Kategoria: Bez kategorii

  • Śmiech i polityka

    Z czego się śmiejecie? Sami z siebie się śmiejecie. – mówi Horodniczy w finale genialnego „Rewizora” Gogola.

    A z czego dzisiaj śmieją się Rosjanie? Ostatnia dekada to okres bujnego rozwoju telewizyjnej satyry – formaty oparte na amerykańskich wzorcach zostały wzbogacone o rodzime produkty, np. zmodyfikowany nieśmiertelny program KWN – Kłub wiesiołych i nachodcziwych (co luźno można by przetłumaczyć jako Klub pomysłowych wesołków), nadawany w godzinach największej oglądalności konkurs dla amatorskich, przede wszystkim studenckich, kabaretów. Po dekadzie lat 90., kiedy królował humor polityczny, kolejne syte dziesięciolecie zostało odsunięte od polityki. Zlikwidowano sztandarowy kabarecik polityczny w telewizji NTW pt. „Kukły”, w którym tydzień w tydzień lalki przedstawiające najważniejszych polityków z kraju i zagranicy w prześmiewczy sposób komentowały najważniejsze wydarzenia, a także parodiowały głównych aktorów sceny politycznej oraz bezlitośnie kpiły z granych przez siebie bohaterów. Ale prezydentowi Putinowi ten rodzaj humoru ewidentnie nie odpowiadał i „Kukły” zostały w przyspieszonym tempie zdjęte z anteny w 2002 roku i dotychczas nie powróciły. Pierwyj Kanał od czasu do czasu nadaje coś na kształt satyry politycznej w programie „Mult licznosti” (gra słów, kojarząca się z „kultem licznosti”, czyli jednostki, i cząstką multi-, czyli czymś animowanym lub wielorakim, wielogłosowym). Ostrze krytyki jest tu przytępione, gdy rzecz dotyczy umiłowanych przywódców Federacji Rosyjskiej. Natomiast szpile satyry skrzą się niczym lancet, gdy w programie wykpiwany jest prezydent bratniej Gruzji lub do niedawna rządząca na Ukrainie pomarańczowa para Wiktor Juszczenko-Julia Tymoszenko. A czasem „po garach” dostanie prostoduszny kołchoźnik Alaksandr Łukaszenka.

    Próbą – czasami udaną – satyrycznej reakcji na wydarzenia polityczne jest pisany od ładnych kilku lat przez Maksima Kononienkę, pseudonim Mister Parker, cykl krótkich scenek z życia Władimira Władimirowicza TM [trade mark]. Bohater Kononienki jest trochę zagubiony w rzeczywistości, kieruje się w życiu specyficznym kodeksem „poniatij”, „on sam i otoczenie zwracają się do siebie przyjaźnie per „bratełło” [brachu], wszystkie przedmioty ozdobione są dwugłowym orłem, a Władimir Władimirowicz TM ma osobisty składzik, w którym trzyma sakralne przedmioty: nogę Szamila Basajewa, rękę Rusłana Giełajewa, kij Asłana Maschadowa, igłę ze śmiercią Kościeja i pistolet, z którego zastrzelono Igora Talkowa” – piszą dziennikarze tygodnika „Russkij Rieportior”.

    Dzisiaj z okazji 1 kwietnia prezydent Miedwiediew spotkał się z aktorami z popularnego projektu komediowego TV „Comedy Club”. Śmiechom i dokazywaniom nie było końca. „Comedy Club” to przedstawiciel raczkującego w Rosji popularnego na Zachodzie gatunku stand-up comedy. Format szybko dojrzewa i zaczyna mieć własne pomysły i osiągnięcia.

