Kategoria: Bez kategorii

  • Portret Doriana Graya, czyli przebiśniegi Miedwiediany

    W Moskwie w Galerii Jednego Obrazu wystawiono dwa portrety pod tytułem „Pierwszy portret prezydenta D.A. Miedwiediewa”. To początek serii, której zadaniem będzie ukazanie wpływu władzy na człowieka – pisze dziennik „Niezawisimaja Gazieta”.

    Na portrecie figurują: portretowany en face, trójkolorowa flaga i wieża Spasska moskiewskiego Kremla na tle błękitnego nieba.

    Dlaczego w galerii wystawiono dwa identyczne portrety? Bo jeden jest rzekomo bardziej romantyczny, a drugi bardziej pragmatyczny. Ten, który zostanie uznany za lepszy, zawiśnie na wystawie (drugi pójdzie pod młotek). Za pół roku zostanie zaprezentowany kolejny portret ze spodziewanymi zmianami na obliczu władcy. Ciekawe, czy wygra wersja romantyczna, czy pragmatyczna. Cynicy lubią uważać się za natury romantyczne, więc sam Dorian Gray, przepraszam Dmitrij Miedwiediew, wolałby pewnie wystawiać na widok publiczny swe romantyczne wyobrażenie. Z drugiej strony jako poważny mąż stanu powinien jednak postawić na wersję pragmatyczną.

    Oscar Wilde kazał zmieniać się w miarę upływu lat i popełnianych łajdactw portretowi bohatera (ukrywanemu w ciemnym gabinecie), podczas gdy sam bohater nie zmieniał się fizycznie. Może to patent, nad którym powinni zastanowić się twórcy wazeliniarskich portretów, którzy jeszcze do niedawna z upodobaniem produkowali „Putina w masle”, czyli w oleju.

    Zresztą, wcale jeszcze nie jest powiedziane, czyj portret zawiśnie na wystawie. Rosja to przecież Galeria Jednego Portretu.

  • Pan Zagadka wygrywa plebiscyt

    Zwycięstwo kremlowskiego pomazańca Dmitrija Miedwiediewa w plebiscycie 2 marca było z góry wiadome. Nikogo nie zaskoczył wynik – 70 procent poparcia. Na Kremlu już dawno policzono, że tak będzie najlepiej.

    Przedstawienie propagandowe, które z uporem godnym lepszej sprawy nazywano wyborami prezydenta Rosji, zostało odegrane. Ale wartość techniczna i poziom artystyczny tego marnego spektaklu pozostawia wiele do życzenia. Centralna Komisja Wyborcza i jej naburmuszony przewodniczący Czurow (zwany Chottabyczem nie tylko ze względu na fizyczne podobieństwo do tego dżina z bajki) przez cały wczorajszy wieczór i dzisiejszy poranek przenosili dziennikarzy z realu do matriksu, prezentując oficjalne wyniki, dziwnie podobne do rezultatów przedwyborczych sondaży.

    I w matriksie Chottabycza wszystko się zgadzało. Gorzej w realu. Zdaniem obserwatorów i niezależnych komentatorów dosypano 15, może 20 procent głosów. Sfałszowano dane o frekwencji. Na przykład Inguszetia stawiła się – wedle oficjalnych danych – w 90 procentach. Wedle nieoficjalnych w głosowaniu wzięło udział 3,5 proc. Trochę się nie zgadza, ale Chottabycz nie przyjmuje do wiadomości zarzutów i poważnie traktuje sprawozdania lokalnych władz. Dane o frekwencji potężnie rozjechały się Centralnej Komisji Wyborczej już podczas grudniowego głosowania na deputowanych do Dumy Państwowej. Oficjalne wyniki uwierzytelnione przez Chottabycza wskazywały na niezwykłą aktywność Inguszy: 98 procent! Tymczasem Ingusze stwierdzili, że tego kalibru kłamstwa nie są w stanie znieść i zorganizowali akcję „Ja nie głosowałem”. Zaufani ludzie chodzili od wioski do wioski, od domu do domu i zbierali deklaracje. Na 168 tys. zarejestrowanych wyborców 87 tys. potwierdziło, że nie było na grudniowych „wyborach”. Wczoraj najwidoczniej doszli do wniosku, że w ogóle nie pójdą, bo to nie ma sensu. Mimo to w oficjalnych papierkach wykazano konsolidację narodu inguskiego wokół idei głosowania na Miedwiediewa. Proszę zwrócić uwagę na subtelną korektę nieprawdopodobnych 98 proc. z grudnia do 90 proc. z marca. Równie nieprawdopodobnych zresztą.

