Kategoria: Bez kategorii

  • Bezpośrednia linia

    Władimir Putin odbywa rytualne spotkania ze społeczeństwem od 2001 roku. Społeczeństwo zadaje pytania pocztą elektroniczną, telefonicznie albo w trakcie telemostów z wybranymi regionami. Przez wszystkie te lata Władimir Putin był prezydentem i zgodnie z konstytucją odpowiadał za całokształt polityki wewnętrznej i zagranicznej państwa rosyjskiego. Odpowiadał więc też na pytania dotyczące szerokiego spektrum problemów. Kilku premierów, którzy z nim współpracowali, nawet pomarzyć nie mogło o takim transmitowanym na cały kraj przez telewizję przedsięwzięciu. Tymczasem w dzisiejszej „bezpośredniej linii”, jak nazywa się te seanse łączności ze społeczeństwem, wziął udział nie prezydent, a premier. Co więcej, nikogo to nie zdziwiło. Nikogo nie zdziwiło, że premier Putin zakreśla szeroki krąg tematyki wszelkiej – z kwestiami bezpieczeństwa czy polityki zagranicznej włącznie, które wchodzą w kompetencje prezydenta. Nikogo nie zdziwiło, że prezydent Miedwiediew na razie nie zapowiadał podobnego spotkania z narodem.

    Władimir Putin zachował dla siebie współczesne berło – możliwość przemawiania za pośrednictwem telewizji do całego narodu i dzielenia się z nim opiniami na najważniejsze tematy. Dzisiejszy „telemost” niewiele różnił się od prezydenckich spotkań z ludem od Władywostoku po Kaliningrad. Ta sama teatralizowana forma, ten sam sposób zadawania pytań, ten sam zakres pytań. Nawet czas trwania taki sam – zeszłoroczne było sześć minut krótsze od tegorocznego. A tegoroczne trwało trzy godziny, osiem minut. Rekord.

    Najwięcej pytań dotyczyło kryzysu i możliwych jego skutków. Putin po raz kolejny wskazał Amerykę jako źródło kryzysowej zarazy. Nie patrząc prosto w kamerę przyznał, że kryzys jednak do Rosji dotarł (oficjalna propaganda przez długi czas, kiedy kryzys już trwał, unikała wszelkich wzmianek o tym nieprzyjemnym składniku rzeczywistości). Premier Putin złożył ważne deklaracje: „Wszystko, co było planowane w sferze socjalnej, wszystko, co dotyczy podniesienia zasiłków socjalnych, emerytur, wszystko to zostanie wykonane”, zapewnił, że funduszy rezerwowych wystarczy na wszystko, skoków wartości rubla nie będzie i że warto trzymać oszczędności w rublach właśnie (od września wielu ludzi wycofało z banków wkłady rublowe i zamieniło je na dolarowe), natomiast państwo będzie popierać realny sektor gospodarki oraz te banki, które „nie roztrwonią pieniędzy podatników”. Putin przyznał, że „liczy na Obamę” („Obecnie liczymy na to, że nastąpią pozytywne zmiany w stosunkach z USA, mamy takie sygnały. Widzimy, że nie spieszą się z przyjmowaniem do NATO Gruzji i Ukrainy, rozmieszczaniem radaru [tak w oryginale] w Polsce”). Ponadto zapewnił, że Rosja nie zamierza odstępować Osetii i Abchazji, że nie ma powodu, by zakładać rosyjskie bazy wojskowe w Wenezueli i na Kubie (co ciekawe, dodał, że kiedy rosyjskie okręty wyruszyły na Morze Karaibskie „wiele krajów zwróciło się do Rosji z prośbą o to, by nasze statki zawinęły do ich portów”. Jakie to były kraje – nie ujawnił), Ukraina może się zaś spodziewać zmniejszenia dostaw gazu w razie niespłacenia długów.

    Premierowi zadano siedemdziesiąt pytań, trudno odnieść się tu do każdego. Szczególne zainteresowanie wzbudził temat zmian w konstytucji i możliwych wcześniejszych wyborów prezydenckich. Putin zapewnił, że nie zamierza ruszać tej sprawy przed 2012 rokiem i jest bardzo zadowolony z pracy w tandemie z Miedwiediewem. Jednym słowem – wszystko jest jasne, prawidłowe i proste, nie ma nic dziwnego w tym, że poprawki do konstytucji nowy prezydent zgłosił niespełna pół roku po inauguracji, a parlament przyjął w dwa tygodnie. Jeżeli Miedwiediew ma zamiar posiedzieć na Kremlu jeszcze trzy i pół roku, to po co ten pośpiech? Czy to nie jest jedno z działań antykryzysowych?

