Kategoria: Bez kategorii

  • Nieznani sprawcy

    Kolejne brutalne pobicie dziennikarza w Rosji. Oleg Kaszyn z „Kommiersanta” został w zeszłym tygodniu napadnięty pod własnym domem. Napastnicy pastwili się nad nim, uderzając pięćdziesiąt razy kawałkiem pręta po głowie, rękach i nogach. Dziennikarz w ciężkim stanie trafił do szpitala, przeszedł kilka operacji, lekarze są dobrej myśli, że wyjdzie z tego.

    W telewizji i internecie można obejrzeć filmik zarejestrowany przez kamerę wideo umieszczoną nad wejściem do domu Kaszyna. Widać wyraźnie, jak dwaj mężczyźni okładają leżącego dziennikarza, ale ich twarzy niepodobna z takiej odległości rozpoznać.

    Pobicie Kaszyna podniosło wysoką falę oburzenia nie tylko w środowisku dziennikarskim. Komentarze nie milkną od tygodnia. Dziennikarska brać domaga się złapania zbirów, przykładnego ich ukarania, a także zapewnienia bezpieczeństwa przy wykonywaniu zawodu.

    Czy tym razem zostanie przełamana fatalna passa i zwyrodnialcy zostaną złapani? Dotąd nie udało się złapać żadnych „nieznanych sprawców” – ani tych, którzy zabili Annę Politkowską, Natalię Estemirową, Aleksandra Litwinienkę, Anastazję Barburową, Stanisława Markiełowa, ani tych, którzy pobili dziennikarza z podmoskiewskich Chimek Michaiła Biekietowa (po pobiciu nie odzyskał zdrowia, jest sparaliżowany, porusza się na wózku inwalidzkim; na dniach stanął natomiast przed sądem pozwany przez mera miasta za obrazę). Wszystkie te sprawy miały szeroki rezonans nie tylko w Rosji, ale także za granicą. Ich sprawcy pozostali nieznani i nieuchwytni. Dlaczego? Skąd ta bezsilność władz, które stroją się nieustannie w szaty mocarzy?

    Śledztwo stwierdziło, że powodem pobicia była działalność zawodowa Kaszyna. O czym pisał? Z talentem o szeroko pojętych problemach społecznych. Politycznych też. Po przyjeździe do Moskwy kilka lat temu próbował swoich sił w środowisku młodzieżowym – wśród wychowanków ideologa Kremla, Władisława Surkowa. Poznał to środowisko od podszewki. Pisywał wtedy w prokremlowskiej gazecie internetowej „Wzglad”, w gazecie „Izwiestia”, potem – wyraźnie rozczarowany do kremlowskich młodzieżówek – służy swoim utalentowanym piórem czasopismu „Russkaja Żyzń”, a gdy tytuł pada, przenosi się do „Kommiersanta”.

    Komu nadepnął na odcisk Oleg Kaszyn swoimi publikacjami? Komentatorka dziennika „Niezawisimaja Gazieta” Jelena Zielinska wskazuje, że Oleg Kaszyn był niezależnym dziennikarzem, niezależnym – a więc może dlatego niebezpiecznym, choć z drugiej strony nie prowadził aktualnie żadnego ważnego śledztwa dziennikarskiego, które zleceniodawca chciałby tym barbarzyńskim sposobem przerwać. Ale, jak podkreśla Zielinska, Kaszyn pisał o tym, że w Rosji zaczęło się przebudzenie, pewne ożywienie, on sam był jednym z ważnych ogniw tego procesu. Za pośrednictwem internetu ludzie z różnych środowisk wymieniali opinie, tworzyli sieć tych, którym „nie jest wszystko jedno”. Ciekawy wywód.

    W komentarzach prasowych i internetowych powtarza się kilka wersji dotyczących możliwych zleceniodawców. Wskazuje się na sprawę wyrębu lasu w Chimkach (znowu Chimki) pod trasę Moskwa-Petersburg, co wywołało protest ekologów, z czego z kolei niezadowoleni byli przedstawiciele miejscowych władz oraz zaangażowani w budowę trasy i interesy z nią związane ludzie z otoczenia premiera Putina. Kaszyn był jedną z wielu osób, które o tym pisały. I nie był pierwszą ofiarą pobicia „w sprawie Chimek”. Druga wersja: zemsta gubernatora obwodu pskowskiego Turczaka, z którego Kaszyn nabijał się na swoim blogu (Turczak publicznie wyraził ubolewanie z powodu pobicia Kaszyna i życzył mu szybkiego powrotu do zdrowia).

