Kategoria: Bez kategorii

  • The year after

    Rok temu Gruzja przegrała wojnę o odzyskanie zbuntowanej prowincji – Osetii Południowej. Przegrała nie z Osetią, ale z Rosją, która – jak twierdzą rosyjskie władze, wyłącznie ze względów humanitarnych – wystąpiła w obronie ludności osetyjskiej. Gruzja przegrała swoje marzenie o rychłym wstąpieniu do NATO.

    Poza Rosją i Nikaraguą pozostała część społeczności międzynarodowej nadal uznaje Osetię za część terytorium Gruzji. A Osetia, z którą prezydent Miedwiediew zamierza budować „pełnowartościowe stosunki”, przez ten rok stała się pomnikiem triumfu korupcji, wielką czarną dziurą, przez którą „przeciekły” pieniądze i zniknęły w niewiadomym kierunku oraz miejscem, w którym mogą znajdować się rosyjskie bazy wojskowe.

    Rok upłynął Moskwie na podszczypywaniu Saakaszwilego. Prezydent i premier Rosji kilkakrotnie – również na forum międzynarodowym – komunikowali, że nie mogą się doczekać, kiedy okrutny „reżim w Tbilisi” upadnie. Premier Putin miał nawet powiedzieć, że zamierza powiesić Saakaszwilego za intymny szczegół. Rosyjscy przywódcy starannie oddzielają uczucia, jakie żywią do Saakaszwilego, od uczuć, jakie żywią wobec narodu gruzińskiego. Saakaszwilemu życzą jak najgorzej, naród, który go wybrał i popiera – kochają. Dzisiejsze demonstracje w Moskwie, zorganizowane przez prokremlowską młodzieżówkę, komunistów i LDPR Żyrinowskiego, odbyły się pod hasłami: „Gruzini, wygońcie biesa Saakaszwilego”. Saakaszwili w ujęciu oficjalnej rosyjskiej propagandy jest paskudnym amerykańskim najmitą – na demonstracji dostało się więc Stanom Zjednoczonym, uczestnicy krzyczeli: „Ameryko, ręce precz od Kaukazu”. Minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow jednocześnie zapewnił w wywiadzie, że konflikt w ogóle nie ma żadnego wpływu na stan stosunków rosyjsko-amerykańskich. Przedstawiciel Departamentu Obrony USA oświadczył zaś, że Waszyngton popiera i będzie popierać w przyszłości terytorialną integralność Gruzji. Podobne oświadczenia składali w ciągu tego roku i stary, i nowy prezydent USA.

    Przez ten rok Moskwie nie udało się przekonać nawet najbliższych przyjaciół i sojuszników do uznania niepodległości Osetii i Abchazji, drugiej z gruzińskich prowincji, wziętej przez Moskwę pod opiekuńcze skrzydło. Nawet prezydent Białorusi wije się jak piskorz, to obiecując, że zaraz uzna, to znowu wpadając na ten temat w stupor i amnezję. Na razie nie uznała tych tworów za państwa Armenia, najwierniejszy z sojuszników kaukaskich. Nie uznały też kraje Azji Centralnej.

    Rosja zademonstrowała w ubiegłym roku, że nie cofnie się przed użyciem siły w obronie swoich interesów na obszarze postradzieckim, który uważa za „terytorium kanoniczne”. Walka o hegemonię na tym terytorium toczy się ciągle w wielu różnych wymiarach. I nic jeszcze nie jest przesądzone. Przez ten rok wiele zmienił światowy kryzys gospodarczy. Impet, jakiego Rosja nabrała w zeszłym roku po militarnym zwycięstwie nad Gruzją, został nieco wytracony właśnie z powodu kryzysu.

    Przed przyjazdem prezydenta Obamy do Moskwy na początku lipca przez rosyjskie media przetoczyła się dyskusja, czy dojdzie do „drugiej wojny kaukaskiej”. Wskazywano, że na Kremlu istnieje silne lobby zwolenników „dobicia Saakaszwilego”. Po wyjeździe Obamy dyskusja jak nożem uciął zniknęła z łamów. Teraz z okazji rocznicy ponownie mamy paradę dywagacji, czy Rosja uderzy czy nie uderzy. Czy prowokuje Saakaszwili, czy prowokuje Osetia? Sytuacja przez cały czas jest bardzo napięta.