    Bo dzisiejszy telemost na pewno miał być takim działaniem antykryzysowym. Premier miał uspokoić ludzi, że kryzys nie zje wszystkiego i wszystkich z kopytami, obiecał państwowy parasol nad najbardziej potrzebującymi (od przedsiębiorstw po emerytów). Zapowiedział jednocześnie wzrost wydatków socjalnych, na które stale brakowało nawet w latach tłustych i obniżenie dochodów budżetowych państwa (cena na ropę, jeden z głównych źródeł dochodów, spada). Jak się to wszystko dopnie?

  • Pomnik poety

    W Moskwie odsłonięto pomnik znakomitego rosyjskiego poety Osipa Mandelsztama. Urodził się w Warszawie w styczniu 1891 roku, w rodzinie handlarza skór, Emila (Hackela) Mandelsztama, matka pochodziła z Wilna, udzielała lekcji gry na pianinie. Mandelsztam spędził w Warszawie zaledwie kilka pierwszych miesięcy życia – rodzina wyprowadziła się niebawem do Petersburga – miasta, z którym poeta się identyfikował i które uważał za miasto rodzinne. Poświęcił mu znakomite strofy. O Warszawie nigdy w swej twórczości nie wspominał – nic go z nią, poza urodzeniem, nie łączyło.

    W Polsce najbardziej znane są jego wiersze „Cyganka” i „Skrzypek Hercowicz”, które śpiewała niezrównana Ewa Demarczyk, oraz wiersz „Żyjemy tu, nie czując pod stopami ziemi” (przekład na polski Stanisława Barańczaka) z 1933 roku, który przyczynił się do „zauważenia” poety przez wnikliwego recenzenta poezji, Józefa Stalina. Recenzentowi wiersze Mandelsztama wydały się niebezpieczne, wolnomyślicielskie, a wiersz o „Góralu z Kremla”, czyli („Żyjemy tu…”) – jawnie wywrotowy.

    Mandelsztam został najpierw przymusowo zesłany na prowincję (wybrał Woroneż), w 1938 roku – aresztowany ponownie, skazany na pięć lat łagrów za działalność rewolucyjną. Zmarł pod Władywostokiem w obozie przejściowym Wtoraja Rieczka. Miejsce pochówku nie jest znane – była to zapewne wspólna przyobozowa mogiła.

    Pomniki poety stanęły do tej pory w Petersburgu (na podwórku domu innej wielkiej rosyjskiej poetki Anny Achmatowej, która bardzo ceniła poezję znakomitego kolegi po piórze; próbowała wyciągnąć go z więzienia), w Woroneżu (miejscu zsyłki) i Władywostoku (miejscu śmierci; ten pomnik kilkakrotnie padał ofiarą wandali). Dlaczego Moskwa?

    Mandelsztam często przyjeżdżał do stolicy, miał tu wielu przyjaciół i znajomych. Najczęściej zatrzymywał się u brata Aleksandra. I właśnie pod oknami jego mieszkania, w Zaułku Starosadskim stanął pomnik (według projektu Dmitrija Szachowskiego i Jeleny Munc). Brat mieszkał w wielkiej „komunałce”, zajmował tam jeden pokój, w tym samym mieszkaniu mieszkał też skrzypek Hercowicz, „co grał z pamięci jak z nut”.

    Piękne miejsce, zaciszne, sprzyjające kontemplowaniu poezji (fragmenty wierszy Mandelsztama wyryto na pomniku), poezji w czasach ZSRR prześladowanej jak sam Mandelsztam, poezji mądrej i wielkiej po latach, aktualnej i dziś – w czasach zapędzonych i niepoetyckich.

