Kategoria: Bez kategorii

  • Zamach we Władykaukazie – wieczne kaukaskie deja vu?

    Dziś w północnokaukaskiej Osetii Północnej dzień żałoby. We wczorajszym zamachu terrorystycznym w stolicy republiki Władykaukazie zginęło 18 osób, ponad sto zostało rannych. Prowadzony przez terrorystę samobójcę samochód wypełniony materiałami wybuchowymi eksplodował w pobliżu bramy największego bazaru w mieście.

    Odpowiedzialność za zorganizowanie zamachu wziął na siebie „emir” Kaukazu Dokka Umarow – przywódca islamskiego radykalnego podziemia zbrojnego, które walczy o ustanowienie na Kaukazie Północnym islamskiego państwa wyznaniowego. Islamiści oświadczyli, że zemścili się w ten sposób za marcową akcję służb specjalnych, podczas której zginęli przywódcy podziemia – Said Buriacki i Anzor Astiemirow. Umarow bierze na siebie wszystkie wybuchy i awarie w Federacji Rosyjskiej, więc jego deklaracja nie jest wiarygodna. Federalna Służba Bezpieczeństwa, która podjęła intensywne śledztwo na polecenie politycznej góry, zatrzymała już trzech podejrzanych we współorganizowaniu zamachu – to pono mieszkańcy inguskiej wioski Ekażewo. Na razie na wcześnie, by formułować końcowe wnioski na temat autorów zamachu i celów, jakie chcieli osiągnąć. Warto wskazać na kilka okoliczności. (1) Osetia Północna różni się od sąsiednich republik rosyjskiego Kaukazu Północnego składem wyznaniowym: większość stanowią wyznawcy prawosławia, radykalizm islamski nie ma się tu szczególnie gdzie zagnieździć. (2) Komentatorzy wskazują, że zapewne zamachu dokonali „przyjezdni”, śledztwo już mówi o śladzie inguskim. Przedmieścia Władykaukazu (tzw. rejon prigorodny) były na początku lat 90. przedmiotem sporu terytorialnego pomiędzy Osetyjczykami a Inguszami, do tej pory spór nie został rozwiązany w sposób zadowalający obie strony, a jedynie przymrożony; antagonizm ingusko-osetyjski jest nadal silny. (3) O ile znakomita większość zamachów na Kaukazie Północnym polega na atakowaniu służb mundurowych, siedzib władz, wojska, obiektów strategicznych, to tym razem zginęli cywile. (4) To nie był pierwszy zamach na bazar we Władykaukazie – w marcu 1999 roku też dokonano zamachu, wtedy zginęły 52 osoby, śledztwo ustaliło wtedy, że zamach zorganizowali polowi komendanci z Czeczenii, którzy potem zginęli w czasie kampanii czeczeńskiej.

    Wtedy, na początku 1999 roku nie zwrócono szczególnej uwagi na ten wybuch na władykaukaskim bazarze – stał się wydarzeniem wstrząsającym dla miasta, republiki, regionu, ale nie całego kraju. Natomiast kilka miesięcy po tej tragedii Rosją wstrząsnęły kolejne zamachy – Bujnack, Wołgodońsk, wreszcie Moskwa.

    Władimir Putin doszedł do władzy pod hasłami ukręcenia łba hydrze terroryzmu i zapewnienia bezpieczeństwa. Dzisiaj, kiedy często czytamy doniesienia o kolejnych zamachach terrorystycznych, trudno oprzeć się wrażeniu, że to jakieś koszmarne deja vu. Powtarzają się bez mała te same nazwy miejscowości, wskazuje się na tych samych sprawców… Trudno zgodzić się z oficjalnie głoszoną tezą rosyjskich władz, że po udanym uregulowaniu sytuacji w Czeczenii Kaukaz przechodzi od fazy operacji antyterrorystycznej do fazy rozwoju gospodarczego. Owszem, prezydent Miedwiediew wysłał jako swego specjalnego wysłannika na Kaukaz zdolnego menedżera, Aleksandra Chłoponina, który strumieniami rubli miał ugasić protest i wydźwignąć region z zapaści gospodarczej. Ale wydaje się, że to zdecydowanie nie wystarczy, plan przekształcenia Kaukazu Północnego w turystyczne i inwestycyjne eldorado w ciągu kilku lat należy uznać za utopię. Kaukaz Północny staje się dla Rosji coraz większym problemem, coraz bardziej obcą i coraz bardziej niebezpieczną ziemią, żyjącą według innych zasad niż metropolia, mająca inne problemy niż metropolia, ale dostarczająca tej metropolii wielu problemów, których metropolia rozwiązać nie potrafi.

