Kategoria: Bez kategorii

  • W Inguszetii jeszcze jest spokojnie

    Mahomed Jewłojew był najpierw redaktorem, a potem właścicielem strony internetowej Ingushetiya.ru. Na stronie publikowano między innymi materiały ukazujące nieudolność rządzącego klanu prezydenta Murata Ziazikowa (eks-pułkownika służby bezpieczeństwa, człowieka przywiezionego w teczce przez Moskwę i wspieranego przez centrum, bardzo niepopularnego w Inguszetii), nepotyzm, korupcję, samowolę milicji i sądów, biedę, nieczyste gry polityczne. Inguska opozycja mogła tu nie tylko pisać o nieprawidłowościach, ale też wzywać do akcji obywatelskich. Jewłojew zorganizował np. akcję „Ja nie głosowałem”, podczas której, jak twierdził, zebrał deklaracje o bojkocie wyborów do Dumy Państwowej od kilkudziesięciu tysięcy ludzi, podważając tym samym oficjalne dane o 90-procentowej frekwencji. Potem zebrał 80 tys. podpisów (to mniej więcej połowa elektoratu Inguszetii) pod petycją popierającą przywrócenie na urząd prezydenta republiki jej byłego lidera Rusłana Auszewa. Strona na podstawie decyzji sądu w Moskwie została zamknięta „za zamieszczanie materiałów o charakterze ekstremistycznym”.

    Jewłojew przyleciał 31 sierpnia z Moskwy do Magasu (stolica Inguszetii). Tym samym samolotem podróżował prezydent Murat Ziazikow, według relacji świadków – podczas lotu doszło do ostrej wymiany zdań pomiędzy Ziazikowem i Jewłojewem. Na lotnisku Jewłojew został zatrzymany przez milicję, siłą wciągnięty do samochodu, a następnie wyrzucony pod bramą szpitala z raną postrzałową głowy w okolicach skroni. Nie przeżył. Według oficjalnej wersji doszło do szarpaniny i przypadkowa kula śmiertelnie zraniła Jewłojewa.

    Opozycja inguska podniosła larum, oskarżyła o zabójstwo władze republiki, wyprowadziła na ulice tysiące ludzi. Demonstranci domagają się uczciwego śledztwa i ustąpienia Ziazikowa. Strona Ingushetiya.ru zapowiada pikiety „przeciwko bezczynności rosyjskich władz” w Brukseli i Paryżu. Padają i dalej idące polityczne deklaracje: m.in. opozycjoniści zapowiedzieli, że jeśli rosyjskie władze nie przedsięwezmą po zabójstwie Jewłojewa odpowiednich kroków w celu wyjaśnienia zbrodni i ukarania winnych, to zwrócą się do opinii międzynarodowej z prośbą o „odłączenie Inguszetii od Federacji Rosyjskiej”.

    W wersję o „przypadkowym wystrzale” nie wierzą moskiewscy obrońcy praw człowieka. Aleksandr Czerkasow z „Memoriału” powiedział dziennikowi „Kommiersant”: „Trudno uwierzyć, że Jewłojew otrzymał śmiertelną ranę, gdy stawiał opór podczas zatrzymania. On sam nie miał broni. Obrońcy praw człowieka niejednokrotnie podkreślali, że w Inguszetii stosowana jest praktyka bezprawnych egzekucji – ludzi nie zatrzymują, tylko zabijają”. Jedna z rosyjskich stron internetowych przypomniała, że Ingushetiya.ru informowała w 2007 roku, że prezydent Ziazikow zapłacił 50 tysięcy dolarów moskiewskim killerom, by zastrzelili Jewłajewa, potem – że dał łapówkę przedstawicielowi jednego z federalnych organów ścigania, by Jewłajewa zaaresztowano. Jewłajew przez ostatnie dwa lata przebywał często w Moskwie, do zamachu na niego ani do aresztowania tam jednak nie doszło (Jewłajew twierdził nawet, że wynajęty killer przyniósł mu owe 50 tysięcy dolarów z przeznaczeniem na cele dobroczynne).

