Kategoria: Bez kategorii

  • Niech drży świat przestępczy

    Funkcjonariusze regionalnego udmurckiego oddziału Komitetu Śledczego przy Prokuraturze Generalnej napisali, a potem nagrali hymn Komitetu.

    Dzieło W. Tiaptina (słowa) i J. Jawkina (muzyka) w wykonaniu chóru w błękitnych mundurkach można obejrzeć na stronie tygodnika „Russkij Rieportior”:

    http://www.rusrep.ru/articles/2009/09/11/gimn_udmurt/

    Pozwolę sobie zacytować w dosłownym – chromym, ale równie zaangażowanym – przekładzie fragmenty (choć zachęcam do czerpania pełnymi garściami z całego oryginału): „Wielka Rosja – w niej wiele wielkich dzieł, ale jest jeszcze i taka Rosja, w której panuje bezprawie. // I los na walkę z tym bezprawiem rzucił nas. Śmiało i uparcie stoimy na warcie. // Refren: Aby ludziom żyło się szczęśliwie, aby w oknach ciepłe płonęły światła, Komitet Śledczy kryminałowi godną da odpowiedź”. I tak dalej mężnie w tym duchu. Zwraca uwagę zwrotka: „Niech dni nasze toczą się w nieustannym trudzie, bez snu i świąt, choć duszą wstrząsa niepokój, nie potrzebujemy jadła”.

    Po wysłuchaniu dzieła spółki autorskiej Tiaptin-Jawkin wszyscy przestępcy na obu półkulach zapewne nie sypiają po nocach. Bo z takim hymnem na ustach prokuratorzy i śledczy teraz już na pewno znajdą sprawców wszystkich nie wykrytych głośnych i cichych zbrodni, wziętych pod osobiste kuratele prezydenta, premiera, ministra spraw wewnętrznych lub bez wysokiego patronatu. Dorwą kryminalistów choćby i bez jadła, choćby bez wytchnienia w niedzielę, choćby z niepokojem w sercu, ale dorwą. Nawet w mysiej dziurze, nawet na Księżycu „Komitet Śledczy kryminałowi godną da odpowiedź”.

  • Nic bez nas

    Rosja z przyjemnością ogląda najnowszy prezent od prezydenta Baracka Obamy – rezygnację z rozmieszczenia elementów amerykańskiej tarczy przeciwrakietowej w Europie Środkowo-Wschodniej. Zadowolenie (w wykonaniu niektórych rosyjskich polityków i komentatorów – wręcz triumf) miesza się jednak z pewną taką ostrożnością czy nawet zakłopotaniem.

    Nowy pomysł Obamy postrzega się w Moskwie jako prestiżowy sukces rosyjskiej dyplomacji typu „niet” – oto światowy hegemon ugina się pod naporem Rosji, co świadczy o skuteczności takiego kursu. A więc jest powód, by dąć w trąby zwycięstwa. Ale teraz powstaje sytuacja, w której to Rosja powinna zademonstrować dobrą wolę i wyjść na przeciw oczekiwaniom Waszyngtonu. Piłeczka znalazła się po stronie miłującego pokój Kremla. I należałoby to umiłowanie pokoju zaprezentować. Jak?

    Pierwszy sprawdzian to kwestia Iranu i przeciwdziałania irańskiemu programowi atomowemu. Czy Rosja jest gotowa okazać pomoc w tej kluczowej dla Obamy kwestii? Stąd właśnie wynika pierwszy z powodów pewnego zakłopotania. Bo czy Rosja może (i kolejne pytanie – czy chce) pomóc? Niejasności towarzyszą nie tylko udziałowi Rosji w projekcie jądrowym Iranu (dostawy paliwa nuklearnego dla wybudowanej przez Rosjan elektrowni w Bushehr), ale transakcji na dostarczenie systemów S-300. Jak twierdzi zajadły krytyk Kremla Andriej Piontkowski, pieniądze za te systemy – razem z „otkatem” (dolą) – Moskwa zapewne już dawno zainkasowała. Czy właśnie tym drażliwym tematom poświęcona była ostatnia tajemnicza i utajniona wizyta premiera Izraela w Rosji? 24 września ma być głosowanie w Radzie Bezpieczeństwa nad rezolucją w sprawie Iranu. Jak zachowa się rosyjska delegacja? Przedtem jeszcze odbędzie się spotkanie Obama–Miedwiediew, zapewne temat tarczy i Iranu, a także nowego układu o obustronnej redukcji zbrojeń będą na tapecie.

