Kategoria: Bez kategorii

  • Dwóch panów w jednym łóżku patrzy na katedrę w Salisbury

    13 września. Dwaj panowie w granatowych kurtkach, których Wielka Brytania podejrzewa o otrucie Siergieja i Julii Skripalów w Salisbury w marcu br. przy pomocy substancji Nowiczok, dziś zaprezentowali się światu w granatowych swetrach. To znaczy nie wiem, czy to byli oni czy jacyś dwaj panowie, których przedstawiono jako Aleksandra Pietrowa i Rusłana Boszyrowa. Ale po kolei.

    Jak pisałam kilka dni temu w blogu (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/09/08/jezdzcy-bez-glowy/), brytyjskie władze opublikowały wizerunki dwóch Rosjan podejrzanych o atak na Skripalów. W komunikacie stwierdzono, że to funkcjonariusze wywiadu wojskowego GRU, a o wysłaniu ich z misją specjalną musiały wiedzieć władze Rosji i to na najwyższym szczeblu. Rosyjskie media państwowe obficie zaprzeczały wersji Brytyjczyków.

    Tymczasem sam najwyższy szczebel odezwał się po kilku dniach. Wczoraj Władimir Putin z firmowym szelmowskim uśmieszkiem powiedział: „My ich znamy, znaleźliśmy ich, to cywile. Niech lepiej sami opowiedzą o sobie, niech się zgłoszą do mediów”. Na efekt tej podpowiedzi nie trzeba było długo czekać. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki Pietrow i Boszyrow zmaterializowali się przed kamerami telewizji RT, obsługującej interesy Kremla i udzielili wywiadu Margaricie Simonian, szefowej stacji. Sami przyszli, sami zadzwonili do samej Margo i natychmiast otrzymali zaproszenie. Pierwsze pytanie, które mogą sobie zadać zadziwieni widzowie: skąd panowie mieli numer telefonu do Simonian. Wyjaśnienie znajdujemy w Twitterze Simonian: „Mój telefon znają realnie wszyscy, nawet roznosiciele kwiatów na 8 marca”. Hmm (powiedzieć, że to bzdura, to nic nie powiedzieć. Powiedzieć, że gromki śmiech komentatorów rozbrzmiewał od Władywostoku po moskwę, to też nic nie powiedzieć – natychmiast powstały setki dowcipów i memów).

    Ale pytań, które się nasuwają, jest dużo więcej. Sama tożsamość gości telewizji RT budzi wątpliwości. Są podobni, owszem, ale czy to te osoby? W ostatnich dniach wyciekła do mediów wiadomość, że brytyjskim służbom pomagał w identyfikacji podejrzanych o otrucie Skripalów przewerbowany funkcjonariusz rosyjskich służb, używający kryptonimu Apollon. Może i tych dwóch panów, przedstawionych jako Pietrow i Boszyrow, uda się z czasem rozszyfrować. Z Apollonem czy bez.

    Wpierw jednak rozszyfrujmy to, co bohaterowie tej niewesołej bajki opowiedzieli przed kamerą. Rozmowa trwała 25 minut. Na pytanie, co robili w Salisbury, Pietrow i Boszyrow odpowiedzieli, że na Wyspy pojechali w celach rozrywkowych, a do Salisbury wybrali się, bo znajomi twierdzili, że warto obejrzeć to piękne miasto z katedrą o 123-metrowej wieży. Mieli jeszcze jechać do Stonehedge, ale padał deszcz ze śniegiem. Dlatego wrócili do Londynu i przyjechali do Salisbury nazajutrz raz jeszcze. Ciekawy jest passus dotyczący tego, czy przechodzili koło domu Skripalów. „Może i przechodziliśmy, przecież nie wiemy, gdzie on jest”. Czy mieli Nowiczok w opakowaniu po damskich perfumach? „Normalni faceci nie wożą ze sobą damskich perfum”. I jeszcze jeden wątek. Simonian pyta z wyraźnym naciskiem: „Na wideo cały czas jesteście razem, razem mieszkaliście, razem chodziliście. Co was łączy?”. Boszyrow ma gotową odpowiedź: „Proszę nie zaglądać w nasze prywatne życie”. Czy pracują w GRU? Ależ skądże znowu, są biznesmenami w branży fitnesowej, „sportowe jedzenie, witaminy, proteiny”. Wraca wątek wspólnego pobytu, wspólnego pokoju w hotelu. Okazuje się, że wynajęli pokój z jednym łóżkiem. Simonian uspokaja: to nieważne, czy spaliście w jednym łóżku czy nie, nie musicie się usprawiedliwiać.

