Kategoria: Bez kategorii

  • Ludzie listy piszą…

    …a odpowiednie organy czytają. Od dziś tajemnica korespondencji w Rosji staje się sprawą względną. Wchodzi w życie przepis ministerstwa łączności o udostępnianiu zawartości prywatnej korespondencji funkcjonariuszom służb specjalnych. Ci ostatni zyskują także prawo rekwirowania podejrzanych przesyłek. Obrońcy praw człowieka w Rosji zwracają uwagę, że w dokumencie nie zostały określone warunki zaglądania do listów, nie jest np. wymagana zgoda sądu. Przepis stoi w sprzeczności z art. 23 konstytucji, który gwarantuje tajemnicę korespondencji i rozmów telefonicznych. „Prawozaszczitniki” zamierzają oprotestować przepis.

    Władze Rosji wysłały ostatnio kilka sygnałów, że pilnie śledzą nastroje w społeczeństwie. Minister spraw wewnętrznych oznajmił, że w regionach powstaną specjalne grupy monitorujące sytuację. Mają być powołane w celu zapobiegania protestom w warunkach kryzysu ekonomicznego. Jeśli grupy wykryją jakieś nadzwyczajne podniesienie poziomu niezadowolenia społecznego – mają informować odpowiednie czynniki. Samo wyczuwanie nastrojów nie wystarczy – na ulicach ma stanąć 73 tysiące kamer, które będą rejestrować wszelkie przejawy aktywności społecznej – informuje gazeta „Nowyje Izwiestia”.

    Zagrożenia dla wolności jednostki w rozrastającej się sieci kontroli nie widzi szef parlamentarnej komisji ds. bezpieczeństwa Giennadij Gudkow (w przeszłości pracujący w KGB): „Nie idziemy w stronę totalnej kontroli, chociaż w ten czy inny sposób wszystko jest kontrolowane. Nasza rozmowa przez telefon też jest nagrywana. Sto procent rozmów przez sieć komórkową jest rejestrowana, te dane są gdzieś gromadzone i przechowywane przez jakiś czas. Ale kontrola może być tylko wybiórcza”.

    Ale pytanie – kto wybiera obiekt do kontroli i w jakim celu. „Nasze państwo stara się nam przez cały czas odebrać nasze prawa, i tak się będzie działo dopóty, dopóki społeczeństwo nie zacznie protestować” – mówi Ludmiła Aleksiejewa z moskiewskiego biura Grupy Helsińskiej. Ale do protestów przecież nie może dojść – i one są pod kontrolą specjalnych grup. 

  • Zginęła Natalia Estemirowa

    Mówiła, że po śmierci Anny Politkowskiej musi kontynuować jej dzieło – przebić mur milczenia wokół zbrodni i przypadków łamania praw człowieka, jakie widziała wokół siebie w Groznym i całej Czeczenii. Kiedy Anna Politkowska czy inni dziennikarze zajmujący się Kaukazem, przyjeżdżali do Groznego, pierwsze kroki kierowali do Natalii Estemirowej – po relacje, po kontakty. Natalia uparcie drążyła tematy, które w przestrzeni publicznej nie istniały od dawna, skrzętnie zamiatane pod dywan. Oficjalnie przecież w Czeczenii nastał już dawno pokój, operację antyterrorystyczną też kilka miesięcy temu zakończono. Nie można więc było mówić o porwaniach, zbrodniach popełnianych przez siły federalne czy ludzi prezydenta Czeczenii Ramzana Kadyrowa. A Natalia Estemirowa niezmordowanie tropiła ślady tych przestępstw. W raporcie o stanie praw człowieka w Federacji Rosyjskiej napisała rozdział o Czeczenii.

    Wczoraj została uprowadzona spod swego domu w Groznym, dziś jej ciało znaleziono na terytorium sąsiadującej z Czeczenią Inguszetii.

    Wielokrotnie jej grożono, nakłaniano, by przestała „wtykać nos w nie swoje sprawy”. Współpracownicy Estemirowej z czeczeńskiego oddziału „Memoriału” winą za morderstwo obarczają prezydenta Czeczenii Ramzana Kadyrowa, którego Estemirowa krytykowała za brutalizację życia w republice. Kadyrow kategorycznie zaprzeczył, obiecał śledztwo.

