Kategoria: Bez kategorii

  • Powróżyć z fusów. Przymiarka trzecia

    Szarady sukcesyjne w Rosji można rozwiązywać kilkoma metodami. Dywagacje na ten temat układają się wokół pytania, czy grupa trzymająca władzę wystawi w fasadowych wyborach 2012 Putina czy Miedwiediewa. Ponieważ jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie brak, mnożą się opinie kół zbliżonych do najwyższych pięter władzy – jedne wbijają publiczności do głowy, że to Miedwiediew będzie doskonałym carem na następną kadencję, drugie nie wyobrażają sobie innego rozwiązania jak powrót Putina na Kreml. Kilka takich opinii przytoczyłam w poprzednich odcinkach.

    Próby przeniknięcia, co dzieje się za przyciemnianymi szybkami służbowych mercedesów i bmw (rosyjskie władze nie jeżdżą „czlenowozami” rodzimej produkcji), są miłą zabawą towarzyską. Pamiętajmy jednak, że poza tym miłym aspektem towarzyskim w grę wchodzi już nie tak miły, a wręcz bardzo brutalny aspekt biznesowy sukcesji władzy. Otoczenie premiera – uprzednio prezydenta – Putina, składające się z kolegów z resortu służb specjalnych, członków „Koopieratiwa Oziero” i znajomych z petersburskiego merostwa, w latach jego rządów przeszło znaczące przemiany. Dla większości ważniejsze niż polityka jest robienie konkretnych biznesów. Może zatem warto przyjrzeć się pod tym kątem kolejnej warstwie fusów, czyli ostatnim spektakularnym transakcjom zawieranym pod najwyższymi auspicjami.

    Dwie najważniejsze to alians rosyjskiej państwowej firmy naftowej Rosnieft’ i BP i sprzedaż przez Gazprom 9,4 procent akcji firmy gazowej Novatek.

    Rosnieft’ wymieniła się akcjami z BP: 9,5 proc. akcji Rosniefti za 5 proc. akcji BP, suma transakcji – 7,8 mld dolarów. Dlaczego BP wybrało akurat Rosnieft’? Czy dlatego, że odpowiadający za kompleks naftowy wicepremier Igor Sieczin jest czułym patronem tej firmy i doskonałym negocjatorem, który potrafi każdego przekonać do swoich racji? A może dlatego, że to była wybiegająca daleko w przyszłość profetyczna transakcja, mająca podreperować kondycję brytyjskiego kolosa, który wyłożył się koncertowo na katastrofie w Zatoce Meksykańskiej, a Rosniefti pozwalająca zalegalizować wreszcie aktywa przejęte od upadającego Jukosu? A może chodziło o coś innego. Obserwatorzy wskazują, że naturalnym partnerem Brytyjczyków w Rosji jest joint venture TNK-BP, które miało „prawo pierwszej nocy” do tych akcji. Dlaczego zatem nie ta firma stała się partnerem BP tylko Rosnieft’? Poza tym konsorcjum AAR grupujące rosyjskich współwłaścicieli TNK-BP szybko złożyło skargę na BP w arbitrażu w Londynie i sąd nakazał wstrzymanie transakcji. „Faktyczni właściciele Rosniefti Putin i Sieczin odnieśli się do decyzji sądu dość obojętnie – to nie nasza sprawa, niech sami to wyjaśnią – pisze w rozważaniach na temat biznesowych kuluarów rosyjskiej władzy politolog Stanisław Biełkowski. – Czym zakończy się sprawa? Może Rosnieft’ wykupi TNK-BP. […] Wikileaks ujawnił, że akcja z wykupem akcji TNK-BP planowana była już w 2008 roku, ale przeszkodził kryzys. Wtedy kupcem miał być Gazprom, nie Rosnieft’. Jeśli wziąć pod uwagę obecną kapitalizację TNK-BP, to 100 procent akcji może być sprzedane za 45 mld dolarów. Skąd Rosnieft’ weźmie tyle kasy? Z rosyjskiej państwowej kieszeni, no bo skąd. BP otrzyma wymarzoną gotówkę, a Rosnieft’ podniesie kapitalizację kosztem budżetu państwa”.