    Cały rok Rosja usilnie zabiegała o przekonanie świata, że agresorem był Saakaszwili, a Rosja tylko w białych szatach sprawiedliwego obrońcy odpowiedziała na jego podłą agresję. Świat się jakoś przekonać nie dał. Ciągle wisi w powietrzu pytanie, skąd w rejonie konfliktu wzięły się jeszcze przed tą „agresją Saakaszwilego” silne zgrupowania rosyjskiej armii. W powietrzu wisi zresztą jeszcze wiele niepokojących pytań.

     

  • Propaganda odgrzewa stare kotlety

    Seksu w ZSRR, jak wiadomo, nie było. W jelcynowskiej Rosji półgębkiem próbowano O TYM rozmawiać w burzliwie rozwijającej się wtedy prywatnej telewizji NTV, ale też w późnych godzinach nocnych. Świętoszkowaty radziecki styl traktowania spraw alkowy powrócił na czasów Putina. Jedynym niekwestionowanym symbolem seksu pozostaje od dziesięciu lat sam Władimir Władimirowicz.

    „Dziewczyny, toż to prawdziwy facet!” – wyznała na początku 2000 roku pewna leciwa dama, która doznała iluminacji po krótkiej rozmowie z Putinem (wówczas niezbyt dobrze jeszcze znanym kandydatem na prezydenta lub może już świeżo wybranym prezydentem). Intymnym zwierzeniom damy w wąskim kręgu najbliższych koleżanek przypadkiem towarzyszyły kamery państwowej telewizji, dzięki czemu kraj się dowiedział, że ma nowego seks-idola. Znajoma dziennikarka z Petersburga orzekła: skoro kremlowskim propagandystom udało się wmówić ludziom nawet to, że Putin jest seksowny, to znaczy, że mogą wmówić naprawdę wszystko. Cóż, o gustach nie dyskutuje się od czasów starożytnych.

    Natomiast oficjalna propaganda od samego początku chętnie przypisywała przywódcy wysoki poziom testosteronu. Lansowany, wyreżyserowany na użytek rozentuzjazmowanych tłumów seksapil był obowiązkową składową wizerunku Putina. Na obraz mocnego faceta składała się przede wszystkim twarda, wręcz brutalna polityka (najpierw wobec „czeczeńskich terrorystów”, których Putin kazał dopaść nawet w kiblu, potem wobec przeciwników politycznych w kraju, wreszcie wobec paskudnego Zachodu z jego tarczą przeciwrakietową i rozszerzającym się NATO), a także odprawiane od czasu do czasu PR-czary w rodzaju pilotowania nowoczesnych myśliwców.
    Życie rodzinne i sprawy sercowe prezydenta-premiera były (i są) sferą tabu. Złamała je kilka lat temu dziennikarka Jelena Triegubowa, która w książce „Wynurzenia kremlowskiego nurka” opisała niefortunne zaloty prezydenta do niej. Dziwnym trafem pod jej drzwiami ktoś potem podłożył bombę, Triegubowa poszukała więc bezpieczniejszego miejsca w Londynie. Kiedy w zeszłym roku jedna z rosyjskich bulwarówek napisała, że Putin zamierza się rozwieść i ożenić z deputowaną, znaną ekssportsmenką Aliną Kabajewą, rozpętała się burza. Gazetę zamknięto, potem niby wznowiono, ale każda wzmianka na ten temat kolportowana w innych mediach powodowała huragan gniewu kremlowskiego Zeusa. Zdawało się, że temat zamknięto po tych burzach raz na zawsze. Tymczasem kilka miesięcy temu pojawiły się w internecie kolejne bulwarowe doniesienia, że Kabajewa urodziła dziecko. Nie wiadomo wprawdzie dokładnie, czy urodziła, gdzie i kto jest ojcem dziecka, ale znacznie ciekawsze było to, że wszystkie te wzmianki błyskawicznie znikały z sieci wycierane tajemniczą gumką.

     

    Dwa lata temu podczas wakacji w pięknych okolicznościach przyrody prezydent Putin zaprezentował się światu z gołym torsem. W nieformalnej atmosferze ryby sobie łowił w towarzystwie księcia Alberta z Monako. I dał się przy tym sfotografować. Światowe media huczały, roztrząsając szczegóły muskulatury, chwaląc odwagę i doceniając efekt.

