rosyjskie społeczeństwo tkwi w feudalizmie. Papcio wyprosił u cara posadę dla synalka. I synalek dostał co chciał. Na dodatek z chłopami pańszczyźnianymi”.

    Mamy więc tutaj zjawisko nowe: na scenę polityczną, na jej najwyższe półki wspina się drugie pokolenie „samych swoich”. To dzieci współpracowników Putina. To właśnie im – wedle planów ojców – przypadnie dziedzictwo, gdy starsi zejdą ze sceny. Bo tylko oni będą w stanie dać ojcom gwarancje bezpieczeństwa. Bezpieczeństwa życia i majątku. A w tym światku tylko to się liczy.

  • O jeden most za

    16 maja. Na pół roku przed planowanym terminem uruchomiono most przez Cieśninę Kerczeńską, łączący Rosję z Krymem. Most ma 19 kilometrów długości. Ukraina protestowała od momentu, kiedy ruszyła budowa: „to narusza naszą integralność terytorialną”. Wspólnota międzynarodowa, uważająca aneksję Krymu przez Rosję za pogwałcenie zasad prawa międzynarodowego, też skrytykowała uruchomienie obiektu.

    Dla Putina to jedno z symbolicznych przedsięwzięć: ma pokazać „miastu i światu”, że (1) Krym jest rosyjski, zintegrowany z resztą kraju, (2) państwo rosyjskie potrafi szarpnąć się na taką drogą i wymagającą wysokich technologii inwestycję; i to w warunkach sankcji międzynarodowych. Ma także umocnić popularność Putina w społeczeństwie, w którym zapał „krymnasza” cokolwiek się wypalił.

    Uroczystości towarzyszące otwarciu mostu rozpisano na dwa dni. Wczoraj własną osobą przybył, by otworzyć inwestycję, prezydent Putin. W luzackim nastroju, w luzackiej skórzanej kurteczce wsiadł za kierownicę kamaza i rzucając luźno słynne gagarinowskie „pajechali”, odpalił silnik maszyny. Kamery towarzyszyły mu w przejeździe przez pusty jeszcze most, nazywany Krymskim (lub Kerczeńskim). Dziennikarze przyparli do muru sekretarza Putina: dlaczego prezydent prowadzi kamaza? Przecież na to trzeba mieć prawo jazdy odpowiedniej kategorii. – Ależ prezydent ma takie prawo jazdy od jakichś dwudziestu lat – improwizował sekretarz. Putin faktycznie nieźle sobie radzi za kierownicą i chyba lubi prowadzić samochody. Kilka lat temu przejechał ładą kaliną pokazową trasę, aby zareklamować nowy model ulubionej marki (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2010/09/02/lada-kalina-i-telewizyjna-krucjata/). Politolog Stanisław Biełkowski od lat opowiada, że gdy Putinom nie przelewało się po powrocie z Drezna do Petersburga (wtedy chyba jeszcze Leningradu), Władimir Władimirowicz dorabiał, wożąc ludzi prywatnym samochodem po mieście „na łebka”.

    Przejazd Putina kamazem przez most – bez prawa jazdy (wyjaśnienia sekretarza wydają się niewiarygodne; dwadzieścia lat temu Putin był już wysokim urzędnikiem i nie miał powodu, aby szkolić się w prowadzeniu ciężarówek), bez zapiętych pasów bezpieczeństwa, bez ubezpieczenia – wygląda jak metafora aneksji Krymu przez Rosję.

    Oprawę propagandową most nad Cieśniną Kerczeńską miał na poziomie zwycięstwa w długiej wyczerpującej wojnie, w mediach zadbano o odpowiednie dawki zachwytu. Przeprowadzono konkurs na pieśń sławiącą most. Powstała między innymi taka: https://www.youtube.com/watch?v=nuB1rE9DaEM

    Most faktycznie poprawi sytuację Krymu – ułatwi dostawy towarów, przejazdy ludziom (stojącym dotąd w długich kolejkach do przeprawy promowej). Most zbudował Arkadij Rotenberg, jeden z ludzi bliskich Putinowi jeszcze z czasów petersburskich. Od lat dzięki wsparciu prezydenta jest championem wśród budowniczych ważnych rosyjskich inwestycji, dostaje (również bez przetargów) zlecenia najsmakowitsze z najsmakowitszych. Zarabia na tym krocie. Rotenberg i jego firmy znalazły się na amerykańskiej liście sankcyjnej.