    Najczęściej komentatorzy wyciągają wersję trzecią: zleceniodawcą może być boss prokremlowskich młodzieżówek Wasilij Jakiemenko, bliski współpracownik Władisława Surkowa. Kaszyn, jak napisałam powyżej, znał to środowisko bardzo dobrze. Kilka miesięcy temu napisał w tygodniku „Kommiersant Włast’” szkic o tym, jak prokremlowskie młodzieżówki sprawnie przejęły hasła nac-bołów Eduarda Limonowa, radykała, lewicowego prawicowca (to nie przejęzyczenie, chociaż może bardziej właściwe byłoby określenie lewacki prawicowiec), szowinisty i politycznego awanturnika. Jakiemienko uznał publikacje na temat swoich ewentualnych powiązań z pobiciem Kaszyna za potwarz i pomknął do sądu, by pociągnąć do odpowiedzialności tych komentatorów, którzy wysunęli takie przypuszczenia. Pan Jakiemienko jest dość drażliwy na swoim punkcie – chętnie podaje do sądu tych, którzy krytykują jego metody wychowawcze i in.

    Ciekawe doniesienie nadeszło dzisiaj ze Stanów: republikanie w Izbie Reprezentantów zażądali od prezydenta Obamy zweryfikowania polityki „resetu” z Rosją – „krajem, gdzie dochodzi do bestialskich pobić dziennikarzy”. Protestują nie tylko republikanie w dalekiej Ameryce, ale także wzburzeni współobywatele pobitego dziennikarza – dziś w Moskwie odbyła się kilkusetosobowa demonstracja na placu Puszkina.

    Prezydent Miedwiediew zapowiedział, że dołoży wszelkich starań, aby sprawców wykryto. Obiecał to już kilkakrotnie. W internecie nie brakuje głosów, że Miedwiediew staje się nadzieją tych, którym – jak Kaszynowi – „nie jest wszystko jedno”. Niektórzy chcą w tym widzieć nawet zaczątki neo-pierestrojki.

  • Jak oni się nudzą

    Premier Władimir Putin regularnie dostarcza rodakom rozrywki – a to przejedzie się wypasionym motocyklem w skórzanej kurtce, a to ładą kaliną, a nawet dwiema. O jego przejażdżce za sterami myśliwca napisano do tej pory poematy, artykuły i tomy analiz. Premier usypiał też kilkakrotnie groźne zwierzęta jednym sprawnym wystrzałem z dubeltówki miotającej środki usypiające. Zdjęcia z wakacyjnej sesji – premier konno w kowbojskim kapeluszu i szpanerskich okularkach z odsłoniętym torsem gladiatora – zrobiły furorę na całym świecie. W Woroneżu – i zapewne nie tylko tam – można nabyć gustowny talerzyk z fotografią z tych Putinowskich wakacji (tylko czy godzi się jednak spożywać kotlety z talerza z wizerunkiem premiera?). Kiedy latem tego roku płonęły lasy pod Moskwą, premier (który nie ma licencji pilota) zasiadł za sterami drugiego pilota w samolocie, zrzucającym wodę nad obszarami objętymi przez ogień, by zdusić pożogę (w Internecie można było przeczytać potem relacje ochotników, którzy w tym czasie gasili pożar na ziemi: na widok samolotu premiera padli na twarz, obawiając się, że zostaną zalani, ale nie spadła na nich ani kropla wody; premierowi wyrzucano natomiast, że robi sobie PR na nieszczęściu).