    Minęły dwa lata i oto pan Putin ponownie pozwolił sobie na rozbieraną sesję w podobnie pięknych okolicznościach przyrody, tym razem w egzotycznej i zachwycającej Tuwie.

    Czyżby stępiła się pomysłowość kremlowskich PR-owców? Znowu publiczności zaserwowano to samo danie (to samo, choć nie takie samo, bo Putin jest codziennie mniej młody i to widać na tych zdjęciach). Po co?

    Większość zachodnich komentatorów wysuwa tezę, że Putin chciał w ten sposób pokazać, że nadal jest w dobrej formie, że trzyma ster władzy równie mocno jak wodze rumaka, na grzbiecie którego pomykał po Tuwie, że zapewne wystartuje w najbliższych wyborach prezydenckich. Może i tak. Ale wybory zgodnie z konstytucją mają się odbyć w 2012 roku, jeszcze „kupa cziasu”, jak mawiał kapitan Pawłow.

    Przygrzewany kotlet z gołego torsu premiera jest raczej świadectwem kryzysu, a nie rozkwitu. Ostatnie PR-akcje w rodzaju wizyty w Pikalowie, gdzie premier rewindykował długopis od znanego oligarchy albo zanurzenie się w Bajkale w batyskafie „Mir” są spektaklami ku uciesze szerokich mas. Główny aktor zdaje się w nich powtarzać – jestem mocny, trzymam rękę na pulsie, możecie się nie bać. Propaganda tak podkręca, że zgodnie z wymogami gatunku Putin po zaliczeniu „podwodnej Odysei” powinien teraz polecieć w kosmos – zasugerował Awtandił Cuładze w internetowej gazecie „Jeżedniewnyj Żurnał”.

    Kto wie. Zwłaszcza że gdy chleba mało, zawsze rośnie popyt na igrzyska.

  • Ugoda buduje, niedyskrecja rujnuje

    Współwłaściciel szwajcarskiej firmy Gunvor specjalizującej się w eksporcie ropy naftowej i paliw z Rosji, Giennadij Timczenko zawarł wczoraj w sądzie w Londynie ugodę z czasopismem „The Economist”, przeciwko któremu w styczniu tego roku wystąpił z pozwem, zarzucając oszczerstwa i kalanie dobrego imienia w publikacji pisma na temat korupcji w Rosji.

    Ugoda jak ugoda. Zresztą czego to gazety nie piszą. Porządni ludzie często występują z pozwami do sądów o sprostowania, jeśli zamieszczone o nich informacje są wyssane z palca.

    29 listopada 2008 roku „The Economist” opublikował materiał o korupcji w Rosji pod tytułem „Grease my palm” (Daj mi w łapę), w którym wskazywano, że sukces firmy Timczenki Gunvor International dziwnie zbiegł się w czasie ze sprawą Jukosu. W krótkim czasie nikomu nieznana firma Gunvor znalazła się na trzeciej pozycji w rankingu kompanii eksportujących rosyjską ropę. „The Economist” przypomniał też, że Timczenko sponsorował klub dżudo, którego honorowym prezesem był Putin i pracował w firmie naftowej, która [na początku lat 90.] otrzymała przydział dużej kwoty w ramach schematu dostaw żywność za ropę w czasach, kiedy w merostwie Petersburga pracował Putin, który był autorem tego schematu”.

    Timczenko wystąpił do sądu, domagając się rekompensaty za szkody moralne i zakazu publikacji na swój temat. Jak wynika z oświadczeń bliskich współpracowników Timczenki, biznesmen zrezygnował z sądzenia się i poszedł na ugodę z pismem, kiedy okazało się, że rozprawa będzie jawna i że trzeba będzie ujawnić pewne dane dotyczące biznesu i partnerów – pisze we wczorajszym wydaniu moskiewska gazeta „Wiedomosti”.

    Nazwisko Timczenki wypłynęło w 2004 r., kiedy Iwan Rybkin [wówczas kandydat na prezydenta, a za czasów Jelcyna przewodniczący parlamentu] wskazał go jako człowieka, odpowiadającego za biznes Putina – przypomina gazeta „Wiedomosti”. Ale mimo obietnic żadnych dokumentów na potwierdzenie swych tez nie przedstawił.