    Inny sposób na dodanie głosów zaprezentował szef petersburskiego „Jabłoka” (partia opozycyjna, która nie wystawiła kandydata w wyborach, zawczasu obwołując ten quasi-wyborczy akt farsą) Maksim Rieznik obszedł kilka komisji wyborczych. W każdej mówił, że nie wziął z urzędu w swoim miejscu zamieszkania odpowiedniego zaświadczenia, ale bardzo chciałby zagłosować na Miedwiediewa. Zebrał w ten sposób siedem kart do głosowania, które zaprezentował w lokalnej telewizji. W nocy został zatrzymany. Podobne eksperymenty w Moskwie też dały niezłe żniwo – niemal wszędzie można było zagłosować na pałę. Ile kart do głosowania rozdano „na słowo honoru”? Ile razy można było zagłosować systemem „karuzeli”? Jak podwyższyło to frekwencję? Tego Chottabycz nie poda do publicznej wiadomości.

    Przed lokalami wyborczymi milicja pilnie sprawdzała, czy ludzie nie wynoszą kart do głosowania. Wobec kilku śmiałków, którzy się na to poważyli, zastosowano metody bezpośredniej perswazji – wybito im takie numery z głowy pięścią albo i pałką. Odnotowano wiele przypadków publicznego darcia kart na znak protestu przeciwko fałszerstwom (milicja klasyfikowała takie wyczyny jako zakłócanie porządku publicznego). Obserwator, który próbował zapobiec dorzuceniu do urny 150 kart, został zatrzymany i odwieziony do prokuratury.

    Władzom zależało, żeby frekwencja była duża, żeby legitymacja nowego prezydenta została przyozdobiona poparciem społecznym. Toteż namawiano wyborców i w taki sposób: pracownicy zakładów budżetowych mieli głosować w swoim miejscu pracy, a nie zamieszkania. Dyrektor miał dopilnować, by przyszli wszyscy. Jeśli chcesz tu popracować, to musisz zagłosować.

    Prezydent Putin, który odchodzi, ale zostaje, prezentował wczoraj doskonały nastrój. Demokracja i inne przyjemne abstrakcyjne słówka lały się z jego uśmiechniętych ust szerokim strumieniem. Miedwiediew mu, ciągle jeszcze nieśmiało, wtórował.

    Co dalej, Rosjo? Jaki będzie ten Miedwiediew? Czy stworzony przez ostatnie miesiące wizerunek liberała dbającego o zwykłe sprawy zwykłych ludzi, zwolennika wolności i swobód obywatelskich długo się utrzyma? Można w to wątpić. Ale z drugiej strony tak mało wiadomo o zakulisowych ustaleniach grona decyzyjnego na Kremlu. Nie wiem, jak umówili się Putin z Miedwiediewem. Nie wiem, jaki jest plan rządów tandemu. W realu wszędzie się zrobiło jakoś ślisko. Tylko w matriksie Chottabycza wszystko się zgadza.

  • Za długie nazwisko

    Dziennikarka Natalia Morar z moskiewskiego tygodnika „The New Times”, obywatelka Mołdawii, zaślubiona Rosjaninowi, ponownie nie została wpuszczona do Rosji. Koczuje z mężem na lotnisku Domodiedowo. Autorce m.in. artykułu o „czarnej kasie” Kremla, z której finansowano kampanię wyborczą do Dumy Państwowej, dwukrotnie odmówiono wjazdu do Rosji. Władze powołały się na punkt pierwszy artykułu 27 ustawy o trybie wjazdu i wyjazdu z terytorium Federacji Rosyjskiej (można nie wpuścić na terytorium FR osoby, która stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa i obronności kraju, narusza porządek publiczny lub naraża na uszczerbek na zdrowiu ludność).

