Kategoria: Bez kategorii

  • Szklane domy na obrazku

    Środowisko rosyjskich politologów od kilku dni trawi 66-stronicowego słonia: raport ekspertów InSoR (Institut Sowriemiennogo Razwitija, dosłownie: Instytut Współczesnego Rozwoju) o przyszłości Rosji. Barokowy opus z gatunku science fiction z domieszką political fiction.

    W czasie, gdy Dmitrij Miedwiediew miał nadzieję zostać wyznaczonym przez Władimira Putina kandydatem na prezydenta i opiekował się tak zwanymi projektami narodowymi, InSoR miał za zadanie napełniać treścią ogólne zarysy. Następnie Miedwiediew został kandydatem, a potem i prezydentem. I znowu InSoR miał napełniać treścią zarysy, które nadal były ogólne, mimo że opiekun-podopieczny zajął całkiem konkretne stanowisko. A sam Miedwiediew w marcu 2008 roku stanął na czele rady patronackiej InSoR-u, co ekspertów instytutu zainspirowało jeszcze bardziej do napełniania treścią zarysów.

    Na stronie internetowej instytutu figuruje informacja, że grupuje on najlepszych ekspertów, którzy mają za zadanie przygotowywanie rekomendacji i wypracowywanie dokumentów dotyczących najważniejszych kierunków polityki państwa. „Nie jesteśmy wyznawcami wąskich zasad ideologicznych, nastawieni jesteśmy na otwarty i uczciwy dialog o przyszłości Rosji”.

    Jeden z czołowych ekspertów instytutu ekonomista Jewgienij Gontmacher wypłynął na szerokie wody medialne jesienią 2008 roku, kiedy w związku z narastającym kryzysem gospodarczym wystąpił z przestrogą: władze muszą się liczyć z protestami społecznymi, które wybuchną w związku z narastaniem problemów, spowodowanych kryzysem. Gazeta „Wiedomosti”, która opublikowała wtedy rozmowę z prof. Gontmacherem, została upomniana, że zamieszcza nieprzemyślane materiały, które mogą wywołać niepokoje społeczne. Władze wzięły sobie jednak do serca przestrogę i na wypadek niechcianych protestów społecznych przygotowały procedury mobilizacji sił prewencji, galwanizowały ORMO, jeszcze szczelniej zamknęły blokadę informacyjną wokół ewentualnych przejawów niezadowolenia społecznego.

    Opublikowany 3 lutego raport Gontmachera i Igora Jurgensa „Rosja XXI wieku: wizerunek jutra, jakiego pragniemy” z grubsza proponuje: -/ odejście od kombinacji przeprowadzonych za prezydentury Putina w systemie politycznym (m.in. rezygnację z wydłużania kadencji prezydenta i parlamentu, przywrócenie wyborów gubernatorów i senatorów, zwiększenie liczby partii politycznych), -/ odświeżenie zaśniedziałej feudalnej gospodarki, -/ głęboki lifting przeżartych szkorbutem korupcji służb mundurowych, -/ zmniejszenie liczebności armii, -/ zapewnienie niezawisłości sądów, -/ członkostwo Rosji w organizacjach międzynarodowych, w tym w NATO i UE, -/ wolne media, -/ modernizowanie i intensywne gonienie krajów rozwiniętych. Autorzy zapewniają, że to jedynie materiał do przemyślenia i podstawa do dyskusji, a nie gotowy scenariusz dla władz.

