Kategoria: Bez kategorii

  • Telewizyjna demokracja pana prezydenta

    W latach wielkiej depresji w USA prezydent Franklin Delano Roosevelt siadywał przy kominku i przez radio opowiadał całemu narodowi, co robią władze, aby kraj z zapaści gospodarczej wydobyć. Zbadano, że radiowe wystąpienia prezydenta miały doskonały efekt: uspokajały nastroje. Ludzie w latach kryzysu najbardziej boją się tego, co nieznane, już zaskoczeni przez negatywne skutki kryzysu nie chcą być więcej zaskakiwani kolejnymi konwulsjami wywołanymi przez poczynania troskliwych władz.

    Kremlowscy inżynierowie dusz najwyraźniej też przestudiowali amerykańskie doświadczenia sprzed kilkudziesięciu lat i postanowili wykorzystać je w warunkach obecnego narastającego kryzysu w Rosji. Prezydent Dmitrij Miedwiediew rozpoczął właśnie cykl wywiadów-pogadanek, poświęconych pokonywaniu kryzysowej hydry. Pogadanki będą nadawane przez telewizję, wielokrotnie powtarzane, aby każde słowo głowy państwa dotarło w najdalsze zakątki kraju.

    W naszym życiu bardzo ważne jest mówienie prawdy i opowiadanie o wszystkich trudnościach, które przeżywa dziś świat, przeżywa i nasz kraj. Uważam, że władza jest zobowiązana mówić otwarcie i wprost o tych decyzjach, które podejmowane są w celu pokonania kryzysu, o tych trudnościach, które napotykamy” – powiedział Dmitrij Miedwiediew w nadanej dziś pierwszej pogawędce. Święte słowa. Nic dodać, nic ująć. Prawda jako deklarowane instrumentarium władzy – znakomicie, tak trzymać! Całkiem nowa strategia propagandy, oparta na „wyjściu do narodu”, choćby i przez srebrny ekran.

    Czy to oznacza, że teraz zamiast z kamienną twarzą wypowiadać okrągłe formułki o podnoszeniu rent i emerytur, zaklinać coraz mocniej skrzypiącą rzeczywistość, prezydent zacznie informować naród, że dobrym pomysłem na uratowanie kraju z kryzysu jest przepompowanie bez jakiejkolwiek kontroli góry pieniędzy z państwowych funduszy na konta firm najwierniejszych pretorianów? Albo że jeśli jeszcze przez parę miesięcy w takim tempie topnieć będą owe fundusze wydawane w dziwny, niekontrolowany sposób przez ludzi korporacji rządzącej, to nie będzie z czego wypłacać pensji i zasiłków? Że ludzie muszą płacić więcej za usługi komunalne, chociaż coraz bardziej nie mają z czego, bo coraz częściej tracą pracę bez widoków na znalezienie następnej? Co w ujęciu prezydenta Miedwiediewa oznacza deklaracja mówienia prawdy, samej prawdy i tylko prawdy?

    Pójdźmy jeszcze dalej: skoro prezydent przyznał sobie prawo mówienia za pośrednictwem telewizji tej deklarowanej prawdy, to dlaczego dziennikarze nie mogą tego robić na co dzień, dlaczego w telewizji nadal obowiązują listy z nazwiskami ekspertów i opozycyjnych polityków, którzy mają szlaban na występowanie, dlaczego telewizja nie jest miejscem dyskusji i prezentacji różnych, również odmiennych od oficjalnych, opinii? Może to sygnał, że teraz będzie inaczej, że nastanie era neo-głasnosti? A może to sygnał, że prezydent chce się w ten sposób „wybić na niepodległość”? Do tej pory to Władimir Putin był niekwestionowanym szamanem eteru – to dla niego urządzano propagandowe patetyczne show, jak „Bezpośrednia linia” – długi program telewizyjny, podczas którego społeczeństwo zadawało niekłopotliwe pytania umiłowanemu wodzowi, a umiłowany wódz udzielał niekłopotliwych odpowiedzi społeczeństwu. Już jako premier Putin zachował ten instrument imitacji „dialogu” ze społeczeństwem. Czy Miedwiediew chce zabrać Putinowi telewizyjne berło? Czy prezydenckie pogadanki będą tylko kolejną fazą propagandowej rozgrywki władz ze społeczeństwem, czy nowym otwarciem? Może władza poczuła, że głębia kryzysu jest tak wielka, że nie wystarczy już dotychczasowa dawka lukrowanych formułek uspokajających? Czy ludzie uwierzą Miedwiediewowi? Takich pytań można zadać jeszcze wiele.