    „Na czym polega zwycięska wojna, jaką mocarstwo jądrowe prowadzi przeciwko młodej cudzoziemce?” – pyta kpiąco Ilja Milsztejn w internetowej gazecie „Grani.ru”. I odpowiada: „To jakaś tajemnica, której rozum ludzki nie ogarnia. Może Morar, pisząc o kontrolowaniu przez władze pieniędzy wydawanych na kampanię wyborczą, osłabiła rosyjską armię? A może zdradziła tajemnicę państwową? Niewykluczone, że w ten sposób chciała sprowokować zamieszki. No i nie należy zapominać o medycynie, bo to tylko tak na pierwszy rzut oka wygląda, że czytanie opozycyjnej prasy nie odbija się na zdrowiu obywateli”.  Milsztejn przypomina, że Morar pracowała swego czasu dla fundacji Michaiła Chodorkowskiego. Konsekwencja, z jaką ekipa Putina tępi ludzi, którzy współpracowali z najsławniejszym dziś więźniem kolonii karnej w Czicie, każe zastanowić się i nad tym powodem.

     

    Tymczasem 2 marca zbliża się wielkimi krokami, potrzebny jest spokój i zgoda. Żadnych przykrości, same uśmiechy. W przedwyborczej sytuacji władza nie zgłasza zapotrzebowania na wścibskich dziennikarzy, którzy grzebaliby w mechanizmach finansowania kampanii wyborczej. Wręcz przeciwnie – potrzeba entuzjastycznych chwalców, którzy pokażą reportaż z wizyty kandydata Miedwiediewa w domu dla osób starszych albo przemawiającego podczas wielkiego wiecu w Niżnym Nowogrodzie; Żyrinowskiego, który uczy się na budowie nakładania tynków; mistrza loży masońskiej Bogdanowa, który jedzie metrem na mecz piłkarski; Ziuganowa, który zachwala broszurki wyborcze. Budujące. Krzepiące.

    A skoro już jesteśmy przy pokazywaniu kandydata Miedwiediewa w telewizji, to dwa dni temu telewidzowie mogli przeżyć wstrząs: Miedwiediew nie tylko się uśmiechał i ściskał wyciągnięte ręce wyborców, ale wypowiedział w luźnej, niewymuszonej rozmowie z dziennikarzami lokalnych mediów w Ufie kilka zdań na temat do tej pory konsekwentnie pomijany (Miedwiediew publicznie nie mówił o polityce zagranicznej i sferze bezpieczeństwa): zabrał głos w sprawie zbliżających się wyborów w USA, a właściwie w sposób aluzyjny zdradził swoje preferencje. „Jeśli chodzi o nową administrację, to jest to sprawa narodu amerykańskiego. Współpracowaliśmy i będziemy współpracować z każdą administracją, jaka zostanie wyłoniona w trakcie wyborów. Choć, oczywiście, o wiele prościej jest pracować z ludźmi, którzy mają nowoczesne poglądy, a nie z tymi, którzy mają w oczach odblaski przeszłości, a często poglądy na pograniczu marazmu”.

    Kandydat republikanów, senator McCain, parafrazując wypowiedź prezydenta Busha sprzed kilku lat, powiedział niedawno: „Spojrzałem w oczy Putina i zobaczyłem tam trzy litery: KGB”. Odblask przeszłości. Niewątpliwie.

    Ale też ludzie o nowoczesnych poglądach, kandydaci demokratów, niewiele odbiegają od tych, którzy mają „poglądy na pograniczu marazmu”, jak elegancko ujął to kandydat Miedwiediew. Pani Hillary Clinton niedawno też wypowiedziała się o swoich ewentualnych rosyjskich partnerach: „Putin jest z KGB. On nie może mieć duszy”. A Barack Obama podczas wczorajszych debat telewizyjnych nie mógł sobie przypomnieć nazwiska człowieka, który wspólnym porywem zgodnej i przewidywalnej tym razem rosyjskiej duszy zostanie wybrany 2 marca na prezydenta. „Medwe… Medwe… jakoś tak”.