    Współpracownicy zabitego uprzedzają, że może dojść do wojny domowej w republice. Sytuacja jest coraz bardziej napięta.

    Ziazikow prowadził strusią politykę – zwłaszcza w ciągu ostatniego roku, kiedy sytuacja bardzo się zaostrzyła, dochodziło do zamachów, zabójstw, uprowadzeń, samowoli organów ścigania – na wszystkie pytania i wątpliwości odpowiadał niezmiennie: „W Inguszetii jest spokojnie”. Podobnie zachowywali się gospodarze Kremla. Miesiąc temu z Ziazikowem spotkał się Putin. W republice wrzało, a komunikat po spotkaniu zapewniał, że „W Inguszetii jest spokojnie”. 26 sierpnia z Muratem Ziazikowem spotkał się prezydent Miedwiediew. Spotkanie poświęcone było… przygotowaniu inguskich szkół do roku szkolnego. „W Inguszetii jest spokojnie”.

  • Kiełbasa o muerte

    Premier Putin nadrabia zaległości w kontaktach ze światową opinią publiczną. Po wywiadzie dla amerykańskiej telewizji CNN w piątek udzielił obszernego wywiadu niemieckiej ARD. O ile poprzednie wystąpienie adresowane było do nieświadomej publiczności za oceanem, o tyle ta ostatnia wypowiedź miała przemówić do rozumu mieszkańcom Starego Kontynentu. Władimir Władimirowicz w jadowicie różowym krawacie do niebieskiej koszuli emocjonalnie wyłożył oficjalną propagandową wersję wydarzeń na Kaukazie i udzielił Europie kilku przestróg i dobrych rad. To szczególnie ważne przed jutrzejszym nadzwyczajnym szczytem Unii, która ma się naradzać, jak pomóc Gruzji i jak powstrzymać Rosję przed imperialnymi zapędami.

    Premier Putin wykpił europejską uległość wobec lokatora waszyngtońskiego Białego Domu. Zagrały stare skrzypce: Moskwa zawsze marzyła, aby euroatlantyckie alianse puściły w najważniejszych szwach i pilnie dolewała oliwy do ognia tam, gdzie powstawały jakieś niezgodności. „Jeśli kraje Europy dalej tak będą prowadzić politykę, to o sprawach Europy przyjdzie nam rozmawiać z Waszyngtonem” – podsumował ironicznie wywód o tym, że kraje europejskie posłusznie uznały na komendę z Waszyngtonu niepodległość Kosowa, choć było to niezgodne z międzynarodowym prawem.

    Bez ironii premier gloryfikował natomiast postawę Rosji wobec Gruzji, powtórzył główne hasła kremlowskiej propagandy o zbrodniczej napaści Gruzinów na pokojowe Cchinwali pogrążone we śnie, powtórzył podawane przez źródła rosyjskie, a podważane przez niezależne organizacje międzynarodowe dane o ofiarach (mówił o dwóch tysiącach poległych podczas gruzińskiego ostrzału Cchinwali, obserwatorzy potwierdzili kilkadziesiąt ofiar śmiertelnych walk w mieście – nie tylko gruzińskiego ostrzału), w uniesieniu dowodził, że Rosja miała prawo tak zareagować w obronie życia swoich obywateli. „A my co? – Nie możemy bronić życia naszych obywateli tam [w Osetii i Abchazji]? A skoro bronimy swojego życia, to kiełbasę nam zabiorą? Mamy wybierać między kiełbasą a życiem? My wybieramy życie!”.

    Dlaczego premier Putin boi się o to, że ktoś odbierze mu kiełbasę? Czyżby obawiał się, że Europa może nie uwierzyć w rosyjską wersję wydarzeń? Sam premier jest przekonany na „wsie sto”, że agresorem jest Saakaszwili, rosyjskie czołgi do tej pory jeżdżą po terytorium Gruzji wyłącznie w celach pokojowych, a uznanie przez Rosję niepodległości Abchazji i Osetii w żadnym razie nie jest pogwałceniem integralności terytorialnej sąsiada, tylko środkiem bezpieczeństwa. I że Rosja ma prawo użyć pięści na cudzym terytorium, skoro tam mieszkają ludzie, którym wpierw rozdano rosyjskie paszporty. Piękny matrix. W rosyjskiej telewizji się sprawdza. Tylko Europa nie wierzy, zadaje niewygodne pytania, ma inny od rosyjskiej wersji propagandowej pogląd na temat wydarzeń na Kaukazie, nie chce podać ręki i zamierza zabrać premierowi Putinowi kiełbasę.

