Kategoria: Bez kategorii

  • Nowe kino rosyjskie

    Waleria Gaj Germanika (Valeria Gaia Germanica) ma 24 lata i świetnie się zapowiada. Robi kino szczere do bólu. W galarecie królujących na rosyjskich ekranach strzelanek, podeszłych fałszem agitek i mdłych seriali jej film „Wsie umrut, a ja ostanus” (Wszyscy umrą, a ja zostanę) jest mocnym akcentem, może nawet przełomem. Prowokuje i zmusza do myślenia.

    Zanim nakręciła „reality movie”, jak określono gatunek jej debiutanckiego fabularnego filmu, Waleria Gaj Germanika zajmowała się filmem dokumentalnym („Siostry”, „Dziewczynki”, „Chłopcy”, „Odjechał”, „Urodziny infantki”). Podobnie jak we „Wsie umrut…”  bohaterami i bohaterkami jej dokumentów byli młodzi i bardzo młodzi ludzie. „Po pokazach podchodzili do mnie uczniowie starszych klas i rozmawiali z takim autentycznym żarem, zrozumiałam, że nikt nie robi dla nich filmów, nikt nie robi filmów o ich sprawach, o tym, co ich nurtuje, a oni tego właśnie potrzebują. Postanowiłam, że muszę taki film nakręcić” – wyjaśnia w jednym z wywiadów.

    O czym jest „Wsie umrut…”? Trzy dziewczyny z klasy dziewiątej, mieszkające w jednej z „sypialnych dzielnic” Moskwy, szykują się na dyskotekę. Są przyjaciółkami, związanymi przysięgą („Chłopaków sobie nie odbijać i przyjaźnić się aż do dorosłości”) i wspólnym życzeniem „żeby wszyscy dorośli zdechli”.

    Dyskoteka ma być w szkole w sobotę, a w poniedziałek jedna z nich popada w banalny konflikt z nauczycielką, następnie z rodzicami, ucieka z domu, dyskoteka być w związku z jej zachowaniem odwołana. Przyjaciółki odwracają się od niej, zmuszają do powrotu do domu, aby uratować dyskotekę. Dyskoteka jest inicjacją dla każdej z nich – podeptane pierwsze zauroczenie, zdrada, picie na umór, palenie trawki, pierwsze doświadczenie seksualne, ogólne sponiewieranie, upodlenie miłości, wielkie rozczarowanie, jeszcze głębszy konflikt z rodzicami, nauczycielami i w ogóle światem dorosłych, do którego już bliżej niż do porzuconego świata dzieciństwa. Świat uczniów, zdominowany przez silnych i plugawych, też nie jest rajem dla rwących się w dorosłość dziewcząt. Raju nie ma nigdzie. Ta dorosłość będzie zapewne tak samo plugawa, zdominowana przez silnych.

    Między tymi powszednimi, zwyczajnymi wydarzeniami, które nie wyróżniają się ani szczególną oryginalnością, ani nawet jakąś niezwykłą dramaturgią, dzieje się coś szalenie istotnego i szalenie autentycznego – bohaterki dorastają. Germanice udało się złapać i pokazać ten nieuchwytny moment, kiedy zrywamy jabłko z drzewa wiadomości złego i dobrego.

    Świetne kreacje młodych aktorek (Polina Fiłonienko, Agnija Kuzniecowa, Olga Szuwałowa), znakomite tło dorosłych aktorów (dorośli są właśnie tłem, nie są ani szczególnie źli, ani szczególnie natarczywi, ani szczególnie umoralniający, są i tyle, nie liczą się). Roztrzepane zdjęcia, trochę w stylu Dogmy, Aliszera Chamidżodżajewa wzmagają poczucie zagubienia, szkicowości najważniejszych spraw w naszym życiu.

    Film został dostrzeżony w Cannes, otrzymał specjalną nagrodę jury za debiut.

    Czy dostrzeżono jego wagę w Rosji? Sądząc po „prokatie” (dystrybucji), na większe fawory mogą liczyć quasi-patriotyczne superprodukcje typu „Admirał” o Kołczaku. Germanikę obejrzałam w niedużym kinie poza centrum Moskwy, „Admirał” był grany natomiast od rana do nocy we wszystkich największych kinach rosyjskiej stolicy, choć twórcy tego obrazu – będącego nadętą wersją odłożonej lekcji historii – mają do zaprezentowania widzom wyłącznie wydmuszkę nieokreślonych kształtów i atrakcyjne wybuchy min podwodnych.