    Po raz kolejny potwierdza się żartobliwa teza Władimira Wojnowicza, że rosyjski przywódca (i przywódca w ogóle) powinien mieć krótkie nazwisko, najlepiej dwusylabowe, dłuższe w Rosji się nie sprawdzają. Lenin-Stalin-Chruszczow-Breżniew-Gorbaczow-Jelcyn-Putin. Z tego szeregu tylko Gorbaczow miał „za długie” nazwisko, od dawna nie ma dobrej prasy u rodaków, jest obarczany winą za rozpad ZSRR i wszystkie nieszczęścia, został zdetronizowany przez człowieka o dwusylabowym nazwisku.

    Ale za to Miedwiediew wpisuje się dobrze w drugie żartobliwe „prawo wyborcze”: w Rosji rządzą na zmianę łysi i owłosieni. Przy łysym Putinie krótko ostrzyżone ostatnio kędziory Miedwiediewa mogą uchodzić za gęstą czuprynę.

  • Sondaż, bójka i grafologia

    Moskiewskie Centrum Badań Socjologicznych WCIOM opublikowało ostatni sondaż przed wyborami prezydenckimi (2 marca). Przy urnie stawi się 70 proc. obywateli uprawnionych do głosowania. Na namaszczonego przez prezydenta kandydata, Dmitrija Miedwiediewa odda głosy 73 proc. Wszystko idzie zgodnie z planem. Zero zaskoczenia. W kremlowskiej sztafecie – jeżeli nic się nie zawali wewnątrz rządzącej korporacji – nastąpi wkrótce płynne przekazanie pałeczki.

    Wobec braku emocji na własnym politycznym podwórku Rosjanie emocjonują się zawziętą walką o prawo startu w wyborach prezydenckich w USA. Są tacy, którzy nawet kibicują Obamie czy Hillary. Dla jednych przewidywalny wynik wyborów Dmitrija Miedwiediewa, jak drwiąco moskiewska ulica nazywa wybory prezydenckie w Rosji, jest dowodem wyższości rosyjskiego systemu politycznego (w którym po wierzchu wszystko wygląda gładko, a prawdziwa walka toczy się pod dywanem) nad amerykańskim (w którym debata toczy się publicznie). Dla drugich wykorzystywanie przez rosyjskie władze demokratycznego instrumentu do legitymizowania władzy uzurpatorów jest powodem do wstydu i załamania rąk, a amerykańskie potyczki polityczne – wzorcem niedościgłym.

    Tymczasem nudę na rosyjskiej scenie politycznej jak może stara się rozwiać Władimir Żyrinowski (według sondażu WCIOM znajdzie się 10,9 proc. chętnych, by na niego zagłosować). Nie tylko prezentuje publiczności mocno rozchełstane koszule i niedbałe krawaty, ale ostatnio wziął się do swojego ulubionego sportu – rękoczynów. Podczas rejestracji debaty telewizyjnej z udziałem Żyrinowskiego i przedstawiciela Andrieja Bogdanowa (1,2 proc. poparcia) w studiu doszło do bójki. Żyrinowski miotał pod adresem adwersarza ciężkie wyrazy, potem kazał swoim ochroniarzom złapać go za ręce, a sam zabrał się do przemawiania pięściami. Scena mordobicia została w procesie montażu usunięta i telewidzowie zobaczyli tylko te grzeczne fragmenty debaty, w których przeciwnicy toczyli wyłącznie pojedynki słowne. Smaczna scenka politycznego boksu trafiła jednak szybko do internetu i stała się przedwyborczym tematem numer jeden.

    Powagę próbuje zachować przewodniczący partii komunistycznej Giennadij Ziuganow (14-15 proc. poparcia), ale czerwony patos brzmi w jego wykonaniu co najwyżej różowo albo wręcz blado.