    W czasach radzieckich kiełbasa była towarem deficytowym i mrocznym przedmiotem pożądania szerokich mas. Partyjne elity dostawały na wewnętrzne przydziały uprzywilejowane pęta „kopczonej” (podwędzanej), niedostępne w ogólnodostępnej sieci handlowej. W większych miastach można było w uniwermagach nabyć po odstaniu w długim ogonku dwa rodzaje kiełbasy, które różniły się od siebie tym, że jedna miała większe oka białego tłuszczu w różowym miąższu, a druga nieco mniejsze, różnicy w smaku nie było, smaku kiełbasy też trudno się było doszukać. Deficyt na rynku w Rosji został z biegiem lat zapełniony, głównie przez dostawy z zagranicy. Ale widocznie strach przed utratą dostępu do tego dobra w niektórych pozostał po dziś dzień.

    Rosyjska prasa przez cały ubiegły tydzień spekulowała, co też Europa może wysmażyć na poniedziałkowym szczycie. Jako potencjalnie dla Moskwy najpoważniejsze i najboleśniejsze oceniono następujące warianty: możliwość wycofania z Rosji bezpośrednich inwestycji zagranicznych, wprowadzenie ograniczeń w dostępie do wysokich technologii, rezygnację przez Europę z budowy gazociągów Nord Stream i South Stream, stymulowanie przez Europę emigracji specjalistów z Rosji, utrudnienia w ruchu wizowym (pozbawienie rosyjskich polityków wiz, tak jak kilka lat temu pozbawiono europejskich wiz najwyższych urzędników Białorusi), zamrożenie aktywów przedstawicieli rosyjskiej elity, w razie większego zaognienia stosunków – wstrzymanie tranzytu do obwodu kaliningradzkiego. Całkiem spora lista możliwości. Czym może odpowiedzieć Rosja? Zakręceniem kurków z gazem i ropą. Ale wtedy sama pozbawi się kiełbasy. Bo kiedy wyschną rurociągi, to wyschnie automatycznie potok petrodolarów, który pozwala Rosji żyć. (Chyba że premierowi Putinowi właśnie chodzi o wywołanie wielkiego kryzysu, który wszystko wymłóci, wywróci do góry nogami i zmieni konfiguracje.)

    Ciekawe, czy premier Putin dałby się namówić do tego, żeby postępować tak, aby wszyscy mieli kiełbasę i nie musieli dokonywać dramatycznych wyborów pomiędzy kiełbasą a życiem. I żeby Gruzini też mieli kiełbasę. I suwerenny kraj bez rosyjskich czołgów. I gwarancje bezpieczeństwa, że inwazja się nie powtórzy. I prawo do tego, żeby decydować, czy chcą należeć do UE i NATO czy do WNP i OUBZ. Obawiam się jednak, że ani premier Putin, ani prezydent Miedwiediew (który kulturalnie wycedził parę dni temu przez zęby, że zimnej wojny się nie boi) nie są gotowi, by na ten temat rozmawiać ze światem językiem cywilizowanego dialogu, raczej wybiorą lekceważące pouczanie z waszecia lub walenie gazrurką po łbie i decydowanie za Gruzję i innych sąsiadów, z kim wszyscy naokoło mają się przyjaźnić. No i dołożą starań, żeby jeszcze na złość wszystkim do WTO nie wejść, z NATO zerwać, Iranowi sprzedać reaktory, rakietę Topol odpalić, Ukrainie pogrozić palcem. A kto tego języka nie rozumie – ten kiep.

    Co jutro powie Europa?