    1 kwietnia to Dień Duraka, święto śmiechu, dowcipu, „numeru”. I właśnie robienie sobie numerów, wpuszczanie w maliny, wystrychiwanie na dudka jest ważnym komponentem tego dnia. Lew Rubinstein w swoim najnowszym felietonie wspominał dawny numer jednego ze swoich studenckich kolegów, sympatycznego Pawła czy Saszy. Było to w latach 70. Paweł poinformował w trybie konspiracyjnym kilkoro znajomych, że w pewnej podmoskiewskiej miejscowości również w warunkach konspiracji zostanie wyświetlony specjalnie dla nich film Felliniego „Osiem i pół”. To był okres wielkiego głodu zachodniej kultury w ZSRR, toteż przedstawiciele młodej inteligencji runęli na umówioną stacyjkę jak w dym. Czekają godzinę, półtorej, dwie. Pawła nie ma. Ktoś wreszcie skojarzył, że to 1 kwietnia i żadnego Felliniego spragnieni widzowie nie obejrzą. Ktoś poszedł do pobliskiego sklepiku po płyny, pozwalające zdjąć stres, po kilku wybitnych epitetach pod adresem sprawcy zamieszania wszyscy wyluzowali i drogę powrotną elektriczką spędzili na miłej zabawie, podsyconej zakupionymi płynami.

    Czy dziś można liczyć na takie finezyjne dowcipy? Kto wie. Aż 63 procent Rosjan deklaruje, że zrobi swoim bliskim czy kolegom primaaprilisowy żarcik. Niektórym własnej inwencji nie staje, więc zwracają się do firm organizujących takie przedsięwzięcia. Na koniec przytoczę jeszcze wyniki badań socjologicznych na temat, z czego można, a z czego nie należy się śmiać: 30 proc. orzekło, że nie wolno się śmiać z terroryzmu, 18% – z religii, 14% – z dzieci, rodziców, bliskich krewnych, 7% – z przynależności narodowej, tylko 1% badanych uznał, że nie wolno śmiać się z polityki i władzy. 25% uznało, że można śmiać się ze wszystkiego.

  • Duet na dwa głosy

    Zawarta w tytule tautologia dotyczy sensacji ostatnich dni – sprzecznych wypowiedzi Miedwiediewa i Putina w sprawie Libii i burzy komentarzy, jakie te wypowiedzi spowodowały. Prezydent Miedwiediew zaakceptował przyjęcie przez Radę Bezpieczeństwa ONZ rezolucji 1973 w sprawie wprowadzenia strefy zakazu lotów nad Libią i dopuszczającej powietrzne ataki Zachodu na cele w Libii w celu ochrony ludności cywilnej, a premier Putin publicznie uznał rezolucję za ułomną, ponadto porównał ingerencję USA i Francji do wyprawy krzyżowej i potępił użycie siły w stosunku do suwerennego państwa. Podczas głosowania w Radzie Bezpieczeństwa Rosja – wbrew dotychczasowej praktyce w podobnych głosowaniach – wstrzymała się od głosu (podobnie jak ChRL, Brazylia i Indie).

    Dwugłos w jednogłośnym do tej pory tandemie? Dialog za pośrednictwem mediów, chwytających w lot niecodzienne nutki w wypowiedziach tandemu, miał ciąg dalszy. Miedwiediew uznał, że słownictwo w rodzaju „wyprawy krzyżowe” jest nieadekwatne i takie porównania niczemu nie służą, a mogą nawet doprowadzić do zderzenia cywilizacji. Dzisiaj w Lublanie pan premier łagodził: „Jesteśmy sobie bliscy, to prezydent dobiera odpowiednie wyrażenia, aby opisać oficjalne stanowisko państwa na arenie międzynarodowej”. Rzecznik premiera oświadczył, że Miedwiediew wyraził oficjalne stanowisko Moskwy, a premier wypowiedział po prostu swoje zdanie. Dodajmy: zdanie w istocie swej antyamerykańskie, a taka postawa podoba się dużej części rosyjskiego społeczeństwa, dla którego główną osią światowego konfliktu nadal, nieodmiennie, mimo oczywistych zmian w rozkładzie sił jest spór rosyjsko-amerykański o prymat nad światem.

    Od wczoraj komentatorzy próbują dociec, co to wszystko znaczy, czy w tandemie jednak zaczyna pękać przedwyborcza struna?