    Futurolodzy mają więc co robić, rozbierając na czynniki pierwsze wywody ekspertów InSoR-u. Dla praktyków ważniejsze wydaje się być pytanie: czy poza walorami literackimi dzieło Jurgensa–Gontmachera znajdzie zastosowanie w codziennej praktyce politycznej. A kluczowe w tym kontekście jest to, czy prezydent Miedwiediew obejmie patronat nad dyskusją i wreszcie sam napełni się treścią, bo jako samodzielny polityk zaprezentował się dotychczas jedynie w zarysie. I to nader ogólnym. Jego hasło modernizacji zawisło w powietrzu jak piłka tenisowa (po ostatnim posiedzeniu Rady Państwa w obecności Miedwiediewa Putin powiedział, że modernizacja jest bardzo fajna, ale konserwacja pionu władzy jeszcze fajniejsza, może to oznaczać, że piłeczka po tym smeczu wyjdzie na out).

    Większość komentatorów odczytała tezy ekspertów InSoR-u jako jawną prowokację wobec Putina – realizacja postulatów raportu prowadzi w linii prostej do zwalenia całej misternej konstrukcji putinizmu. Wizja szklanych domów przyszłości ma się nijak do realnego pejzażu politycznego teraźniejszości, co więcej – ignoruje realia. Bo czy Miedwiediew mógłby stanąć na czele frondy zwolenników postępu wbrew patronowi-premierowi? Owszem, prezydent mówi czasem nieprzyjemne rzeczy o systemie politycznym Rosji, rzuca hasła, ale echo mu w tym lesie nie odpowiada, poza tym jego głos nie jest ani donośny, ani władczy. Miedwiediew na razie się nie wychylił poza ramy rządzącej korporacji i nie pokazał własnej mocy sprawczej. By dokonać tak doniosłych zmian, jakie przedstawili eksperci z InSoR-u, trzeba niezwykłej siły woli politycznej i woli walki, wizji przemian i odwagi, by stawić czoło przeciwnościom i przeciwnikom. W obecnej ekipie rządzącej nie widać żadnej z tych cech ani zamiaru podjęcia tego gigantycznego wysiłku dokonania przemian. Czy w takim razie raport jest imitacją zaproszenia do imitacji dyskusji czy jednak sygnałem, że części elit zaczyna dokuczać zastój?

  • Czy ktoś kołysze łódką?

    W żadnym kraju władzom nie są miłe demonstracje protestu. Ale rosyjskie władze wszystkich szczebli, a w szczególności tych wyższych, są na protesty wyczulone wyjątkowo. Dlaczego? W uproszczeniu: poparcie społeczne jest legitymacją władzy. Stąd dbałość o pięknie wylakierowany obrazek telewizyjny i nerwowa reakcja na jakiekolwiek przejawy niezadowolenia.

    Kiedy rok temu przez Kraj Nadmorski na Dalekim Wschodzie przetoczyły się oddolnie zorganizowane protesty przeciwko drakońskim cłom na wwożone z zagranicy samochody (Władywostok żyje ze sprowadzania japońskich używanych samochodów), władza centralna wpadła w popłoch. Do Władywostoku wysłano podstołeczny OMON, aby pałami wybił z głowy demonstrantom pomysły na kolejne protesty. Nałożono ścisłą blokadę informacyjną, rzecz wypłynęła do mediów i stała się znana dzięki opublikowaniu w Internecie zdjęć z demonstracji, której towarzyszyły dziarskie poczynania omonowców. Protesty we Władywostoku miały charakter ekonomiczny, polityczne hasła pojawiały się na manifestacjach (było ich kilka) sporadycznie.

    Miał powstać ruch społecznego oporu, ale jakoś po kilku miesiącach sprawa przycichła.

    Tym razem protest wybuchł z drugiej strony Federacji Rosyjskiej – w obwodzie kaliningradzkim. Demonstracja (na którą miejscowe władzy wydały zezwolenie) zgromadziła około dziesięciu tysięcy ludzi. Jak na niewielki obwód to bardzo dużo. Ludzie protestowali przeciwko wprowadzeniu wysokich opłat transportowych, które szczególnie boleśnie biją po kieszeni mieszkańców, żyjących ze sprowadzania samochodów z Europy. A przy okazji wyciągnięto inne bolączki – wysokie ceny na wszystko, lekceważący stosunek władz, pogarszającą się sytuację gospodarczą.