    Zabójstwo Estemirowej nie jest pierwszym głośnym zabójstwem dziennikarza i obrońcy praw człowieka w Rosji. Władze jak zwykle w takich wypadkach wyrażają oficjalnie oburzenie, zapewniają, że dołożą wszelkich starań, by wykryć sprawców, po czym sprawa przycicha. Na ogół zabójców nie udaje się złapać. A nawet jeśli sprawa dociera do sądu, to wyrok skazujący nie zapada albo zapada, ale wszystko grzęźnie w apelacjach, gdyż w toku prac sąd, obrona, prokuratura dopuszczają taką masę pomyłek, że nie ma podstaw do ferowania wyroków. Czy tym razem państwo rosyjskie okaże się znów bezsilne czy znowu okaże się, że nikt nie może czuć się bezpieczny. Zwłaszcza ktoś, kto z bliska patrzy władzy na ręce.

    Z kuriozalnym oświadczeniem wystąpił prezydent Ramzan Kadyrow, którego współpracownicy zamordowanej wskazali jako zleceniodawcę zabójstwa. Zapowiedział, że będzie ścigać sprawców „tradycyjnymi metodami”. Czy to znaczy, że wyjdzie poza ramy prawa?

    Prezydent Miedwiediew, zapytany dziś podczas wspólnej z Angelą Merkel konferencji prasowej w Niemczech przez zachodniego dziennikarza o powiązanie zabójstwa Estemirowej z Kadyrowem, złożył okrągłe oświadczenie, że jest wstrząśnięty i dołoży wszelkich starań, by sprawę wyjaśnić, a działalność obrońców praw człowieka uważa za wielce pożyteczną, choć czasami dla władz niewygodną.

    Od odpowiedzi na pytanie faktycznie więc się uchylił. Sytuacja na rosyjskim Kaukazie Północnym jest cały czas napięta. Blokada informacyjna wokół Czeczenii zrobiła swoje: ten temat spadł ostatnio z pierwszych stron gazet. A przecież dzieje się tam nadal wiele zatrważających rzeczy.

    Kadyrow został przez Kreml wyposażony w nieograniczone pełnomocnictwa. Jedynym jego zadaniem jest zdjęcie problemu czeczeńskiego z porządku dziennego, żeby był spokój. I cisza. Kadyrow wykorzystuje tę złotą wolność „po połnoj programmie”, robi, co mu się żywnie podoba. „Kadyrow ma prywatną gwardię, prywatne struktury śledcze, sam rozstrzyga, co jest prawem. On może przez telewizję zapowiedzieć, że zgodnie z tradycją zemsty rodowej będzie się mścił na swoich wrogach Jamadajewach, może rozstrzeliwać swoich przeciwników na ulicach Moskwy. Zabójstwo Estemirowej to normalny przejaw „uspokojenia ludzi” wedle czekistowskich metod” – napisał w komentarzu politolog Dmitrij Orieszkin.

    A zdaniem Andrieja Babickiego, dziennikarza specjalizującego się w tematyce czeczeńskiej, „to zabójstwo zmienia sytuację. Obrońcy praw człowieka byli ostatnim źródłem informacji o tym, co dzieje się w Czeczenii. To sygnał, by przestali mówić, by przestali upominać się o prawa ludzi, pozbawionych na czeczeńskiej ziemi elementarnych praw”.

    A może jednak zabójstwo Estemirowej zmieni ten chory układ?

  • Wizyta przyjaźni

    Po raz pierwszy rosyjski prezydent odwiedził republikę, której niepodległości nie uznało ani jedno państwo na świecie. Dmitrij Miedwiediew niespodziewanie przybył dziś do stolicy Osetii Południowej z wizytą przyjaźni. Niepodległość Osetii Płd. Moskwa uznała w sierpniu zeszłego roku po pięciodniowej wojnie w Gruzji. Potem o uznaniu nowego tworu państwowego uroczyście powiadomił Moskwę prezydent Nikaragui, ale do tej pory parlament tego kraju nie rozpatrywał ratyfikacji dokumentów uznających terytorium wyszarpane przez Rosję Gruzji za niepodległe państwo. Kwestia uznania/nieuznania niepodległości Osetii Południowej i Abchazji (drugiej separatystycznej gruzińskiej prowincji, której niepodległość Rosja uznała w podobnych okolicznościach w ubiegłym roku) jest od wielu miesięcy przedmiotem targu Moskwy z przywódcą bratniej Białorusi, który co jakiś czas głośno obiecuje uznanie, a potem udaje, że nie wie, o co chodzi.