    Zdarza się, że w śpiewającym lub grającym duecie ktoś fałszuje. Ale duet pozostaje duetem mimo to. Zresztą nawet jak obie strony fałszują. Można by zadać pytanie, czy gdyby pan Putin był na miejscu Miedwiediewa, wydałby rosyjskiej delegacji w Radzie Bezpieczeństwa polecenie zawetowania rezolucji? Zapewne dobrałby inne słowa, aby rzecz uzasadnić, ale decyzja byłaby taka sama. Po co wetować, wchodzić w ostry spór z Ameryką? Czy w ten sposób Rosja miałaby szansę odbudować utracone dawne wpływy w regionie? Wydaje się, że wręcz przeciwnie. Zresztą sprawa rezolucji RB ONZ była omawiana podczas posiedzenia Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej, wtedy zapadła decyzji – w obecności i Miedwiediewa, i Putina. To co – ktoś się potem pomylił? Trudno uwierzyć.

    Sensacja w rozjechaniu się rządzącego tandemu w kwestii oceny rezolucji RB ONZ jest cokolwiek dęta.

    Miedwiediew już wielokrotnie wypowiadał się przy różnych okazjach inaczej niż Putin, ba, nawet mówił krytycznie o systemie stworzonym przez Putina (choćby w swoim sztandarowym tekście programowym „Rosjo, naprzód”), ale to nie oznaczało zasadniczej zmiany w realnej polityce Rosji – ani wewnątrz, ani na zewnątrz. To nie Miedwiediew ma rozstrzygające słowo w wytyczaniu głównej linii. I nadal nie ma własnego zaplecza polityczno-gospodarczego, które mogłoby go wbrew woli Putina i ekipy posadzić na kremlowskim tronie po fasadowych wyborach 2012. Kluczowe jest tu stwierdzenie „wbrew woli Putina i ekipy”. Bo jeśli taka wola będzie, to kto wie.

  • Czy Rosja zmieni politykę wobec Japonii?

    Wracam do pytania, które postawiłam w poprzednim wpisie – czy w zaognionych w ciągu ostatnich kilku miesięcy stosunkach rosyjsko-japońskich ma szanse nastąpić pozytywny przełom? Oficjalna reakcja władz Rosji wobec tragicznych wydarzeń w Japonii była naturalna i ludzka – wyrazić współczucie, zaoferować pomoc. Duża część Rosjan postąpiła też właśnie tak – odniosła się do wydarzeń w sąsiedniej Japonii ze współczuciem i ofertą pomocy. Zbierane są pieniądze, wysyłana pomoc humanitarna, w Japonii pracują rosyjscy ratownicy. Premier Putin zaproponował, by przyjąć japońską reprezentację narodową w dżudo, która w trudny czas kryzysu mogłaby trenować w Rosji (japońska federacja dżudo jednak podziękowała). Prezydent Miedwiediew wczoraj ponownie zapewnił, że Rosja gotowa jest wysłać pomoc humanitarną, lekarstwa itd., a ponadto zaproponował, aby na Syberii i Dalekim Wschodzie, w mało zaludnionych obszarach stworzyć dla Japończyków miejsca pracy, a osoby poszkodowane umieścić w rosyjskich sanatoriach.

    Wczoraj Pierwyj Kanał – pierwszy program rosyjskiej telewizji państwowej – zmienił wczoraj wieczorną siatkę. Piątkowy wieczór jest w tej stacji na ogół poświęcony rozrywce przez bardzo małe r. Tym razem po głównym wydaniu programu informacyjnego „Wriemia” nadano film-reportaż o katastrofalnym trzęsieniu ziemi w Japonii i jego jeszcze bardziej tragicznych skutkach. Autorzy filmu skupili się na zrelacjonowaniu wydarzeń w kolejnych dniach po trzęsieniu ziemi – niebywałym rozmiarze zniszczeń, niebezpieczeństwie skażenia radioaktywnego na skutek awarii w elektrowni jądrowej Fukushima, życiu codziennym w Tokio i na terenach najbardziej zrujnowanych przez kataklizm. Akcent położono na bohaterską postawę mieszkańców Japonii, ich solidarności, wielokrotnie podkreślano dyscyplinę, panującą wśród poszkodowanych, pokazano akcje rozdzielania żywności, pracę wolontariuszy, dramatyczną walkę o zapobieżenie skutkom awarii w elektrowni atomowej. Minuta ciszy, podziw dla mężnego narodu w obliczu apokaliptycznej klęski. Podobnie jak na mnie, tak pewnie na wielu widzach w Rosji film ten zrobił wrażenie. Może dlatego, że schodził z poziomu ostrej polityki na poziom zwykłego człowieka.