    W materiale BBC, w którym odniesiono się do wypowiedzi Pietrowa i Boszyrowa, a właściwie rozprawiono się z łgarstwem, pokazano m.in. na mapie Salisbury, że panowie raczej nie przechadzali się turystycznie i nie tylko oglądali katedrę (o ile w ogóle ją oglądali), natomiast przemierzyli kawał drogi przez nieturystyczne dzielnice, aby znaleźć się koło domu Siergieja Skripala (https://www.bbc.com/russian/features-45510962). Jak wskazują komentatorzy BBC, w opowieści przedstawionej przez RT nie zgadza się mnóstwo szczegółów.

    Politolog Iwan Prieobrażenski w komentarzu dla Deutsche Welle nazywa legendę nieudaną i niewiarygodną. „Dwóch czterdziestoletnich biznesmenów, okazuje się, nie umie korzystać z internetu. Aby poznać rozkład jazdy, muszą pojechać na dworzec. Funkcji prognozy pogody też w komórkach nie mają, śnieg i deszcz zaskakują ich […] To jakieś dinozaury z odległej sowieckiej przeszłości. Niemniej ci ludzie przy całej antypatii do internetu, znaleźli numer komórki do Simonian. 123 metry kłamstwa”. Cały ten teatrzyk jest przeznaczony dla własnej krajowej publiczności. Klasyka gatunku. Kiedy Rosji ktoś na Zachodzie mówi: proszę, oto dowody waszej winy, Rosja przystępuje do rozpylania w powietrzu dużych ilości cukru pudru, aby zmylić ślady, wytworzyć masę wątpliwości itd.

    Nawiążę jeszcze do motywu, który nachalnie powtarzał się w wywiadzie: kilkakrotnie pojawiały się czytelne aluzje, że Pietrowa i Boszarowa łączą bliskie stosunki o charakterze intymnym. Komentatorzy w mediach społecznościowych zaraz to wychwycili: z jednej strony to miałoby wyjaśnić, dlaczego panowie jadą do Wielkiej Brytanii „się rozerwać” i podróżują bez partnerek, a z drugiej wzbudzić sympatię do nich zachodniej liberalnej publiczności. Może i tak, a może i nie. W końcu ta historia jest uszyta tak grubymi nićmi, że nic się w niej kupy nie trzyma. Nawet dla niewybrednej publiczności tego cukru pudru jest za dużo. A Zachodowi, zwłaszcza „dziurawej szalupie”, jak określiła Wielką Brytanię rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa, nic nie trzeba tłumaczyć. Z nimi Rosja będzie się kłócić. Do upadłego.

    Zaznaczę jeszcze na koniec, że popularny dziennik „Moskowskij Komsomolec” – bez czekania na instrukcję od prezydenta – znalazł Pietrowa. Już 6 września poinformował swoich czytelników (https://www.mk.ru/politics/2018/09/06/dazhe-do-altaya-ne-mogu-doekhat-otravitel-skripaley-petrov-zagovoril.html), że Pietrow pracuje w Tomsku w filii przedsiębiorstwa Microgen, producenta preparatów farmakologicznych (https://en.wikipedia.org/wiki/Microgen). Wyrwali się komsomolcy przed orkiestrę i rozwalili narrację Kremlowi. Przypomina mi to historię z workami w domu mieszkalnym w Riazaniu jesienią 1999 r.

    A ciąg dalszy w tej sprawie nastąpi na pewno.

  • Jeźdźcy bez głowy

    8 września. Dwóch panów w granatowych kurtkach przyjechało na początku marca do Wielkiej Brytanii. Przedtem kilkakrotnie jeździli do Genewy. Z kim się tam kontaktowali – nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że w pokoju w londyńskim City Stay Hotel, w którym zatrzymali się podczas wizyty w Zjednoczonym Królestwie, znaleziono ślady preparatu paralityczno-drgawkowego „Nowiczok”. Następnie z Londynu pojechali do Salisbury. Tam „złapały” ich kamery rozmieszczone na ulicy (https://www.bbc.com/russian/features-45424922). Brytyjskie władze właśnie opublikowały wizerunki dwóch podejrzanych o otrucie Siergieja i Julii Skripalów. Obaj panowie w granatowych kurtkach są obywatelami Rosji. Gdy starali się o brytyjską wizę, podali się za biznesmenów z Petersburga.