    Coraz częściej w rosyjskim internecie dyskutuje się to, czy i kiedy Miedwiediew zdymisjonuje Putina za błędy w polityce antykryzysowej. Przedstawiane są różne scenariusze przewidywanych wydarzeń. Na razie oficjalnie wszelkie słowa krytyki, kierowane przez prezydenta pod adresem rządu, są natychmiast łagodzone – Miedwiediew zapewnia, że świetnie mu się pracuje z Putinem i że krytyka rządu nie oznacza, że ich tandem się rozpada. Czy pytanie o odpowiedzialność rządzących padnie w „okienku prawdy” prezydenta Miedwiediewa? Czy Miedwiediew – dotąd stuprocentowo lojalny członek rządzącej korporacji – popłynie pod prąd? Kontrola nad mediami i ścisłe reglamentowanie treści spływających na społeczeństwo z ekranów „jaszczika”, jak określa się telewizor w potocznej mowie, była do tej pory jednym z filarów putinowskich porządków. Trudno uwierzyć, że teraz, w dobie wielkich trudności, komukolwiek, nawet prezydentowi, będzie można wyjść poza wyznaczone przez propagandystów ramy.

  • Gospodin „Niet” wiecznie żywy

    Na 45. Międzynarodowej Konferencji o Bezpieczeństwie w Monachium nastąpiła pierwsza wymiana uprzejmości pomiędzy nową amerykańską administracją (w osobie wiceprezydenta Joe Bidena) i wysłannikiem Moskwy (w osobie wicepremiera Siergieja Iwanowa). Kreml czeka na sygnały z Białego Domu od dawna w wielkim napięciu. Nie kryje, że liczy na „nowe otwarcie”.

    To, że prezydent Obama nie pospieszył w pierwszym rzędzie układać się z Moskwą, wyraźnie stawiając na inne priorytety w polityce zagranicznej, wywołuje nieskrywane rozczarowanie rosyjskiej elity. Ambicje Rosji, ucieleśnione w propagandowym haśle „Rosja wstaje z kolan”, to dialog z Waszyngtonem o losach świata jak równy z równym, przywrócenie „sprawiedliwości dziejowej” po kilku latach niefortunnej obsuwy związanej z rozpadem ZSRR i ponowne zajęcie przez Rosję poczesnego miejsca wśród światowych mocarstw. Kremlowska machina propagandowa codziennie tłucze odbiorcom do głów, że bez Rosji żadne ze spraw świata tego nie mogą się obyć, świat uważnie wsłuchuje się w jej głos, a bez tego głosu jest jak dziecko we mgle. Ale najwidoczniej Waszyngton nie ogląda na co dzień rosyjskiej telewizji i nie wie, co zgodnie z propagandową wykładnią Moskwy powinien zrobić w pierwszym rzędzie. Długie milczenie Obamy było coraz bardziej wymowne – Rosja nie jest i nie będzie numerem jeden w długim spisie ważnych spraw.

    Ale wreszcie nadeszła pora konferencji w Monachium. To tu dwa lata temu prezydent Putin próbował przymusić Zachód do partnerstwa wedle narzuconych przez Moskwę zasad. Tym razem przedstawicielem Moskwy na konferencji był Siergiej Iwanow, uważany za kremlowskiego jastrzębia, jeszcze półtora roku temu ostrzący sobie zęby na fotel prezydenta Rosji.