    Pomyślałam, że to dobry prognostyk – skoro ręcznie sterowana stacja telewizyjna nadaje w godzinach największej oglądalności zamiast „Śpiewów pod lodem” poważny film o tragedii Japończyków, to znaczy, że może kiełkuje wola złagodzenia twardego stanowiska Kremla wobec wschodnich sąsiadów.

    Ale zaraz potem przeglądając stronę internetową rozgłośni „Echo Moskwy” trafiłam na taki głos słuchacza: „w minioną niedzielę oglądałem na kanale telewizyjnym Rossija-1 [to po Pierwom Kanale druga najpopularniejsza państwowa telewizja w Rosji] program „Specjalny korespondent”. Zaczęło się wszystko dość przyzwoicie, ale nie trwało to długo. Byłem w szoku. Jak myślicie, jak powinna się zachować telewizja w stosunku do kraju, gdzie zginęły tysiące, a poszkodowanych są miliony? Wyrazić solidarność i współczucie. I unikać spornych tematów wywołujących konfrontację. Ale jak się okazało, zupełnie inne podejście zaprezentowali goście programu dzielnej komsomołki Marii Sittel w oficjalnej telewizji. Im dalej, tym gorzej – nienawiści było w programie coraz więcej. O japońskiej tragedii ani słowa. Wszystko sprowadzało się do antyjapońskiej histerii! Tokio oskarżano o brudną grę mającą doprowadzić do odebrania Rosji Kurylów. Deputowany z partii Jedinaja Rossija przeklinał Japończyków za próbę „przepisania” historii i wzywał do wzmacniania militarnego wschodnich rubieży przed zakusami USA i Japonii. Reżyser Bortko [wyreżyserował m.in. seriale „Bandycki Petersburg” i  „Mistrz i Małgorzata”, które nadawała swego czasu i polska telewizja] nazwał Japonię wrogiem, poparł politykę Stalina (…) Już dawno w telewizji nie widziałem podobnego oburzającego ciemnogrodu”.

    Nie oglądałam tego programu, dlatego cytuję widza, który miał tę wątpliwą przyjemność. Okazało się, że tv Rossija-1 nie jest jedynym rosyjskim medium, które w tak drastyczny sposób zareagowało na japońską tragedię. Prezentująca prokremlowskie poglądy gazeta „Izwiestia” np. napisała piórem pani Jeleny Jampolskiej: „Nie należy wyolbrzymiać rosyjskiej żądzy krwi. Nikt się u nas nie cieszy z cierpień Japończyków. To nie euforia, to emocjonalne rozgorączkowanie, wywołane bliskością cudu, ewidentnego i groźnego. Łzy żalu wylewane nad poszkodowanymi nie mogą zaćmić nam wzroku i świadomości na tyle, byśmy nie dostrzegli oczywistych rzeczy: Bóg strzeże Rosję od zewnętrznych napaści. Broni od żądań, które przekraczają granicę tego, co rozumne i stają się czystą chucpą. Nie zaleca się poniżania Rosji. Dowody na to są na tyle oczywiste, że aż dreszcze człowiekowi przechodzą. Dlaczego dreszcze? Ano dlatego że naszą ziemię potrafią zniesławiać nie tylko obcokrajowcy. My sami gotowiśmy dać im w tym sprzeciwiającym się Bogu dziele sto punktów awansem. Wiadomo, jakie tragedie spadały na nasz kraj, kiedy władze i naród traciły wiarę, strach, szacunek dla korzeni. Nie wszyscy tracili, ma się rozumieć. A cierpią wszyscy. Niewinni, aby przywrócić rozum winnym. Mówiąc o Japończykach i Polakach, pomyślmy też o sobie”. Nic dodać, nic ująć.

    Ale jeszcze dalej poszedł „dważdy utomlonnyj sołncem”, reżyser Nikita Michałkow, odziany w szaty wszechwiedzącego patriarchy i jedynego prawidłowego nosiciela rosyjskiej duszy oraz szczęśliwego posiadacza wiedzy o prawidłowej rosyjskiej państwowości, przepojony prawdą i mesjanizmem do granic możliwości. Podczas wystąpienia w Domu Kino w Moskwie oznajmił: „Popatrzcie, co się dzieje w Japonii. Chodzi nawet nie o wiarę, a o wewnętrzną bezbożność (…). Ciągłe poniżanie otaczającego świata doprowadza do tego, że Pan Bóg mówi: „Ludzie, co wy robicie?”. I zsyła biednym Japończykom tsunami i dziewięciostopniowe trzęsienie ziemi”.