    Dyskrecja wydaje się najwyższą cnotą pana Timczenki i jego firmy, schowanej za siedmioma górami i siedmioma rzekami. Wszelkie publikacje w prasie na ten temat (rzadkość) spotykają się z reakcją zainteresowanego. W maju zeszłego roku Timczenko napisał do „Financial Times” list w sprawie publikacji gazety o firmie Gunvor (to norweskie imię żeńskie, które znaczy „roztropna w walce”). List zawierał trzy tezy: Timczenko nigdy nie prowadził wspólnego biznesu z Putinem, określanie jego znajomości z Putinem jako bliskiej jest przesadą, sukces Gunvor nigdy od tej znajomości nie zależał.

    „The Economist” wykazał się roztropnością w walce i przeprosił Giennadija Timczenkę. Zamieścił też sprostowanie: „Przyjmujemy zapewnienia Gunvor, że ani Władimir Putin, ani żaden inny wysoko postawiony rosyjski polityk, zajmujący oficjalne stanowisko, nie mają udziałów w firmie Gunvor. Wyrażamy żal, jeśli mogło powstać mylne wrażenie w związku z tą sprawą”.

    W ubiegłym roku pismo „Forbes” oceniało majątek pana Timczenki na 2,5 mld dolarów. Na liście najbogatszych Rosjan zajmował 43. miejsce. Timczenko, jak przypomina internetowa gazeta Newsru.com, nie jest obywatelem Rosji, lecz Finlandii. Ale mieszka w Rosji.

  • Iczkeria wraca do Czeczenii?

    Premier rządu Iczkerii na uchodźstwie Ahmed Zakajew przeprowadził dwudniowe konsultacje z wysłannikiem prezydenta Czeczenii Ramzana Kadyrowa w sprawie „konsolidacji społeczeństwa czeczeńskiego”. Głównym elementem owej konsolidacji miałby być – wedle wszelkiego prawdopodobieństwa – powrót Zakajewa do Groznego (sam Zakajew zdementował te informacje). Jego powrót byłby symbolicznym zakończeniem wojny czeczeńskiej. Spotykając się z przedstawicielem Kadyrowa, Zakajew faktycznie uznał obecne władze Czeczenii.

    Mający od Kremla placet na szaleństwo według własnej metody Kadyrow zaprowadził w Czeczenii brutalny reżim (zwany przezeń porządkiem), rządzi republiką po swojemu, coraz rzadziej i niechętnie oglądając się na Moskwę. Owszem, stamtąd potrzebne mu są subsydia, w związku z tym – w przeciwieństwie do separatystów epoki Dudajewa i Maschadowa – nie mówi o niepodległości Czeczenii. Mówi, że Czeczenia jest lojalną częścią Federacji Rosyjskiej, choć de facto republika stopniowo oddala się i wymyka metropolii. „Czeczenia nigdy nie była tak niepodległa, jak za Kadyrowa” – powtarza wielu obserwatorów.

    Kadyrow jedzie po bandzie, lekceważąc prawo federalne. Ostatnio publicznie rzucono mu w twarz oskarżenie o zabójstwo obrończyni praw człowieka Natalii Estemirowej, odparł, że zajmie się zabójcami „tradycyjnymi metodami”. W Czeczenii, Moskwie, Dubaju i innych miejscach zginęło lub zostało ciężko rannych w ostatnich miesiącach kilku przeciwników politycznych Kadyrowa („tradycyjne metody”?), z jego nazwiskiem łączono też zabójstwo dziennikarki Anny Politkowskiej. Od wszystkiego Kadyrow się odżegnał. Swoim krytykom powtarza, że mogą sobie mówić, co chcą, ale to za jego czasów w Groznym odbudowuje się dzielnicę za dzielnicą.