    Jeżeli jakimś cudem w programie przeglądu filmów rosyjskich, a może w repertuarze kin, a może w telewizji znajdzie się „Wsie umrut, a ja ostanus”, to proszę nie przegapić. „Admirała” można sobie natomiast spokojnie darować.

  • Rocznica rewolucji, mauzoleum i Instytut Mózgu

    W tym roku po raz czwarty oficjalnie nie świętowano w Rosji rocznicy rewolucji październikowej. Czerwoną kartką w kalendarzu, dniem wolnym od pracy jest teraz 4 listopada – Dzień Jedności Narodowej.

    Niemniej 7 listopada 2008 roku na placu Czerwonym odbyła się defilada – z okazji rocznicy słynnej parady listopadowej w 1941 roku, kiedy to pod Moskwę podchodzili Niemcy, a wielu uczestników tamtej parady ruszyło wprost na front. W związku z defiladą na kilka dni zamknięto plac, zwiedzający nawet 7 listopada nie mogli odwiedzićstojącego w centrum placu mauzoleum wodza rewolucji. Komuniści byli oburzeni.

    Jednym z tematów okolicznościowych wałkowanych przez lata przy każdej kolejnej rocznicy rewolucji, rocznic urodzin i śmierci Lenina, Stalina i in. jest kwestia zlikwidowania Mauzoleum Lenina. Tym razem głos zabrał Arsenij Roginski ze stowarzyszenia Memoriał: „Rewolucja październikowa w świadomości społecznej odeszła na dalszy plan. Nie jest już uważana za najważniejsze wydarzenie XX wieku. Choć to wcale nie znaczy, że została zweryfikowana opinia o niej. O rewolucji zapomniano, ale nie oceniono jak należy”. Kilka miesięcy temu wypowiadali się deputowani Dumy. Władimir Medinski z rządzącej „Jedinej Rossii” twierdził, że władze powinny zlikwidować mauzoleum: „Ideologiczny artefakt w centrum stolicy to akt amoralny, szkodliwy – i dla władz, i dla krewnych Lenina, i dla ludzi, którzy nie wyznają ideologii komunistycznej”. Wiernymi obrońcami mumii Lenina są nieodmiennie członkowie Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej z Giennadijem Ziuganowem na czele i bodaj jedyna żyjąca bliska krewna wodza rewolucji – Olga Uljanowa. Kiedy Michaił Gorbaczow wezwał do pochówku Lenina i zniesienia mauzoleum, komuniści zapowiedzieli, że wystąpią o pozbawienie go Nagrody Nobla.

    Socjologiczne Centrum Lewady w styczniu tego roku przeprowadziło badanie sondażowe: 34 proc. pytanych odpowiedziało, że Lenina należy zostawić w mauzoleum, 31 proc. – że należy go pochować w Petersburgu (pono taką ostatnią wolę wyraził sam Lenin).

    Sprawa dotyczy zresztą nie tylko samego mauzoleum, ale cmentarza pod murem kremlowskim, przylegającego do mauzoleum. Spoczywają na nim najwyżsi dygnitarze sowieckiego państwa (m.in. Stalin, Dzierżyński, Breżniew, także żona Lenina, Krupska). Już w 1997 roku Borys Jelcyn podjął decyzję o utworzeniu pod Moskwą cmentarza dla zasłużonych, w 2001 roku prezydent Putin wydał dekret o ulokowaniu cmentarza we wsi Sgonniki k. Mytiszczy, cmentarz ma mieć 53 hektary powierzchni, na miejsce mogą tu liczyć rosyjscy prezydenci, premierzy, marszałkowie i inni wysocy urzędnicy państwowi. Mówi się, że prochy przywódców ZSRR, złożone pod kremlowskim murem, powinny być przeniesione do Mytiszczy. Lenin też.

    Na razie jednak – póki rosyjskiego Arlington nie zbudowano – wódz rewolucji październikowej nadal zajmuje poczesne miejsce na głównym placu stolicy. O ciało Lenina nadal dba dwunastu specjalistów, przeprowadzają oni niezbędne zabiegi. Co półtora roku przeprowadzane jest balsamowanie. Ciało wyjmowane jest z sarkofagu i zanurzane w wannie, napełnianej specjalnym roztworem. Metoda opracowana przez profesorów Worobjowa i Zbarskiego jest pilnie strzeżoną tajemnicą. Raz na trzy lata zmieniane jest ubranie.