    Most kosztował bajońskie sumy – prawie cztery miliardy dolarów. Rotenberg po prostu dostał kasę od państwa, a drug Władimir kazał mu zrobić wszystko, aby most szybko powstał. Komentatorzy sugerują, że Rotenberg przepłacał i przekupywał podwykonawców, aby dopiąć celu, koszty budowy tego mostu są wielokrotnie wyższe niż koszty budowy wielkich mostów w Chinach czy USA.

    Krytycy wyciągali w trakcie budowy i wyciągają nadal liczne niedoróbki (w sieci można było znaleźć np. zdjęcia pęknięć na przęsłach). Zwracają też uwagę na to, że sfinansowanie budowy było możliwe, gdyż realizowano ją za pieniądze, które odebrano innym. Na przykład nie zbudowano obiecanego mostu przez Lenę w Jakucji, a także wielu pomniejszych inwestycji drogowych. A to nie jedyny brak na mapie rosyjskich tras, Rosja zajmuje bardzo dalekie miejsce w rankingu jakości infrastruktury drogowej Banku Światowego.

    Dziś przez most przemknęła kolumna Nocnych Wilków – wiernych motocyklistów Putina. Na czele jechał sam Załdostanow-Chirurg, dawno nie widziany przy dworze, nawet zaczęli ludzie szemrać, że w ogóle wypadł z łaski. Ale, jak widać, powrócił. Na taką kontrowersyjną okoliczność Załdostanow jest jak znalazł.

    I przemknęła jeszcze wiadomość, że kolejną wielką inwestycją będzie… most na Sachalin.

  • Trzy dni dwugłowego Kondora

    10 maja. Rosjanie lubią początek maja. Ten piękny miesiąc zaczyna się dniem wolnym z okazji Święta Pracy. Zaraz potem odbywa się wielkie świętowanie Dnia Zwycięstwa. Znowu dzień wolny. W czasach ZSRR był to nieoficjalny początek sezonu działkowców, którzy wyruszali gremialnie za miasto, aby skopać grządki. Tegoroczne „majskije prazdniki” zostały jeszcze dodatkowo umajone inauguracją starego/nowego prezydenta i nominacją starego/nowego premiera.

    Zaprzysiężenie Putina odbywało się wedle po aptekarsku ułożonego na odpowiednich półeczkach scenariusza. Kamery telewizyjne precyzyjnie zaglądały w odpowiednie miejsca. Nie było tym razem filmowanego z rozmachem z lotu ptaka przejazdu prezydenckiej limuzyny przez Moskwę. Ta z 2012 r. została zapamiętana z tego powodu, że odbywała się ulicami kompletnie wyludnionego miasta – miasta, które kilka dni wcześniej pokazało podczas wielotysięcznych demonstracji ulicznych, że nie chce Putina na Kremlu. W tym roku schemat: demonstracja-inauguracja też się zresztą powtórzył (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/05/06/car-nahajki-i-demonstranci/).

    Relacja z uroczystej przysięgi zaczęła się od sceny w roboczym gabinecie Putina na Kremlu: prezydent odbiera telefon z meldunkiem o gotowości do uroczystości. To sygnał, że już powinien się wreszcie oderwać od ukochanej roboty (miało to uświadomić społeczeństwu, jak to prezydent się w nieustannym trudzie zamęcza) i pójść do sali, gdzie czeka na niego pięć tysięcy gości. Prezydent wstaje, wychodzi na korytarz, idzie, idzie, długi ten korytarz, długi, idzie, przygląda się wiszącym na ścianie obrazom, idzie, idzie, pociera dłonie, idzie, wychodzi na klatkę schodową, schodzi po schodach wyłożonych czerwonym dywanem, wychodzi na podworzec. A tam (werbelek) stoi limuzyna jak ze snu: ogromna, opancerzona, połyskliwa jak muszla perłopława. To nowy samochód prezydenta, rosyjska produkcja, co z dumą podkreśla komentator państwowej telewizji. Limuzyna jedzie, jedzie, podwozi Putina pod Wieki Pałac Kremlowski. Prezydent wchodzi do pałacu, po wyłożonych czerwonym dywanem schodach wchodzi, wchodzi, wchodzi. Wreszcie gdy słychać kuranty kremlowskiego zegara, drzwi paradnej sali się otwierają i Putin wchodzi pomiędzy szpaler klaszczących (klaszcze tylko pierwszy rząd, drugi i kolejne filmują pasaż prezydenta telefonami komórkowymi). Idzie, idzie, idzie, kiwa głową pozdrawiającym go gościom. Mija jedną salę, drugą, z góry kapie nań złoto wystroju, z boku ściekają nań galony wazeliny. Dociera do Sali Andriejewskiej. Tu rozwleczony długi makaron lekko się zwija: prezydent sprawnie składa przysięgę, potem krótko przemawia (zrobi wszystko, by Rosja była wielka, a ludziom żyło się lepiej). Gdy schodzi z podwyższenia, ma chwilę na przyjęcie gratulacji: wpierw ściska dłoń patriarchy Cyryla. A potem – o, to sensacja! – przyjmuje gratulacje od Gerhardta Schroedera, byłego kanclerza Niemiec, który od lat wiernie mu służy jako menedżer i lobbysta gazowych interesów Rosji. Dopiero jako trzeciego Putin dostrzega Dmitrija Miedwiediewa. Kiedyś kremlinolodzy ustalali hierarchię ważności wśród kacyków z KC na podstawie ich ustawienia na trybunie mauzoleum Lenina podczas państwowych uroczystości. Dziś obserwatorzy gubią się w domysłach, co mogło znaczyć takie wyróżnienie byłego niemieckiego kanclerza (nie było innych zagranicznych gości). Tym bardziej że tuż za jego plecami stał Matthias Warnig, dawny druh Putina z Drezna, dziś pełniący ważne funkcje w Nord Stream, Warnig wysunął się nawet przed stojących za nim szefów służb specjalnych. To ciekawy zabieg PR.