    Oprócz postulatów stricte ekonomicznych podczas demonstracji zgłoszono hasła polityczne: żądano dymisji gubernatora (któremu zarzucano m.in., że nie umie bronić interesów mieszkańców i zgadza się na wszystkie regulacje wprowadzane przez krwiopijców z Moskwy) i premiera Putina, wznoszono okrzyki przeciwko partii Putina Jedinaja Rossija (na jednym z plakatów widniał napis: Jedinaja Rossija – jedina protiw rossijan).

    W Kaliningradzie od kilku lat sytuacja się pogarsza – przysłany z Moskwy gubernator Gieorgij Boos (którego kadencja właśnie się kończy) miał za zadanie przykręcić śrubę miejscowym „układom”, skłócił się jednak z miejscowymi elitami, najważniejsze stanowiska powierzył kolegom z Moskwy i Petersburga (sytuacji to zasadniczo nie poprawiło, jeden układ zastąpił drugi układ). Wprowadzenie kilka lat temu niekorzystnych dla regionu przepisów, cofnięcie przywilejów (bez których, jak się wydaje, trudno jest żyć specyficznej kaliningradzkiej eksklawie), wypompowywanie środków do budżetu federalnego, wprowadzenie wiz schengeńskich, wreszcie – globalny kryzys gospodarczy wszystko to zaważyło na pogorszeniu się sytuacji regionu. Moskwa chce mieć kontrolę nad regionami, koncentruje władzę w centrum, dąży też do ujednolicenia polityki regionalnej (mimo wielkiego zróżnicowania potrzeb i możliwości poszczególnych podmiotów), co w przypadku Kaliningradu doprowadziło do frustracji elit i społeczeństwa i „wylało się” na ulicę.

    Podobnie jak w przypadku demonstracji we Władywostoku, tak i teraz nie nagłaśnia się w rosyjskich mediach sprawy protestu w Kaliningradzie. Informują o tym gazety internetowe i tradycyjne, ale telewizja – nie. Według zasady „po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy”. Widocznie pracujący w centralnych kanałach telewizyjnych inżynierowie dusz ciągle nie są gotowi, by pokazać ogółowi społeczeństwa hasło: „Wszystkiemu winien jest Putin”.

    Swoje polityczne pieczenie starają się upiec i partie opozycyjne – pozasystemowa „Solidarność” (organizator protestu) i koncesjonowani komuniści pod pachę z partią Żyrinowskiego (które się do protestu czujnie przyłączyły). Lokalne elity podgrzewają atmosferę wokół gubernatora, którego bardzo chciałyby się wreszcie pozbyć. Na razie poleciała głowa urzędnika w kancelarii prezydenta, który odpowiadał za kontakty z obwodem kaliningradzkim, do Kaliningradu przyjechał desant członków partii Jedinaja Rossija, mają się odbywać spotkania przedstawicieli władz z organizatorami protestu (na razie odwołano wyznaczone spotkanie gubernatora z szefem miejscowego oddziału „Solidarności”).

    Wydaje się, że protest w Kaliningradzie ma zasięg lokalny i wynika z niedowładu miejscowych elit. Nie wiadomo, czy i jakie zostanie znalezione antidotum. Czy inne regiony mogą wziąć przykład z obwodu kaliningradzkiego (o ile będą miały szanse się dowiedzieć, że jakiekolwiek protesty miały miejsce)? Kryzys mocno podpiłował fundamenty spokoju społecznego, w wielu regionach – zwłaszcza tam, gdzie padają wielkie zakłady przemysłowe, utrzymujące całe miasta – sytuacja nie jest różowa. Do protestów może zatem – i zapewne będzie – dochodzić w oddzielnych ośrodkach. I z przyczyn, o których powyżej, wiadomości o nich będą wyciszane przez władze i zagłuszane doniesieniami z frontu propagandy sukcesu.