    Wycofanie się z projektu „Bushowskiej” tarczy zdjęło z porządku dnia jeden z naczelnych alergenów na linii Moskwa-Waszyngton. To znaczy – zdjęło szyld, zasłaniający faktyczne przyczyny niepokoju i niezadowolenia Rosji. Umieszczenie dziesięciu systemów w Polsce czy radaru w Czechach nie stanowiłoby zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego Rosji, co Moskwa wysuwała oficjalnie jako naczelny powód niezgody, chodziło przecież o niezadowolenie z obecności Amerykanów w pobliżu granic. Jeszcze w sobotę wiceminister obrony Rosji zapewniał, że skoro tarczy nie będzie, to nie będzie również Iskanderów w obwodzie kaliningradzkim. Ale już dzisiaj szef sztabu wojsk strategicznych Nikołaj Makarow oznajmił, że kwestia rezygnacji z rozmieszczenia Iskanderów w Kaliningradzie jest dyskutowana i w tej sprawie zostanie podjęta „polityczna decyzja”. Jednym słowem, prezent Obamy prezentem – fantastycznie, głupio byłoby nie przyjąć – ale Rosja nie ma zamiaru robić prezentów Obamie i nadal może potrząsać Iskanderami przed nosem Europy (plan rozmieszczenia Iskanderów w kaliningradzkiej eksklawie istnieje już od dawna niezależnie od amerykańskiej tarczy). To było w pierwszych słowach listu, a w drugich słowach listu generał Makarow oznajmił, że Rosja będzie przeciwna nie tylko „Bushowskiej” wersji tarczy (to znaczy takiej, jakiej Obama już nie chce budować w Polsce i Czechach), ale w ogóle wszelakiej tarczy amerykańskiej bez udziału Rosji. Czy możliwe jest budowanie wspólnego systemu z Rosją? Czy konieczna (możliwa, pożądana) będzie wymiana informacji, a – co szczególnie wydaje się interesować Moskwę – wysokich technologii pomiędzy krajami, które nie zawarły porozumień sojuszniczych? Czy ewentualny rosyjsko-amerykański sojusz byłby skierowany przeciwko komuś? Komu? Korei Północnej? Iranowi? Czy Amerykanie naprawdę potrzebują rosyjskich stacji w Armawirze czy Gabali (te obiekty śledzą przecież obiekty amerykańskie)? A Chiny? Czy nie poczułyby się zagrożone? Może zatem włączyć do globalnego systemu i kolegów z Pekinu? Kiedy dwa lata temu Władimir Putin zaproponował prezydentowi Bushowi wykorzystanie Armawiru i Gabali, ChRL były tym bardzo zaniepokojone.

    Jest jeszcze kilka ważnych elementów tych politycznych szachów. Moskwa spodziewa się, że teraz rozsądna, pragmatyczna (ten przymiotnik jest w cenie) Ameryka Obamy zredukuje swoje rozbudzone przez Busha ambicje na obszarze WNP.

    Rosja kilka dni temu wsparła swojego przyjaciela z Wenezueli Hugo Chaveza gigantycznym kredytem na zakup pokojowo nastawionych czołgów (Chavez 16 września wezwał wszystkich mieszkańców Ameryki Łacińskiej, by byli gotowi do wojny z Kolumbią i USA). Na terytorium Białorusi trwają ćwiczenia antynatowskie „Zachód 2009”. A dzień przed tym, jak Obama oznajmił o rezygnacji z „tarczy a la Bush”, szef National Intelligence (dyrektor ds. wywiadu) Dennis Blair opublikował raport o strategii na najbliższe cztery lata, w którym Rosję umieszczono na liście potencjalnych zagrożeń dla bezpieczeństwa narodowego Stanów Zjednoczonych.

    Jak widać, poszczególne klocuszki politycznego rosyjsko-amerykańskiego puzzle’a na razie trudno ze sobą połączyć w spójną całość.

  • Avanti!

    Rosyjskie elity zastygłe w trwaniu na nieopuszczalnych swych stanowiskach i pozycjach wysłały w świat komunikat: będziemy trwać tu nadal, ale żeby trwać, potrzebujemy zachodnich inwestycji i nowoczesnych technologii.