    Jakie było to pierwsze spotkanie wysokich przedstawicieli Waszyngtonu i Moskwy po amerykańskich wyborach prezydenckich?

    Biden najpierw długo w swym przemówieniu mówił o najważniejszych z punktu widzenia Ameryki zadaniach polityki zagranicznej – Afganistan, Pakistan, Iran, Irak, Palestyna, NATO. Kreml nie będzie zadowolony – w wystąpieniu Bidena Rosja zajęła odległą pozycję wśród priorytetów. Biden zaproponował zagadkowe „reset” w stosunkach z Rosją, obiecał dalsze konsultacje w sprawie tarczy antyrakietowej „z naszymi partnerami z NATO i Rosją” (a to, czy tarcza powstanie uzależnił od tego, „czy zostanie dowiedziona technologiczna efektywność systemu”), zapowiedział, że USA nie uznają niepodległości Abchazji i Osetii oraz pojęcia „strefa wpływów”.

    A z jakimi propozycjami przyjechał do Monachium Iwanow? Moskwa chce rozmawiać z USA o rozbrojeniu (układ START „kończy się” w grudniu tego roku), co więcej – wedle słów Iwanowa – chce iść jeszcze dalej, czyli wprowadzić do ewentualnego nowego traktatu o redukcji zbrojeń nuklearnych zapis o rezygnacji z rozmieszczania broni strategicznej na poza terytorium własnego państwa (a więc w myśl takiego zapisu amerykańskie okręty atomowe nie mogłyby zawijać do portów poza terytorium USA, ponadto należałoby zwinąć program tarczy antyrakietowej poza granicami Stanów). Po drugie Iwanow zgłosił propozycję, aby do traktatu włączyć „rezygnację z militaryzacji kosmosu”. Ponieważ termin „militaryzacja kosmosu” jest rozmyty, nieprecyzyjny, pojemny, można przypuszczać, że – o ile rozmówcy w Waszyngtonie w ogóle na poważnie wpiszą taki temat do programu negocjacji – będzie on pretekstem do przeciągania rozmów nad traktatem rozbrojeniowym w nieskończoność. Czy to sygnał, że w rosyjskiej dyplomacji następuje na dobre renesans tradycyjnych radzieckich „programów pokojowych” – zbioru propozycji niemożliwych do spełnienia, za to będących powodem do niekończących się korowodów z „amerykańskimi imperialistami”, którzy te znakomite pokojowe propozycje w swoim paskudnym imperialistycznym interesie odrzucali, a Moskwa mogła powtarzać, jak miłuje pokój, tylko jej Stany w tym miłowaniu przeszkadzają.

    Znakomity znawca rosyjskiej polityki zagranicznej, profesor Dmitrij Trienin napisał w dzisiejszej „Nowej Gazietie”: „Rosyjskie władze o wiele lepiej wiedzą, czego nie chcą: nie chcą rozszerzenia NATO, powtórzenia „kolorowych rewolucji” [można dodać: nie chcą tarczy przeciwrakietowej w Europie Środkowej, obecności Zachodu na obszarze WNP], niż tego, czego chcą. […] W ciągu ostatniej dekady Moskwie – pretendującej do statusu wielkiego mocarstwa i gwaranta regionalnego bezpieczeństwa – nie udało się rozwiązać ani jednego zamrożonego konfliktu w pobliżu rosyjskich granic. Przyczyna jest jasna: te zawieszone konflikty przez długi czas były wykorzystywane jako instrument blokowania rozszerzenia NATO. Jasne jest i to, że zasadniczym kryterium samodzielności Rosji jest nie tyle gotowość przeciwdziałania czemuś, ile możliwość sformułowania własnego programu i jego realizacja”.

    Na razie wygląda na to, że Moskwa – zgodnie ze starą radziecką szkołą – nadal jest dobrze przygotowana do tego, by mówić twarde „niet” i rozmawiać o mitycznej militaryzacji kosmosu. Czy to konstruktywne podejście, dobrze wróżące oczekiwanemu „nowemu otwarciu”? Raczej niet.