  • Szykujcie listy!

    Jest taki rosyjski bard nurtu „wielkoruskiego oporu” – Aleksandr Charczikow. Kilka lat temu pisałam o nim pospołu z Wojciechem Góreckim na łamach Tygodnika Powszechnego (artykuł nosił tytuł „Na przykład Charczikow”).

    Charczikow nieudolnie naśladuje manierę wykonawczą Władimira Wysockiego – imituje charakterystyczną chrypkę i przeciąga głoski. Na tym wszelkie podobieństwa się kończą. Dalej następuje w wykonaniu Charczikowa zmasowany atak na demokratów-judokratów, którzy sprzedali Rosję, Żydów, którzy wszystkich mają w kieszeni, Amerykanów, którzy wszystkim chcą zawładnąć (pod rękę z Żydami), homoseksualistów, którzy psują rodzaj ludzki pod każdym względem, wszelkich „czarnych” (niezależnie od koloru skóry to wszyscy nie-biali, np. Czeczeni, których podobnie jak przedstawicieli innych narodowości kaukaskich nazywa się w Moskwie „czarnymi”), którzy zagrażają jedynej kategorii prawdziwych ludzi – rasie białej. Charczikow uważa, że rozpad ZSRR to tragedia i pragnie odrodzenia mocarstwa w tych samych granicach i z tymi samymi możliwościami. Rozumowanie barda jest proste jak budowa cepa: ZSRR przepadł, gdyż ciemne siły zła, kierowane przez syjonistów, zawiązały spisek i zniszczyły ten idealny byt. Teraz podobny spisek ciąży nad Rosją, gdyż „Gudłaje” tylko to potrafią: spiskować, aby unicestwić prawych ludzi w ogóle, a sowieckich/ rosyjskich/białych w szczególności.

    Pieśni w wykonaniu Charczikowa można bez żadnych ograniczeń słuchać i bezpłatnie pobierać z Internetu. Charczikow nagrywa, wydaje i rozprowadza bez przeszkód płyty (wydał ich łącznie 31), koncertuje (zresztą nie tylko w Rosji, ostatnio np. na Ukrainie). Nikomu nie przeszkadzały ostentacyjne wezwania do rozprawy ze znienawidzoną przez pieśniarza żydomasonerią (wszyscy gnębiciele wielkiej Rosji są, jak wynika z twórczości Charczikowa, Żydami), wyrżnięcia w pień Czeczenów, kapitalistów, sługusów Ameryki, gejów. Jak głosi hasło w Wikipedii, jego wiersze zostały umieszczone w trzytomowym almanachu rosyjskiej literatury XX wieku, opracowanym przez Rosyjską Akademię Nauk. Charczikow jest laureatem nagród m.in. „Za wierność Rosji” (2007), „Słowo dla narodu” (2006), członkiem Związku Pisarzy Rosji, zwycięzcą konkursów piosenki.

    Charczikow wspierał – z „patriotycznych” pobudek – pułkownika Budanowa (rosyjskiego oficera skazanego w głośnym procesie za zabicie czeczeńskiej dziewczyny), zachwycał się wielkoruskim rozmachem Alaksandra Łukaszenki, wspierał braci Serbów, walczących z imperialistyczną zachodnią nawałą. Groch z kapustą, bez ładu i składu, wszystko ociekające nienawiścią z pozycji jedynie słusznej ideologii przeciwstawiania się Żydom, cyklistom, imperialistom i tak dalej według listy…