    Dziś w Petersburgu premier wsiadł do bolidu Formuły 1. Po wysłuchaniu krótkiego instruktażu wcisnął gaz i pomknął z prędkością dwustu czterdziestu kilometrów na godzinę. Premier testował bolida na specjalnie przygotowanej trasie, tylko raz wyrzuciło go nieco na zakręcie. „Całkiem nieźle jak na pierwszy raz” – podsumował po przejażdżce premier. W połowie października premier oświadczył, że z organizatorami wyścigów Formuły 1 ustalono, że jeden z etapów odbędzie się w Rosji. W przyszłości współpraca ma się rozwijać, Rosja pretenduje do tego, by w latach 2014-2020 zyskać prawo przeprowadzania u siebie imprez Formuły 1.

    Prezydent Miedwiediew ma na swoim PR-owskim koncie nieco mniej efektowne jazdy: z prezydentem Ukrainy jeździł kilka tygodni temu pobiedą, a podczas wizyty w Kazaniu zasiadł za kierownicą wielkiego kamaza, chociaż nie ma prawa jazdy uprawniającego do prowadzenia takich pojazdów. Trudno sobie wyobrazić prezydenta na grzbiecie wierzchowca – Miedwiediew dobrze się za to prezentuje przy laptopie lub z Ipodem w dłoni. Jeden z moich rosyjskich przyjaciół stwierdził kiedyś, oglądając kolejny spektakl z atrakcyjnym udziałem głowy państwa czy szefa rządu: „Jak oni się muszą nudzić, skoro ich kręcą takie dziecinne zabawy”.

    Widać, że rządowi PR-owcy stają na głowie, żeby wymyślać coraz bardziej efektowne pojazdy, na których jeździ elitarny tandem. Czemu mają służyć te spektakle? Z jednej strony zapewne zaprezentowaniu, że przywódca jest zdrowy, silny, odważny i sprawny, z drugiej strony są rozrywką dla ludu, z trzeciej mają wykazać, że przywódca jest równym gościem, a zarazem kimś postawionym ponad rzeszą śmiertelników – bo któż na własne życzenie może zasiąść za sterami naddźwiękowego myśliwca? PR-owcy nie zaryzykowali jednak w tym roku kolejnej sesji z roznegliżowanym premierem pływającym delfinem w zimnej rzece, jak to drzewiej bywało. Prasa całego świata rozpisywała się natomiast na temat podejrzanego siniaka na obliczu rosyjskiego premiera podczas jego niedawnej wizyty w Kijowie. Co ciekawe, rzecznik prasowy premiera kategorycznie zdementował istnienie tajemniczych sińców na kościach policzkowych: „To nie siniec, to tak padało światło”. Jeden z komentatorów internetowej „Gazety.ru” napisał, że niezależnie od tego, czy „tak padało światło” czy niezwykła faktura premierowskiej skóry była efektem niezbyt udanej operacji plastycznej, widać, że premier się starzeje. I nie chodzi nawet o przemijającą młodość fizyczną, ludzką (komentatorzy zwracają uwagę, że premier źle psychicznie znosi posuwanie się w latach), ale o polityczną świeżość. Formuła zaczęła się wyczerpywać. I nie jest to Formuła 1.

    Tymczasem bębenka trzeba stale podbijać. Dokąd i na czym następnym razem? Wszystko już było, rzekł ben Akiba. Teraz to została już chyba tylko rakieta kosmiczna.

  • Święto, święto i po święcie

    4 listopada jest w Rosji od pięciu lat obchodzony jako Dzień Jedności Narodowej. Miał przesłonić bolszewicką tradycję świętowania dnia rewolucji październikowej 7 listopada – siódmy nie jest już wyróżniany czerwonym drukiem w kalendarzach. Święto nawiązuje do daty (czysto umownej, jak twierdzą historycy) wygnania z Kremla „polskich interwentów” w 1612 roku. Miało też znamionować koniec Smuty.

    Czy „nowa świecka tradycja” zakorzeniła się w świadomości Rosjan? Badania państwowego ośrodka WCIOM mówią, że nie. 4 listopada jest postrzegany jako ustanowiony przez władze odgórnie dzień świąteczny, ale ludzie nie za bardzo wiedzą, w jakiej sprawie: tylko jeden procent Rosjan uważa to święto za ważne dla siebie, aż 80 procent nie umiało wyjaśnić, na cześć jakiego wydarzenia historycznego obchodzi się to święto. W ubiegłych latach w programach telewizyjnych, propagujących nowe święto czy podczas oficjalnych uroczystości gęsto pojawiały się „z podkręceniem” wątki antypolskie. W tym roku zostało to wyciszone do minimum.