  • Moskiewski układ szybkiego reagowania

    W ciągu ostatnich dni Kreml prezentował miastu i światu, że Rosję stać na kupowanie sojuszy na obszarze WNP.

    Wpierw prezydent Białorusi Alaksandr Łukaszenka podpisał długo negocjowane i zapowiadane porozumienie o wspólnym z Rosją dowództwie obrony przeciwlotniczej za obietnicę 2 mld dolarów rosyjskiego kredytu. Łukaszenka przez lata wił się jak piskorz, by sprawę dowództwa – jak każdą inną w dziele wiekopomnej integracji Państwa Związkowego – przewlekać. Dlaczego? Uznawał ją za mityczny atrybut niepodległości, choć w praktyce połączone dowództwo (taka była uprzednia formuła) działało jako jednolite ciało, a o wszystkim i tak decydowała centrala w Moskwie. Porozumienie sformalizowało stan faktyczny, a białoruska obrona przeciwlotnicza stała się integralną częścią rosyjskiego systemu obronnego. W Moskwie Łukaszenka jak zwykle piał z zachwytu nad postępującym zbliżeniem dwóch bratnich państw i narodów, ale nikt się zapewne nie zdziwi, kiedy w jakimś kolejnym paroksyzmie marzeń o odwróceniu sojuszy zacznie się upierać, że to, co jest na białoruskiej ziemi, jest białoruskie i należy wyłącznie do narodu białoruskiego. Tą kwiecistością mowy jak zwykle zirytuje Moskwę, która postanowi po raz sto pięćdziesiąty poważnie nauczyć go moresu, po czym nastąpi faza kolejnych długich negocjacji. To jeden z możliwych scenariuszy, oparty na analizie poprzednich odcinków przydługiej mydlanej opery o integracji. Niemniej czasy mamy teraz wyjątkowo nieprzewidywalne, sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie, a kryzys rąbie coraz mocniej. W Moskwę też.

    W tych okolicznościach może dziwić obietnica kolejnego dwumiliardowego kredytu (czy to jakiś nowy nominał służący kupowaniu przychylności sąsiadów?) – dla Kirgizji. W zamian za tę obietnicę delegacja kirgiska wygłosiła na zlocie sojuszników w Moskwie swoją obietnicę. Prezydent Bakijew zapowiedział, że wypędzi Jankesów z bazy lotniczej Manas, używanej do zaopatrywania sił stacjonujących w Afganistanie. Jednym słowem: obietnica za obietnicę. Gra o Manas toczy się więc dalej. Może Amerykanie jeszcze przelicytują Moskwę. A może Moskwa sama zaproponuje Waszyngtonowi nowe zasady użytkowania kirgiskiej bazy – tym razem już pod ścisłą kontrolą i pod dyktando Rosji.

    Jedno jest pewne: Rosja bardzo by się chciała pozbyć Amerykanów (Zachodu w ogóle) z całego obszaru postradzieckiego – z Azji Środkowej również. Względny spokój w postradzieckich republikach azjatyckich jest możliwy m.in. pod warunkiem względnego spokoju w Afganistanie. Względny spokój w Afganistanie jest możliwy dzięki obecności tam sił sojuszniczych. Ta obecność jest dla Moskwy prawdziwym błogosławieństwem. Pod koniec lat 90., kiedy talibowie coraz bardziej wchodzili w miękkie podbrzusze Rosji, Kreml rozważał nawet prewencyjne uderzenia lotnictwa na ich pozycje. Amerykanie, można powiedzieć, przyszli w samą porę, Rosji nie było stać (nie stać jej i teraz) na prowadzenie kosztownej operacji wojskowej w Afganistanie. No i w regionie nie ostatnią rolę odgrywają Chiny. No i nie należy zapominać o ostatniej porażce poniesionej przez ZSRR w Afganistanie w latach 80.