    Na tym nie koniec atrakcji inauguracji. Po zaliczeniu programu obowiązkowego we wnętrzu pałacu Putin (znowu telewidzowie mogli towarzyszyć mu w długim przejściu korytarzami) i przyjęciu defilady pułku kremlowskiego w niewymuszony i spontaniczny sposób postanowił pobratać się ze spontanicznym ludem, który stał na dziedzińcu. Najwięcej uwagi Putin poświęcił zgromadzonej spontanicznie młodzieży, z którą zamienił spontanicznie kilka słów. To miał być czytelny sygnał: o, taką młodzież to my lubimy, a taką, która protestuje na ulicach, uważamy za warchołów.

    Nowym elementem inauguracji było błogosławieństwo patriarchy Cyryla (wcześniej patriarcha odprawiał jedynie nabożeństwo w intencji głowy państwa; co ciekawe, sześć lat temu Putin przyszedł na nabożeństwo z małżonką Ludmiłą, a wkrótce potem, najwidoczniej z tej świętości, z żoną się rozwiódł). Putin przybył do jednej z kremlowskich cerkwi, gdzie Cyryl w obecności wyższych hierarchów Patriarchatu Moskiewskiego pobłogosławił prezydenta ikoną.

    Rosjanie przywiązują dużą wagę do symboli i znaków. Za złą wróżbę na rozpoczynającą się kadencję uznano to, że rozwijany na kopule pałacu kremlowskiego prezydencki sztandar nie dał się wciągnąć na maszt – podjechał troszeczkę i ani Boże mój, zaciął się i tak już pozostał w łopocie w połowie masztu.

    Następnego dnia po inauguracji Putin przybył do Dumy Państwowej, aby namówić deputowanych do zagłosowania na zgłoszonego przezeń kandydata na premiera. Przywiózł ze sobą Dmitrija Miedwiediewa. Stary, sprawdzony układ. Słaby polityk, w pełni uzależniony od gospodarza Kremla, posłuszny gabinet, to nic, że nie bardzo sobie radzi. Za to prezydent może bez wysiłku zawsze wskazać winnego niedociągnięć. Jeden z komentatorów napisał: „Jakoś nie mogę sobie przypomnieć osiągnięć rządu Miedwiediewa. Bardziej impotentnego gabinetu nie było nawet za czasów późnego Breżniewa. I właśnie dlatego Putin go pozostawił”.

    Posiedzenie Dumy przypominało przedstawienie teatrzyku kukiełkowego. Zresztą sami aktorzy do tego, co mają odegrać, najwyraźniej mają stosunek co najmniej zdystansowany. Oczywiście deputowani klepnęli kandydata na premiera, przy wstrzymującej się teatralnie frakcji komunistów. Pewne zmiany kadrowe jednak będą. W fotelach wicepremierów zasiądzie dziewięć osób – większość z nich już zajmowała eksponowane stanowiska. Zmiana polega na tym, że kolega, który zajmował się, powiedzmy, polityką regionalną, zajmie się, powiedzmy, przemysłem i energetyką, a koleżanka od polityki społecznej przejdzie na odpowiedzialny odcinek sportu. Sami swoi. Największe poruszenie wywołała propozycja obsadzenia stanowiska wicepremiera ds. budownictwa przez Witalija Mutkę. Tak, dobrze Państwo kojarzycie, to ten minister sportu, który sprowadził rosyjski sport na manowce, topiąc w dopingu. Nic to, na pewno się sprawdzi w budownictwie. Niech tam sobie stoi w zieleni. Rada rejsu płynie dalej starą sprawdzoną łajbą i starym kursem.