    Zastanawiające jest to, że rzucone odgórnie hasło jedności narodowej zostało podjęte przez dwie diametralnie różne grupy aktywnych Rosjan (przeważnie w bardzo młodym wieku): wszelkiej maści radykalnych nacjonalistów, rasistów i ksenofobów oraz prokremlowskie młodzieżówki. Wczoraj w Moskwie odbyły się dwa marsze.

    Jeden zgromadził około pięciu tysięcy uczestników (według ocen organizatorów – 15 tys.) i odbył się pod hasłami „Rosjanie, łączcie się!”, „Wyzwolimy Rosję”, „Przyszłość należy do nas”, „Wolna Rosja – rosyjska władza”, „Moskwa to rosyjskie miasto”. Władze Moskwy zezwoliły na przeprowadzenie demonstracji w dzielnicy Lublino (jedna z wielu moskiewskich „sypialni”-blokowisk). Demonstranci wykrzykiwali nacjonalistyczne hasła, wznosili w górę prawą rękę w geście pozdrowienia (z wysuniętymi dwoma palcami, a nie wyprostowaną dłonią). Na czele kolumn maszerowali przywódcy różnych radykalnych ugrupowań – wyróżniał się m.in. brodaty lider zdelegalizowanego Sojuszu Słowiańskiego Dmitrij Diomuszkin (Demushkin) i przewodniczący organizacji nawołującej do wyrzucania z Rosji imigrantów Aleksandr Biełow.

    O demonstracji nacjonalistów nie było ani słowa w dziennikach telewizyjnych. Wiele miejsca poświęcono oficjalnemu marszowi, który – co ciekawe – też się odbył pod hasłem „Russkij marsz” (wcześniej tak zatytułowane marsze odbywali wyłącznie nacjonaliści).

    Na ten oficjalny marsz przyszło/przyjechało/(a przede wszystkim)było dowiezionych/ 20 tysięcy aktywistów prokremlowskiej młodzieżówki „Nasi”. Uczestnicy piętnowali tych, którzy sprzedają alkohol nieletnim, handlują narkotykami, kupczą ciałami młodych dziewcząt itp. Zdjęcia z ich podobiznami niesiono w pochodzie na tabliczkach z napisami „Hańba Rosji”. Przeciwstawiono im weteranów wojny, których portrety podpisano „Cześć Rosji”. W demonstracji nie dało się zauważyć ani jednej rosyjskiej flagi. Padał deszcz, wiał wiatr, radości ani entuzjazmu jakoś nie było.

    Święto 4 listopada ma jeszcze jeden wymiar: cerkiewny. I głównie ten wymiar starano się wczoraj w relacjach głównych kanałów państwowej telewizji uwypuklić. Na placu Czerwonym odbyło się uroczyste poświęcenie odrestaurowanej naściennej ikony nad jedną z bram Kremla. Poświęcenia dokonał patriarcha Cyryl. Podkreślano, że to szczególnie ważne w dniu poświęconym ikonie Matki Boskiej Kazańskiej, cudami słynącej obrończyni miasta i kraju.

    Na Kremlu odbyło się uroczyste wręczenie odznaczeń dla zasłużonych dla rosyjskiej kultury cudzoziemców (wśród odznaczonych była m.in. wiecznie dziewczęca Mirelle Matthieu, a także tłumacz poematu Puszkina „Eugeniusz Oniegin” na język abchaski) i przyjęcie. W przedsięwzięciu brał udział prezydent Miedwiediew.

    W kilku miastach miejscowe władze wpadły na nieco mniej pompatyczne pomysły: w Krasnojarsku młodzież wypełniła wielką mapę Rosję narysowaną na głównym placu miasta, w niebo wypuszczono setki baloników w trzech kolorach narodowej flagi, a w Jekaterynburgu ugotowano największy pieróg z mięsnym farszem, który po ugotowaniu w ogromnym kotle wszyscy społem zjedli niezależnie od narodowości i koloru skóry.