    Rosyjskie władze patrzą teraz na problem terroryzmu na Kaukazie przez pryzmat bezpieczeństwa zimowych igrzysk olimpijskich w Soczi w 2014 – ukochanego projektu premiera Putina. Dziesięć lat temu umiejętnie podgrzana propagandowo sytuacja wokół zamachów posłużyła Kremlowi do przeprowadzenia „operacji następca” i wylansowaniu młodego energicznego polityka, Władimira Putina. Czy dziś znów przyda się do jakichś „wyższych” politycznych celów, czy stanie się tylko permanentnym bólem głowy rządzących Rosją i regionem?

  • „Problem 2012” – demokratyczny wdzięk i bezpretensjonalność

    Tak się złożyło, że kilka ostatnich letnich igrzysk olimpijskich pokrywało się z ważnymi wydarzeniami w życiu politycznym Rosji, zwanymi z braku lepszego określenia wyborami prezydenckimi. Co cztery lata, gdy dobiegała końca wyznaczona konstytucją prezydencka kadencja, okazywało się, że Rosja ma „problem” – co dalej z władzą. Problem sukcesji jest po niemal dwudziestu latach od rozpadu ZSRR jednym z fundamentalnych problemów państw postradzieckich.

    Szczególnie ostro „problem” wystąpił w Rosji w 2008 roku. Przy czym zaczęto mówić o nim już cztery lata wcześniej – w 2004, kiedy Putin rozpoczął swoją drugą kadencję. Polityczny establishment przez te cztery lata starał się przewidzieć i zawczasu ustawić pod kątem spodziewanych rozwiązań. Niemal do ostatniej chwili Putin trzymał wszystkich w napięciu – czy zostanie na trzecią kadencję (choć konstytucja nie przewiduje takiej możliwości), czy wyznaczy następcę. No i jakiego następcę. W tysiącach komentarzy prasowych rozważano rozliczne scenariusze. Wreszcie decyzja zapadła, nad Kremlem ukazał się biały dymek i pomazaniec Dmitrij Anatoljewicz Miedwiediew został przedstawiony elicie i narodowi jako przyszły prezydent. Powstał tandem Putin-Miedwiediew (kolejność nazwisk nie jest przypadkowa).

    Mamy rok 2010. Część elit, które spodziewały się rychłego rozłamu w tandemie i miały nadzieję na usamodzielnienie się Miedwiediewa i na mały rewanż na czekistach Putina, jeszcze tej nadziei całkiem nie straciła i teraz czyni przymiarki do kolejnego roku olimpijskiego i jednocześnie roku „problemu”. Sam kremlowski Olimp zaś na razie wypuszcza próbne balony i wieloznaczne sygnały.