    Kolejnym pracowitym dniem Putina był Dzień Zwycięstwa. Przez wiele dni wierne media planowo rozkręcały „pobiedobiesje”, jak styl obchodzenia rocznicy zakończenia wojny nazywają krytycy Putina. Była wielka defilada, był marsz „Nieśmiertelny pułk”. Z zagranicznych gości przyjechali do Putina tylko premier Izraela i prezydent Serbii. Na ulice wylegli różnej przebierańcy (w tym ludzie udający weteranów frontowych, choć urodzili się już po wojnie). Media społecznościowe wyławiały dziesiątki kuriozalnych pomysłów uczczenia rocznicy zwycięstwa (np. defilada wózeczków dziecięcych https://twitter.com/TransparantNews/status/994133268432936960).

    W przemówieniu na placu Czerwonym Putin przedstawił rosyjską wizję historii, w myśl której Rosja (ZSRR) samotnie i samodzielnie pokonała hitlerowskie Niemcy. Zaznaczył, że Moskwa nigdy nie zgodzi się z inną interpretacją historii i będzie walczyć z przejawami jej „wypaczania”. To nic nowego. Nowe nie jest też propagowanie w świecie „Nieśmiertelnych pułków”, choć ich zakres geograficzny się poszerza.

    Rosyjski dziennikarz i bloger, od lat mieszkający we Włoszech, Andriej Malgin napisał w komentarzu: „Putin określił ramy, poza którymi zaczyna się owo „wypaczanie historii”. Mówić, że Europę (a i sam ZSRR) ratowały z łap faszystów państwa koalicji antyhitlerowskiej – nie wolno. Mówić, że sowieccy wyzwoliciele wtrącili zajętą przez nich część Europy w komunistyczne niewolnictwo – nie wolno. A już tym bardziej nie wolno mówić o współpracy Związku Sowieckiego z nazistami w pierwszych dwóch latach wojny. Nikt ofiary sowieckich żołnierzy nie podważa. Tylko czemu organizujecie te „nieśmiertelne pułki” choćby we Włoszech? Włochy zostały wyzwolone przez Amerykanów. Nie widzę tu dziś zmilitaryzowanego karnawału pod hasłem „Możemy powtórzyć”. I jeszcze jedno: Czyżby Rosja nie napadła cztery lata temu na europejskie państwo i nie okupuje części jego terytorium?”.

    Takich komentarzy oczywiście w oficjalnej przestrzeni medialnej w Rosji nie uświadczysz. Dla wielu, bardzo wielu Rosjan, 9 maja – jak i inne rocznice związane z wojną – to autentyczne przeżycie bólu i udręki, poczucie straty. Przecież tylu ludzi zginęło. Putinowska machina propagandowa, okręcona wstęgą św. Jerzego, czyni jednak z tego święta jarmark. Jarmark własnej politycznej próżności.

    I robi się jeszcze smutniej.

  • Car, nahajki i demonstranci

    6 maja. O jutrzejszej inauguracji kolejnej kadencji prezydenckiej Władimira Putina nieoficjalnie mówi się „koronacja”. Dobrze poinformowane moskiewskie wróble ćwierkają, że krąg współpracowników od dawna poza oczy nazywa Władimira Władimirowicza carem. Marcowe wybory/niewybory dały Putinowi legitymację władzy na sześć lat. I nie wiadomo, czy na tym się skończy. Logika systemu stworzonego przez Putina i jego ekipę podpowiada, że taka władza, jaką dysponuje Putin, musi być dozgonna. Jej utrata niesie dla cara ogromne ryzyko. Żadne gwarancje bezpieczeństwa nie są wystarczające, aby car mógł takie ryzyko podjąć i władzę przekazać. Autorytarne postradzieckie systemy mają problem sukcesji władzy nie od dziś. To temat na oddzielną rozprawę, tymczasem wróćmy do oglądu bieżącej sytuacji w Moskwie. Inauguracja/koronacja powinna być wydarzeniem pięknym, budującym. Władca ma wstąpić na tron przy ogólnym aplauzie miłującego ludu.