    Tymczasem moskiewscy stratedzy postanowili odkurzyć temat Afganistanu i talibów. Prezydent Miedwiediew podczas wspomnianego zlotu na Kremlu ogłosił o utworzeniu sił szybkiego reagowania Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, czyli, jak dumnie głoszą propagandyści – WNP-owskiego odpowiednika NATO. Siły stanowić ma kilka mobilnych jednostek (dywizja, brygada, kilka batalionów), stacjonujących stale w swoich krajach. Wedle słów Miedwiediewa, „zostaną wyposażone w nowoczesny sprzęt, mają być efektywne, swoim potencjałem bojowym nie powinny ustępować siłom Sojuszu Północnoatlantyckiego”. I dopiero kiedy nastąpi godzina X, wtedy zostaną przetransportowane do Rosji i stąd zaczną działać gdzie trzeba i jak trzeba. A jak trzeba? Doradca prezydenta Rosja powiedział, że siły szybkiego reagowania tworzone są… do walki z talibami. Cóż.

    Trudno powiedzieć, na czym miałaby polegać wyższość tej formacji nad innymi formacjami Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej (bo przecież dla nikogo nie jest tajemnicą przewaga militarna Rosji nad wszystkimi innymi członkami sojuszu razem wziętymi) i dlaczego kooperacja z batalionem armii, powiedzmy, Armenii czy Tadżykistanu ma dać Moskwie jakieś dodatkowe atuty w walce z hipotetycznym wrogiem (a choćby i wymienionymi przez prezydenckiego doradcę niehipotetycznymi talibami). Wygląda na to, że nie chodzi o żadnych talibów ani w ogóle jakiekolwiek realne przymierze wojskowe. Chodzi wyłącznie o „zaznaczenie terytorium”, symboliczne przypieczętowanie przez Rosję wasalizacji krajów tworzących Organizację Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym. Czy to ma szanse powodzenia? Dopóki są pieniądze…

  • Drogie wakacje w Courchevel

    Courchevel – kurort narciarski we francuskich Alpach – był w ostatnich latach jednym z ulubionych miejsc zimowego wypoczynku rosyjskiej elity biznesowo-politycznej. O szastaniu pieniędzmi i kąpielach w szampanie opowiadano legendy. Mniej więcej rok temu głośnym echem odbił się skandal obyczajowy wywołany przez Michaiła Prochorowa, jednego z najbogatszych rosyjskich oligarchów (jako jeden z nielicznych i dziś utrzymuje się na powierzchni i zamierza skupować aktywa zbankrutowanych kolegów), który ostentacyjnie zabawiał się z pracownicami najstarszej profesji świata i został z hukiem zatrzymany przez francuską policję, co zostało szczegółowo opisane przez wszystkie brukowce świata, rosyjską poważniejszą prasę też. Potem o Courchevel zrobiło się cicho, wyglądało na to, że kryzys odebrał bogaczom ochotę do demonstracyjnych uciech. Zachodnia prasa pilnie śledzi, jak się prowadzą panowie z zasobnymi portfelami, więc kolejne nieroztropne amory czy akty beztroskiej rozrzutności rosyjskich grubych ryb zaraz zostałyby dostrzeżone. Jak się okazało, na kolejną okazję do skandalu nie trzeba było długo czekać. Przedstawiciele rosyjskiej elity zdążyli się przyzwyczaić, że wakacje spędzają nie w przaśnych rodzimych miejscowościach wypoczynkowych, a w Alpach lub na Karaibach. Czy kryzys może być powodem, dla którego ktokolwiek miałby rezygnować z takiej przyjemności?

    Trzej wysocy rosyjscy urzędnicy – przewodniczący Komitetu Olimpijskiego Rosji, szef wydziału administracyjnego prezydenckiej kancelarii i szef służby ochrony prezydenta – uznali, że coś im się od życia należy nawet w trudnych czasach i postanowili śladem licznych rodaków pojechać jak zwykle do Courchevel. I nie tylko pojechali, ale dali się tam zauważyć. Jak pisze dziennik „Kommiersant”, prezydent Miedwiediew też ich zauważył. Nikt nie wie, czy zostali potem przezeń osobiście przeczołgani po kremlowskim dywaniku, dość że prezydent wydał wczoraj rozporządzenie wprowadzające obowiązek informowania głowy państwa w formie pisemnej o miejscu i terminie urlopu przez wszystkich urzędników z kierownictwa kancelarii prezydenta i tych ministerstw, które mu bezpośrednio podlegają.