    Podczas rytualnego dorocznego spotkania z ciekawymi ludźmi z zagranicy – publicystami, historykami, byłymi politykami (to zgromadzenie zowie się Klub Wałdajski, nazywany przez złośliwych komentatorów kółkiem adoracji Putina lub punktem werbunkowym pożytecznych idiotów z Zachodu) – które odbyło się w tym roku w Soczi, nie mogło zabraknąć tego frapującego tematu. „Problem 2012” został wywołany przez amerykańskiego gościa z waszyngtońskiego think tanku. Nawiązując do ubiegłorocznej wypowiedzi Putina, że siądą sobie niebawem z Miedwiediewem i pogadają, kto wystartuje w wyborach prezydenckich, amerykański politolog zapytał: „Załóżmy, że otrzyma pan większość głosów w wyborach. Czy nie widzi pan jakiegoś uszczerbku dla rozwoju rosyjskiego systemu politycznego na skutek tej zmiany?”. Putin nie uchylił się od odpowiedzi na to filuterne pytanko, sugerujące, że jego powrót na Kreml nie byłby całkiem zgodny ze standardami demokratycznymi. Rosyjski premier odparł, że prezydent Roosevelt siedział na prezydenckim stolcu przez cztery kadencje i nikogo to nie niepokoiło, bo nie było to niezgodne z amerykańską konstytucją, a zatem i on, i Dmitrij Anatoljewicz też będą postępować tak, aby nie złamać rosyjskiej konstytucji. Konstytucja jest demokratyczna, więc dla demokracji z tego powodu uszczerbku żadnego nie będzie.

    Nadal jednak ani dopuszczeni do oglądania na własne oczy „wysokiego oblicza” członkowie kółka wałdajskiego, ani postronni obserwatorzy, którzy widują najwyższe czynniki tylko w telewizji, ani też spragnieni być może wskazówek odnośnie sposobów rozwiązania „problemu 2012” szeregowi obywatele Federacji Rosyjskiej nie wiedzą, czy ta zapowiadana rok temu szczera rozmowa panów z tandemu już miała miejsce i czy panowie postanowili, co będą robić w tym nieszczęsnym roku kolejnej olimpiady. Wygląda na to, że jeszcze na tę rozmowę nie mieli czasu. Albo pomysłu.

    A trzeba jeszcze przypomnieć, że to już ostatnia szansa, aby ważne wydarzenie w życiu politycznym Rosji, zwane z braku lepszego określenia wyborami prezydenckimi, pokrywało się z igrzyskami olimpijskimi. To znaczy igrzyska będą nadal organizowane co cztery lata, ale kadencje prezydenta Rosji będą już od 2012 roku sześcioletnie (dwa lata temu wprowadzono pospieszne i nie do końca zrozumiałe zmiany w konstytucji wydłużające kadencję głowy państwa).

    A zamieszanie z kolejnymi rocznikami „problemów” może być jeszcze większe. Być może najbliższy „problem” będzie musiał zostać rozwiązany wcześniej. Czujni obserwatorzy zauważyli, że na szczytach władzy zaczęły się jakieś nietypowe ruchy robaczkowe, które mogą wskazywać na chęć przyspieszenia wyborów (np. zdaniem Aleksieja Małaszenki z Carnegie, „tam na górze” dobrze wiedzą, jakie są prawdziwe wyniki badania poparcia społecznego dla najważniejszych osób w państwie, zapewne rankingi spadają, a zatem wcześniejsze wybory byłyby swoistą ucieczką do przodu). Niezależnie od tego, czy kadencje prezydenta będą cztero- czy sześcioletnie, nic nie wskazuje na to, aby kolejne daty ważnych wydarzeń w życiu politycznym Rosji, zwanych z braku lepszego określenia wyborami prezydenckimi, przestały być „problemem”. Bo skorzystanie z prostych procedur demokratycznych, konkurencyjnych wyborów i odwołanie się do wolnej woli wyborców na razie nie wchodzi w grę. To zbyt ryzykowne. Grupa trzymająca władzę woli te swoje problematyczne łamańce i ciche rozmowy, podczas których tandem albo szersze gremium decyzyjne wyznacza kolejnego pomazańca.