    Pan Jerzy Waldorff mawiał: „na starość Pan Bóg lubi trzepnąć człowieka po głowie albo po nogach. Wobec mnie był miłosierny – trzepnął po nogach”.

    Wróćmy z dalekiej podróży po ciemnogrodzie. Chciałam na koniec przytoczyć jeszcze z drugiego bieguna myślenia opinię szefowej moskiewskiego Centrum Carnegie Lilii Szewcowej, która na swoim blogu emocjonalnie i ostro pisze: „Wiele musimy zmienić w naszych relacjach z Japonią. Jeszcze tydzień temu Rosja straszyła, że wykorzysta Mistrale do obrony przed Japonią spornych wysp. Dzisiaj, kiedy Japonia zademonstrowała światu przykład moralnej wyższości, Kreml nie może powrócić do polityki pogróżek. Teraz nawet nasze społeczeństwo, gotowe żyć w „oblężonej twierdzy”, nie będzie uważać Japończyków za wrogów. A zatem potrzebna jest inna polityka. Co do putinowskiej ekipy i jej umiejętności strategicznego myślenia – to wszystko jest dla nas jasne. A zatem teraz musimy postarać się wykuć nową opinię publiczną w kwestii stosunków rosyjsko-japońskich. Wiem, że to, co teraz powiem, wywoła może nawet rozdrażnienie moich czytelników. Rosja powinna przeprosić Japończyków. Rosja ma z Japonią swoją „katyńską tragedię”. W sierpniu 1945 roku ZSRR wypowiedział wojnę Japonii (która notabene na nas nie napadała) i wziął do niewoli około 600 tysięcy japońskich jeńców wojennych (większość z nich dobrowolnie złożyła broń na rozkaz cesarza). Japończycy w ZSRR na długie lata (do 1956 roku) stali się bezpłatną siłą roboczą. Budowali kanały, drogi, pracowali w kopalniach uranu. Dziesiątki tysięcy z nich nie przeżyło. (…) Bez zmierzenia się z tym tematem nie stworzymy podstaw wzajemnego zaufania [z Tokio]. Na początek może przynajmniej pomożemy znaleźć miejsca spoczynku japońskich „internowanych”, jak sami siebie nazywali…”

  • Łagodniej po tragedii?

    Zaraz po tragicznym trzęsieniu ziemi i tsunami w Japonii prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew jako jeden z pierwszych polityków zgłosił akces pomocy ofiarom kataklizmu. W rejony najbardziej poszkodowane wyprawiono wykwalifikowanych rosyjskich ratowników wyposażonych w specjalistyczny sprzęt do rozbijania betonu i wyszukiwania rannych pod gruzami. Pomoc w obliczu niebywałych rozmiarów zniszczeń niezbędna, gesty prezydenta Miedwiediewa – odruch współczucia i chęć niesienia pomocy normalne i ludzkie.

    W ciągu ostatnich paru miesięcy, a szczególnie kilku ostatnich tygodni stosunki rosyjsko-japońskie uległy znacznemu zaostrzeniu na tle niezażegnanego od wojny konfliktu terytorialnego o cztery wyspy z archipelagu Kurylów. Tokio uważa te wyspy za rdzennie japońskie, obecność Rosjan od momentu zajęcia wysepek w ostatnich dniach wojny przez Armię Czerwoną – za okupację. Moskwa i Tokio wymieniały się gniewnymi oświadczeniami. Przedstawiciele najwyższych władz Rosji po raz pierwszy w historii odwiedzali Kuryle. I to z częstotliwością niewidzianą nigdy wcześniej na tym zapomnianym zdawać by się mogło „końcu świata”, z którego po rozpadzie ZSRR wyjechała większość osiedlonej tu w latach powojennych rosyjskiej ludności. Zostały jednostki wojskowe i ci, którzy nie zdołali przedostać się „na matierik”. Wizyty rosyjskich polityków (z prezydentem Miedwiediewem włącznie) na Kurylach spotykały się z coraz bardziej stanowczymi protestami coraz bardziej rozdrażnionej strony japońskiej, która za każdym razem podkreślała niezmienność swojej pozycji: „Kuryle są japońskie!”. Moskwa zapowiedziała ze swej strony unowocześnienie jednostek wojskowych stacjonujących na wyspach. Japończycy urządzali demonstracje pod rosyjską ambasadą w Tokio, doszło nawet do aktu spalenia rosyjskiej flagi. Odpowiedzią strony rosyjskiej było zorganizowanie pod ambasadą Japonii w Moskwie happeningu ze sceną wychłostania osoby „grającej” Japonię.