    Teraz drugi casus. W grudniu 2010 roku Gazprom sprzedał 9,4 procent akcji firmy Novatek. Za jedyne 1,87 mld dolarów, przy czym wartość giełdowa wynosiła 3,21 mld. Cuda w tej budzie. Jednym słowem: Gazprom „okradł sam siebie na sumę 1,35 mld dolarów – kontynuuje wywód Biełkowski. […] Głównymi beneficjantami gazpromowskiego samoograbienia są nominalni właściciele Novateku Giennadij Timczenko i Leonid Michelson. (Timczenko podaje do sądu każdego, kto publicznie stwierdzi, że jest on bliskim przyjacielem Putina). Jedyne wytłumaczenie, jakie wydali z siebie panowie z Gazpromu, to: bardzo potrzebowaliśmy pieniędzy, dlatego sprzedaliśmy za bezcen. Transakcja została zawarta w ten historyczny czas – ironizuje Biełkowski – gdy Władimir Putin znaczącą ochłódł w stosunku do poprzedniego faworyta, Gazpromu, a ogromnie ocieplił się w stosunku do Novateku. Niedawno ostro napomniał Gazprom, czemu nie dopuszcza innych eksporterów gazu do swoich rurociągów, choć przez lata umacniał monopol Gazpromu. Ale widocznie sytuacja się zmieniła. Gazprom przekazuje Novatekowi swoich klientów. Liberalna społeczność nie wiedzieć czemu stwierdziła, że wszystkie gry wokół Novateku oznaczają przygotowanie Putina do powrotu na Kreml. Moim zdaniem – podkreśla Biełkowski – jest odwrotnie. Skoro premier stawia krzyżyk na Gazpromie i lobbuje interesy prywatnej firmy, to nie świadczy to o dalekosiężnych politycznych planach. To raczej znaczy, że Putin przemieszcza punkt ciężkości swoich interesów do Novateku. Wykorzystując do wzmocnienia Novateku środki państwowe. Bo w przededniu rozgrywki 2012 znacząco nasilają się wysiłki kluczowych przedstawicieli elity rządzącej na rzecz wypompowania środków z państwowych funduszy rezerwowych, które topnieją w oczach: w ciągu dwóch lat fundusz rezerw ministerstwa finansów zmniejszył się o 122 mld dolarów – ze 137 do 25 mld. A zatem dla finalnego cash out bardziej przydatny będzie uśmiechnięty prezydent, od którego nic nie zależy, a więc Miedwiediew”.

    Ale są i inne interpretacje. Sukcesyjna telenowela będzie miała niewątpliwie jeszcze wiele odcinków. Bo to dopiero wszystko się zaczyna…

  • Powróżyć z fusów. Przymiarka druga

    Po wyborach 2012 roku tandem nie przetrwa, formuła nie będzie już przydatna w nowym układzie biznesowo-politycznym – taką tezę w rozważaniach nad możliwym rozwojem sytuacji w Rosji na progu cyklu wyborczego stawia ekspert moskiewskiego Centrum Carnegie, Nikołaj Pietrow. 

    Układanka przedwyborcza dopiero się kształtuje, wszystko jest jeszcze możliwe. Sprzeczne sygnały przedostające się do prasy (forujące Miedwiediewa bądź zapewniające, że to jednak Putin wybierze się w wyborach) raczej zamazują sytuację, niż pozwalają postawić jasną prognozę. Te dywagacje nie są jednak pozbawione sensu. Pozwalają przyjrzeć się tym procesom, które dotyczą sprawowania władzy i sposobom rozwiązania problemu sukcesji w sytuacji, gdy władza nie odwołuje się do woli społeczeństwa wyrażającej się w głosowaniu, a dokonuje wyboru wewnątrz ścisłego grona „elity rządzącej”.

     „W Rosji istnieją poważne tarcia pomiędzy poszczególnymi strukturami [najostrzejsze chyba można było obserwować na początku rządów tandemu pomiędzy aparatem Putinowskiego rządu i kancelarią prezydenta Miedwiediewa, które pokazują, że toczy się walka, że panuje pewna nieokreśloność” – twierdzi Nikołaj Pietrow. W ciągu trzech lat przedstawiciele wielkiego biznesu wyrobili sobie modele postępowania i kanały komunikacji z władzą, istnienie tandemu stwarza pewne możliwości manewrowania pomiędzy formalnym i realnym liderem. „Ale manewrowanie pomiędzy członkami tandemu to jedno, a sytuacja, gdy okazuje się, że Miedwiediew staje nie tylko formalnym, ale i realnym liderem – to drugie. To zasadniczo inna konfiguracja. Podobnie jak dwanaście lat temu elita postawiła Putina na miejscu prezydenta, tak i teraz na główne miejsce Miedwiediewa może postawić tylko Putin lub elita polityczna. Miedwiediew tego miejsca sam nigdy nie zajmie”.