  • Łada kalina i telewizyjna krucjata

    Ostatnie dni sierpnia premier Władimir Putin spędził w niestandardowej podróży – za kierownicą żółtej jak dojrzała cytryna łady kaliny mknął po nowo zbudowanej trasie z Chabarowska do Czity. Chciał osobiście sprawdzić, czy na tym nowym super-odcinku asfalt leży jak należy, a przy okazji zademonstrować, że popiera wytwory upadającej od dwóch lat samochodowej fabryki AWTOWAZ, prowadzonej przez przyjaciela. No i że te wytwory w ogóle jeżdżą. Codziennie rosyjska telewizja pokazywała obszerne reportaże z gospodarskiej wizyty premiera na Dalekim Wschodzie Rosji. Obrazki jak zwykle były wyreżyserowane do najmniejszego szczegółu, PR-owcy premiera poszli na całość. Po pustej szosie jedzie żółciutka łada, premier w luzackim jasnym polo sam nalewa benzyny do baku samochodu, pije kawę w przydrożnym barku w niewymuszonej atmosferze rozmawiając z kierowcami TIR-ów, premier udziela wywiadu dziennikarzowi gazety „Kommiersant”, który przejeżdża z premierem 180 km trasy Chabarowsk-Czita, a następnego dnia wszystkie media żarliwie komentują wypowiedzi premiera.

    PR-owska robota na medal. Ale idyllę potiomkinowskiego przejazdu popsuli niestety internauci: zamieścili w Internecie filmik nakręcony przez członków klubu kierowców „Dywersant” z Zabajkala, którzy stali na poboczu drogi, oczekując przejazdu premiera. Film trwa niecałe trzy minuty. Najpierw przed zgromadzonymi na poboczu młodymi ludźmi przejeżdża kolumna fantastycznych aut (BMW i mercedesy różnych odmian i ani jednego samochodu rosyjskiej produkcji), pomiędzy czarnymi dostojnymi samochodami z obstawą i personelem obsługującym podróż premiera pomyka niepozorna żółta łada. Zgromadzeni wiwatują. Przed nimi przejeżdża długa, oj, długa kolumna samochodów: obstawa, dziennikarze, ambulans, wszystko jak trzeba zgodnie z wymogami bezpieczeństwa dla premiera. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że wśród samochodów jedzie… jeszcze jedna łada koloru dojrzałej cytryny. Zgromadzeni wybuchają śmiechem, krzyczą jeden przez drugiego „Zapasowa, kurczę, zobaczcie…” itd. Kiedy kolumna z zapasową ładą przejeżdża, a zgromadzeni na poboczu wielbiciele dżipów, ciągle trzęsąc się od śmiechu, już mają się rozchodzić, na szosie pojawia się kolejna kolumna: autobus, kilka wypasionych mercedesów, eleganckie zagraniczne furgonetki i… kolejna żółta łada, tym razem na lawecie. Chłopcy z „Dywersanta” wpadają w szał radości. „Jeszcze jedna zapasowa, ale chyba wiozą ją na lawecie, bo się popsuła, nie wytrzymała podróży, zajeździł ją na śmierć…”.

    Filmik zamieszczony na You Tube obejrzało dotąd kilkadziesiąt tysięcy użytkowników Internetu. Wśród nich byli i dziennikarze białoruskiej telewizji ONT. We wczorajszym wydaniu wieczornych wiadomości znalazł się materiał nakręcony przez członków klubu „Dywersant”, opatrzony zjadliwym acz dowcipnym komentarzem. „Akcja reklamowa rosyjskiego przemysłu samochodowego, budowniczych dróg i samego premiera prawie się udała. Ale autorzy operacji „Amur” najwidoczniej zapomnieli, że nie żyją w czasach Potiomkina i jego wiosek, a w epoce cyfrowych technologii i Internetu. […] Cztery dni pracy kremlowskich speców od PR z budżetem równym budżetowi telewizyjnego filmu zdały się psu na budę”, bo nikt nie uwierzy, że samochody z AWTOWAZ-u mogą jeździć, skoro zmontowana specjalnie dla Putina łada nie mogła o własnych siłach przejechać 350 km.