    Podczas ostatniej wizyty w stolicy Rosji prezydent USA Barack Obama kilkakrotnie powtórzył, że Waszyngton i Moskwa mają różne stanowisko w sprawie granic Gruzji – Moskwa uznaje dwie gruzińskie prowincje za oddzielne, niepodległe państwa, Waszyngton – jak i reszta świata – trwają na stanowisku integralności terytorialnej Gruzji, z Abchazją i Osetią w składzie tego kraju.

    Na terytorium Osetii odbywają się ważne ćwiczenia armii rosyjskiej, stacjonują wojska rosyjskie, granicy strzegą rosyjscy pogranicznicy, ostatnio Moskwa nie przedłużyła mandatu międzynarodowej misji obserwacyjnej w Osetii. Po rosyjskim internecie przetoczyła się ostatnio szeroka dyskusja, czy możliwa jest nowa wojna kaukaska, mająca na celu doduszenie znienawidzonego przez rządzący Rosją tandem „reżimu Saakaszwili” i umocnienie się wypłukiwanych wpływów Rosji w regionie.

    Oprawa wizyty Miedwiediewa przypominała gospodarską wizytę przywódcy w przodującym gospodarstwie rolnym, a nie w partnerskim państwie. „Pokażecie mi na przykład, co trzeba zrobić, co jest najbardziej potrzebne, gdzie trzeba akcentować wysiłki (tak, akcentować wysiłki) przede wszystkim” – zagaił prezydent międzypaństwowe rozmowy na najwyższym szczeblu. Miedwiediew zapowiedział, że planowane jest podpisanie kilku porozumień zacieśniających doskonale się układającą dwustronną współpracę wojskową.

    Władze Gruzji uznały wizytę Miedwiediewa za prowokację, prezydent Micheil Saakaszwili wysunął przypuszczenie, że wizyta prezydenta Rosji w Cchinwali to swego rodzaju odpowiedź na porozumienie, jakie dzisiaj podpisano w Europie w sprawie gazociągu Nabucco, który – jeśli powstanie – może przełamać monopol na rosyjskie dostawy gazu (Nabucco byłby przedłużeniem już istniejącego gazociągu Baku-Tbilisi-Erzurum do Europy; popłynąłby nim gaz azerski i turkmeński).

    Czy kolejne zawirowania i niepokoje na Kaukazie mogłyby udaremnić, a w każdym razie utrudnić ten projekt?

  • Śniadanie z butem

    Prezydent Obama w drugim dniu wizyty zjadł śniadanie w „rosyjskim stylu” w towarzystwie premiera Władimira Putina.

    W okresie poprzedzającym wizytę amerykański prezydent Obama dawał do zrozumienia, że widzi pewną różnicę pomiędzy liberalnym prezydentem Miedwiediewem a Putinem, który – jak powiedział nawet w jednym z wywiadów – „jedną nogą tkwi w przeszłości”. Niektórzy rosyjscy komentatorzy zaraz na to odpowiedzieli, że najwyraźniej prezydent Obama tkwi jedną nogą w starych stereotypach, a sam premier w dosadnym, charakterystycznym stylu skomentował, że „my w Rosji nie mamy zwyczaju stać wraskoriaczku [okrakiem]”.

    Stojący twardo na nogach premier przyjął prezydenta USA w wyćwiczonej pozie – rozwalony na fotelu (nie sposób się uwolnić od wrażenia, że właśnie „wraskoriaczku”) z miną „możecie mi wszyscy skoczyć”. Panowie wymienili przed kamerami kilka uprzejmości i okrągłych formułek o historii stosunków amerykańsko-rosyjskich, po czym premier Putin wyjrzał przez okno i pokazał pięknie nakryty na tarasie stół i stojący obok samowar, rozpalany właśnie wielkim butem z cholewą przez ubranego w szkarłatną koszulę mołodca. Pozostała część rozmowy odbyła się już bez kamer.