    Wymieniono ich z nazwiska: „Aleksandr Pietrow” i „Rusłan Boszyrow”. Przy czym od razu brytyjskie władze zrobiły zastrzeżenie, że to nie są ich prawdziwe nazwiska, choć i prawdziwe personalia zostały już przez śledztwo ustalone. I to ustalone dawno, bo w maju. Tyle że rząd brytyjski nie chciał ogłaszać zdobyczy Scotland Yardu w obawie o bezpieczeństwo brytyjskich obywateli, którzy wybrali się do Rosji na mundial. Brytyjczycy mieli też nadzieję, że dwaj panowie w granatowych kurtkach pojawią się w międzyczasie gdzieś w Europie. Ale się nie pojawili. Premier Theresa May poczekała, aż skończą się wakacje parlamentarne i wyłożyła wszystko, co chcielibyście wiedzieć o otruciu Skripalów. „Pietrow” i „Boszyrow” są najprawdopodobniej oficerami GRU (rosyjski wywiad wojskowy) – twierdzą brytyjskie czynniki.

    Według śledztwa, „Pietrow” i „Boszarow” użyli preparatu „Nowiczok” do otrucia wskazanych osób – umieścili go na klamce domu Siergieja Skripala. Następnie powrócili do Londynu, udali się na lotnisko i odlecieli. Preparat przywieźli do Salisbury w pojemniku, imitującym flakonik z perfumami „Premier Jour” Nina Ricci. Według jednej z niepotwierdzonych wersji, sprawcy wyrzucili buteleczkę do kosza – zapewne myśleli, że to kosz na śmieci. Niemniej najprawdopodobniej był to kosz na używane rzeczy zbierane przez organizacje charytatywne. Stamtąd flakonik trafił w ręce niejakiego Charlesa Rowleya, który postanowił zrobić prezent swojej ukochanej Dawn Sturgess i podarować drogie perfumy znalezione w koszu z używanymi rzeczami. Dawn bardzo się z prezentu ucieszyła. Naniosła perfumy na rękę, powąchała i… trafiła do szpitala, gdzie po kilku dniach zmarła. Rowley przeżył.

    Wokół sprawy Skripalów robi się coraz ciekawiej i coraz goręcej. Po pierwsze, sprawa już ma i będzie miała dalsze konsekwencje polityczne. Władze Wielkiej Brytanii obciążyły odpowiedzialnością za zamach z użyciem preparatu zaliczanego do środków broni chemicznej osobiście prezydenta Władimira Putina. Skoro dwaj panowie w granatowych kurtkach są z GRU, a nad GRU kontrolę sprawuje prezydent, to on jest odpowiedzialny za to, co robią jego podwładni – taki wywód przedstawiła Theresa May. Po drugie – reperkusje gospodarcze, zapowiedziane zostało bowiem przez panią premier oczyszczenie Londynu z rosyjskich pieniędzy. Co z tego wyjdzie, to oddzielna sprawa, ale zapowiedź zabrzmiała groźnie i poważnie. Na razie rosyjscy urzędnicy i oligarchowie bez przeszkód kupują w Londynie nieruchomości i prowadzą biznesy.

    W komentarzach towarzyszących relacji ze ścigania sprawców otrucia Siergieja Skripala powróciły domniemania, jaki był motyw zamachu na życie eksagenta. „The New York Times” twierdzi, że Skripal nie był cichym emerytem, udzielał konsultacji i dzielił się wiedzą nie tylko z brytyjskimi służbami. Kilkakrotnie bywał w Hiszpanii, gdzie spotykał się z funkcjonariuszami wywiadu. Być może rozmowy Skripala dotyczyły rosyjskiej przestępczości zorganizowanej na terytorium Hiszpanii. Na razie tyle ujawniono. Jakiś komentator skojarzył, że otruty polonem Aleksandr Litwinienko też przed śmiercią kontaktował się z Hiszpanami, prowadzącymi śledztwo w sprawie rosyjskiej mafii.