    Większość ekspertów jest zdania, że jeśli nie uda się wypracować polubownego rozwiązania wewnątrz grupy trzymającej władzę, to może dojść do konfliktu w łonie tej grupy. Jak mówi Olga Krysztanowska, specjalista „od elit” z Rosyjskiej Akademii Nauk, kompromis będzie polegał na tym, który z członków tandemu zgodzi się odejść bez wojny i zająć jakieś ważne stanowisko [w organizacji międzynarodowej]. „Jeśli Putin pozostanie premierem, to będzie oznaczać jedno – teraz jest on na pozycji technicznego premiera [jak wszyscy rosyjscy premierzy przed nim] i nie podejmuje najważniejszych decyzji, a prezydent zyskuje pełnię władzy, jak to było za czasów prezydentury Putina. Miedwiediew wtedy wzmacnia swoją pozycję, a władza Putina zostanie znacząco zredukowana. Dla niego taka sytuacja jest dalece niekomfortowa. Może zatem przewodnictwo w jakiejś prestiżowej międzynarodowej organizacji to nie jest złe wyjście” – konkluduje Olga Krysztanowska, powtarzając znaną od dawna, a reanimowaną ostatnio tezę o wypchnięciu Władimira Władimirowicza z galer na wygodną szalupę w MKOl czy Narodach Zjednoczonych.

    O tym, czy Putin ma apetyt na pozostanie u steru, można jeszcze powróżyć z fusów, przyglądając się ostatnim spektakularnym przepływom finansowym, aktom kupna-sprzedaży aktywów pomiędzy firmami należącymi do osób z bliskiego kręgu pana premiera. Ale o tym – w kolejnym odcinku.

  • Powróżyć z fusów. Przymiarka pierwsza

    Putin w przyszłym roku obejmie stanowisko przewodniczącego Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego – to jeden z wariantów rozwiązania „problemu 2012”, jaki omawiają rosyjskie media. Z dnia na dzień nasila się fala spekulacji dotyczących dalszych losów członków panującego tandemu w sezonie wyborczym 2011-2012. Zbliża się dzień, kiedy urbi et orbi trzeba będzie oznajmić, jaka jest wola najwyższych czynników, czyli kto z woli grupy trzymającej władzę zostanie namaszczony na kolejną kadencję prezydencką. Potem zesłana z góry propozycja rozwiązania najtrudniejszego z trudnych problemów władz Rosji – sukcesji – zostanie dodatkowo obudowana dekoracjami w spektaklu z braku lepszego określenia zwanego wyborami. Różnych, często sprzecznych ze sobą sygnałów jest co niemiara. Ale po kolei.

    Wersja o zajęciu przez Putina jakiegoś ważnego stanowiska w organizacji międzynarodowej – czy to w MKOl, czy to w ONZ – nie jest nowa. Podobne rozważania eksperci snuli i na progu 2008 roku – wtedy też niejasna była sytuacja z sukcesją władzy. Putin kończył drugą kadencję prezydencką, zgodnie z konstytucją miała to być jego ostatnia kadencja. Bój toczył się więc wówczas o to, kto będzie jego następcą (wchodziło też w grę rozwiązanie tzw. trzeciej kadencji). Putin wybrał jednak inny wariant: oddając fotel prezydencki, nie oddał władzy, stał się premierem, od którego wszystko zależy, prezydent również. Teraz sytuacja jest inna. Rozważania kręcą się wokół możliwości pozostania na kremlowskim tronie Dmitrija Miedwiediewa, który może sprawować urząd przez drugą kadencję (o ile taki właśnie będzie konsensus w grupie trzymającej władzę) albo powrotu Władimira Putina, który może zaczynać z „czistogo lista”, czyli wybrać się znowu na dwie, tym razem już sześcioletnie kadencje.