    W ostatnich latach w „pieśniach oporu” Charczikowa pojawiły się nowe tematy (stare nadal są obecne). Bard występuje przeciwko rozpijaniu narodu, rozpowszechnianiu narkotyków. Na 130. urodziny Stalina ukazał się album z piosenkami Charczikowa, poświęconymi wielkiemu wodzowi. Pojawiła się też pieśń wyszydzająca putino-telewizję, putino-rządy w ogóle, a w szczególności wyjaśniająca pod czyim wpływem działa rosyjski przywódca: żona Władimira Putina, Ludmiła, która mówi, że jej imię odojcowskie brzmi Aleksandrowna, tak naprawdę „po tatusiu” jest „Abramowna” („Piesnia o teleputikach”). No i wszystko jasne. Publiczność na nagraniu, które można znaleźć w Internecie (piosenkę zarejestrowano na koncercie) bije brawo i rży ze śmiechu. W innej pieśni Charczikow wzywa Putina, by odpowiedział za zatopiony przez wrogów okręt „Kursk” i za inne błędy i wypaczenia.

    W tym tygodniu sąd w Barnaule (Ałtaj) uznał opublikowany dwa lata temu tekst pieśni „Szykuj listy!” w miejscowej gazecie (i od lat dostępny w Internecie) za ekstremistyczny. Sąd dopatrzył się znamion rozbudzania wrogości społecznej (wezwanie „Szykujcie listy!” uznano za wezwanie do rozprawy z „wrogami”). Na tytułowych listach mieliby się znaleźć jak leci: dranie, którzy rozgrabili ojczyznę, chwalcy Ameryki, car Borysek i jego współpracownicy, przyjaciele Brzezińskich i Szarańskich, reformatorzy-judokraci, gajdary, czubajsy, abramowicze, narkomani, sodomici i wszelkie grupy ryzyka. I jeszcze na koniec autor zapowiada powrót anioła zemsty w postaci Stalina. Dlaczego akurat teraz i akurat to arcydzieło Charczikowa wpadło w oko ałtajskiej prokuraturze? I co dalej wyniknie z tego dla samego Charczikowa? Tego nie wiedzą najstarsi górale. To, że Charczikow jest ekstremistą, żadna nowina. Sam nawet napisał taką piosenkę „Jestem ekstremistą”. I nic. Ci, co chcieli posłuchać, posłuchali. Jedni popukali się w głowę, inni wzruszyli ramionami, jeszcze inni się zachwycili. Brednie zawsze zdobywały widownię, z różnych powodów.

  • Dziewczynka z fotografii

    To było w 1936 roku, 27 stycznia. Kilkuletnia dziewczynka – Gela (Engelsina) Markizowa z Buriacji wręcza bukiet kwiatów Stalinowi podczas uroczystości na Kremlu. Wódz bierze dziecko na ręce, mruży dobre wodzowskie oczy w uśmiechu. Tę chwilę utrwala fotograf.

    Następnego dnia wszystkie gazety opublikowały zdjęcie. Podpis głosił: „Dziękujemy towarzyszowi Stalinowi za szczęśliwe dzieciństwo”. Fotografia przedstawiająca uradowanego Stalina z dzieckiem na ręku i z bukietem kwiatów została rozkolportowana na milionach plakatów i pocztówek. Miała przekonać cały Związek Radziecki, ba, cały świat o tym, jak dobrze jest żyć w kraju budującym socjalizm i szczęśliwe społeczeństwo bezklasowe.

    W ZSRR zaczyna się „szał na Gelę”. Rodzice ubierają dzieci w bluzy z marynarskim kołnierzem (taką miała na zdjęciu ze Stalinem mała Gela), u fryzjera każą ostrzyc dzieci „jak dziewczynkę ze zdjęcia ze Stalinem”.

    Na podstawie fotografii rzeźbiarz Gieorgij Ławrow wykonał kompozycję „Stalin i Gela”. Rzeźbę powieloną potem w trzech milionach kopii (!), stały wszędzie – w parkach, na skwerkach, szkołach. Po powrocie do Buriacji Engelsina jest zapraszana na najprzeróżniejsze imprezy i fetowana. „Później tak fetowano naszych pierwszych kosmonautów” – powie w wywiadzie.