    Od dawna Kadyrow zabiega różnymi sposobami – po dobroci, po złości, szantażem – o powrót do Czeczenii różnych ważnych osobistości z emigracji. Powracający otrzymują gwarancje bezpieczeństwa w zamian za lojalność wobec Kadyrowa. Wrócili m.in. Umar Chanbijew (minister zdrowia w rządzie Maschadowa, obecnie naczelny chirurg republiki) czy jego brat Magomed (eksminister obrony, obecnie deputowany). W miejscowej telewizji odbywają się pokazowe debaty w udziałem Kadyrowa i „nawróconych” przedstawicieli władz Iczkerii, bojowników walczących niegdyś i całkiem do niedawna o wolną Iczkerię. Telewizyjne seanse mają pokazać, że Kadyrow dąży do pokoju i scalenia społeczeństwa czeczeńskiego rozbitego wojną. Do zwolenników „islamskiej” linii prezydenta Doku Umarowa, którzy walczą o kaukaski emirat (Umarow w 2007 roku „rozwiązał” Czeczeńską Republikę Iczkeria i zorganizował „Emirat Kaukaz”), Kadyrow strzela w ramach operacji antyterrorystycznych. Z Zakajewem, jak widać, woli się dogadać. Powrót Zakajewa byłby symbolicznym zakończeniem wojny. Kadyrow mógłby wtedy głosić, że czeczeńska/iczkeryjska emigracja jest po jego stronie. To dałoby mu pewne wzmocnienie w rozmowach z Kremlem. Natomiast powrót Zakajewa nie zmieniłby jakoś znacząco rozkładu sił w samej Czeczenii – Zakajew przede wszystkim nie ma wpływu na to podziemie, które działa teraz w Czeczenii i innych północnokaukaskich republikach.

    Aleksandr Czerkasow z „Memoriału” porównuje falę czeczeńskich powrotów do sytuacji rosyjskiej emigracji w latach 20. „Wojna domowa się skończyła. Emigracja. Życie w zamkniętych wspólnotach, jako że integracji z miejscowymi praktycznie brak. Ciężko żyć moralnie. Oderwanie od narodowej kultury, języka. A tu propaganda z ojczyzny przekonuje, by wracać. Wtedy to była sowiecka propaganda, teraz – za pośrednictwem anten satelitarnych – propaganda [Kadyrowa] wyjaśnia, jak powinien żyć każdy Czeczen. Pokazują odbudowany Grozny. Emigrant z Czeczenii widzi więc to, co w latach 20. pokazywano rosyjskiemu emigrantowi: to jest ojczyzna naszych marzeń. Bolszewicka Rosja jest reinkarnacją wielkiego Cesarstwa Rosyjskiego. […] A Ramzan Kadyrow ma teraz więcej sił i środków niż Dudajew i Maschadow razem wzięci. I to prawda. Emisariusze z Czeczenii, działający w emigracyjnych wspólnotach rozsianych po całej Europie, namawiają byłych separatystów, zwłaszcza członków władz, do powrotu”.

    Rzecz jednak w tym, że Zakajew jest ścigany federalnym listem gończym za terroryzm. Rosja wystąpiła swego czasu do Wielkiej Brytanii o ekstradycję Zakajewa (Londyn nie tylko nie wydał Zakajewa, ale przyznał mu azyl polityczny). Czyżby Kadyrow w ramach specjalnych chodów u Kremla zdołał wydębić sankcję na powrót Zakajewa? Czy rosyjska prokuratura przyzna, że oskarżenia wobec Zakajewa były lipne? A może Zakajew jednak nie wróci.

  • Spada, a nawet rośnie

    Rosjanie nadal popierają swego szeryfa. Aż 78 procent pytanych w ostatnim sondażu ośrodka badania opinii społecznej Centrum Lewady powiedziało, że popiera działalność premiera Putina (nie popiera 19%), 72 procent – popiera prezydenta Dmitrija Miedwiediewa (nie popiera – 23%). W porównaniu z majowym sondażem zmiany są niewielkie (wtedy Putin cieszył się 80-procentowym poparciem, Miedwiediew – 70-procentowym).

    Kolejne pytanie, na jakie mieli odpowiedzieć uczestnicy badania: kto sprawuje realną władzę w Rosji. 32 procent odpowiedziało, że Putin, zaledwie 9 procent – że Miedwiediew, 51 procent było zdania, że krajem rządzi tandem.

    Od zeszłorocznej operacji „Priejemnik” (następca) analitycy z uwagą przyglądają się nieznanemu fenomenowi na szczytach władzy w Rosji – tandemowi premier Putin – prezydent Miedwiediew – i zastanawiają, kto rządzi naprawdę oraz kto kogo i kiedy „wystawi”. Jak za czasów ZSRR wedle tego, jak kto stoi na trybunie mauzoleum, wróży się, kto ma jaką pozycję na dworze. Nominalnie głową państwa jest prezydent. Obecnie urząd ten sprawuje Dmitrij Miedwiediew. Czy to oznacza, że sprawuje również władzę?