    Pięć lat to bardzo mało, aby powstały i utrwaliły się nowe rytuały święta. „Ona nie może się tak nazywać – Tradycja” – mówił bohater niezapomnianego „Misia”. Na razie święto 4 listopada jest takim „misiem” właśnie. Na dodatek, jak się wydaje, autorzy pomysłu już zapomnieli, po co to święto ustanowili – doraźne cele polityczne mają to do siebie, że się często zmieniają. A nacjonaliści się cieszą.

  • Rosyjskie nekropolie (3)

    Cmentarz Wostriakowski w Moskwie przedzielony jest asfaltową szosą. Po jednej stronie znajduje się duży cmentarz żydowski, po drugiej – cmentarz z prawosławną cerkiewką, jednający ludzi różnych wyznań i bezwyznaniowców.

    Pojechałam tam kilka lat temu, korzystając z nadarzającej się okazji (cmentarz jest daleko od centrum miasta i trudno tam dojechać). Nie bez trudu odnalazłam grób Andrieja Sacharowa – autora radzieckiej bomby wodorowej, a w późniejszych latach dysydenta, walczącego z władzą radziecką, obrońcę praw człowieka, szykanowanego i represjonowanego. Grób noblisty jest skromny – zwykła czarna płyta z prostym napisem.

    Kilka alejek dalej znajdują się kwatery okazalsze, o, dużo okazalsze niż nagrobek Sacharowa. To groby „bratkow” – gangsterów, którzy w latach 90. kosili się bezpardonowo w walkach o strefy wpływów. Wielkie granitowe rzeźby lub płyty z wysieczonymi portretami naturalnej wielkości. Panowie w garniturach, golfach, skórzanych kurtkach, kapeluszach, czapkach z daszkiem, z gołą głową. Niegustowne podobizny, wielkie jak legendarne łańcuchy ze złotymi krzyżami noszone do malinowych marynarek (taki szyk rosyjskich mafiosów). Czasem oprócz postaci na rysunkach wyobrażane są symbolicznie lub dosłownie okoliczności przedwczesnej śmierci (np. samochód mknący szosą). Daty urodzenia i śmierci (na ogół w wieku młodym i bardzo młodym). Obok imienia i nazwiska często pseudonim używany w środowisku gangsterskim. Na grobach piękne kwiaty, ogromne wieńce, przepyszne wiązanki z napisami w rodzaju „Śpij spokojnie, nigdy cię nie zapomnimy. Chłopcy z ferajny”.

    Kiedy wyciągnęłam aparat fotograficzny, żwawym krokiem podszedł do mnie stojący nieopodal mężczyzna. „Schowaj to, tu nie wolno fotografować” – powiedział głosem nie znoszącym sprzeciwu. Na moje naiwne „dlaczego?” powtórzył z naciskiem uprzedni komunikat. A zatem zdjęć z tamtej wyprawy nie mam.

    Takich wystawnych grobowców postrzelanych bosów i żołnierzy mafii jest na różnych rosyjskich cmentarzach bardzo wiele. Są zadbane, często podświetlane, zimą – regularnie odśnieżane. No i, jak widać, ochraniane przed zniszczeniem i okiem nazbyt ciekawych odwiedzających. Gangsterzy wykupili na wielu prestiżowych cmentarzach najlepsze kwatery, wystawili zmarłym „bratkom” wspaniałe pomniki. W podmoskiewskich Rakitkach mafiosi wykupili cały cmentarz.

    Rok temu na cmentarzu Wagańkowskim w Moskwie odbył się pogrzeb jednego z najważniejszych bosów rosyjskiej mafii, zabitego w zamachu Wiaczesława Iwańkowa, pseudonim Japonczik (pisałam o tym na blogu). Za dębową trumną honorowy poczet „bratkow” niósł rosyjską trójkolorową flagę. Gazety pisały, że pogrzeb z taką oprawą musiał kosztować co najmniej milion rubli. Uroczystość była jedną z wiadomości dnia, relacje z Wagańkowskiego znalazły się we wszystkich wydaniach dzienników telewizyjnych. Wysoka ranga – szacun i respekt społeczeństwa i mediów.