    Można powiedzieć, że faktycznie rok 1936 to był rok szczęśliwy. W porównaniu z krwawą łaźnią kolejnych lat. Ojciec dziewczynki był partyjnym dygnitarzem w republice buriacko-mongolskiej. Ardan Markizow rok po pamiętnym spotkaniu na Kremlu został oskarżony o szpiegostwo na rzecz Japonii, udział w organizacji panmongolskiej oraz sabotaż i planowanie spisku na życie Stalina. Został stracony w 1938 wraz z niemal całym kierownictwem republiki. Matka Geli, żona wroga ludu, też została aresztowana i zesłana do Turkiestanu, po czym zginęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Pięćdziesiąt lat później jej córka Gela w archiwach znajdzie notatkę szefa NKWD Turkiestanu do Ławrientija Berii: „Mieszka tu zesłanka Markizowa, ma pamiątki po Stalinie. Co robić?”. Dopisek Berii: „USUNĄĆ”. Dziękujemy towarzyszowi Stalinowi za szczęśliwe dzieciństwo.

    Powstała niewygodna sytuacja. Wódz na słynnym plakacie trzyma na rękach córkę wroga ludu i jeszcze się uśmiecha. Co w takim razie zrobić z milionami plakatów i rzeźb „Stalin i Gela”. Zniszczyć? Wyciąć dziewczynkę? Inżynierowie dusz znaleźli wyjście: znaleźć „zamiennik”. Zatrzeć prawdziwą tożsamość dziewczynki. Przecież Stalin kocha wszystkie dzieci. Ta nowa „Gela” musi być odpowiednia – najlepiej pionierka albo sportsmenka.

    Dobrano zmienniczkę: Mamlakat Nachangowa była przodownicą pracy z Tadżykistanu, wsławiła się zbierając bawełnę nowatorską metodą (oburącz). To nic że podobieństwa pomiędzy dziewczętami nie było, Tadżyczka była sporo starsza od Geli, inaczej zbudowana, inaczej ubrana. Łączyło je tylko jedno: obie kiedyś były u Stalina.

    W całym Związku Radzieckim na rzeźbach Ławrowa wymieniono napisy: zamiast „Stalin i Gela” pisano „Stalin i Mamlakat”. Nikt nie pytał o powody metamorfozy. Rzeźbiarza Ławrowa „na wszelki wypadek” zesłano na piętnaście lat do łagru.

    Gela po śmierci matki znalazła się w domu ciotki w Moskwie, skończyła szkołę, studiowała na uniwersytecie (na jednym wydziale z córką Stalina, Swietłaną). Wyszła za mąż, pracowała w Indiach. Zmarła w 2004 roku.

    Po wielu latach Engelsina chciała nawiązać kontakt z Mamlakat Nachangową, ale była przodownica pracy nie miała ochoty na rozmowę.

  • Hackerzy i teoria roju

    Strona internetowa „Nowej Gaziety” od wczoraj jest niedostępna dla czytelników. Członkowie redakcji tego zasłużonego periodyku, głoszącego idee społeczeństwa obywatelskiego i stawiającego władzy trudne pytania (w „Nowej” pracowała m.in. Anna Politkowska) przypuszczają, że powodem awarii był atak hackerski.

    Rosyjskie internetowe fora dyskusyjne zastanawiają się, co mogło być powodem ataku. Jako jedną z najczęściej podawanych hipotez wymienia się opublikowanie w ostatnim numerze ostrej analizy Julii Łatyninej, komentatora „Nowej” (po ataku na stronę „Nowej” tekst Łatyninej „wywieszono” natychmiast w Livejournal, jest więc dostępny dla użytkowników Internetu).

    Dziennikarka w tekście „Rój albo antypiekarz” analizuje system panujący w Rosji. Łatynina jest znana jako osoba uważnie patrząca na ręce władzy, kompetentnie opisująca zjawiska korupcyjne, przekręty gospodarcze, samowolę milicji, absurdy w polityce zagranicznej. Prowadzi stałą audycję w rozgłośni „Echo Moskwy”.