    Szykowano kolejne akcje, mające podkreślić niezmienność stanowisk obu stron: Moskwa chciała zaakcentować, że Kuryle w całości należą do niej, Japonia, że nie odstąpi Rosji ani piędzi rdzennie japońskiej ziemi. Ze strony rosyjskiej między innymi planowano desant na Kurylach młodzieżówki „partii władzy”, Młoda Gwardia, pod wodzą słynnej zdemaskowanej „Maty Hari”, Anny Chapman, która próbuje robić teraz karierę polityczną. Młodzieżowcy mieli zrealizować film dla Japończyków, by przekonać ich, że Kuryle pod rosyjską administracją kwitną. Po kataklizmie w Japonii z wyjazdu na szczęście zrezygnowano, co więcej – członkowie młodzieżówki złożyli wieniec pod ambasadą Japonii w Moskwie. Gdzie notabene Rosjanie masowo składają kwiaty. Prowadzona jest też zbiórka pieniędzy i darów dla poszkodowanych za pośrednictwem organizacji charytatywnych i pomocowych, m.in. Rosyjskiego Czerwonego Krzyża.

    W wielu komentarzach medialnych pojawiają się porównania: po katastrofie smoleńskiej i adekwatnej reakcji rosyjskich władz nastąpił przełom w lodowatych stosunkach Rosji z Polską. Czy polepszenie stosunków Rosji z Japonią w obliczu tragedii też będzie możliwe? „Japonia to nie Polska” – rozwiewa złudzenia Tatiana Stanowaja w internetowej gazecie „Politcom.ru”. Jej zdaniem, Rosja podejmuje wysiłek, aby wesprzeć Japonię i słowem, i czynem. Zaproponowano m.in. nadprogramowe dostawy skroplonego gazu. „Rosyjscy politycy nawet nie ukrywali, że tragedia może pomóc w rozwiązaniu głównego problemu stosunków dwustronnych – sporu terytorialnego, zaostrzonego w ostatnim czasie z inicjatywy Kremla”. Tokio przyjęło pomoc Rosji. Ale nie natychmiast. Odpowiedzi udzielono dopiero dzień później. Następnie ambasador Japonii w Rosji oświadczył w wywiadzie dla agencji Interfax, że „tragiczna sytuacja, w której znalazła się Japonia z powodu trzęsienia ziemi, nie wpłynie na rozwiązanie sporu terytorialnego. To zupełnie inny temat”.

    Po katastrofie smoleńskiej – kontynuuje wywód Stanowaja – doszło do korekty polityki Moskwy wobec Polski, co zaowocowało zmiękczeniem stanowiska Rosji wobec sprawy katyńskiej, uregulowaniem sporów gazowych, ogólnie znacznie zmniejszyło napięcie. „I nawet pomimo rozbieżności stanowisk w sprawie wyników śledztwa dotyczącego okoliczności tragedii pod Smoleńskiem, można powiedzieć, że szansa na normalizację stosunków została wykorzystana maksymalnie. Natomiast w stosunku do Japonii o żadnej korekcie stanowiska Rosji w sprawie sporu terytorialnego być nie może. Czy Rosja zrezygnuje z dozbrojenia Kurylów? Czy rosyjskie władze zrezygnują z wizyt i grania na nerwach Japończykom? Raczej nie. A Japonia może jeszcze zaostrzyć retorykę, napięcie może więc jeszcze bardziej wzrosnąć. Obecna tragedia nie tylko nie sprzyja rozwiązaniu sporu, ale nawet wzmacnia animozje”.