    Do tego okrągłego i niezbyt odkrywczego zdania można sprowadzić długą, wielce uczoną i wypełnioną po brzegi słusznością mowę prezydenta Dmitrija Miedwiediewa na tytularnym spędzie w Jarosławiu „Współczesne państwo” oraz opublikowany przezeń w Internecie tekst programowy „Naprzód, Rosjo!”.

    W Jarosławiu prezydent ponownie wypowiedział kilka sakramentalnych zdań, zdań-fundamentów: o wyższości demokracji nad wszystkim innym na świecie, o konieczności prowadzenia otwartych dyskusji o żywotnie najważniejszych problemach kraju, o niezbywalnym prawie do krytykowania tych, których postępowanie na arenie międzynarodowej jest paskudne i szkodliwe.

    Już te zdania gdzieś padły – w innych niewątpliwie słusznych wystąpieniach członków rosyjskich najwyższych władz partyjnych i państwowych. Padły i w artykule, który postępowy prezydent lubiący komputery i Internet zamieścił na „łamach” opozycyjnej internetowej „Gaziety.ru”. W tekście pod zagrzewającym do boju tytułem „Naprzód, Rosjo!” Miedwiediew diagnozował liczne mankamenty państwa (korupcja, dominacja sektorów surowcowych w gospodarce, destabilizacja na Kaukazie, na poły sowiecki system socjalny), na czele którego formalnie stoi nie od dziś, a dla podkreślenia uczoności cytował Konfucjusza i Puszkina. Wyrażał też wiarę w nieuchronność postępu w Rosji, rozwoju społeczeństwa obywatelskiego, modernizacji państwa (ciekawe jest to przywołanie owego słowa-klucza „modernizacja”, z którym wyruszał w bój o nową Rosję początkujący prezydent Putin; po dziesięciu latach słówko okazuje się jak nowe). Szczególnie wiele planów modernizacyjnych miałoby – wedle słów prezydenta – dotyczyć gospodarki, zacofanej i wymagającej unowocześnienia. Same surowce nie wystarczą, by być światowym mocarstwem. „Potrzebujemy pieniędzy i technologii krajów Europy, Ameryki, Azji […] Jesteśmy zainteresowani we wzajemnym przenikaniu się naszych kultur i gospodarek”.

    A zapóźnienie wobec wiecznie uciekającego do przodu Zachodu jest spore i ciągle się powiększa. Kryzys bezlitośnie pokazał, że pozasurowcowe sektory rosyjskiej gospodarki nie są, poza nielicznymi wyjątkami, ani konkurencyjne, ani rentowne.

    Wielu komentatorów ze wszystkich szerokości geograficznych dostrzegło w programowych wystąpieniach prezydenta Miedwiediewa, w jego wzmożonej w ostatnich dniach aktywności chęć „wybicia się na niepodległość”, uwolnienia od patronatu Putina. W tekście pada wszak wiele gorzkich słów krytyki. Nie po raz pierwszy. Nie od dziś każde westchnienie Miedwiediewa jest przez liczne zastępy interpretatorów postrzegane jako zapowiedź zburzenia konstrukcji putinizmu. Ale miesiące płyną, a tandem pod światłym przewodnictwem premiera Putina jedzie razem.

    Pośrednio odpowiedzi na wątpliwości dręczące środowisko kremlinologów udzielił sam Władimir Putin. Podczas spotkania z klubem „Wałdaj” powiedział, że w sprawie ewentualnych prezydenckich wyborów przypadających na rok 2012 siądą z Dmitrijem Anatoljewiczem i porozmawiają, co dalej: „My ludi odnoj krowi” (Jesteśmy ludźmi tej samej krwi). Zdanie to oddaje istotę – o tym, kto, w jakim trybie, w jakich dekoracjach zostanie prezydentem zdecyduje dwóch (może kilku) panów w intymnej rozmowie, a nie walka politycznych programów czy sympatie wyborców w otwartej, demokratycznej rywalizacji. A właściwie Putin zakomunikował, że to on przede wszystkim zdecyduje, co się będzie działo w kolejnej odsłonie operacji „Następca”, bo to on nadal ma i mieć będzie status lidera.

  • Heksogen nie płonie

    Dziesięć lat temu w serii zamachów bombowych w Rosji zginęło kilkaset osób. Do tej pory nie wyjaśniono żadnej z tych tragedii.