    Jej zdaniem, zbudowany w Rosji system rządów prowadzi do degradacji. „System to nie jest odpowiednie słowo, by opisać podobną organizację. Słowo system zakłada istnienie jakiegoś porządku i centralne zarządzanie. W [przypadku Rosji] o wiele bardziej adekwatnym będzie słowo „rój”. Rój to wysoki poziom organizacji, który funkcjonuje jednakże w oparciu o najprostsze instynkty. […] Rój nie ma wspólnego rozumu, ma tylko indywidualne instynkty. Jedna część roju nie jest w stanie wydawać rozkazów drugiej. Właśnie dlatego polecenia zwierzchności w Rosji są wykonywane (feromon zwierzchności działa) tylko wtedy, kiedy stan hormonów podporządkowanego osobnika sprzyja temu, aby wykonać ten rozkaz. Jeśli generał mówi głodnemu majorowi: „Nie rusz”, major będzie żarł nadal. Jeśli generał powie sytemu majorowi: „Żryj!”, to major żreć nie będzie. Dla roju nie jest ważne, jeżeli poszczególne osobniki odmawiają życia wedle ogólnie przyjętych reguł. Nie wszyscy urzędnicy biorą łapówki. nie wszyscy milicjanci zabijają ludzi. W mieście, oddanym maruderom, nie wszyscy żołnierze będą kraść i zabijać. Ale na los mieszkańców tego miasta nie będzie to miało wpływu. Maruderstwo to najwyższa forma społecznej dezorganizacji. W zasadzie jesteśmy już jej bliscy”.

    I jeszcze jeden fragment: „Pamięć. Rój nie ma rozumu, nie ma i pamięci. Rój nie pamięta, co było wczoraj. […] Nasz rządzący rój prezentuje absolutny brak pamięci. Dziś obrzucamy błotem WTO, do którego zamierzamy wstępować tylko pospołu z zaprzyjaźnioną Białorusią, a następnego dnia rugamy Łukaszenkę, który pod pretekstem unii celnej chce dostawać rosyjską ropę bez ceł. Przyjaźnimy się z USA we wtorki, czwartki i soboty, kiedy Putin spotyka się z Obamą, i odnosimy się wrogo w środy, piątki i niedziele, kiedy Putin wprowadza zakaz importu amerykańskiego drobiu lub odrzuca ideę amerykańskiego systemu antyrakietowego. System=rój nie pamięta, co mówił wczoraj, system reaguje tylko na dzisiejszy alergen”.

    „Nowaja Gazieta” nie po raz pierwszy publikuje materiał, dający do myślenia władzy, a Julia Łatynina nie po raz pierwszy mówi i pisze otwarcie i bardzo krytycznie o stanie rzeczy w Rosji. Można się z jej tezami zgadzać albo nie – dziennikarka celowo wyostrza pewne sformułowania – ale jej teksty każą się zastanawiać nad stanem faktycznym.

    Czy rzeczywiście hackerzy unieszkodliwili tekst, włamując się na stronę internetową „Nowej”? Przecież nadal można go przeczytać w Internecie. Na razie ani powód awarii, ani powód ewentualnego ataku hackerskiego są nie do rozstrzygnięcia. No i pozostaje kilka pytań, zawartych w tym tekście i bezlitosna diagnoza. I jeszcze pytanie o to, czy wojny internetowe mogą skutecznie ograniczyć wolność słowa w tej przestrzeni. Kilkakrotnie rosyjskie odpowiednie służby czuwające nad Internetem pokazały, że jeśli jakaś informacja zamieszczona w sieci uwiera członków najwyższych władz partyjnych i państwowych, to z przestrzeni znika (było tak kilka razy z informacjami dotyczącymi życia prywatnego prezydenta i premiera).