  • Wielki krok w chmurach

    W Stanach Zjednoczonych nie ma wolności mediów, w Stanach Zjednoczonych nie ma wolności wyboru. Skąd to wiadomo? Z wywiadu premiera Rosji Władimira Putina dla zniewolonego amerykańskiego kanału telewizyjnego CNN.

    Rosyjski „nac-lider” wyłożył w tym wywiadzie nieświadomym Amerykanom, że wojna w Gruzji to wynik działań amerykańskiej administracji, która chciała w ten sposób „podgrzać” opinię publiczną przed zbliżającymi się wyborami i skłonić tych, którzy się wahają, do głosowania na określonego kandydata. Na którego? Odpowiedź nasuwa się sama. Rosyjski premier po mistrzowsku uniknął wymieniania nazwisk, adresów, kontaktów (dobrze przyswoił lekcje w szkole wywiadu). Amerykańscy wyborcy dzięki wyjaśnieniom premiera Putina zdali sobie nareszcie sprawę, że są manipulowani i będą głosować tak, jak im każą jastrzębie z Białego Domu, a nie tak, jak sami chcą.

    Nie można się dziwić, że żadne nazwiska nie padły. Premier Putin – jeszcze jako prezydent – wsławił się już raz tym, że wszem wobec wymieniał z nazwiska i nawet dwukrotnie gratulował popieranemu przez siebie kandydatowi na prezydenta kraju ościennego, a kandydat się lekko zblamował, wybory wpierw podfałszował, a w drugim podejściu przegrał i prezydentem nie został.

     

    Kolejny passus, otwierający oczy nieszczęsnym Amerykanom, dotyczył stosowania cenzury w amerykańskiej telewizji, obecnej w niej antyrosyjskiej propagandy w ogóle i niechęci do przedstawiania prawdziwej wersji wydarzeń w Osetii w szczególe. „Przypomnijmy sobie choćby, jak wyglądał wywiad małej 12-letniej dziewczynki i jej cioci, mieszkających, o ile dobrze zrozumiałem, w Stanach Zjednoczonych, która była świadkiem wydarzeń w Osetii Południowej. W programie jednej z czołowych stacji telewizyjnych Fox News prowadzący stale jej przerywał. Ciągle jej przerywał. Jak tylko nie spodobało mu się, co ona mówi, zaraz jej przerwał, kasłał, chrypiał, skrzypiał. Jeszcze powinien w spodnie narobić, ale tak wyraziście, żeby one zamilkły” – powiedział premier Putin. Firmowa elegancja petersburskiego urwisa była zaiste bardzo wyrazista. Dzięki temu amerykańska publiczność nareszcie zdała sobie sprawę, że jest manipulowana przez amerykańskich prowadzących w spodniach o niejasnej konduicie.

     

    W rosyjskiej telewizji takie niegodziwości już od lat się nie zdarzają. Tam się nie przerywa ludziom, którzy mówią coś niezgodnego z „linią naszej partii”. A to z tej prostej przyczyny, że takich ludzi się przed kamery w ogóle nie dopuszcza. Naczelny kapłan srebrnego ekranu, odkrywający w codziennych seansach nienawiści „Odnako” (Jednak) istotę paskudnych zakusów amerykańskiej soldateski, pan Michaił Leontjew, mówi wszystko, co chce. I nikt mu nie przerywa. Bo pan Leontjew mówi rzeczy słuszne z natury rzeczy. I spodnie ma w porządku. „Obecna decyzja Rosji [o uznaniu niepodległości Abchazji i Osetii] to jedyny sposób, by zagwarantować pokój i bezpieczeństwo. I nie tylko na Kaukazie. To, co się stało z Gruzją, to logiczna konsekwencja tego, przed czym przestrzegano nie raz. Ceną za wciąganie Gruzji do antyrosyjskiego bloku jest rezygnacja z integralności terytorialnej. I dotyczy to nie tylko Gruzji”. Nic dodać, nic ująć. Kogo jeszcze dotyczy? – Nie wiadomo, obejdziemy się bez nazwisk. Dobra szkoła.