    Na tym samym cmentarzu pochowani zostali bodaj najgłośniejsi bosowie mafijni lat 90. – bracia Kwantriszwili (ich grób ozdobiony gigantyczną rzeźbą anioła trzymającego w rękach dwa wieńce znajduje się dosłownie pięć metrów od grobu Władimira Wysockiego). W zlokalizowanej po przeciwnej stronie ulicy ormiańskiej części cmentarza można podziwiać wielkie pomniki nagrobne innych sławnych braci – Oganowów, „worów w zakonie”, wyeliminowanych przez rywalizujący klan.

    Jeśli chodzi o okazałość i pompatyczność wszystkie moskiewskie pomniki nagrobne przebił petersburski „autorytet” Konstantin Jakowlew, znany jako Kostia Mogiła. Według „Niezawisimej Gaziety” prześwietny grobowiec na Cmentarzu Północnym w Petersburgu kosztował dwieście tysięcy dolarów: wokół bielusieńkiej niczym śnieg figury Jakowlewa straż pełnią anioły różnej wielkości, Kostia obejmuje prawosławny krzyż, wokół jego nóg wije się żmija. W przedmafijnym życiu Kostia był szeregowym grabarzem na innym petersburskim cmentarzu – Południowym. Swój pseudonim zawdzięczał temu, że potrafił wykopać grób w rekordowo krótkim czasie.

    Władywostok też zapisał swoją kartę w najnowszej historii przestępczości: na grobie tamtejszego „wora w zakonie” Micho widnieje inskrypcja: „Tu śpią dobro i sprawiedliwość”. Wzruszające, nieprawdaż? Ale to jeszcze nie szczyt możliwości. Kilka lat temu w Petersburgu przeprowadzono konkurs-plebiscyt na najlepszy nagrobek dla „nowego Ruskiego”. W kategorii „najlepsze epitafium” zwyciężyło proste stwierdzenie: „Ja umarłem, ale mafia jest nieśmiertelna”, a w kategorii „najbardziej oryginalna rzeźba” wygrała nagrobna stela w kształcie telefonu komórkowego z napisem „Abonent niedostępny” (grób niejakiego Muchy Białego).

  • Rosyjskie nekropolie (2)

    Dlaczego na cmentarz Nowodziewiczy w Moskwie w latach 70. i 80. można było wchodzić wyłącznie „za przepustkami” (wydawano je członkom rodzin ludzi pochowanych na tym cmentarzu, czasem czyniono wyjątek wobec innych)? Trudno powiedzieć, nikt się oficjalnie z tego zakazu nie wytłumaczył. Czego obawiały się władze, blokując dostęp do historycznego cmentarza, na którym spoczywa wielu wybitnych przedstawicieli świata kultury, polityki, kosmonautów, konstruktorów, lekarzy, sportowców?

    W 1971 roku zmarł były gensek Nikita Chruszczow, w dniu jego pogrzebu na Nowodziewiczym zmieniono trasy autobusów kursujących normalnie w okolicach cmentarza. Nekropolię otaczał kordon milicji. Rządziła wtedy w ZSRR ekipa Leonida Breżniewa, który bezkrwawo obalił Chruszczowa i przejął pełnię władzy w partii i państwie. Przywódców ZSRR, najwybitniejsze postaci bolszewickiego Panteonu chowano pod murem Kremla, za mauzoleum Lenina. Dla Chruszczowa miejsce się tam, jak widać, nie znalazło. Znamienne.

    Obok Lenina przez kilka lat w mauzoleum spoczywał i zabalsamowany Stalin, ale gdy Chruszczow po XX zjeździe zaczął zwalczać kult Stalina, śmiertelny Wódz Narodów został z mauzoleum dyskretnie usunięty i pochowany pod murem kremlowskim, gdzie spoczywa do dziś.

    A zatem Chruszczow został pochowany na cmentarzu Nowodziewiczym. Jego nagrobek zaprojektował wybitny rzeźbiarz Ernst Nieizwiestny – wyróżnia się on na tle innych czystą formą, ciekawym pomysłem, oryginalnością. Dlaczego ludzie radzieccy nie mogli bez przepustki obejrzeć tej rzeźby nagrobnej?