  • Piraci z Karaibów

    Wizyta rosyjskiego krążownika „Piotr Wielki” została zaplanowana jeszcze w sierpniu – miała być odpowiedzią na ruchy natowskich okrętów na Morzu Czarnym w czasie konfliktu na Kaukazie, ponadto wspólne manewry morskie z Wenezuelą pod nosem USA miały pokazać, że strefy wpływów się zmieniają, a Rosja wraca po latach do Ameryki Łacińskiej, by znów wpuścić Amerykanom – wedle malowniczego powiedzonka Nikity Chruszczowa – „jeża do spodni”.

    Ciężkie okręty wojenne pływają powoli i „Piotr Wielki” dopłynął na Morze Karaibskie dopiero kilka dni temu. W czasie, kiedy płynął przez Atlantyk, sytuacja zmieniła się. Po pierwsze – rozszalał się huragan „Kryzys”, po drugie – w Ameryce wybrano nowego prezydenta, który może wystąpić z nową ofertą wobec krajów Ameryki Łacińskiej.

    Wizyta prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa po krajach Ameryki Łacińskiej też została zaplanowana w czasach, kiedy Rosja groźnie tupała nogą i oznajmiała całemu światu, przede wszystkim Stanom Zjednoczonym, że czas „jednobiegunowego świata” się skończył, a Rosja rozszerza swoje strefy wpływów i to pod nosem wuja Sama. W czasie wizyty wenezuelskiego przywódcy w Rosji Hugo Chaveza w lipcu zapowiadano inwestycje w branżę naftowo-gazową i finalizację negocjacji o kolejnych zakupach rosyjskiego uzbrojenia przez Wenezuelę, a nawet spekulowano na temat utworzenia rosyjskiej bazy wojskowej w Wenezueli. Ale kryzys nie ciotka, po główce nie głaszcze – i wygląda na to, że pomyślane z dużym rozmachem porozumienia o współpracy na razie przyjdzie odłożyć. Miedwiediew wprawdzie podczas wizyty powtarzał mantrę o końcu hegemonii wiadomo kogo, ale uczciwie przyznał, że kryzys każe Rosji zweryfikować ambitne plany.

    W sprawie utworzenia wspólnego konsorcjum naftowego z Wenezuelą co najmniej trzykrotnie w ciągu ostatnich miesięcy przyjeżdżał do Caracas wicepremier Igor Sieczin. Porozumienia w tej sprawie jednak podczas wizyty Miedwiediewa nie podpisano – została zawarta ogólna międzyrządowa umowa o współpracy w dziedzinie energetyki. Informujące o wizycie rosyjskie gazety pogubiły się w doniesieniach, czy podpisano oddzielne porozumienia pomiędzy rosyjskimi firmami naftowymi i gazowymi a wenezuelskimi partnerami o planowanej współpracy w dolinie Orinoko czy nie (w kuluarach szefowie rosyjskich firm naftowych skarżyli się, że z partnerami wenezuelskimi trudno dojść do ładu, bo „jedno mówią, a drugie robią”). Zgoda panowała tylko co do umowy o współpracy w dziedzinie energetyki jądrowej – zawarte porozumienie ma być podstawą do przyszłej współpracy przy budowie przez Wenezuelę elektrowni jądrowej. Nie „pociągnięto” tematu sprzedaży rosyjskiej broni – nadal brak informacji o kontraktach, o których tak trąbiono latem przy okazji wizyty Chaveza w Rosji. Nie padły żadne konkretne deklaracje odnośnie wysokości rosyjskich inwestycji. Nie padły też polityczne deklaracje ze strony Chaveza: mówiący z żarem o swej miłości do Rosji wenezuelski prezydent nie zająknął się np. o chęci uznania niepodległości Osetii Południowej i Abchazji.

    Zupełnie bez treści okazała się wizyta Miedwiediewa na Kubie. Rosyjski prezydent został przyjęty przez Raula Castro, złożył wieniec i zapowiedział ni z gruszki ni z pietruszki, że Rosja wejdzie ostro do gry o region z innymi zainteresowanymi tym państwami.

    O jakie państwa chodziło? Na pewno w pierwszym rzędzie o USA. Tutaj trudno wróżyć, jak będzie przebiegać ta gra – wszystkie (nawet te demonstracyjnie antyamerykańskie) państwa Ameryki Łacińskiej, jak napisałam powyżej, czekają na nowe komunikaty i oferty z Waszyngtonu. Nie wiadomo, jak będą układać się sprawy w warunkach kryzysu.