    Skąd w purytańskiej, zdyscyplinowanej białoruskiej telewizji taki wybuch ironii pod adresem premiera państwa, z którym Białoruś pozostaje w jednym Państwie Związkowym? To zapewne kolejny akt ciągnącej się od paru tygodni rosyjsko-białoruskiej wojny informacyjnej. Reportaż z białoruskiej telewizji wykorzystujący filmik o kulisach przejazdu Putina nowo zbudowaną trasą to odpowiedź na kolejny film kompromitujący Łukaszenkę „Chrzestny bat’ka”, jaki w ostatnich dniach wyemitowała rosyjska telewizja NTW.

    Białoruski lider śmiało sobie poczyna w tej info-wojnie z Rosją. Po incydencie z obrzuceniem rosyjskiej ambasady w Mińsku koktajlami Mołotowa stwierdził, że to dzieło rosyjskich służb specjalnych. „Jeden atak, drugi atak, trzeci atak w mediach, bezprecedensowy nacisk w gospodarce. Chcieli, by prezydent zgiął kark, ale efekt jest odwrotny. Trzeba poszukać innych metod” – poradził jowialnie kolegom z Moskwy.

    Oprócz medialnych kąśliwości Łukaszence ma w wojowaniu z Rosją pomóc także program dywersyfikacji dostaw nośników energii, do realizacji którego Mińsk rzucił się teraz z siłą wodospadu. Łukaszenka chce zostać ponownie wybrany na prezydenta Białorusi. Po raz pierwszy w atmosferze niechęci, jeśli nie wrogości ze strony Moskwy. Większość prognoz politologicznych stwierdza, że nawet ten chłód wiejący od Kremla nie przeszkodzi mu jednak w utrzymaniu się na stanowisku.

  • Syn Swaroga uciekł z psychuszki

    Aktywista nielegalnego Sojuszu Słowiańskiego, radykalny nacjonalista, siłacz (wzrost 190 cm, waga 140 kg), poganin, uważający się za syna Swaroga, Wiaczesław Dacyk kilka dni temu uciekł z zakładu psychiatrycznego niedaleko Petersburga. Milicja północnej stolicy usilnie i do tej pory niestety bezskutecznie go poszukuje, a koledzy z Sojuszu Słowiańskiego cieszą się z ucieczki i wolności druha.

    Strona internetowa lidera Sojuszu Słowiańskiego – nielegalnej ultraprawicowej organizacji „białych Rosjan” – wita odwiedzających listem-apelem do prokuratury generalnej: serwer, na którym zarejestrowano stronę, jest zagraniczny, administrator nie jest obywatelem Federacji Rosyjskiej, a zatem wszelkie treści zamieszczane na stronie nie podlegają rosyjskiej jurysdykcji. A treści mogą podnieść włos na głowie. Jest tam cała „klasyka gatunku” – hasło „Rosja dla Rosjan”, dywagacje o wyższości rasy białej nad innymi i Rosjan nad innymi narodami, wezwania do unicestwiania „czarnych” (pod tym pojęciem rosyjscy ultranacjonaliści rozumieją przede wszystkim ludzi z Kaukazu), o przeciwstawieniu „religii Holocaustu” chrześcijaństwu i tak dalej w tym duchu.