    Służby prasowe stawały na rzęsach, żeby pokazać, iż rozmowa dotyczyła zagadnień współpracy handlowej, ale z późniejszych skąpych przecieków wynikało, że panowie Obama i Putin nie ograniczyli się do wymiany zdań o poprawce Jacksona-Vanika, hamującej wymianę towarową między obu państwami. Jak pisze dzisiejsza „Niezawisimaja Gazieta”, obaj liderzy rozmawiali o problemach strategicznych. Tymczasem wedle konstytucji i protokołu, kwestie strategiczne Obama powinien był omawiać jedynie z prezydentem, a nie z premierem; uznając realny układ władzy, Obama zlekceważył protokół i dał wyraz temu, że zdaje sobie sprawę, kto tu rządzi. „Och, pan myśli tak samo jak Miedwiediew” – zauważył po spotkaniu, jak gdyby komentując swoje wcześniejsze stwierdzenie o jednej nodze tkwiącej w przeszłości. Przy innej sposobności dodał jeszcze, że uważa „tandem” za działający efektywnie.

    Obecny podczas rozmowy na tarasie Jurij Uszakow, zaufany Putina, zastępca szefa aparatu rządu, wytrawny dyplomata, uchylił rąbka tajemnicy: tematem rozmowy była kwestia irańska. USA miały zadeklarować, że chcą ścisłej współpracy z Rosją w tej sprawie. Podobnie w kwestii północnokoreańskiego programu jądrowego. „Jeśli chodzi o zderzenie interesów obu krajów na obszarze postsowieckim, spór z powodu tarczy w Europie – to tu komentarze Uszakowa stały się jeszcze bardziej skąpe. Najwidoczniej żadnych konkretnych porozumień nie osiągnięto” – konstatuje gazeta.

    Ale liczy się przetarcie szlaków. Bokserzy mówią, że pierwsza runda pojedynku jest po to, aby „obwąchać” przeciwnika. Wydaje się, że założeniem wizyty było zrobienie remanentu, znalezienie sfer, w których można się dogadać (rozbrojenie, tranzyt do Afganistanu), zaznaczenie różnic w kwestiach, w których dogadać się (na razie) nie można, ale bez zadrażniania. No i ogólne ocieplenie atmosfery.

    Wracając do skąpego komunikatu o tematyce rozmów, a konkretnie do sprawy Iranu. Obamie zależy na włączeniu Rosji do gry o Iran. Rosja buduje Iranowi siłownie jądrowe, sprzedaje reaktory i paliwo, ma dobre stosunki z władzami, od czasu do czasu pisze się, że zamierza sprzedawać niebezpieczną broń, a w Radzie Bezpieczeństwa skutecznie blokuje rezolucje wprowadzające sankcje. Jednym słowem – wydaje się, że ma wpływy i możliwość prowadzenia dialogu z Teheranem. Czy i jak się do tego zabierze? Czy chce, a przede wszystkim – czy może wpływać na Iran? To może się okazać ważny test.

    A co do innych kwestii, jeszcze bardziej spornych, to raczej nie wystarczy buta z cholewą, by rozpalić węgielki w samowarze. „Cholernie mokre drzewo, pani baronowo”.

     

  • Tandemokracja klepnięta

    W wielu rosyjskich komentarzach na temat pierwszej wizyty Baracka Obamy w Moskwie czerwoną nicią przewijają się porównania do przełomowych spotkań przywódców USA i ZSRR – Chruszczowa z Kennedym, Nixona z Breżniewem, Reagana z Gorbaczowem. Przypominane są uzgodnione wówczas historyczne porozumienia – po rozmowie z Kennedym Chruszczow doszedł do wniosku, że przystojny amerykański inteligencik jest słabeuszem i ZSRR może sobie pozwolić na awanturę w Zatoce Świń, po spotkaniu Nixona z Breżniewem nastąpiło odprężenie i zapoczątkowano proces rozbrojenia, a Reagan z Gorbaczowem mimo formuły „Dowieriaj, no prowieriaj” (Ufaj, ale sprawdzaj) wpuścili do dwustronnego dialogu dużo świeżego powietrza, które ogrzało kończącą się właśnie krachem ZSRR zimną wojnę. Spotkanie Reagan-Gorbaczow było w tej serii ostatnim spotkaniem równych liderów dwóch supermocarstw. Tego dwubiegunowego świata już dawno nie ma – Rosja nie jest „tym jedynym” partnerem Stanów Zjednoczonych, od którego zależą losy świata. Jest jednym z ważnych partnerów, od którego zależy wariant rozwiązania kilku problemów – jeśli Rosja zechce współpracować, to warianty rozwiązania problemu będą dla Waszyngtonu łatwiejsze do zrealizowania, jeśli zechce bruździć (a potencjał szkodzenia ma wielki) – to problem rozwiązać będzie trudno. Mimo osłabienia kryzysem Stany nadal pozostają największym supermocarstwem świata, Rosja walczy o utrzymanie statusu mocarstwa (już nie supermocarstwa). A zatem, jak mówią w Odessie, tamte spotkania na szczycie i obecna wizyta prezydenta Obamy w Moskwie eto dwie bolszych raznicy.