    Demonstracje zwołane przez Aleksieja Nawalnego w całym kraju na 5 maja ten sielankowy obrazek zakłócają. Może dlatego – choć ich zasięg był duży, a przebieg dynamiczny – protesty nie zostały dostrzeżone przez ogólnokrajowe telewizje. Do milionów Rosjan, którzy nie korzystają z Internetu i mediów społecznościowych, a wiedzę o kraju i świecie czerpią jedynie z telewizji, przekaz o wczorajszych wydarzeniach na ulicach 27 rosyjskich miast nie dotarł. Obsługa Kremla zadbała o to, aby budowana pracowicie od tygodni oprawa propagandowa doniosłego wydarzenia nie została zniweczona przez „grupki nieodpowiedzialnych wyrostków”.

    Nawalny, zepchnięty ze sceny politycznej przy okazji wyborów/nie wyborów (nie został dopuszczony do startu), wymyślił akcję w przeddzień inauguracji Putina pod hasłem: „On nie jest dla nas carem”. Wezwał swoich zwolenników do wyjścia na ulice. Okazało się po raz kolejny, że jest ich sporo. Choć z drugiej strony obserwatorzy zauważają, że liczebność tej grupy nie rośnie.

    Światowe media obiegły liczne zdjęcia z demonstracji, na których młodych i bardzo młodych ludzi w brutalny sposób zatrzymuje policja – wlecze, wykręca ręce, bije, wrzuca do policyjnych suk. Zwracały uwagę szczególnie przypadki zatrzymania nastolatków (fotoreportaż zamieściła na swojej stronie opozycyjna „Nowaja Gazieta” – https://www.novayagazeta.ru/articles/2018/05/05/76379-bertsy-dubinki-nagayki). Tak, to właśnie „nawalniata” – pokolenie, urodzone już w putinowskiej Rosji, młodzież, która chciałaby odmienić oblicze kraju, szuka na to sposobu, a Nawalny – jedyny opozycyjny polityk – alternatywę proponuje. Uczestnicy protestów organizowanych przez Nawalnego są coraz młodsi. Na to warto zwrócić uwagę. Ale może ciekawsze niż skład protestującego tłumu był skład tych, którzy ten tłum tłukli i rozganiali (łącznie zatrzymano prawie 1600 osób).

    Naprzeciw demonstrantów stanęły bowiem nie tylko oddziały „kosmonautów”, jak potocznie nazywa się policję i OMON (jednostki specjalne), ale także „kozacy Putina” (polecam w tym kontekście świetne opracowanie Jolanty Darczewskiej: https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/punkt-widzenia/2017-12-18/kozacy-putina-folklor-biznes-czy-polityka), którzy atakowali demonstrantów nahajkami. Wedle niektórych źródeł, w związku z protestami postawiono w stan gotowości również snajperów Rosgwardii. Nie wkroczyli do akcji na szczęście.

    Jak dziś donosi portal „Grani.ru”, „kozacy, którzy napadli wczoraj na uczestników antyputinowskiej akcji w Moskwie, byli szkoleni w tłumieniu demonstracji za pieniądze stołecznych władz”. Władze Moskwy na ten cel przeznaczyły ponad 15 mln rubli. Szkolenia odbywały się pod miastem w ośrodku w Kuzieniewie. „Atamanem” tych rzekomych kozaków jest Iwan Mironow, emerytowany generał Federalnej Służby Bezpieczeństwa.

    Interwencja „kozaków Putina” wywołała falę internetowych komentarzy. Politolog Aleksiej Makarkin napisał: „Jeśli państwo rzuca przeciw protestującym nie tylko omonowców z pałami, ale kozaków z nahajkami, to pokazuje nie spokojną siłę, a słabość. Państwo, które ma poczucie swej wartości i pewność siebie, nie boi się kilku tysięcy ludzi wychodzących w dzień wolny od pracy na ulice, aby wyrazić swoje stanowisko”. Jeśli państwo wydaje licencję na użycie przemocy „tituszkom”, to oznacza, że samo traci monopol na stosowanie siły. Niebezpiecznie grząsko może się zrobić.

    Przed poprzednią inauguracją Putina w 2012 roku w Moskwie odbyły się protesty na placu Błotnym, w których wzięło udział wiele tysięcy ludzi. Przez kilka lat potem Putin rozliczał się z tymi niezadowolonymi – powsadzał ludzi do więzień za udział w protestach, za sprowokowaną szarpaninę z policjantami itd. Procesy „błotnych” demonstrantów miały być odstraszającym przykładem dla tych, którzy zechcieliby iść w ich ślady i protestować przeciw majestatowi Putina. Czy tym razem Putin też będzie się mścił za niemiłość?