    Ale głównymi rywalami Rosji w krajach Ameryki Łacińskiej są dziś jednak nie Stany, a Chiny i Iran. Prezydent Ahmadineżad jest zainteresowany przede wszystkim antyamerykanizmem wielu przywódców krajów południowoamerykańskich i chce zbudować z nimi antywaszyngtońską oś. Ale Iran wchodzi także do gry gospodarczej. Rok temu podczas wizyty w Boliwii Ahmadineżad zawarł kontrakty na kwotę 1 mld dolarów, w Nikaragui Iran ma sfinansować budowę portu o wartości 350 mln dolarów, z Wenezuelą utworzył wspólne przedsiębiorstwo naftowe.

    Tygodnik „Kommiersant Włast’” pisał niedawno: „Niektórzy eksperci podejrzewają, że stosunki Iranu i Wenezueli wychodzą daleko poza ramy legalnych operacji finansowych. Kiedy w zeszłym roku kolumbijskie wojska zaatakowały obóz powstańców z Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii, które Chavez zawsze wspierał, zarekwirowano komputer, a w nim znaleziono dane o zamiarze nabycia przez Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii pięćdziesięciu kilogramów uranu. Zdaniem amerykańskich ekspertów wojskowych, główną rolę w tej transakcji mógł odegrać Iran”.

    Jeszcze bardziej zaangażowane są w regionie Chiny. Kilkudziesięciu oficerów z krajów Ameryki Łacińskiej odbywa staże w chińskiej armii, zwiększa się też stale eksport chińskiej broni do krajów regionu. W Wenezueli Chińczycy mają interesy naftowe (wspólne przedsiębiorstwo). Dla Kuby ChRL jest drugim partnerem handlowym (wartość obrotów w zeszłym roku osiągnęła wartość 2,7 mld dolarów; dla porównania: Rosja jest na dziesiątym miejscu tej listy, wartość wymiany wyniosła w ub.r. 360 mln dolarów), po katastrofalnych huraganach Pekin przekazał Kubie pomoc w wysokości 1,3 mld dolarów. Podczas wizyty 19 listopada przewodniczącego Hu Jintao w Hawanie podpisano pięć umów gospodarczych. Chiński lider odbył „braterskie spotkanie” z Fidelem Castro (Miedwiediew nie miał tej przyjemności, kontaktował się tylko z młodszym bratem z kubańskiego tandemu). Raul Castro z kolei, podczas spotkania ze studentami z udziałem Hu Jintao, wykonał po chińsku piosenkę poświęconą Mao Zedongowi. Podczas rozmów z Miedwiediewem nie śpiewał. Programem „artystycznym” dla rosyjskiego gościa wykazał się za to przyjaciel Hugo Chavez, który kazał wyćwiczyć swojej kompanii reprezentacyjnej słowa rosyjskiego hymnu. Ustawieni w paradnym szyku wenezuelscy żołnierze z uniesionymi do góry podbródkami grzmieli „Slassia atieeso nasi sobooje” (Sławsia otieczestwo nasze swobodnoje).

    W poniedziałek olbrzymi rosyjski atomowy krążownik „Piotr Wielki” rozpocznie manewry na Morzu Karaibskim, ma ćwiczyć operację pod wspólnym dowództwem z okrętami Wenezueli – trzema fregatami, czterema okrętami patrolowymi i czterema kutrami obrony brzegowej: wspólne manewrowanie na otwartym morzu. Czy będzie to remake słynnego „wpuszczania jeża do spodni”, kiedy rosyjskie głowice jądrowe znalazły się w Zatoce Świń?

  • Szlachetny i sprawiedliwy

    W jednej z parafii w obwodzie leningradzkim proboszcz wystawił w cerkwi ikonę przedstawiającą postać Józefa Wissarionowicza Stalina. Parafianie byli oburzeni. Proboszcz przestawił obraz w bardziej ustronne miejsce, ale całkiem ze świątyni wizerunku bezbożnika nie usunął. Aberracja? Na pewno. Ale nie tak odosobniona, jak może się wydawać na pierwszy rzut oka.