    Podobno od 1991 roku za utrzymanie ciała Lenina w odpowiedniej formie płaci nie budżet państwa, a specjalna Fundacja Mauzoleum Lenina, zbierająca wpłaty od osób prywatnych.

    W mauzoleum spoczywa ciało. Mózg wodza rewolucji został zdeponowany w moskiewskim Instytucie Mózgu. Naukowcy mieli zbadać nie tylko przyczyny śmierci Lenina (wódz miał w chwili śmierci zaledwie 53 lata), ale także jego mózg jako źródło geniuszu. Nie spieszono się z opublikowaniem rezultatów pierwszych oględzin. Dlaczego? Po pierwsze, przyczyna śmierci nie była jasna – oficjalnie wskazywano na arteriosklerozę, ale dopuszczano i inną chorobę mózgu. Choroba mózgu i genialna myśl nieomylnego wodza? – To nie mogło iść w parze. Po drugie, okazało się, że mózg Lenina ważył 1340 g, czyli mniej niż średni mózg mężczyzny. Dziś powszechnie wiadomo, że sprawność tego organu nie zależy od ciężaru, jednak ówczesne władze wolały nie rozgłaszać danych o parametrach mózgu Lenina. Jak wytłumaczyć, że mózg geniusza był przeciętny? „Na pomoc przyszła ideologia – pisze historyk Monika Spiwak, badająca losy mózgu Lenina, w obszernym opracowaniu „Władimir Iljicz Lenin w moskowskom Institutie Mozga”. – Chorobę mózgu przedstawiano jako wynik nadzwyczajnej, nieprzerwanej, wytężonej pracy mózgu wodza”. W pracach medyków tamtych czasów można znaleźć kwieciste poematy na temat mózgu Lenina: „Nieśmiertelny duch Lenina wcielił się w ludzkie ciało, owszem, nadzwyczaj krzepkie i zdrowe, ale jednak nie nieśmiertelne. Cielesność nie wytrzymała wewnętrznego duchowego napięcia”. „Ten człowiek spalił się, on swój mózg, swoją krew oddał klasie robotniczej bez reszty” – wtórowali wierni towarzysze.

    Mózg Lenina był przez długie lata najważniejszym eksponatem instytutu na ulicy Dmitrowka w Moskwie. W 1925 roku powstała specjalna pracownia zajmująca się wyłącznie badaniem mózgu Lenina. Na jej czele stanął niemiecki neurolog Oskar Vogt. Wykonano 34 tysięcy preparatów mikroskopowych zawierających fragmenty mózgu wodza światowego proletariatu. Rezultaty prac zespołu profesora Vogta zadowoliły partię: mózg Lenina był wrażliwy, niezwykły, jego posiadacz miał bogatą psychikę, jednym słowem – są wszelkie podstawy, by stwierdzić, że był genialny. Pracownię w 1928 r. przekształcono w Instytut Mózgu. Instytucja rozwijała się, przybywało personelu. W późniejszych latach w instytucie zdeponowano mózgi m.in. Stalina, Krupskiej, Gorkiego, a także Majakowskiego, Andrieja Sacharowa. Instytut zajmował się nie tylko kolekcjonowaniem najwybitniejszych mózgów kraju i ich porównywaniem, ale przede wszystkim badaniami naukowymi nad mózgiem.

    Co dziś dzieje się z mózgiem Lenina? Czy nadal spoczywa w specjalnym sejfie Instytutu Mózgu?

    Tak czy inaczej sprawa należnego miejsca wiecznego spoczynku Lenina nadal pozostaje przedmiotem sporu w Rosji. Być może – jak sugeruje wielu komentatorów – władze chcą z rozwiązaniem jeszcze odczekać, aby wystudzić ciągle jeszcze gorące emocje.

  • Nowe rozdanie – transza 2

    Liczę na konstruktywny dialog z Panem na bazie zaufania i uwzględniania interesów obu stron” – napisał prezydent Dmitrij Miedwiediew w depeszy gratulacyjnej do amerykańskiego prezydenta elekta Baracka Obamy.