    Koniec programu pana Leontjewa na ogół bywa patetyczny. Np. 26 sierpnia było tak: „Rosja będzie się bić. Broniąc praw swoich obywateli, broniąc swoich interesów i przywracając realne, to znaczy uniwersalne, obowiązujące dla wszystkich, prawo międzynarodowe. I uznanie republik, których narodom według „amerykańskiego prawa” odmówiono prawa do życia, to wielki krok ku przywróceniu prawdziwego międzynarodowego prawa”.

    Audycji pana Leontjewa chyba nie obejrzeli uczestnicy szczytu Szanghajskiej Organizacji Współpracy albo obejrzeli tylko pobieżnie. Bo pomimo starań prawnika, prezydenta Miedwiediewa uznania przez Moskwę niepodległości Osetii i Abchazji nie zechcieli uznać za „wielki krok ku przywróceniu prawdziwego międzynarodowego prawa” i w deklaracji końcowej zachowali daleko idącą powściągliwość. Chiny, Kazachstan, Tadżykistan, Kirgizja i Uzbekistan w deklaracji przyjętej na szczycie w Duszanbe 28 sierpnia wyraziły głębokie zaniepokojenie sytuacją wokół Osetii Południowej i wezwały strony do rozwiązania kryzysu drogą dialogu. O uznaniu dla uznania, a nawet o uznaniu dla uznających – ani słowa.

  • Globalne ochłodzenie?

    Ostatni wpis z początku sierpnia zakończyłam wywodem, że ludzie Zachodu, pokładający nadzieje w rzekomym liberalizmie Dmitrija Miedwiediewa, nie mają się o co zaczepić. To było na dzień przed wojną w Gruzji. Przez te trzy tygodnie, jakie minęły od początku konfliktu na Kaukazie, sytuacja w tym względzie stała się jasna: Miedwiediew nie spełni pokładanych w nim naiwnych nadziei Zachodu. Zaprezentował się jako integralna część rządzącego klanu, nie ma najmniejszych wątpliwości, że wykonuje wewnętrzne postanowienia „kremlowskiego biura politycznego” i nie ma własnej – odmiennej od Putina i spółki – wizji prowadzenia polityki. Również polityki zagranicznej.

    Polityka klanu natomiast nastawiona jest dziś głównie (choć nie tylko) na zniszczenie wokół granic Rosji wszelkich ośrodków, w których choćby tli się iskra odmienności. Zdaniem Ann Applebaum, Putin jako spadkobierca szkoły myślenia KGB (dodajmy jeszcze: i Miedwiediew jako spadkobierca myślenia Putina) nie jest w stanie strawić tego, że niektóre kraje postradzieckie zwróciły się ku demokracji i wybrały inną formę rządów niż reżim typu putinowskiego (nawet jeśli mają tak niedoskonała formę jak rządy Micheila Saakszwilego w ambitnej Gruzji). Putin postrzega te przemiany jako śmiertelne zagrożenie dla własnych rządów, w których demokracja była do tej pory tylko dekoracją frontonu (a teraz pewnie i ta dekoracja bez bólu odpadnie jako niepotrzebne obciążenie).

     

    Militarna szarża na Gruzję, pod pretekstem obrony obywateli Federacji Rosyjskiej mieszkających w Osetii Południowej i Abchazji przed zakusami agresywnych Gruzinów i ich „niepoczytalnego, winnego ludobójstwa Fuhrera”, jak nazywa Saakaszwilego rosyjska telewizyjna propaganda, a potem butna szarża na Zachód – odżegnywanie się od kolejnych segmentów współpracy, rozdęcie do niewiarygodnych rozmiarów antyzachodniego balonu propagandowego, publiczne czczenie bożka siły – będą miały w przyszłości poważne konsekwencje.

    Doraźnie Rosji udało się utrzymać kontrolę nad Abchazją i Osetią (poprzez ich uznanie Moskwa chce zapewnić sobie prawo do obecności militarnej; tak na marginesie – ciekawe, jakie obywatelstwo będą mieli mieszkańcy uznanych przez Moskwę republik – osetyjskie? abchaskie? a może tylko rosyjskie, bo takie już mają – czy to będzie w takim razie niepodległość?) i zagrać na nosie Zachodowi, bezradnemu wobec okupowania przez rosyjską armię części terytorium Gruzji wbrew obietnicom i podpisanym porozumieniom.