    W Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej rozlegają się wezwania do kanonizowania generalissimusa Stalina, bezwzględnego dyktatora, mającego na rękach krew milionów ofiar, w tym duchowieństwa i wiernych Cerkwi Prawosławnej. Jak podała gazeta „Nowyje Izwiestia”, wnioskodawcy twierdzą, że Józef Stalin był głęboko wierzącym człowiekiem, sprawiedliwym i szlachetnym. Zmarły cztery lata temu kaznodzieja Dimitrij Dudko, który był więziony w stalinowskich łagrach, walczył o wolność wyznania dla obywateli ZSRR, w ostatnich latach życia krzewił kult Stalina. Napisał książkę „Myśli o Stalinie”, w której analizował domniemane głębokie uczucia religijne wodza narodów. W jednej ze swoich prac napisał, że pragnie, aby modlono się do Stalina: „Święty Józefie, módl się za nami!” 

    Do akcji propagowania świętości Stalina mają się teraz włączyć również komuniści, którzy będą rozdawać ikonki z wizerunkiem wodza „wśród tych, którzy uważają Stalina za świętego”.

    Jak widać, jest więc wariant dla wierzących i ateistów. Świecki kult Stalina ma się zresztą od paru lat całkiem nieźle. Powstają filmy, łagodnie przybliżające epokę i postać, czyniące je znośnymi, ludzkimi, głębokimi. Stalinowi postawiono w Rosji kilka pomników. Pisałam niedawno o podręczniku do historii, w którym Stalin jest przedstawiony jako zdolny menedżer. Według badań sondażowych 42 procent Rosjan uważa, że krajowi jest potrzebny lider takiego pokroju jak Stalin; dwie trzecie ludzi powyżej sześćdziesiątego roku życia sympatyzuje ze Stalinem; 36 procent młodych ludzi twierdzi, że niezależnie od błędów, jakie popełnił, najważniejsze jest, że zwyciężył w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej, 20 procent uważa Stalina za mądrego wodza, który doprowadził ZSRR do rozkwitu. W prowadzonym niedawno dziwnym plebiscycie „Imię. Rosja”, w którym wybierano najbardziej wpływowych ludzi, zajmujących ważne miejsce w historii (kulturze, polityce) państwa, Stalin uplasował się na dwunastym miejscu. Ale przez dłuższy czas zajmował drugą pozycję. Uczestnicy głosowania podejrzewali, że w ostatnim etapie projektu organizatorzy „twórczo” podeszli do podliczania głosów i sfałszowali wyniki, bo nagle Stalin stracił miejsce na pudle i spadł do drugiej dziesiątki.

    Stalin nie jest jedynym despotą, którego chcą kanonizować grupy wiernych Cerkwi Prawosławnej. Kilka lat temu wielkiego rozmachu nabrał ruch opowiadający się za kanonizacją Iwana Groźnego. Zwolennicy świętego cara są przekonani, że był dobrym człowiekiem, a to późniejszy czarny PR sprawił, że przylgnęła doń etykietka okrutnika.

    Patriarchat Moskiewski wielokrotnie dystansował się od podobnych inicjatyw, uważając je za wielce szkodliwe i prowadzące do rozłamu.

  • Konstytucjo, pozwól żyć

    Duma Państwowa w trzecim i ostatnim czytaniu przyjęła dziś poprawki do konstytucji Federacji Rosyjskiej, wydłużające kadencję parlamentu do pięciu, a prezydenta do sześciu lat.

    Inicjatywę zgłosił w orędziu 5 listopada prezydent Dmitrij Miedwiediew. Rzucony z wysokiej trybuny pomysł szparko podjęli deputowani, najpierw w entuzjastycznym porywie chcieli niemal nazajutrz przyjmować wszystkie niezbędne akty w trzech czytaniach jednocześnie. Ale okazało się, że muszą się wstrzymać z ochoczym podnoszeniem rąk „za”, bo odpowiednie jaczejki prawne nie zdążą nawet pobieżnie przejrzeć tych wszystkich papierów, które należałoby przygotować, by dokonać zamówionej przez prezydenta zmiany. 392 deputowanych głosowało dzisiaj za przyjęciem poprawek (niezbędne minimum wynosi 300). Doskonały wynik, doskonałe tempo. „To nie reforma, to tylko niezbędna korekta konstytucji” – zapewnił Miedwiediew.