    Cechą rosyjskiej odmiany demokracji, zwanej przez kremlowskich ideologów „suwerenną”, jest m.in. to, że wybory polegają na dokonaniu wyboru w wąskim gronie. Powiedział o tym publicznie premier Putin: siądziemy z Dmitrijem Anatoljewiczem, pogadamy i zdecydujemy, który z nas wystartuje w wyborach. To znaczy zdecydują, na kogo będzie mógł oddać w plebiscycie głos elektorat, pozbawiony możliwości wysuwania własnych kandydatów, spoza ustalonego na górze grona (figuranci i kandydaci techniczni też wystartują, aby nadać aktowi wyborczemu niezaprzeczalnej powagi).

    Powodem do intensywnego spekulowania o „trudoustrojstwie” (czyli miejscu pracy) Władimira Władimirowicza po 2012 roku stała się zbliżająca się wizyta wiceprezydenta USA Joe Bidena w Moskwie (9 marca). Dzisiejsza „Niezawisimaja Gazieta” snuje przypuszczenia (powołując się na zaufane źródła zbliżone do odpowiednich kół), że Biden spotka się z Miedwiediewem i tym samym da sygnał, że Waszyngton popiera właśnie Miedwiediewa. A jeśli chodzi o Putina, to Waszyngton myśli o stołku dla niego w MKOl. Putin jest usportowiony, ma doświadczenie w lobbowaniu przyznawania Rosji wielkich imprez sportowych (np. bardzo skutecznie potrafił się dogadać z księciem Albertem w sprawie igrzysk w Soczi), a zatem: dlaczego nie?

    Ale co zrobić w takim razie z tą częścią otoczenia Putina, która interesami i życiem całym związana jest personalnie z Putinem i tylko na nim mocuje swą moc biznesową, a zatem popiera rozwiązanie polegające na powrocie Putina na Kreml? Źródło gazety nie widzi problemu, Amerykanie łatwo sobie poradzą i szybko złamią ich opór: „Wystarczy nie wydać wiz Jurijowi Kowalczukowi, Arkadijowi Rotenbergowi czy Giennadijowi Timczence. A jeśli to nie poskutkuje, to trzeba będzie zamrozić ich aktywa w zagranicznych bankach”. Ekspert z moskiewskiego Centrum Carnegie Nikołaj Pietrow studzi te zapały. Po pierwsze – Stany nie mają za bardzo instrumentów wpływu na sytuację sukcesyjną w Rosji, a już tym bardziej Joe Biden nie jest tą osobą, z której zdaniem Kreml mógłby się w tym względzie liczyć. Tego rodzaju „wrzuty” (o poparciu Białego Domu dla Miedwiediewa) pochodzą z tych części elit, które są zainteresowane wysunięciem Miedwiediewa na wybory w 2012. Chodzi o wyrobienie w opinii publicznej przekonania, że Miedwiediew to „lepszy wariant” niż Putin. „Kampania prowadzona jest w tym celu, aby zasugerować, że na Kremlu wszystko już postanowiono i że kandydatem będzie Miedwiediew”. Ale realne sygnały są inne: „Miedwiediew wypowiedział wiele słusznych słów choćby w sprawie procesu Michaiła Chodorkowskiego i Płatona Lebiediewa. Czy coś z tego wyszło? W historii z lasem w Chimkach Miedwiediew próbował zademonstrować jakieś liberalne podejście, ale po kilku miesiącach zwłoki, pomimo protestów ekologów, władze powróciły do starego wariantu. A więc znowu nic. Jest jeszcze reforma milicji, która ani z Miedwiediewem nie ma nic wspólnego, ani z reformą”. A zatem Miedwiediew nie wykazał własnej woli politycznej. Czy stać go na samodzielne ruszenie w bój?

    Ciąg dalszy – w następnym odcinku.

  • Syn synowi

    Bank Moskwy – fundament finansowego imperium eksmera stolicy Jurija Łużkowa – przechodzi w ręce banku WTB. Bank Moskwy hojnie wypłacał firmie żony Łużkowa kredyty nawet w trwożny czas kryzysu, kiedy banki odsyłały z kwitkiem większość chętnych. To dzięki wsparciu tego banku rozkwitł biznes Jeleny Nikołajewny Baturinej, dziś zwijany w popłochu i bez specjalnej nadziei na uratowanie. Bank Moskwy powstał 15 lat temu, założony przez Łużkowa i bliski krąg jego współpracowników, służył jako tzw. ręczny bank władz Moskwy – obsługiwał większe i mniejsze przedsięwzięcia w mieście, a przy okazji nie zapominał o prośbach firmy Inteco, należącej do małżonki pana Łużkowa.