    Po wczorajszych rozmowach Obama i Miedwiediew wygłosili ogólnikowe komunikaty (miejscami sprzeczne ze sobą) i podpisali deklarację intencji zawarcia traktatu rozbrojeniowego, który zastąpi wygasający w grudniu 2009 roku START. Obu politykom bardzo zależy na podkreśleniu, że osiągnięto sukces. Ich sukces. Polityczną decyzję w sprawie obniżenia pułapów głowic i środków ich przenoszenia podjęto zatem w atmosferze wzajemnego zrozumienia. I bardzo dobrze. Eksperci się tylko trochę pogubili w tych optymistycznych oparach – tekst deklaracji udało się stronom uzgodnić w jedenaście dni. „Ale cudów nie ma i nie będzie mimo najlepszej woli prezydentów – rokowania nad START 1 trwały dziewięć lat, teraz wszystkie szczegóły trzeba dopiąć w pół roku. Jak?” – mówi jeden z obserwatorów. Stronie rosyjskiej nie udało się formalnie powiązać kwestii rozbrojenia ze sprawą elementów tarczy przeciwrakietowej w Polsce i w Czechach.

    Bardzo ważna dla obu stron jest kwestia tranzytu zaopatrzenia dla natowskiej misji w Afganistanie. Rosja wyraziła zgodę na tranzyt ładunków wojskowych (drogą powietrzną i lądową). Obecność Amerykanów i spółki w Afganistanie daje względny spokój Rosji. Obie strony są więc zadowolone.

    Powołano komisję Obama-Miedwiediew do spraw wszelkich, ma ją tworzyć trzynaście grup roboczych, wałkujących najważniejsze tematy (w skład komisji ds. społeczeństwa obywatelskiego ma wejść główny ideolog „suwerennej demokracji” Władisław Surkow, sprawnym cięciem skalpela wycinający rosyjską opozycję; niezły spec od wolności społeczeństwa, trzeba przyznać).

    Nadal nie wiadomo, jakie uzgodnienia (czy w ogóle jakieś uzgodnienia) zapadły w kwestii tarczy przeciwrakietowej. Pozycja Stanów Zjednoczonych nadal obwarowana jest szeregiem warunków. W wystąpieniu na moskiewskiej uczelni ekonomicznej Obama zapewnił po raz kolejny, że tarcza nie jest wymierzona w Rosję (o czym władcy Rosji, mam wrażenie, doskonale wiedzą) i że USA będą współpracować z Rosją nad nową architekturą bezpieczeństwa.

    Tyle Obama i Miedwiediew. Dzisiaj rano śniadaniem podjął amerykańskiego prezydenta premier Putin. Pogryzając przepiórki i jaja z czarnym kawiorem, panowie rozmawiali dwie godziny. Wczorajsze wypowiedzi Obamy na temat rządzącego tandemu i dzisiejsze jego spotkanie z premierem są faktycznie „klepnięciem” rosyjskiej tandemokracji, uznaniem przez Waszyngton specyficznego układu władzy w Rosji. (Niewątpliwie warto przyjrzeć się uważniej tej konwersacji prezydenta z premierem przy samowarze – może w następnym wpisie).

    Obserwatorzy zgodni są co do tego, że atmosfera w stosunkach dwustronnych została „ocieplona”. Choć o przełomie mówić trudno – zbyt wiele różnic dzieli, zbyt mało pozytywów łączy. Jeżeli uda się zrobić coś konkretnego w dziele rozbrojenia, to może w przyszłości stanie się to podstawą do budowy zaufania, którego w stosunkach dwóch państw ciągle jest jak na lekarstwo. A może jeszcze w ogóle nic z tego nie wyjdzie.