    Tymczasem bratanica Siergieja Skripala, Wiktoria z widocznym upodobaniem występuje w rosyjskiej telewizji i uwierzytelnia oficjalną linię Moskwy w sprawie otrucia w Salisbury (podważającą wersję brytyjską o rosyjskim sprawstwie). Ostatnio oświadczyła, że stryj zapewne już nie żyje, bo żadnych oznak życia nie daje. Od czasu do czasu dzwoni tylko Julia.

    Wokół tej sprawy jest sporo ciekawych wątków, ale o nich – w następnym odcinku.

  • Emerytalny reformator wygłasza orędzie do narodu

    30 sierpnia. Po ogłoszeniu przez rząd i przyjęciu przez Dumę Państwową w pierwszym czytaniu ustawy o reformie emerytalnej Rosjanie zaczęli coraz głośniej mówić, że ustawa im się nie podoba. Przewidujący drastyczne podniesienie wieku emerytalnego – dla kobiet o osiem lat, dla mężczyzn o siedem – projekt rządowy stał się powodem wielu protestów społecznych. Ośrodki badania opinii publicznej odnotowały znaczący spadek popularności prezydenta (nawet o 15 punktów procentowych). Kreml zaczął zachowywać się nerwowo. Najpierw testowano wariant „Putin nie ma nic wspólnego z reformą”, ale ostatecznie zdecydowano się na włączenie prezydenta do rozgrywki. I oto wczoraj Władimir Władimirowicz wygłosił telewizyjne orędzie do narodu.

    Zanim pokrótce omówię wystąpienie, przypomnę tylko, że Putin w marcu został ponownie wybrany na prezydenta. Podczas kampanii wyborczej ani słowem nie zająknął się, że ma zamiar przeprowadzić fundamentalne zmiany w systemie emerytur. Jeszcze trzy lata temu podczas rytualnego seansu łączności ze społeczeństwem Putin mówił, że nie wyobraża sobie podwyższenia wieku emerytalnego. Przypomnę jeszcze też, że rząd ogłosił swój projekt w dniu otwarcia mistrzostw świata w piłce nożnej, gdy uwaga ludzi skupiona była na boiskach, rosyjska reprezentacja wygrała mecz, zaczynało się lato, sezon wyjazdów, wakacji, wypoczynku na działce i w ogóle wszystko wydawało się świeże, radosne i pierwsze (pisałam o tym na blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/06/16/reforma-w-cieniu-pilki/). Początkowo odzew społeczny był więc nieco przytłumiony, ale stopniowo oznaki niezadowolenia stawały się coraz bardziej wyraźne. Latem odbyło się kilka demonstracji zorganizowanych przez partię komunistyczną. Na 9 września (dzień wyborów lokalnych) ogólnokrajowy protest zapowiedział opozycjonista Aleksiej Nawalny. Prewencyjnie został więc zapuszkowany na trzydzieści dni do aresztu.

    Wczoraj na ekranach telewizorów pojawił się prezydent. Powiedział, że nie ma warunków, aby z reformy zrezygnować („Czy to nie jest przyznanie się, że gospodarka leży?” – pytali liczni komentatorzy). Ale on – dobry car z troską pochylający się nad problemami ludu pracującego miast i wsi – wsłuchał się w głosy niezadowolonych i występuje z propozycją złagodzenia warunków reformy. Co zatem? Na przykład kobietom wydłuży się czas pracy o pięć lat (nie osiem). Prezydent powtórzył też argumenty rządu, że jak podwyższy się wiek emerytalny, to wzrosną emerytury, obecnie niskie. Ponadto zapowiedział, że władze przewidują ułatwienia dla wielodzietnych matek, dofinansowanie programów pomocowych dla tych, którzy chcą się przekwalifikować, ochronę praw pracowniczych dla ludzi zbliżających się do wieku emerytalnego. Czy kogoś przekonał? Czy odebrał ludziom chęć do protestowania? Zobaczymy w najbliższym czasie. Proponowane przez Putina zmiany stanowią niewielką korektę planu – można się było spodziewać, że taka właśnie będzie strategia władz w tej grze: wpierw zalicytować wysoko, a potem trochę spuścić z tonu, zachowując istotę zmian, pokazując ludzką twarz itd.