    Za czasów Jelcyna i Putina premier był drugoplanową postacią, odpowiedzialną za wykonanie poleceń z Kremla, usuwanie skutków powodzi czy kampanię siewną. Jeśli miał zbyt wiele własnych ambicji, nie zagrzewał zbyt długo miejsca. Teraz premier faktycznie gra pierwsze skrzypce. W „jaszcziku” (jak Rosjanie nazywają telewizję) skrupulatnie zachowywany jest parytet: tyle samo obrazków z prezydentem, tyle samo z premierem. Na ogół obrazek jest nudny jak flaki z olejem: premier za stołem prezydialnym, wianuszek urzędników wokół. Ale czasem premier błyśnie po staremu inwencją i ucieszy oko widzów – a to sponiewiera oligarchę i każe mu oddać długopis (jak w sławnym mieście Pikalowie), a to spotka się z miłośnikami szybkich motocykli sam przyodziany w dobrze skrojoną kurtkę w stylu członków klubu. Prezydent Miedwiediew jest jako bohater codziennej telenoweli serwowanej w programie „Wriemia” dość bezbarwną postacią – przemawia, uśmiecha się, odsłaniając dyskretnie górną szczękę, akuratny, zadbany. Czasem tylko w stylu Putina wypali mocniej – np. ostatnio dwukrotnie nazwał działania Gruzji w sierpniu ub.roku „chamską agresją”, to mocne słowa jak na kreującego się na liberalny ideał wstrzemięźliwego Miedwiediewa.

    Każdy rozdźwięk w rządzącej parze, o jakim zaćwierka najmniejszy wróbel na dachu Kremla, rozwałkowywany jest zaraz przez pilnych obserwatorów, którzy starają się dociec, czy to już koniec Putina, a może koniec Miedwiediewa. Po wizycie Baracka Obamy w Moskwie, podczas której Miedwiediew spędził z gościem więcej czasu niż Putin, nastąpiły dwa wydarzenia. Po pierwsze – rosyjski internet z dużym upodobaniem rozpowszechniał fragment kroniki ze spotkania G8 we Włoszech, na którym Miedwiediewowi plątały się nóżki, a uśmiech do wspólnej fotografii był nienaturalnie rozciągnięty i nie wskazywał na wysokie IQ wykonawcy, do kompletu brakowało jedynie pijackiej czkawki. Zaraz zaczęły się dywagacje, czy to, że dopuszczono ten materiał do oglądu, świadczy, iż Putin przywołuje Miedwiediewa do porządku i pokazuje mu miejsce w szeregu, czy to czysty przypadek. Po drugie – zaraz po szczycie G8 Miedwiediew złożył niezapowiedzianą wizytę w Osetii Płd. I znowu komentatorzy odczytali to jako próbę upokorzenia Miedwiediewa, obniżenie jego wzrastającego rankingu po rozmowach z Obamą.

    Na żadne z tych pytań nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Po wierzchu wszystko pozostało bez zmian. Miedwiediew nadal nie wychylił się – to znaczy nie zrobił nic, co można byłoby uznać za nielojalność wobec poprzednika i patrona. Od czasu, kiedy operacja „Priejemnik” weszła w decydującą fazę i Putin zdecydował, że prezydentem zostanie Miedwiediew, wiele się zmieniło i być może umowa, jaką panowie wtenczas, jak wiele na to wskazuje, zawarli, traci na aktualności w związku z galopującym kryzysem i coraz gwałtowniejszymi przegrupowaniami w obozie rządzącym. Być może. Główna gra odbywa się za kulisami – więc nie wiemy, jaki jest układ sił wewnątrz elity. Można przypuszczać, że na monolicie powstają rysy, może nawet pęknięcia, ale ekipa na zewnątrz prezentuje zgodę.

    Respondenci biorący udział w sondażu Centrum Lewady powiedzieli, że niezależnie od tego, kto jest główny, a kto główniejszy w rządzącym tandemie, są za, a nawet za. W każdym razie na razie i oficjalnie.