    Mało to pocieszające. Spór o Kuryle ma już ponad 65 lat. Jak długo jeszcze potrwa?

  • Handlarze śmiercią, handlarze życiem

    Czy nastąpi kolejna w ostatnich miesiącach wymiana szpiegów pomiędzy Rosją a USA? „Wymiana szpiegów” nie jest w tym wypadku precyzyjnym określeniem, gdyż ewentualnie miałoby dojść do przekazania Stanom Andrieja Chłyczowa, świeżo skazanego na karę 18 lat pozbawienia wolności za szpiegostwo na rzecz USA, natomiast Moskwie Stany miałyby przekazać „handlarza śmiercią” Wiktora Anatoljewicza Buta, który w amerykańskim areszcie czeka na proces, oskarżony o konszachty z kolumbijskimi organizacjami terrorystycznymi i kartelami narkotykowymi, ale szpiegiem de facto nie jest.

    „Wrzutę” dotyczącą rzeczonej wymiany uskuteczniła agencja Interfax, powołując się na anonimowe źródło w bliżej niesprecyzowanej instytucji. Wszystko jest zatem napisane na razie palcem na wodzie. Ale skąd to nagłe wzbudzenie w rosyjskich mediach cokolwiek uśpionego tematu procesu Wiktora Buta? Proces ma się odbyć za kilka miesięcy (pierwszą rozprawę wyznaczono na wrzesień). But od czasu do czasu skarży się na złe warunki w celi, jego żona Ałła gorliwie podaje to do publicznej wiadomości, podkreślając, że jej mąż jest chory na gruźlicę. Wiktor Anatoljewicz skraca sobie czas oczekiwania na proces, śpiewając strażnikom więziennym rosyjskie piosenki. Ostatnio przemknęła informacja, że bronić go będzie nie przydzielona z urzędu amerykańska prawniczka, a mówiący po rosyjsku Albert Dajan. Dajan był w lutym w Moskwie i tam zyskał podobno zapewnienie, że znajdą się sponsorzy, którzy zapłacą jego wysoką gażę.

    Zachodnia prasa zastanawiała się wielokrotnie, dlaczego Moskwa szuka sposobów, aby wyzwolić Buta z amerykańskiego domu niewoli. Z wielu delikatnych powodów Rosja nie chce dopuścić, aby sąd nad Butem odbywał się w USA. Najczęściej pojawiające się domniemania powodów tych starań wskazują na nieformalne powiązania handlującego bronią Buta z wysoko postawionymi rosyjskimi politykami, ponadto wielu ekspertów twierdzi, że But bardzo dużo wie o dostawach rosyjskiej broni w różne świata strony. A Amerykanie chętnie by się o tych kanałach dostaw dowiedzieli jak najwięcej (szczególnie tych do Iranu i Wenezueli). W czasie przesłuchań Buta będzie o tym zapewne mowa. Według ekspertów wypowiadających się dla BBC, to, co miałby do powiedzenia But, mogłoby obciążyć nie tylko Rosję, ale także Ukrainę, Białoruś, Kazachstan, niektóre kraje Europy Środkowej. Oczywiście, wszelkie nieprzyjemne sekrety mogłyby wyjść na jaw, gdyby But zechciał w zamian za miłe koncesje współpracować ze śledztwem. O tym na razie nie było mowy, podsądny zachowywał się wobec amerykańskiej Temidy powściągliwie i nie wykazywał chęci współpracy. Oznajmił nawet, że odrzucił zgłoszoną przez stronę amerykańską propozycję: niższy wymiar kary w zamian za współpracę.

    Kiedy zapadł wyrok w drugim procesie Chodorkowskiego-Lebiediewa, w rosyjskiej prasie pojawiły się „wrzuty”, sugerujące, że dojdzie do wymiany: dwaj panowie z Jukosu pojadą do USA, a za nich zostanie dostarczony do Moskwy Wiktor Anatoljewicz But. „Wrzuta” omawiana była skwapliwie przez media, zwłaszcza internetowe, choć zapewne nie miała nic wspólnego z rzeczywistością. Być może teraz też zresztą nic z tego nie wyjdzie.