    Władze mają poważny kłopot z zasadnym wyjaśnieniem, po co te zabiegi. Dyżurne gadające głowy mówią o konieczności zsynchronizowania dwóch trzyletnich budżetów. Jeśli tak, to do sześciu lat wydłużyć należałoby kadencję Dumy, to ona męczy się z budżetem, prezydent tylko podpisuje. Budżet nie ma nic do rzeczy. Zwłaszcza że w obecnych warunkach trzeba go nieustannie korygować. „Dłuższa kadencja prezydenta lepiej posłuży Rosji w najbliższych kilkudziesięciu latach. Bardzo możliwe, że ostatecznie kadencja zostanie skrócona, ale teraz racjonalnym jest jej wydłużenie” – wydukał dziś jeden z doradców prezydenta.

    Kadencja może być dłuższa, może być krótsza – bez różnicy. W końcu dlaczego tylko sześć lat? Leonid Breżniew rządził 21 lat i nikt go nie śmiał niepokoić wyborami. Panowie dziś rządzący Rosją są młodzi, wysportowani, dadzą radę porządzić i dłużej niż nieodżałowany stetryczały gensek. Trochę tylko zaczynają mieć kłopoty z pamięcią. Minęło zaledwie półtora roku od pewnego lipcowego dnia, kiedy ówczesny prezydent Putin na spotkaniu z aktywistami ruchu młodzieżowego sformułował jedną ze swoich słynnych zjadliwych uwag pod adresem Zachodu: Wielka Brytania „udziela nam obraźliwych rad, abyśmy zmienili konstytucję. Niech sobie lepiej mózgi wymienią, a nie naszą konstytucję”.

    Tymczasem Miedwiediew w czasie źle wyreżyserowanego spotkania z dziennikarzami w Iżewsku 18 listopada przyznał, że o zmianie konstytucji zaczął myśleć już pięć lat temu. Może i myślał, ale nic nie powiedział. Wbrew prezydentowi myślał, bo Putin jeszcze półtora roku temu uważał, że konstytucji nie trzeba, ba, wręcz nie można zmieniać. Zmienił w czasie swej prezydentury niemal wszystko, utworzył nowe organy administracyjne, odebrał prawo do bezpośredniego wybierania władz regionalnych itd., ale konstytucji nie ruszył. Nawet nerwowy czas operacji „Sukcesja” nie zachwiał niezłomnym przekonaniem, że konstytucji nie wolno zmieniać. Putin wykonał stójkę na rzęsach, żeby odejść z prezydenckiego stolca, ale władzy nie oddać. Nie zmienił jednak przy tym konstytucji. Czemu teraz wspólnik z tandemu, Miedwiediew, wystąpił z taką inicjatywą?

    W artykule „Kryzysowa konserwa” w Tygodniku Powszechnym zasugerowałam, że elita rządząca poczuła się zaniepokojona, może nawet zagrożona kryzysem, który nadciąga, a właściwie już nadciągnął. I grupa trzymająca władzę robi wszystko, żeby przetrwać te straszne czasy. Ekwilibrystyka przy konstytucji to jeden z uchwytów, którego zamierzają się trzymać – dłużej niż do tej pory. Czy skutecznie?

    We wczorajszym wystąpieniu na zjeździe rządzącej partii Jedinaja Rossija premier Putin zapewniał, że choć kryzys jest (przedtem władze unikały jak ognia wypowiadania tego strasznego słowa na sześć liter), to ludzie nie odczują jego skutków, bo władza działa i ochrania. Kryzys będzie wielkim wyzwaniem dla ekipy Putina, rządzącej w ostatnich latach w warunkach miłego komfortu i dążącej do maksymalnego ograniczenia życia politycznego, do kontroli nad gospodarką, do stabilizacji na granicy marazmu. Mózgi społeczeństwa miały błogo spać, trzymać się z dala od polityki. Z ekranów telewizorów błyskano usypiająco specjalną broszką jak zaczarowany dorożkarz z wiersza Gałczyńskiego. Czy teraz tych błysków broszki wystarczy, by utrzymać się na szczycie piramidy władzy?

    Tak czy inaczej epoka kąpieli w petrodolarowych bąbelkach minęła i nie wiadomo, kiedy nadejdzie następna. Trzeba coś zmienić – stojąc przed wyborem, czy wymienić mózgi, czy konstytucję, na razie wskazano na konstytucję.