    Prezydent nie powiedział ani słowa o zachowaniu przywilejów wcześniejszych emerytur dla bloku służb mundurowych. „Siłowicy” nie stracą na reformie. Julij Rybakow napisał na swojej ściance FB: „Nasz umiłowany prezydent wyjaśnił wszystkim uprzejmie, że nie ma żadnych innych sposobów utrzymania systemu emerytalnego jak odroczenie wypłat emerytur. Zapomniał wszelako, że można by oszczędzić na armatach, rakietach i wojnach. Te wydatki są większe niż wydatki na cele socjalne. I może wystarczyłoby tych środków, aby reformę rozciągnąć w czasie. Ale armaty to rzecz święta, nie wolno ich ruszać! Podobnie jak gliniarzy i funkcjonariuszy FSB. To podpora tronu, ich reforma nie dotyczy”. Słuszne spostrzeżenie, zwłaszcza że kilka dni temu minister obrony Siergiej Szojgu zapowiedział przeprowadzenie przez Rosję największych w historii ćwiczeń wojskowych Wostok-2018. O kosztach nie mówił nic. O oszczędnościach też nie. Rosyjska flota właśnie wzmocniła swą obecność na Morzu Śródziemnym, zapewne w związku z zaostrzeniem sytuacji w Syrii. I też nie ma mowy o oszczędnościach.

    Nie wszyscy emeryci i potencjalni emeryci zgrzytają zębami i liczą trzęsącą się ręką kopiejki. Wspominany tu już powyżej Aleksiej Nawalny dokopał się w swoich antykorupcyjnych poszukiwaniach do pewnej skromnej emerytowanej przedszkolanki, która niedawno nabyła 400-metrowy apartament w Moskwie. Tą szczęśliwą emerytką jest matka przewodniczącego Dumy Wiaczesława Wołodina.

  • Kokainowy niedźwiedź?

    28 sierpnia. Kanały przerzutu narkotyków z Ameryki Południowej ostatnio się zasypały. Najpierw była potężna afera z walizami pełnymi narkotyków znalezionymi w ambasadzie Rosji w Argentynie (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/02/25/niedyplomatyczna-poczta-dyplomatyczna/ ), a kilka dni temu gruchnęła wieść, że w Gandawie belgijska policja zarekwirowała gigantyczny ładunek kokainy; zainteresowanie znaleziskiem podsycała wiadomość, że na części opakowań widniał logotyp partii Jedna Rosji.

    Tak się złożyło, że akurat 22 sierpnia w Argentynie została spalona partia kokainy (400 kg) znaleziona na początku tego roku w przedstawicielstwie dyplomatycznym Rosji w Buenos Aires. A dzień później belgijskie media ujawniły wiadomość o interesującym znalezisku w Gandawie.

    Garść szczegółów dotyczących tej sensacji. Policja przechwyciła w porcie trzy podejrzane kontenery, które przypłynęły z Brazylii. To, co ukazało się zdumionym oczom funkcjonariuszy, przeszło wszelkie oczekiwania: w kontenerach bowiem leżało w ponad 1900 pakietach około dwóch ton narkotyku. Część zgrabnych paczuszek, z których każda ważyła ponad kilogram, przyozdobiona była dobrze znanym wizerunkiem niedźwiedzia z rosyjską flagą. Wartość ładunku oceniono na sto milionów euro. Do kogo należy przesyłka? Na razie nie podano do wiadomości. (Krótki filmik z portu można obejrzeć m.in. tu: https://www.vrt.be/vrtnws/nl/2018/08/23/2-ton-cocaine-ontdenkt-in-gent-tussen-lading-tegels-uit-brazilie/).

    Oficjalnych reakcji przedstawicieli rosyjskiej partii władzy o partii brazylijskiej kokainy na razie brak. Jedynie zastępca sekretarza generalnego Jednej Rosji Jewgienij Riewienko napisał w żartobliwym tonie na swoim profilu na FB: „Otóż i sława! Teraz latynoscy baronowie narkotykowi usłyszeli o istnieniu partii Jedna Rosja i nawet postanowili wykorzystać część naszego logotypu dla zamaskowania kolejnej partii kokainy – tym razem z Brazylii do Belgii. A może im się po prostu spodobał niedźwiedź z naszą flagą? Tak czy inaczej – dzień należy uznać za udany, było się z czego pośmiać”.