    Kilka godzin wcześniej rosyjski prezydent w ramach tworzenia tej „bazy zaufania” poddał Stany Zjednoczone druzgoczącej krytyce – w orędziu wygłoszonym przed połączonymi izbami parlamentu, używając ostrej, konfrontacyjnej retoryki obwinił USA o spowodowanie ogólnoświatowego kryzysu finansowego poprzez nieodpowiedzialne ekonomicznie posunięcia, służące wyłącznie amerykańskim interesom; obarczył Waszyngton odpowiedzialnością za wojnę w Gruzji; skrytykował za dążenie do rozszerzenia NATO na wschód. Co w tej sytuacji zamierza zrobić Rosja? Między innymi zrezygnować z planowanej redukcji sił rakietowych, rozmieścić Iskandery (rakiety krótkiego zasięgu) w obwodzie kaliningradzkim i zagłuszać obiekty tarczy antyrakietowej przy pomocy urządzeń radioelektronicznych.

    Trzeba przyznać, że to mocne otwarcie licytacji. I niezbyt przyjazne, sygnalizujące, że Kreml zamierza rozmawiać z pozycji gróźb.

    Rosyjska propaganda od dłuższego czasu międli slogan o słabości Ameryki i gloryfikuje używanie siły jako skutecznej metody odzyskiwania przez Rosję należnego miejsca na arenie międzynarodowej. Mieszanka pojęciowa wysoce niepokojąca.

    Orędzie Miedwiediewa było kilkakrotnie przekładane, w końcu wybrano południe 5 listopada, termin zaraz po ogłoszeniu wstępnych wyników wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. Może to przypadek, a może nie. Zanim jeszcze Obama zdążył otworzyć usta i podziękować za ciepłą depeszę gratulacyjną od gospodarza Kremla, już dostał odeń propozycję nie do odrzucenia, aby właśnie z Rosją (w bardziej ambitnym ujęciu – wyłącznie z Rosją), zdecydowaną dawać odpór wpływom USA u siebie i wokół swoich granic, zasiąść do stołu i pogawędzić o przyszłości świata. Wydaje się jednak, że wyzywający język konfrontacji, zaprezentowany dziś przez rosyjskiego prezydenta, nie będzie nośnym środkiem budowy zaufania z nowym amerykańskim przywódcą.

    Dawnym marzeniem Moskwy jest wbijanie klina pomiędzy Europę i USA. Tymczasem można się spodziewać, że dla Obamy układanie nowych stosunków z Europą, zacieśnianie współpracy transatlantyckiej będzie jednym z priorytetów jego polityki zagraniczną (w czasie kampanii wyborczej odwiedził Europę, podkreślając jej wyjątkowe znaczenie dla Ameryki). Trudno też oczekiwać, że z entuzjazmem odniesie się do wizyt rosyjskich bombowców strategicznych u amerykańskich wybrzeży czy okrętów wojennych w Wenezueli, prób wypychania USA z Ameryki Południowej, nawiązywania bliskiej współpracy Rosji z Iranem w ramach programu jądrowego etc.

    Cierpki komentarz dotyczący perspektyw stosunków rosyjsko-amerykańskich zamieścił w opozycyjnej wobec Kremla gazecie internetowej „Jeżedniewnyj Żurnał” Aleksandr Golc:

    George Bush zrobił niemało, aby stosunki pomiędzy USA i Rosją były najgorsze od momentu rozpadu ZSRR. I chodzi wcale nie o rozmieszczenie w Europie tarczy antyrakietowej, nie o stworzenie baz wojskowych w Bułgarii i Rumunii i nie o próby jak najszybszego wciągnięcia Gruzji i Ukrainy do NATO. I nawet nie o to, że Bushowi jako jedynemu na świecie rozmówcy Władimira Putina, udało się dostrzec w jego oczach duszę.

    Bush odegrał decydującą rolę w kształtowaniu wyobrażeń Putina i jego drużyny na temat porządku świata. Po uderzeniu na Irak na Kremlu ostatecznie zrozumiano, że prawo i wolności to tylko słowa, słowa, słowa. Te pojęcia można stosować do zakamuflowania swoich zamierzeń, ale wierzyć w nie – to głupota.

    Zdaniem rosyjskiej elity, świat urządzony jest tak jak leningradzkie podwórko – to znaczy rządzą nim prawa dyktowane przez chłopców z ferajny. Słabych się bije. A własną siłę trzeba demonstrować – czyli od czasu do czasu stłuc słabszych. Polityka to w tym ujęciu nieustająca bójka o kontrolę nad dzielnicą z chłopakami z konkurencyjnej ferajny. Biada im, jeśli wieczorem będą mieli czelność zjawić się na naszej ulicy. Bitwa ustaje tylko na moment, kiedy wszystkie miejskie chłopaki jednoczą się, by spuścić manto „wsiochom”, którzy bezczelnie przyszli na miejskie tańce. Zdobycie autorytetu i pozycji w takim świecie możliwe jest tylko w jeden sposób: zaczepiać, drażnić i obrzucać błotem najsilniejszą bandę w mieście, ale starannie unikać z nią konfrontacji.