    4 września w niewielkim mieście Bujnack w Dagestanie na skutek wybuchu samochodu-pułapki zawalił się budynek mieszkalny, grzebiąc pod gruzami 58 osób. W nocy z 8 na 9 września w Moskwie wyleciał w powietrze ośmiopiętrowy blok na ulicy Gurjanowa (zginęły 94 osoby, 164 zostały ranne). 13 września na moskiewskiej Kaszyrce wybuchł kolejny blok – 119 ofiar śmiertelnych. Trzy dni później w położonym na południu Rosji Wołgodońsku – mieście średniej wielkości – na skutek zamachu zginęło 19 osób.

    22 września w Riazaniu miał miejsce dziwny incydent: w piwnicy domu mieszkalnego znaleziono worki z białym proszkiem (najprawdopodobniej był to heksogen) i ładunek wybuchowy. Władze początkowo ogłosiły, że udało się udaremnić kolejny zamach, po czym przedstawiły co najmniej dziwne wytłumaczenie, że to były ćwiczenia służb specjalnych.

     

    Do dziś nie ustalono, kto jest odpowiedzialny za te tragiczne zamachy. Sprawców nie schwytano. Za to oficjalna propaganda bardzo szybko przerażonemu społeczeństwu (a lokalizacja zamachów – od małego miasta po stolicę – wskazywała, że zagrożeni są wszyscy, nikt nie może czuć się bezpieczny) podsunęła wersję o „czeczeńskim śladzie”, co rozpętało antyczeczeńską histerię. Łatwiej było w tych okolicznościach uzasadnić konieczność przeprowadzenia „drugiej wojny czeczeńskiej”. Świeżo posadzony w fotelu szefa rządu nikomu nieznany ekspułkownik służby bezpieczeństwa Władimir Putin jednym skokiem dosiadł konia tej wojny i zaistniał w społecznej świadomości jako obrońca przed terrorystami.

    Wokół tych dziwnych zamachów narosło wiele spekulacji – i ze strony tych, którzy są przekonani o tym, że to władze maczały w tym palce, i ze strony tych, którzy są zwolennikami oficjalnej wersji, że zamachów dokonali Czeczeni. Napisano na ten temat wiele książek (m.in. powstała sfinansowana przez zaklętego wroga Putina Borysa Bieriezowskiego książka „Wysadzić Rosję” autorstwa Jurija Felsztyńskiego i świętej pamięci Aleksandra Litwinienki).

    Śledztwo nie dało odpowiedzi na zasadnicze pytania.

     

    Dziesięć lat po tych tragicznych wydarzeniach w amerykańskim czasopiśmie dla dobrze ubranych snobów „GQ” ukazał się artykuł poświęcony zamachom. Kierownictwo domu wydawniczego Conde Nast podjęło decyzję o zdjęciu tego materiału z rosyjskojęzycznego wydania czasopisma. Korespondent wojenny pisma Scott Anderson przeprowadził własne śledztwo dziennikarskie i napisał artykuł „Władimir Putin – mroczna droga na szczyty władzy”, opublikowany we wrześniowym numerze „GQ”. Cytował w nim m.in. wypowiedzi byłego funkcjonariusza służb, późniejszego adwokata ofiar zamachów Michaiła Triepaszkina (odsiedział w więzieniu wyrok czterech lat pozbawienia wolności za rozgłaszanie tajemnicy państwowej, wyszedł na wolność). Triepaszkin przedstawiał w rozmowach z Andersonem tezę, że fala strachu po zamachach wyniosła Putina do władzy. Wersja nie nowa i w Rosji znana. Triepaszkin w ostatnich dniach był zresztą gościem kilku audycji radiowych i internetowych gazet. Rosyjskojęzyczna publiczność mogła się zatem zapoznać (przypomnieć sobie), co myśli o zamachach Michaił Triepaszkin. Skąd zatem obawa amerykańskich wydawców przed rozpowszechnieniem w Rosji artykułu, w którym nie ma żadnych nowości ani żadnych rewelacji (choć przedstawiona w nim wersja wydarzeń jest daleka od oficjalnej)? Czyżby za oceanem wchodziła w modę zasada oficjalnej rosyjskiej propagandy – „o Putinie albo nic, albo dobrze”. A może to taka przewrotna forma wylansowania materiału – skoro jest zakazany, to każdy zainteresowany tematem odbiorca w Rosji sięgnie po ten artykuł – zwłaszcza że jest on już dostępny w internecie w wersji rosyjskiej.