    W piątkowy wieczór widzowie telewizji NTW mogli poznać schematy rządzące tym miłym towarzysko-biznesowym układem. W kolejnym horrorze politycznym „Dieło w kiepkie” przedstawiono kulisy płynnych przepływów z ręki do ręki. Jeden telefon, jedna rozmowa i już kredyt przyznany – mówią autorzy komentarza. Bankiem Moskwy zawiadywał Andriej Borodin, o którym autorzy demaskatorskiego filmu mówili: „mer Łużkow traktował go jak syna”. W redakcyjnym komentarzu internetowa „Gazeta.ru” słusznie zauważa: „Sam temat syna/synów wygląda w tym demaskatorskim kontekście dwuznacznie. Gdyż właśnie bank WTB słynie z tego, że jest trampoliną w karierze synów osób o znanych nazwiskach. Jako wiceprezes pokazał swe talenty m.in. syn eksdyrektora Federalnej Służby Bezpieczeństwa Dmitrij Patruszew, a syn obecnego dyrektora FSB Denis Bortnikow jest szefem zarządu WTB Północny Zachód. Ale nie czas teraz na analogie, asocjacje i aluzje. Trzeba brać kasę po Łużkowie i to w te pędy”. Zero sentymentów, to tylko pieniądze.

    Sposób przejęcia banku „po Łużkowie” i pozostawienie go pod kontrolą odpowiednich synów pokazuje, że same schematy działania raczej się nie zmienią – zmienić się mogą osoby, zaś zadania i ręczne sterowanie bankiem – bez zmian. To też swego rodzaju lekcja poglądowa dla wszystkich udzielnych władców regionów, którzy podobnie jak Łużkow, tyle że w mniejszej skali, zarządzają miejscowymi układami. Jeszcze raz zacytuję komentarz „Gazety.ru”: „Utrata stanowisk pociąga za sobą radykalną (lub całkowitą) utratę aktywów przez krewnych i przyjaciół naczelnika, który wypadł z łaski. Taka zasada rządziła w monarchiach starożytnego Wschodu, oczywiście w dzisiejszych czasach nie odrąbują głowy, można nawet liczyć na to, że z ostatkami pieniędzy będzie można wyjechać do Austrii (o ile Austriacy wpuszczą). Ale dążenie do odebrania wszystkiego, nieuznanie cudzych praw własności, powtórzenie raz za razem wzlotów i upadków poprzedników – to społeczny instynkt, zapisany w podświadomości rosyjskiej nomenklatury. Zmienia się retoryka, zmieniają się kolejne uroczyście ogłaszane programy rozwoju kraju, a odwieczny instynkt działa jak działał. Zwykły człowiek może sobie pomyśleć: to tylko gry wielkich ludzi, może i oni mają coś z tego, ale moich interesów to nie narusza. Ale taki porządek oznacza, że bank nie jest instytucją, która w walce konkurencyjnej dba o maksymalnie tanie kredyty dla tych, którzy o nie występują, że policja to nie instytucja powołana, by bronić obywateli, a metro nie ma na celu przewozu ludności [ostatnio wylano dyrektora stołecznego metra za duże nadużycia]. Te instytucje mogą oczywiście również i tym się zajmować. Ale nie to jest w ich działalności najważniejsze, a to, że te instytucje są tymczasową biurokratyczną własnością, podlegającą eksploatacji w interesach klanów, które w danej chwili mają ją w dyspozycji. I doskonale wiedzą, że to nie będzie trwać wiecznie. Trzeba więc wycisnąć z tego, ile się da i w odpowiednim czasie się zmyć”.

    We wspomnianym filmie „Dieło w kiepkie” (to nawiązanie do powiedzonka „dieło w szlapie [kapeluszu]”, co znaczy mniej więcej: wszystko dobrze się skończyło) Jelena Baturina w eleganckiej sukni wiruje w tańcu w ramionach małżonka, wbitego we frak podczas jakiegoś balu z czasów świetności. Twarz najbogatszej kobiety w Rosji jaśnieje szczęściem. Dziś „dorogaja Jelena Nikołajewna” w wywiadzie dla internetowej gazety „Biznes-sekrety” mówi rozżalona, że Moskwa jest obecnie miastem pod okupacją. Nad firmą Inteco zebrały się gradowe chmury.