    To ciekawy przyczynek do stylu życia rosyjskiej „wierchuszki”. Czy kryzys i prezydenckie rozporządzenie wprowadzą korektę w sposobie spędzania wolnego czasu przez rosyjskich dygnitarzy? Czy Miedwiediew zdoła wymusić posłuszeństwo na swoich współpracownikach, przyzwyczajonych do wystawnego trybu życia w dobie, kiedy budżet państwa zaczyna w oczach pękać w szwach, a w państwowej kasie brakuje pieniędzy na zaspokojenie wielu potrzeb zaniepokojonego swym losem społeczeństwa? Przypadek trzech niefortunnych wczasowiczów z Courchevel każe też zastanowić się nad środkami, które pozwoliły urzędnikom państwowym (oficjalnie nie zarabiają kokosów), na spędzenie ferii w drogim kurorcie. Cytowany tu już przeze mnie „Kommiersant” sugeruje, że wystawne wakacje urzędników będą wchodzić w kolizję z „nowym ustawodawstwem o zwalczaniu korupcji, przyjętym w ramach programu antykryzysowego. […] Figuruje w nim punkt o korzystaniu z usług osób prywatnych w organizowaniu wypoczynku”. Korupcja jednak niejedno ma imię, a w Rosji kwiat ten pleni się bujnie na każdym szczeblu i w każdej strefie klimatycznej. Zdaniem socjologów, kryzys jeszcze wzmocni ten chwast, zmienią się co najwyżej tylko formy. I jeszcze jedno – znawcy kremlowskich korytarzy uważają, że Miedwiediew prędzej może się spodziewać cichego sabotażu swojego rozporządzenia niż lojalnego podporządkowania się mu przez urzędników.

    Tak czy inaczej z Courchevel przyjdzie się jednak rosyjskim dygnitarzom – przynajmniej na jakiś czas – pożegnać, skoro pobyt tu może kosztować znacznie drożej, niż to wynika z hotelowych rachunków.

  • Niespokojna niedziela

    W ostatni weekend w Rosji odbyło 160 demonstracji, w których wzięło udział łącznie 200 tysięcy osób. To wiele, jeśli porównać dane o chętnych do protestowania w analogicznym okresie roku ubiegłego, i niewiele, jeśli wziąć pod uwagę, w jakim tempie kryzys rozbiera na czynniki pierwsze rosyjską gospodarkę i jak szybko rośnie napięcie społeczne.

    Jedni demonstrowali niezadowolenie wobec polityki rządu w dobie kryzysu, inni – swoje poparcie dla rządzącego tandemu i miłość do partii „Jedinaja Rossija”. Najwięcej protestujących, a także najwięcej popierających było w Moskwie, Władywostoku, Petersburgu, Nowosybirsku.

    W dalekim Ułan Ude (Buriacja) pod hasłem „Precz z Putinem” zebrało się na placu Rewolucji 150 osób, a na prospekcie 50-Lecia Października na wiec poparcia dla rządu przyszło zaledwie 50 chętnych.

    W Moskwie na placu Maneżowym zgromadzono popleczników „partii władzy”, przywieziono ich autobusami, zmarzniętych częstowano gorącą herbatą. Jeden z indagowanych przez korespondenta gazety „Kommiersant” młodych uczestników wiecu na pytanie, dlaczego tu przyszedł, odparł: „żeby dostać zaliczenie”. W szeregach wiecujących członkowie opozycyjnego ruchu „Smiena” (Zmiana) prowadzili do różowych świnek-skarbonek zbiórkę pieniędzy pod hasłem „Pomóż Gazpromowi”, zgromadzeni chyba nie poznali się na dowcipie, bo chętnie wrzucali pieniądze, nawet banknoty. Według danych milicji w akcjach poparcia w Moskwie wzięło udział około pięciu tysięcy ludzi.