  • Nad Biesłanem – jeszcze jedna łza

    W Biesłanie w Osetii Północnej od pięciu lat rok szkolny nie zaczyna się 1 września, tylko pięć dni później. Rocznica tragicznego zamachu terrorystycznego na szkołę ciągle jest świeża i ciągle nie pozwala powrócić do normalnego rytmu życia. Pierwsze dni września są poświęcone pamięci dzieci i dorosłych – 334 ofiar terrorystów.

    Przez te pięć lat ciągle powracają też przeklęte pytania: – jak mogło do tego dojść, – kto ponosi za to winę, – kto jest za to odpowiedzialny, – czy ofiar można było uniknąć, – kto wydał rozkaz szturmu opanowanej przez bandytów szkoły, – dlaczego przebieg szturmu do tej pory zawiera białe plamy, – dlaczego był tak nieudolnie przeprowadzony, – czy przeżył któryś z terrorystów, kim był, kim jest (na ławie oskarżonych zasiadł tylko jeden, oficjalnie powiadomiono, że reszta zginęła, nieoficjalnie mówiło się o tym, że niektórym udało się zbiec), – dlaczego ówczesny prezydent, dziś premier Putin w okolicznościowym orędziu zamiast wytłumaczyć przyczyny tego, co się stało, prosić o wybaczenie, żelaznym głosem oświadczył krajowi, że odbierze obywatelom swobody, by wzmocnić swoją władzę, – dlaczego po dziś dzień Kaukaz Północny jest nieustannie wstrząsany zamachami terrorystycznymi, z którymi władze sobie nie radzą mimo owego wzmocnienia i stałego wzmacniania pionu władzy (a dzisiejszy kaukaski terroryzm przez te pięć lat zmienił hasła – zradykalizował się, ubrał w szaty bojowników o czystość islamu, jest coraz lepiej zorganizowany, coraz bardziej nieobliczalny i nieprzewidywalny, coraz groźniejszy), – dlaczego domagające się uczciwego wyjaśnienia okoliczności zamachu „Matki Biesłanu” i „Głos Biesłanu”, organizacje zrzeszające członków rodzin ofiar, nie znalazły odpowiedzi na swoje pytania w Rosji i zwróciły się o rozpoznanie sprawy do europejskiego trybunału.

    Wiele pytań.

    W licznych świątyniach Rosji odbędą się dziś nabożeństwa i modlitwy żałobne w intencji ofiar zamachu w Biesłanie. Nad miasteczkiem rozbrzmiewał dziś dzwon pamięci. Wolą krewnych ofiar jest, by na poły zburzona szkoła numer 1 w Biesłanie zachowała swój wygląd – ma być pomnikiem, miejscem pamięci o tym tragicznym wydarzeniu, okopcone ściany sali gimnastycznej mają przypominać o tym, co się stało. W tym celu mają zostać przeprowadzone prace konserwatorskie – władze republiki obiecały sfinansować część prac, zbiórkę pieniędzy ogłosiły „Matki Biesłanu”.

    Czy Biesłan jest dziś w Rosji częścią wspólnej pamięci całego kraju? „Dla większości mieszkańców Rosji Biesłan był i pozostał cudzym nieszczęściem – napisał w gazecie „Wriemia Nowostiej” Iwan Suchow. – Statystyczny obywatel FR nie zna niuansów składu etnicznego swego kraju, toteż nie odróżnia Czeczena od Ingusza, Dagestańczyka czy Osetyjczyka. Ogólnie odnosi się do wszystkich z nieufnością. Z drugiej strony w samej Osetii nikt nie zgodził się z argumentacją siłowików, że śmierć jednej czwartej zakładników podczas szturmu uważa się za rzecz dopuszczalną. Obie reakcje są zrozumiałe, ale obie świadczą o poważnych problemach w Federacji Rosysjkiej. Biesłan nie połączył, co więcej – jeszcze bardziej rozdzielił. […] Rosja już nie pamięta. To, co bolało i niepokoiło, dopóki telewizja pokazywała obrazki, zgasło i wyparowało z pamięci, jak tylko zniknął telewizyjny obrazek. Biesłan nie stał się kamieniem milowym, przełomowym momentem. Prawie o nim zapomniano. Dzisiaj rosyjskie media więcej uwagi poświęciły siedemdziesiątej rocznicy wybuchu II wojny. Nikt nie zaproponował, by 1 września uczynić dniem żałoby. A dopiero co obchodzona rocznica zeszłorocznej wojny i uznania Osetii Południowej i Abchazji ostatecznie zepchnęła biesłańską żałobę na margines”.