    A może nie chodziło wcale o Chruszczowa? Albo nie tylko o Chruszczowa. Na cmentarzu Nowodziewiczym pochowano m.in. Nadieżdę Alliłujewą, drugą żonę Stalina, która targnęła się na życie. Jej grób zdobi przepiękna alabastrowa rzeźba.

    Przechadzki po tej nekropolii to wyprawy w przeszłość, a w Rosji kto kontroluje przeszłość, ten kontroluje teraźniejszość, zastój epoki Breżniewa nie przewidywał dla ludności swobodnego dostępu do historii. Zamiast historii był mit. Może zatem historia wypisana na nagrobkach mogła zanadto wzburzyć umysły tych, którzy mieli błogo spać kołysani kłamstwem epoki „małej gnijącej stabilizacji”? W końcu jednak pod koniec lat 80. cmentarz otwarto dla zwiedzających, a nie tylko odwiedzających mogiły krewnych. Można było wreszcie bez reglamentacji odwiedzić groby wybitnych pisarzy – m.in. Michaiła Bułhakowa, Antoniego Czechowa, Wasilija Szukszyna (z pięknym portretem tego pisarza-aktora na rzeźbie nagrobnej), Ilji Ilfa, muzyków – Dymitra Szostakowicza, Siergiusza Prokofjewa, Fiodora Szalapina, Aleksandra Skriabina, ludzi filmu i teatru – Siergieja Eisensteina, Michaiła Romma, Wsiewołoda Pudowkina, Grigorija Aleksandrowa. Lista znakomitości jest długa. O każdej z tych osób można napisać książkę.

    Wiele losów, wiele tragedii, wiele zagadek. Marszałkowie niezwyciężonej armii, ofiary katastrofy zeppelina, ludowi komisarze, ich zdeptane przez los żony (np. żona Michaiła Kalinina, Jekatierina, więźniarka Gułagu, oskarżona o terror, szpiegostwo i oczernianie Stalina czy żona Wiaczesława Mołotowa, Polina Żemczużyna skazana na łagier za związki ze światowym syjonizmem), a tuż obok ofiar – tuzy bezpieczeństwa państwowego czasów pogardy – m.in. sławny Andriej Wyszyński. Nowodziewiczy to także miejsce wiecznego spoczynku słynnego chirurga Nikołaja Burdenki – przewodniczącego komisji badającej zbrodnię katyńską (komisja doszła do wniosku, że zbrodni dokonali Niemcy).

    Historia nie odpoczywa, dzieje się na naszych oczach, na cmentarzu Nowodziewiczym przybywa mogił. Tu pochowano pierwszego prezydenta Rosji – Borysa Jelcyna. Jego nagrobek Moskwianie uznali za niezbyt udany – trójkolorowa flaga Rosji, jaka okrywa grób, została wykonana z drobnych płytek ceramicznych, co krytyczni mieszkańcy Moskwy skojarzyli z wystrojem… łazienki.

    W ostatnich latach znaleźli tu miejsce wiecznego spoczynku dwaj wielcy rosyjscy aktorzy – Wiaczesław Tichonow – niezapomniany książę Bołkoński z „Wojny i pokoju” Bondarczuka i – przede wszystkim – szlachetny i romantyczny szpieg Stirlitz z „Siedemnastu mgnień wiosny” oraz Oleg Jankowski, który zagrał wspaniałe role w filmach Andrieja Tarkowskiego. W 2007 roku spoczął na Nowodziewiczym wielki wiolonczelista Mścisław Rostropowicz.

    Jednym z najsympatyczniejszych zakątków cmentarza jest część, w której znajdują się groby artystów sceny, komików i artystów cyrku. Arkadij Rajkin, który bawił do łez miliony Rosjan, stoi lekko zadumany i jak zawsze ujmująco uśmiechnięty. W bok od głównej alei znajduje się grób Jurija Nikulina, wspaniałego artysty filmu i cyrku, Nikulin przysiadł sobie w nieodłącznym kapelusiku na ramie nagrobka, pali papierosa, towarzyszy mu pies sznaucer. Ciepłe i ludzkie.

    Gdybyście się Państwo chcieli wybrać na przechadzkę po cmentarzu Nowodziewiczym – to dziś nie ma żadnych przeszkód. Można się tam udać, nawet nie ruszając się z domu: http://novodevichye.narod.ru