  • Kaukaz coraz bardziej niespokojny

    Kolejny dzień nadchodzą z Kaukazu Północnego wieści przypominające wojenne kroniki. Tydzień temu w leżącej na zachodzie regionu, dotychczas względnie spokojnej, republice Kabardyno-Bałkarii doszło do serii zamachów. Zastrzeleni zostali turyści z Moskwy, pod kolejkę linową podłożono bombę, pod hotelem w jednej z miejscowości turystycznych zaparkowano samochód wypełniony materiałami wybuchowymi (który na szczęście udało się cudem namierzyć i unieszkodliwić), zginął w zamachu naczelnik jednej z wiosek. Kilka dni wcześniej prezydent Miedwiediew na szczycie w Davos namawiał zachodnich inwestorów do współpracy, zapraszał na Kaukaz Północny, który zgodnie z rządowym planem ma stać się wspaniałą strefą turystyczną. Rzeczywiście tereny wokół Elbrusu są wymarzonym miejscem zimowego wypoczynku – cudowne widoki, powietrze jak kryształ, śnieg i słońce, stoki dla początkujących i zaawansowanych. Brakuje infrastruktury na europejskim poziomie, mimo to turyści z centralnej Rosji przyjeżdżali tu chętnie na narty i wspinaczkę. Czy po zamachach z zeszłego weekendu, kiedy ofiarą zuchwałego napadu bojowników padli turyści, nadal będą przyjeżdżać? Czy z Zachodu napłyną inwestycje? Można założyć, że właśnie o taki efekt chodziło terrorystom – zdestabilizować sytuację, pokazać władzom federalnym, że żadne ich – choćby i najwspanialsze – plany nie mają najmniejszych szans na realizację, bo w regionie rządzi emir północnokaukaski, a nie prezydent Federacji Rosyjskiej.

    W tym tygodniu bojownicy, najprawdopodobniej właśnie podporządkowani Emiratowi Kaukazu Północnego (dążący do oderwania regionu od Rosji i utworzenia państwa islamskiego), przeprowadzili kilka kolejnych groźnych akcji, tym razem w stolicy republiki Nalczyku i okolicach. Dokonano próby wysadzenia stacji benzynowej, z granatników ostrzelano siedzibę Federalnej Służby Bezpieczeństwa, podłożono bombę w resortowym sanatorium FSB oraz ostrzelano z broni palnej posterunki milicji na drogach. Od jakiegoś czasu w doniesieniach agencji informacyjnych powtarzają się zapowiedzi, że do zwalczania podziemia islamskiego na Kaukazie Północnym utworzone zostaną oddziały „antywahabickie” złożone z młodych ludzi, którzy chcą spokoju, nie chcą przystać do bojowników, chcą z nimi walczyć. Dziś pod domem rodzinnym jednego z podejrzanych o dokonanie zamachów zdetonowano granat. Nikt nie ucierpiał. Przypuszcza się, że to właśnie akcja „antywahabitów”, mająca na celu zastraszanie rodzin ludzi podejrzanych o terroryzm.

    Prezydent republiki dziś zapewnia, że sytuacja jest pod kontrolą władz. W programach informacyjnych centralnych stacji telewizyjnych pokazywane są reportaże z Kabardyno-Bałkarii: po ulicach jeżdżą transportery opancerzone, chodzą żołnierze i funkcjonariusze w kamizelkach kuloodpornych i hełmach, patrolują ulice, niektóre zamykają dla ruchu.

    Władze federalne natomiast ustami prezydenta Miedwiediewa zapowiedziały, że nie odstąpią od planu przekształcenia Kaukazu Północnego w strefę turystyczną, a terroryści zostaną wyłapani i spotka ich zasłużona kara.

    Jeden z internetowych komentatorów doniesień z Kaukazu zacytował z przekąsem fragment programu „partii władzy” Jedinaja Rossija sprzed ośmiu lat: „Czeczenia i cały Kaukaz Północny staną się turystyczną Mekką całej Rosji. – Owszem, Kaukaz stał się Mekką, ale na pewno nie turystyczną”.