    Kilka różnorodnych akcji protestacyjnych przeprowadzili komuniści, którzy ostatnio mocno się zaktywizowali i nawołują do protestów ulicznych (wczoraj wymachiwali hasłem: „Nie ma kapitalizmu, nie ma kryzysu”. To może być chwytliwe hasło chyba tylko dla tych, którzy mają kurzą pamięć). KPFR próbuje też od jakiegoś czasu „podłączyć się” z bratnią pomocą pod akcje protestu przeciwko wprowadzeniu nowych ceł na używane samochody zagraniczne.

    Był też specyficzny „Marsz niepokornych” pod siedzibą rządu. Aktywiści opozycyjnej organizacji „My” stali z czystymi kartkami papieru i z zaklejonymi taśmą klejącą ustami. Milicja uznała to za nielegalne zgromadzenie, dziesięciu uczestników akcji zatrzymano. Jednemu z nich przedstawiono dość osobliwy w tych okolicznościach zarzut: „używanie niecenzuralnych wyrażeń w miejscu publicznym”.

    W Moskwie kilkaset osób zebrało się też, by uczcić pamięć adwokata Stanisława Markiełowa i Anastasii Baburowej, zabitych 19 stycznia w centrum miasta.

     

    Władze starają się nie nagłaśniać informacji, że w kraju coraz częściej dochodzi do demonstracji, że rośnie potencjał niezadowolenia. Reagują po swojemu. Dzisiaj premier Putin podpisał rozporządzenie o utworzeniu federalnego Centrum Zarządzania w Sytuacjach Kryzysowych, do zadań centrum ma należeć m.in. „likwidacja sytuacji nadzwyczajnych”. Co może być „sytuacją nadzwyczajną” poza pożarem czy powodzią? Może odpowiedzią jest wcześniejsze zarządzenie o wzmocnieniu milicji jednostkami wojsk wewnętrznych w miastach, w których istnieje zagrożenie masowymi zwolnieniami z wielkich zakładów przemysłowych i rośnie możliwość zorganizowania strajków i akcji protestacyjnych. Jeszcze wcześniej podano, że planowanej redukcji wojsk wewnętrznych nie będzie („Jest to związane z koniecznością wypełnienia wszystkich postawionych zadań” – mówił dowódca wojsk wewnętrznych gen. Rogożkin).

    Ciekawym „środkiem antykryzysowym” jest zaordynowane przez prezydenta Miedwiediewa nowe zadanie Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Kontrwywiad ma teraz sprawować kontrolę nad wykorzystaniem państwowych środków przeznaczonych na walkę z kryzysem i na wsparcie w warunkach kryzysu realnego sektora gospodarki, systemu bankowego i kompleksu obronnego. Miedwiediew stwierdził, że z powodu korupcji środki nie były wykorzystywane zgodnie z przeznaczeniem. Nic nie powiedziano na temat sposobów, których FSB ma używać, aby okiełznać rozpełzanie się na boki państwowych finansów przeznaczonych na ratowanie gospodarki. Może FSB otrzyma jakieś dodatkowe kompetencje? Jakie? Po co? I tak każdemu może zaglądać przez ramię.

    Władze zaczynają działać według zasady „wszystkie ręce na pokład”. Monitorowaniem sytuacji i nastrojów w zakładach pracy zajmuje się „Jedinaja Rossija”, Ministerstwo ds. Sytuacji Nadzwyczajnych ma tworzyć lotne brygady do gaszenia strajków, prokuratura kontroluje, czy pracownicy dostają na czas wynagrodzenia oraz czy media nie podają „dezinformacji dotyczącej oceny kryzysowych zjawisk i ich skutków”. Czyli rozrasta się system kontroli nad społeczeństwem i jego nastrojami. Czy to oznacza, że władze nie wierzą w skuteczność swoich programów antykryzysowych?