    Swoim sąsiadom z WNP Moskwa udzieliła w Gruzji lekcji poglądowej: za prowadzenie prozachodniej polityki, za dążenie do NATO i innych struktur euroatlantyckich, za starania o uniezależnienie się energetyczne od Rosji każdego spotka zasłużona kara, a Rosja jest zdolna do użycia siły w obronie swoich interesów i dla utrzymania obszaru WNP w wyłącznej strefie wpływów. To samo musi zrozumieć i Zachód. Współpraca militarna i gospodarcza tych krajów z Zachodem jest przez Rosję traktowana jako naruszenie jej żywotnych interesów. Zachodzie, fora ze dwora.

     

    Jakie mogą być długofalowe konsekwencje ostatnich konfrontacyjnych posunięć Moskwy? Jeśli chodzi o obszar WNP, to bardzo wiele zależy od postawy najważniejszych z punktu widzenia Rosji państw – Ukrainy, Azerbejdżanu, Kazachstanu i Turkmenistanu. I Gruzji.

    To z kolei w dużym stopniu uzależnione jest od oferty i postawy Zachodu. Jeśli Zachód nie znajdzie sposobu, aby uzmysłowić Rosji, że jej siłowe działanie spowoduje dla niej wymierne straty gospodarcze i polityczne, to można się spodziewać, że Moskwie zasmakuje stosowanie siły w rozwiązywaniu różnych problemów i w zatrzymaniu uciekających od niej sąsiadów. Skoro nie ma bata za wesołe zabawy czołgistów na cudzym terytorium, to znaczy, że możemy tak bawić się dalej. Z kolei państwa WNP mogą się rozczarować co do Zachodu. Jeśli działania Zachodu nie będą skuteczne, Zachód przestanie być przez te kraje postrzegany jako atrakcyjna alternatywa dla Moskwy, jego wpływy osłabną. No bo po co ktokolwiek miałby narażać się używającej pięści Moskwie dla iluzorycznych pożytków płynących ze współpracy z niesłownym partnerem? Oferta Zachodu dla nich musi więc być czytelna i konkretna.

    Rosyjskie władze pokazały, że są w stanie podjąć ryzyko schłodzenia relacji z Zachodem w imię odegrania straconego terenu. Czy to im się ostatecznie opłaci? Zobaczymy.

     

    Putinowi w zdobyciu politycznego Olimpu i poszerzaniu obszaru władzy pomagały zawsze wojny i sytuacje kryzysowe. Na drugiej czeczeńskiej wjechał na Kreml, potem kolejne tragedie (Kursk, Nord Ost, Biesłan) wykorzystywał do stopniowego ograniczania praw obywatelskich i wzmacniania komponentu siłowego w systemie rządzenia. Jakie konsekwencje wewnętrzne dla Rosji będzie miała „wojna pięciodniowa”? Podejmując ostre działania wobec Gruzji, na potrzeby rynku wewnętrznego władze chciały zademonstrować, że Rosja powróciła na scenę międzynarodową jako pełnoprawny gracz, z którym musi się liczyć cały świat, że Rosja – podobnie jak Stany Zjednoczone – może uciec się do argumentu siły, nie oglądając się na głos opinii światowej, na ONZ i inne organizacje międzynarodowe. Obecnie wzmocniło się to skrzydło rządzącego klanu, które myśli odwetowo, stawia sobie za cel przykładne ukaranie Zachodu za lata upokorzeń, marzy o odbudowaniu imperium, nawet jeśli jest to cel nierealny. Na razie to skrzydło jest widoczne, aktywne, zachwycone sukcesem wojennym, żwawo wykonuje putinowską gimnastykę poranną pod hasłem „wstawanie z kolan”, gromi Amerykę, wyśmiewa Zachód. Nie wiemy, jakie są założone przez klan koszty konfliktu o Kaukaz ani jaką cenę społeczeństwo – i jego bogata, i jego biedna część – jest w stanie zapłacić za ułudę wielkości i wypisanie się z cywilizowanego dialogu z resztą świata. Czy droższy jej będzie szacunek (czytaj: strach) partnerów, o którym mówił niedawno prezydent Miedwiediew („Nam chodzi tylko o to, żeby nas szanowano”), za który przyjdzie zapłacić zerwaniem z Zachodem i zamknięciem się w oblężonej twierdzy, czy spokojne życie pod deszczem petrodolarów w jako takim porozumieniu z adwersarzami (bo przecież te petrodolary nie spadają z nieba, tylko spływają od tych adwersarzy właśnie)?