    Owe porządki chłopców z ferajny rosyjscy dyplomaci dla zmylenia przeciwnika nazywają „wielobiegunowym światem”. Kreml wcale nie chce, aby wszystkie kraje miały równe prawa i równą ponosiły odpowiedzialność. Chłopaki wolą usiąść z innymi chłopakami i jeszcze raz podzielić świat na „strefy uprzywilejowanych interesów”, dla Europy stworzyć kolejną Radę Bezpieczeństwa, w której Rosja miałaby prawo weta.

    A teraz zadajmy sobie proste pytanie: jaką politykę powinien prowadzić nowy amerykański prezydent, aby sprostać wyzwaniom rosyjskich chłopców z ferajny?

    Po pierwsze: nie patrzeć z wysoka na rosyjską suwerenną demokrację i nie mieć uwag do stanu praw człowieka, na dodatek zatkać usta tym kongresmanom i senatorom, którzy krytykują Rosję.

    Po drugie: przestać obrażać Rosję planami przyjęcia do NATO Gruzji i Ukrainy.

    Po trzecie: nowy prezydent powinien traktować Rosję jak wielkie mocarstwo militarne, jedyny w świecie kraj, mogący zniszczyć Stany Zjednoczone.

    A teraz proszę odpowiedzieć na drugie proste pytanie: czy istnieje taki amerykański polityk, który będzie działał według zasad chłopców z ferajny?”.

  • Nowe rozdanie – transza 1

    Gdyby prezydenta USA wybierali Rosjanie – głosowaliby na Obamę, w sondażu Centrum Lewady zdobył on 27%, podczas gdy republikanin John McCain zaledwie 15.

    Rosjanie są przekonani, że z demokratami łatwiej jest się Moskwie dogadać, za najlepsze czasy rosyjsko-amerykańskiej przyjaźni uchodzą dwie kadencje prezydentury Billa Clintona. Zarówno opinia publiczna, jak i rosyjskie elity polityczne przykleiły McCainowi etykietkę zatwardziałego rusofoba; smakowano jego antyrosyjskie wypowiedzi o konieczności wykluczenia Rosji z G7 i postawienia jej do kąta za agresywną politykę wobec krajów obszaru WNP i innych sąsiadów. „McCain ciągle jeszcze wini Rosję za to, że spędził długi czas w niewoli. Jego wybór byłby gwarancją zastoju” – to opinia wpływowego politologa Wiaczesława Nikonowa (wnuka Wiaczesława Mołotowa). Natomiast Obama to „czysta karta, szansa na to, że nastąpi zmiana” – przewiduje Nikonow.

    Na razie brak oficjalnej reakcji rosyjskich polityków. Ale dzisiaj z dorocznym orędziem przed połączonymi izbami parlamentu ma wystąpić prezydent Dmitrij Miedwiediew. Należy się spodziewać, że nakreśli również linię polityki Moskwy wobec USA.

    Zapewne – jak podpowiada Nikonow – Moskwa spodziewa się zmiany. Na czym miałaby ona polegać i czy Obama faktycznie spełni oczekiwania? Moskwa domaga się uznania przez Waszyngton jej prawa do współdecydowania o losach świata, wzrostu znaczenia na arenie międzynarodowej (tendencje te nasiliły się zwłaszcza w dobie kryzysu finansowego w USA i po zwycięskiej dla Rosji wojnie na Kaukazie).

    Zaczekajmy na słowa prezydenta Miedwiediewa – czy jego oferta wobec Baracka Obamy będzie szła w stronę budowy zaufania czy w stronę bezpłodnego domagania się postawienia Rosji w centrum zagadnień polityki zagranicznej waszyngtońskiej administracji? Obama na razie niewiele powiedział o swoich zamiarach zagranicznych, jeśli już mówił o świecie, to odnosił się raczej do Europy jako najbliższego sojusznika i w ogóle punktu odniesienia.

    To tyle na gorąco. Ciąg dalszy nastąpi.