    Czy faktycznie ktoś wykazał się poczuciem humoru, oklejając logotypem rosyjskiej partii władzy pakunki z kokainą? A może to była prowokacja? A może to miała być wskazówka? Kilka miesięcy temu aferze ze znalezieniem narkotyków w ambasadzie Rosji w Argentynie towarzyszyła wrzawa w mediach, tym razem o brazylijskiej kokainie jest cicho. Belgijskie i holenderskie media poinformowały o przechwyceniu ładunku i na razie tyle. Podjęły temat opozycyjne media rosyjskie, ale bez rozwinięcia i bez specjalnych komentarzy. Prokremlowscy spece od rozwieszania makaronu na uszach publiczności próbowali w mediach społecznościowych wykazywać, że na znalezionych w Gandawie paczuszkach nie było loga Jednej Rosji. Ale bez zapału. Rozwałkowaniem komunikatu o przejęciu ładunku przez belgijską policję z upodobaniem zajęły się natomiast media ukraińskie. No i żartownisie – Twitter bawił się memami na ten temat przez kilka dni. Wiązano na przykład zarekwirowanie przesyłki z dłuższą nieobecnością premiera Dmitrija Miedwiediewa w przestrzeni publicznej (że niby to pogrążył się w rozpaczy po stracie).

    Ciekawe, czy ciąg dalszy nastąpi, czy uda się złapać szmuglerów za brzeg listka. A może teczki z materiałami śledztwa po jakimś czasie wylądują w szafie pancernej z napisem „Nie wyjaśniono”. A w Gandawie odbędzie się pokazowe spalenie partii narkotyku z logotypem Jednej Rosji na zgrabnych paczuszkach.

  • Prawda rozjechana czołgami

    21 sierpnia. Recepta Kremla na leczenie z marzeń o socjalizmie z ludzką twarzą (o wyjściu z ZSRR, o wstąpieniu do NATO, o integracji z UE itd.) zawsze była jedna: czołgi. W sierpniu 1968 r. ZSRR przy współudziale wasali z obozu demoludów przygotował gigantyczną operację wojskową (wzięło w niej udział 500 tys. żołnierzy, 5 tys. czołgów, 700 samolotów!), która miała zdusić Praską Wiosnę – czechosłowacki projekt uzdrowienia socjalizmu poprzez liberalizację. Z punktu widzenia Moskwy takie ambicje były skazane na zagładę. Reszta obozu nie mogła się przecież zarazić wolnościowymi trendami. Pewnie dlatego właśnie do operacji „Dunaj” włączono też armie zaprzyjaźnione – współudział w zbrodniczym najeździe na sąsiada łączył, wiązał.

    W nocy z 20 na 21 sierpnia nad praskie lotnisko Ruzine nadleciał sowiecki samolot pasażerski, pilot poprosił o możliwość awaryjnego lądowania z uwagi na usterkę, otrzymał zgodę. Z samolotu zamiast spokojnych cywili wysiedli niespokojni wojskowi, którzy opanowali wieżę kontrolną i podstawowe obiekty na lotnisku. Zaczęli przyjmować samoloty wojskowe, wiozące żołnierzy i sprzęt. W osiemnastu miejscach granicę przekroczyły tymczasem jednostki wojsk Układu Warszawskiego.

    Praską Wiosnę zdławiono, dokonano gwałtu na czechosłowackich politykach, kraj de facto okupowano. Choć władze Czechosłowacji wezwały społeczeństwo, by zaniechać zbrojnego oporu, sprzeciw wobec agresji był powszechny. Według obecnie dostępnych danych, zginęło 108 osób, głównie cywili (tylko w pierwszym dniu śmierć poniosło 58 osób). 25 sierpnia na placu Czerwonym w Moskwie odbyła się demonstracja przeciwko interwencji w Czechosłowacji. Wzięło w niej udział siedem osób. Wszyscy zostali momentalnie zwinięci przez służby. Potem represjonowani. Siedmiu wspaniałych. „Obywatele, protestujący w sierpniu 68 na placu Czerwonym przeciwko okupacji Czechosłowacji […] przejawili ludzką solidarność i ogromne osobiste męstwo. Ich czyn cenię wysoko jeszcze i z tego powodu, że oni doskonale zdawali sobie sprawę, czego mogą oczekiwać od władzy sowieckiej. Dla obywateli Czechosłowacji ci ludzie stali się sumieniem ZSRR” – napisał w czterdziestolecie akcji dysydent, późniejszy prezydent Vaclav Havel.