    Zamknięcie się w oblężonej twierdzy oznaczać będzie utratę kontroli nad aktywami zgromadzonymi przez elitę na Zachodzie i zaprowadzenie w Rosji modelu wojenno-mobilizacyjnego, co zaowocuje dalszym zawężeniem już i tak bardzo wąskiego pola swobód, odsunie na bok nurt „pokojowy”, wzmocni tendencje odwetowe, ksenofobiczne, imperialistyczne.

    Nie wiemy, czy klan rządzący robił takie rachuby. Kilka razy już w różnych grach politycznych przeliczył się z siłami i nieadekwatnie ocenił sytuację. Jak będzie tym razem?

  • Stare buty prezydenta

    Jaka jest polityka zagraniczna Rosji i czyim interesom służy? W artykule „Rosja jako wyzwanie”, który ukazał się na łamach „Nowej Gaziety”, znakomita rosyjska politolog Lilia Szewcowa próbuje odpowiedzieć na to pytanie.

    „Rosyjskiej elicie politycznej fantastycznie udało się wykorzystać politykę zagraniczną do utrzymania się przy władzy – stwierdza Szewcowa. – Politycy przedstawili swoje interesy jako interesy narodowe, a Zachód uczynili gwarantem systemu autorytarnego”.

    Szewcowa analizuje osiągnięcia (czy raczej „osiągnięcia”) rosyjskiej polityki zagranicznej ostatnich lat: „Kremlowscy propagandziści zapewniają nas, że Rosja odzyskała rolę samodzielnego ośrodka siły, suwerennego w swoich działaniach. Rzeczywiście, nastąpiło wzmocnienie Rosji, ale jedynie jako „psuja”, który częściej blokuje decyzje Zachodu, niż występuje z własnymi projektami i nawet nie potrafi wykorzystać prawa weta, z którego umiejętnie korzystają np. Chiny. […] Kreml przetestował różne modele międzynarodowego zabezpieczenia swoich pozycji. W latach 90. i w początkach prezydentury Putina klasa polityczna próbowała wmontować Rosję w system zachodni, ale z jej specyficznym „statusem”, co było z góry skazane na niepowodzenie – czy jakakolwiek cywilizacja zgodzi się na inkorporację obcego ciała? W latach 2004-2005 Moskwa zaczęła eksperymentować z nowym modelem. Minister Ławrow wystąpił z ideą światowej Trójki: USA, UE, Rosja, która może sterować światową nawą. Podobną ideę powtarza prezydent Miedwiediew w opublikowanej ostatnio Koncepcji polityki zagranicznej. Kremlowscy architekci proponują światu coś w rodzaju postmodernizmu – i powrót do ładu jałtańskiego, i równowagę sił, z tym że z uwzględnieniem partnerstwa Rosji i Zachodu pod warunkiem nieingerencji Zachodu w wewnętrzne sprawy Rosji i sfery wpływów. […] Rosyjska ekipa rządząca próbuje w dziedzinie polityki zagranicznej połączyć to, czego połączyć się nie da: być z Zachodem i jednocześnie przeciwko. Czyli przenieść na arenę zagraniczną to, co robi na scenie wewnętrznej, łącząc jednowładztwo z wyborami.

    Rosyjska klasa polityczna chce korzystać z dóbr świata zachodniego, jednocześnie odrzucając jego standardy. Taki model działa wedle zasady: pragmatyzm wszystkim, zasady – niczym. Moskwa może występować w obronie Serbii, ale jednocześnie podrywać integralność terytorialną Gruzji i grozić Ukrainie rozpadem. Wykorzystując dezorientację świata zachodniego, Kreml zdołał uczynić z Zachodu instrument legitymizacji swego reżimu politycznego.