    Dacyk wielokrotnie zapewniał, że podpisuje się pod ideologią Sojuszu Słowiańskiego. W wywiadach mówił też o tym, że wraz z towarzyszami ze związku urządzał rajdy za granicę, gdzie unicestwiał ludzi o odmiennym kolorze skóry. Ile w tym prawdy – wie chyba tylko sam Dacyk, który stworzył wokół siebie odjechaną mitologię. Koledzy uwielbiają go nie tylko za niezwykłe opowieści o niezwykłych dokonaniach, ale i za nieziemską siłę. Dacyk bierze udział w tzw. walkach bez reguł, używa pseudonimu Rudy Tarzan i twierdzi, że jest mistrzem świata w wadze ciężkiej (federacja boksu jednak nic o tym nie wie, dopuszcza, że Tarzan mógł brać udział w nieoficjalnych turniejach). Specjalnością Dacyka – poza radosnym mordobiciem – jest okradanie sklepów z telefonami komórkowymi (jak twierdził w wypowiedziach dla prasy, o wyborze obiektu napadu decydowała przynależność rasowa właściciela – jeśli nie był Rosjaninem, tym gorzej dla niego). Za te miłe wyskoki Dacyk trafił w 2007 roku za kratki. Wielbiciele talentu Rudego Tarzana rozmieszczali wtedy w Internecie pieśni wysławiające jego heroizm, a także zapisy wideo jego przesłuchań, w których twierdził on, że „Jezus Chrystus to agent Mosadu” etc. W legendarnym petersburskim więzieniu Kresty Dacyk był autorytetem, bez przerwy okładał się z innymi więźniami, przeważnie „nie-Słowianami”, a że siłę ma piekielną, przeto szybko zyskał sławę i posłuch. Niektóre bójki były tak bujne, że do rozdzielania okładających się stron lub uspokajania Dacyka, który w szale demolował cele, wzywano specnaz. Szalejący w więzieniu Tarzan trafił wreszcie na badania psychiatryczne. Chwalił się potem kolegom, że podczas obserwacji wyrwał kaloryfer, rozwalił umywalkę, rozpirzył parapet, za co lekarze uznali go za niepoczytalnego; zdiagnozowano schizofrenię. Najpierw przebywał w więziennym szpitalu, potem trafił do zwykłego zakładu psychiatrycznego bez specjalnej ochrony i nadzoru. Z psychuszki Dacyk wysyłał sms-y z pogróżkami do osób, które mu „podpadły”, m.in. do lekarki, która badała go w Krestach, obiecywał „obciąć jej głowę i zagrać nią w piłkę”. Pobyt w psychuszce Dacyk wykorzystał bardzo przytomnie – utrzymywał kontakty z kumplami z Sojuszu Słowiańskiego przez portale społecznościowe w Internecie, swobodnie posługiwał się telefonem komórkowym. Kiedy został przeniesiony z Petersburga do prowincjonalnej placówki, urządzał tam imprezy dla kolegów, robił szaszłyki, jakieś pokazy rzutów nożami. Personel placówki – niemal wyłącznie kobiecy – nie śmiał poczynić mu uwag.

    Powróćmy jeszcze do organizacyjnej opoki Rudego Tarzana – Sojuszu Słowiańskiego. Hasło „Sojusz Słowiański” można znaleźć w rosyjskojęzycznej Wikipedii. W podstawowych informacjach nt. organizacji figuruje m.in. liczba członków: 50 tysięcy (według danych gazety „Kommiersant” – 5,5 tysiąca bojowników, zorganizowanych w 64 grupy regionalne). Można tam też przeczytać, że w czerwcu tego roku lider Sojuszu Dmitrij Diomuszkin oficjalnie ogłosił o samorozwiązaniu związku po orzeczeniu Sądu Najwyższego podtrzymującym zakaz działalności organizacji i uznaniu jej za ekstremistyczną. Tymczasem aktywność wokół sprawy Dacyka wskazuje na to, że zrzeszeni w Sojuszu Słowiańskim „biali rdzennie rosyjscy” degeneraci nie zamierzają składać broni. Strona internetowa Diomuszkina działa bez przeszkód i codziennie aktualizuje wiadomości na interesujące członków związku tematy (m.in. o ucieczce herosa Dacyka).

  • Pukając do bram nieba

    Koncert grupy U2, który odbył się w Moskwie 25 sierpnia, był wydarzeniem. Nie tylko dlatego, że mógł się podobać pod względem artystycznym. Dodatkowych smaków i smaczków dodała polityka.