    Miedwiediew nie widział powodu, by brać udział w debatach telewizyjnych. Wystąpił z programowym przemówieniem w Krasnojarsku, w którym wypowiedział piękne i zaskakujące zdanie: „Wolność znaczy więcej niż brak wolności”. Ponadto udzielił obszernego wywiadu tygodnikowi „Itogi”, w którym szeroko opowiedział o swojej rodzinie, rodzinnym Petersburgu, studiach, zamiłowaniu do muzyki Deep Purple, eksperymentach chemicznych z kolegą. Zaznaczył ponadto, że Rosja musi pozostać republiką prezydencką, gdyż jako republika parlamentarna zginie. Jednym słowem, dużo słów.

    Więcej niż sam mówiący kandydat powiedzieli o nim grafolodzy, którzy przebadali próbkę pisma Miedwiediewa z okresu szkolnego (list do nauczycielki, który Dima podpisał łacińskimi literami) i obecną. Doszli do wniosku, że z zakompleksionego młodzieńca i pozera wyrósł na mądrego, upartego, samodzielnie myślącego i działającego człowieka, który wyzwolił się od zewnętrznych wpływów. Ciekawe, czy teraz wyrośnie na samodzielnego prezydenta.

     

  • Jeszcze słychać „Głos Biesłanu”

    Przeciwko trzem kobietom z organizacji „Głos Biesłanu” (zrzeszającej krewnych ofiar zamachu na szkołę w Biesłanie, walczących o ustalenie winnych śmierci ofiar) osetyjska prokuratura wszczęła postępowanie karne. Kobiety miały się dopuścić pobicia komorników i sędziego. Dziś w stolicy Osetii Północnej Władykaukazie zakończyła się dwudniowa akcja protestu przeciwko działaniom prokuratury, protestowało sześćdziesiąt osób z „Głosu” . Kobiety mówią, że obiecano im zamknięcie tego absurdalnego śledztwa. Prokuratura na razie oficjalnie tego nie potwierdziła.

    To postępowanie karne to kolejna próba wywarcia nacisku na kobiety, które walczą o uczciwe zbadanie przebiegu tragicznych wydarzeń w biesłańskiej szkole numer 1 i ustalenie winnych podjęcia błędnych decyzji podczas akcji uwalniania zakładników, które doprowadziły do śmierci kilkuset z nich.

    W ubiegłym roku na podstawie – jak twierdzą członkowie „Głosu Biesłanu” –  sfałszowanych dokumentów zmieniono kierownictwo organizacji. Sądy w Osetii nie dopatrzyły się znamion fałszerstwa i zdecydowały o likwidacji organizacji w poprzednim składzie oraz rejestracji nowej organizacji pod tą starą nazwą, ale z mniej kłopotliwym kierownictwem.

    Kobiety zwróciły się do trybunału w Strasburgu, oskarżają Federację Rosyjską o pogwałcenie prawa do życia i stronnicze śledztwo. „Odkąd złożyłyśmy tę skargę, naciski na nas się zwiększyły” – mówi jedna z nich Ella Kesajewa.

    Miesiąc temu kobiety zostały oskarżone o działalność ekstremistyczną. Prokurator sąsiedniej Inguszetii dopatrzył się w publikacjach organizacji z 2005 r. „wypowiedzi o charakterze ekstremistycznym”. Zdaniem oskarżyciela, członkowie „Głosu Biesłanu” twierdzili, że prezydent Putin wspiera terroryzm.

    Tymczasem prezydent Putin w ogóle nie zabiera głosu w sprawie zamachu w Biesłanie. Nie czuje się odpowiedzialny, nie widzi powodu, by przepraszać, nie widzi nawet powodu, by przypomnieć sobie tę tragedię, kiedy z zadowoloną miną podsumowuje na oczach całego świata osiem lat swoich prezydenckich galer. „Same sukcesy, żadnych porażek” – powiedział podczas konferencji prasowej na Kremlu.

    A ten „Głos Biesłanu” psuje propagandową sielankę.