    Społeczność Zachodu – nieoczekiwanie dla samej siebie – stała się w pewnym momencie gwarantem, zapewniającym rozkwit kapitalizmu surowcowego i autorytarnej władzy w Rosji, która wykorzystuje antyzachodnią retorykę. […] Rosja demoralizuje zachodni biznes i klasę polityczną. Mowa tu o łapówkach, płaconych w Rosji przez koncern Siemens czy o kooptacji zachodnich polityków do szeregów rosyjskich biurokratów – a to tylko niektóre przykłady”.

    „Wydawało się – pisze dalej Szewcowa – że Zachód przyjął rosyjskie reguły gry. […] I wszystko byłoby ślicznie, gdyby Kreml nie zaczął ignorować słabeuszy z Zachodu. Próbował sprawdzić granice ich wytrzymałości i ekspansją Gazpromu, i ignorowaniem UE, i „lekcjami” udzielanymi Gruzji, Ukrainie czy Estonii. Niepodległość Kosowa, plany rozmieszczenia w Polsce i Czechach elementów tarczy przeciwrakietowej i zamiar rozszerzenia NATO na wschód – to odpowiedź Zachodu na hasło „Russia is back”. Kreml sam zmusił zachodnią społeczność do uznania Rosji za wyzwanie. Taktyka Kremla, która na początku wydawała się sukcesem, z czasem okazała się porażką – Rosja znalazła się poza polem gry.

    Dziś widać jak na dłoni, że samodzielny ośrodek siły to tylko bańka mydlana. I nie chodzi nawet o to, że rosyjski budżet wojskowy jest 25-krotnie mniejszy od amerykańskiego, chodzi o wysiłki rosyjskiej elity na rzecz przekształcenia Rosji w surowcową przystawkę dla krajów rozwiniętych. Czy może się uważać za globalnego gracza kraj, którego dobrobyt uzależniony jest wyłącznie od dochodów z ropy i gazu (63,7% rosyjskiego eksportu), którego dług wobec banków zachodnich (490 mld dolarów) jest równy rezerwom złota i walut, którego stabilność finansowa zależy od kursu dolara? Czy w ogóle może pretendować do formowania swojej politycznej galaktyki państwo, które woli poruszać się w mgławicy? Tymczasem nawet najwierniejsi sojusznicy Rosji – Białoruś i Armenia – zaczynają szukać bardziej atrakcyjnych ośrodków”.

    Lilia Szewcowa widzi wyjście z tej sytuacji tylko poprzez modernizację Rosji (obecna elita nie wydaje się do tego zdolna), która może dokonać się wyłącznie we współpracy z Zachodem.

     

    Bardzo ciekawy wywód, bardzo ciekawe spojrzenie. Czy ma szanse na to, by zaistnieć w Rosji? W rosyjskiej przestrzeni publicznej mocno brzmi przecież chór głosów odmiennych – zwolenników twardego, antyzachodniego kursu, nacjonalistycznej konserwy, nawołującej, by „temu Zachodowi” pokazać, gdzie raki zimują albo – jak mówił bezpośredni w swych manierach Nikita Chruszczow – „wpuścić jeża do spodni”.

    Prezydent Miedwiediew najwyraźniej nie zamierza zmieniać kursu poprzednika, jeśli chodzi o politykę zagraniczną – leciutko wchodzi w buty, uszyte przez szewców Putina: demonstruje pewność siebie, wykreowaną przez speców od PR, zgłasza propozycje nowego ładu bezpieczeństwa europejskiego bez ładu i składu (temat na oddzielną opowieść)i proponuje robienie interesów bez zaglądania do garnków (podnoszenia przez Zachód kwestii wartości). Nadzieje wielu zachodnich polityków i publicystów, którzy chcą dostrzegać w Miedwiediewie „nowe liberalne otwarcie”, na razie nie mają się o co zaczepić.