  • Przestronny namiot pułkownika

    Lider Libijskiej Dżamahirii pułkownik Muammar Kadafi przybył z wizytą do Moskwy. Obleczony w piękne beduińskie szaty, stąpający dostojnie libijski przywódca spotyka się z przywódcami Rosji – prezydentem Miedwiediewem i premierem Putinem. Gospodarze pozwolili gościowi na rozbicie w Parku Tajnickim moskiewskiego Kremla tradycyjnego beduińskiego namiotu, w którym ekstrawagancki pułkownik będzie mieszkał i przyjmował gości (Kadafi podczas wizyt zagranicznych zawsze wozi ze sobą namiot i odmawia nocowania w rezydencjach i hotelach).

    Poprzednia wizyta Kadafiego w Moskwie miała miejsce w 1985 roku. Sprężysty, tryskający witalnością młody Kadafi w zielonkawym mundurze ekstatycznie ściskał dłonie członkom Biura Geriatrycznego, jak nazywano wówczas Biuro Polityczne KC KPZR, złożone z leciwych działaczy. Kadafi nabrał wtedy ile wlezie radzieckiej broni (na łączną sumę 4,5 mld dolarów), ale za nią nie zapłacił. W 1991 roku rozpad ZSRR odebrał jako osobistą tragedię, wybierał się nawet do Moskwy, by na placu Czerwonym przemówić do rozsądku obywatelom upadającego kolosa. Nie udało się. A niespłacone długi nie pozwoliły na ułożenie stosunków z nową Rosją.

    Przełom nastąpił w kwietniu tego roku, kiedy prezydent Putin zawitał w Trypolisie i w namiocie libijskiego przywódcy złożył deklarację o darowaniu niebagatelnego długu Libii. Ale czego się nie robi dla biznesu, który rosyjskie firmy mają rozwinąć w Libii za pozwoleniem łaskawego przywódcy. Zwłaszcza jeśli biznesem tym zawiadywać mają bliscy koledzy Władimira Władimirowicza – kontrakty gazowe Gazpromu w Libii pilotuje Aleksiej Miller, a budowę kolei szef Rosyjskich Kolei Władimir Jakunin. Teraz Muammar Kadafi przyleciał do Moskwy, by porozmawiać o dostawach rosyjskiej broni. Prasa informuje, że chodzi o kontrakty opiewające na kwotę 2 mld dolarów (samoloty Su-30, czołgi T-90, kompleksy rakietowe Tor-M2E; Libia ma pono jeszcze apetyty na śmigłowce bojowe, okręt podwodny i systemy Grad). Po zdjęciu w 2003 roku sankcji ONZ wobec Libii nie budzi to już jednak na świecie takich emocji. Emocje budzić może za to informacja, podana przez dziennik „Kommiersant”: Libia gotowa jest rozmieścić na swoim terytorium rosyjską bazę wojskową (w Bengazi nad zatoką Syrta). Po co? Kadafi nie ukrywa pobudek: Rosjanie mieliby być żywą tarczą, broniącą Libię przed „zdradzieckimi atakami Stanów Zjednoczonych”. Dlaczego Rosjanie mogą się zgodzić, by zostać tą żywą tarczą? Czy tylko po to, by móc prezentować na co dzień rosyjską banderę na wybrzeżu Morza Śródziemnego? Nie tylko. Skoro rosyjskie projekty mają rozwijać się pomyślnie, to trzeba zapewnić im bezpieczeństwo. Do prasy przeniknęły jeszcze sugestie, że jednym z tematów rozmów w Moskwie ma być „program atomowy” Libii, oczywiście wyłącznie pokojowy (Rosja miałaby pomóc Libii w zbudowaniu elektrowni jądrowej).

    Wczoraj odbyła się pierwsza tura rozmów na najwyższym szczeblu (Miedwiediew przyjął Kadafiego w rezydencji w Barwisze pod Moskwą, Putin w towarzystwie koncertującej akurat w rosyjskiej stolicy piosenkarki Mireille Mathieu odwiedził namiot gościa na Kremlu, obaj politycy wysłuchali przedtem koncertu francuskiej gwiazdy), dzisiaj odbędzie się druga tura.

    Następnie Kadafi udać się ma do Mińska (broń?), a potem do Kijowa (broń?).

    Czy wizyta w Moskwie popchnie jakoś do przodu wszystkie ambitne plany biznesowe i wojskowe? Na razie trudno powiedzieć – od kwietniowej wizyty Putina poza deklaracjami ze strony libijskiej nic więcej nie nastąpiło w sferze konkretów.