    Na wtargnięcie do Czechosłowacji zareagowali również rosyjscy poeci. „Ojczyzna w niebezpieczeństwie! Nasze czołgi są na cudzej ziemi” – krzyczał Aleksander Galicz. O wielkim wstydzie pisał Jewgienij Jewtuszenko: te czołgi miażdżą i Czechów, i Rosjan; poeta chciał, by na jego nagrobku umieścić napis: „Poeta rozjechany przez czołgi w Pradze”.

    ZSRR w listopadzie 1989 r. w specjalnej uchwale uznał agresję na Czechosłowację za „nieprawidłowe działanie, nieuprawnioną interwencję w wewnętrzne sprawy kraju, która przyhamowała demokratyczną odnowę Czechosłowacji”.

    A dziś? Dziś czytam, że 50% Rosjan w ogóle NIC nie wie o interwencji w 1968 r. Według badania Centrum Lewady, 36% Rosjan uważa, że interwencja była słuszna, a 45% nie potrafiło ocenić tego aktu. Zdaniem 21% badanych winę za wtargnięcie wojsk Układu Warszawskiego ponoszą państwa zachodnie, które dążyły do rozbicia jedności państw bloku socjalistycznego. Z kolei 23% uważa, że Praska Wiosna była swoistym zamachem stanu nastawionych antysowiecko polityków czechosłowackich i dlatego ingerencja militarna była uzasadniona.

    Kilka dni temu w Moskwie na Pokłonnej Górze odbyła się okolicznościowa impreza: spotkanie weteranów interwencji w Czechosłowacji i tych, którzy służyli potem na czechosłowackiej ziemi w grupie Armii Sowieckiej (relację z tego spotkania nadała czeska telewizja (https://www.facebook.com/CT24.cz/videos/249844912534028/UzpfSTEwMDAwMTgyOTcyMjE2NzoyNDE3ODMwNjI4Mjg3OTA0/?id=100001829722167), kilka rosyjskich mediów spoza głównego nurtu też zauważyło tę ostentację, np. https://snob.ru/entry/164709). Weterani ze sztandarem Centralnej Grupy Wojsk byli w podniosłym nastroju. Deklamowali wiersze poświęcone jakże potrzebnej i udanej interwencji. „To był nasz internacjonalistyczny obowiązek, obrona przed zakusami Zachodu” – mówili. Ściskali sobie nawzajem prawice, wspominali, wznosili toasty. Dumni i bladzi. Grała orkiestra.

    „W Moskwie niestety nie zapomniano o wydarzeniach [z sierpnia 1968 r.]. Niestety – dlatego że w mediach pojawiły się liczne komentarze, których istota sprowadza się do tego, że władze sowieckie nie mogły postąpić inaczej. Okupacja Czechosłowacji, okazuje się, nie była przestępstwem, a nawet nie była błędem, a historycznym wydarzeniem, którego nie dało się uniknąć” – napisał w komentarzu Iwan Prieobrażenski (Deutsche Welle). I dalej: „Rosyjskie media […] twierdzą, że w 1968 r. na granicach Czechosłowacji stały natowskie czołgi, gotowe do wtargnięcia. A Czesi i Słowacy planowali neonazistowski przewrót. […] Formuje się nowe społeczeństwo, które albo nic nie wie o okupacji Czechosłowacji, albo uważa, że ZSRR nie mógł postąpić w 1968 r. inaczej. Temu społeczeństwu nieprzyjemnie jest wspominać o zbrodniach przeszłości, ono jest zbyt infantylne, aby uznać swoją odpowiedzialność. Współcześni Rosjanie nie są winni tego, co stało się pięćdziesiąt lat temu. Ale kremlowska propaganda czyni ich spadkobiercami okupantów, a oni nie protestują” – podsumowuje Prieobrażenski.