    W przeddzień występów w Moskwie lider U2 Bono pojechał do Soczi porozmawiać z prezydentem Dmitrijem Miedwiediewem. Bono prowadzi szeroko zakrojoną działalność charytatywną, wspiera przeróżne fundacje zwalczające narkomanię czy występujące w obronie zagrożonych gatunków zwierząt. Dzięki temu stoją przed nim otworem gabinety wysokich notabli na całym świecie. Bo kto odmówi rozmowy o szlachetnym celu ze szlachetnym i na dodatek popularnym artystą? Miedwiediew nie odmówił. Panowie porozmawiali o profilaktyce AIDS i o innych dobroczynnych misjach. Miedwiediew stwierdził, że muzycy nie powinni zajmować się działalnością społeczną. „Kiedy ludzie zaczynają zbyt intensywnie zajmować się działalnością społeczną, muzyka się kończy”. Od razu zastrzegł, że absolutnie nie ma na myśli samego Bono, któremu harmonijnie udaje się łączyć dobroczynność i koncertowanie. Kogo w takim razie miał na myśli?

    Podczas koncertu na moskiewskich Łużnikach Bono wykonał w duecie z rosyjskim piosenkarzem Jurijem Szewczukiem hit Boba Dylana „Knockin’ on Heaven’s Door”. Wbrew przestrogom prezydenta Miedwiediewa Bono dostrzegł jednak społeczny potencjał Jurija Szewczuka i zaprosił go na scenę. Szewczuk zaśpiewał zwrotkę po rosyjsku i refreny wspólnie z Bono po angielsku.

    W maju Szewczuk podczas spotkania premiera z przedstawicielami inteligencji twórczej zadał Putinowi kilka niewygodnych pytań, m.in. dlaczego w Rosji nie ma wolności słowa i zgromadzeń (pisałam o tym spotkaniu dwukrotnie na blogu w czerwcowych postach). Od tamtej pory nawet jego adwersarze z uwagą przysłuchują się temu, co mówi i śpiewa Szewczuk, który zyskał sławę pierwszego piewcy rosyjskiej opozycji. A zasłużony rockman udziela się na niwie opozycyjnej z chęcią. Kilka dni temu miał się odbyć na placu Puszkina w Moskwie koncert w obronie lasu w Chimkach pod Moskwą (sprawa tego lasu wymaga oddzielnego szerszego potraktowania – to arcyciekawy casus: grupa ekologów wystąpiła z protestem przeciwko wyrębowi pięknego lasu pod trasę szybkiego ruchu, trasa miała przebiegać inaczej, nie przez las, ale miejscowi urzędnicy na polecenie Putina zdecydowali o innym przebiegu trasy – przez las i zaczęli ów las rąbać, akcja protestu obrońców nielegalnie rąbanego lasu stała się w Rosji głośna, dziś prezydent Miedwiediew polecił, by zaprzestać wyrębu; do tematu lasu w Chimkach warto jeszcze szerzej wrócić). Na niedzielny koncert pod Puszkina przyszło kilka tysięcy ludzi. Mieli śpiewać na koncercie różni wykonawcy, ale nie zezwolono na zainstalowanie aparatury nagłaśniającej (powołując się na to, że miał się odbyć wiec, a nie koncert), przeto większość nie wystąpiła. Nie zraził się natomiast Jurij Szewczuk, który zamiast do mikrofonu śpiewał przez megafon.

    Na „obrzeżach” koncertu U2 na Łużnikach doszło do skandalu. Jak zwykle gorliwa, jeśli chodzi o ganianie opozycji, milicja, zatrzymała wolontariuszy Amnesty International i zamknęła stoiska rosyjskiego Greenpeace pod zarzutem nielegalnego rozdawania ulotek.

    Wygląda na to, że Szewczuk jeszcze sobie nie raz i nie dwa zedrze gardło na koncertach wspierających opozycję. Choć – jak mówią krytycy muzyczni – dziś nie można mówić o sile rocka i jego doniosłym społecznym wymiarze. W latach 80. rosyjski rock góry przenosił – pieśni nieżyjącego już od wielu lat Wiktora Coja (np. „Czekamy na zmiany”) podnosiły w ludziach społeczną i polityczną adrenalinę. Dziś w epoce szybkiego obiegu informacji ta forma cokolwiek się przeżyła.