Kategoria: Bez kategorii

  • Lodowa żałoba

    Drużyna hokejowa klubu Lokomotiw była dumą Jarosławia – sławna na cały świat, zdobywająca regularnie najważniejsze trofea, filar Kontynentalnej Ligi Hokejowej (rywalki amerykańskiej NHL). „W Jarosławiu hokej to więcej niż religia” – napisał jeden z blogerów. Na mecze drużyny przychodziły tysiące wiernych fanów, w Lokomotiwie grało wiele sław z Rosji i zagranicy. 7 września hokeiści Lokomotiwu lecieli na mecz do Mińska. Stareńki Jak-42 wzniósł się w powietrze, a następnie runął w dół i zapalił się. Zginęli wszyscy hokeiści (dziś zmarł Aleksandr Galimow, jedyny hokeista, który przeżył katastrofę, ale oparzenia prawie 90 procent powierzchni ciała i układu oddechowego od początku nie dawały nadziei na wyzdrowienie). W moskiewskim szpitalu walczy o życie członek załogi feralnego samolotu.

    W dniu, gdy wydarzył się ten straszny wypadek, zaczynało się forum polityczne w Jarosławiu – zlot polityków czynnych i zasłużonych, którzy wymieniają poglądy na tematy najprzeróżniejsze. Najważniejszym punktem programu tegorocznego, trzeciego z kolei, forum miało być wystąpienie prezydenta Miedwiediewa. Obserwatorzy mieli nadzieję, że może na tak prestiżowym forum padnie wreszcie wiążące oświadczenie rosyjskiego prezydenta na temat jego planów startu (lub nie) w wyborach prezydenckich. Katastrofa samolotu z hokeistami na pokładzie pomieszała szyki, zmiotła radosny nastrój, podała w wątpliwość wygłaszane przez rosyjskich polityków raporty o postępującej modernizacji kraju. Miedwiediew pierwsze kroki w Jarosławiu skierował nie na forum, a w miejsce, gdzie składano kwiaty. A swoje wystąpienie rozpoczął od minuty milczenia. W wystąpieniu mówił o dobrodziejstwa innowacyjności.

    Dzisiejsza ceremonia pożegnania hokeistów Lokomotiwa na lodowisku Arena 2000 w Jarosławiu była bodaj najbardziej masową uroczystością żałobną w najnowszej historii Rosji – pożegnać ulubieńców przyszło około 100 tys. osób (w Jarosławiu mieszka ok. 600 tys.), uroczystość trwała sześć i pół godziny. Nastrój niesamowity, morze kwiatów, morze łez. W pewnym momencie w hali pojawił się premier Putin i przy każdej z 24 trumien położył po dwa goździki.

    Dziś przewodnicząca MAK Tatiana Anodina przedstawiła w obecności premiera raport: odczytano zapisy czarnych skrzynek, nie wynika z nich, by zawiodła technika, samolot nie był też przeciążony, przyczyną katastrofy nie mogły również być warunki pogodowe. Mają nastąpić dalsze czynności wyjaśniające okoliczności katastrofy, planuje się przeprowadzenie eksperymentu. Wśród nieoficjalnie przedstawianych w prasie przez ekspertów przyczyn wypadku wymienia się błąd pilotów. Eksperci krytykują podejmowane ad hoc decyzje najwyższych władz o natychmiastowym wycofywaniu starych samolotów, zamykaniu lotniczych firm przewozowych itd. „Z tego będzie tylko paraliż pasażerskiego ruchu lotniczego. Jak latać? Czym latać? To ograniczy połączenia z oddalonymi regionami” – podsumowują. W komentarzach powtarza się postulat zdymisjonowania ministra transportu niezatapialnego Igora Lewitina.

    Katastrofa Jaka-42 pod Jarosławiem była piątym wypadkiem w lotnictwie cywilnym w Rosji w tym roku.

     

  • Ludzie więzienni

    Z kolonii karnej numer 7 miasta Siegieży, gdzieś w mordobijskim powiecie guberni archangielskiej najbardziej znany zek Rosji, Michaił Chodorkowski napisał pierwszy materiał dla tygodnika „The New Times” (przedtem „Nowoje Wriemia”). Chodorkowski ma być stałym współpracownikiem czasopisma. Do tej pory Chodorkowski publikował manifesty polityczne lub wywiady udzielane per procura, nie tylko w prasie rosyjskiej, ale także zachodniej. Teraz debiutuje jako stały komentator i felietonista. Pierwszy materiał poświęcił ludziom, których spotkał w więzieniu, a których postawa i losy nie pozostawiły go obojętnym.

    Opowieści więzienne są autentyczne, i to się czuje. Chodorkowski opatruje je komentarzami-przemyśleniami. Trochę dydaktycznymi, trochę melancholijnymi. Dydaktyzm dotyczy sfery państwowej, sfery goryczy: oto mamy do czynienia z Systemem, który gnębi ludzi, gubi ich dusze, trwoni pozytywną energię. Melancholia ma ładunek optymizmu: nawet w środowisku wyklętym, odsuniętym przez resztę społeczeństwa na margines, przeciwko temu społeczeństwu występującym zdarzają się osoby kierujące się kodeksem honorowym.

    Oto Kola. Ma 23 lata, ale już zdążył odsiedzieć kilka wyroków za posiadanie narkotyków. I tak miał siedzieć, więc oficerowie prowadzący śledztwo poszli z nim na pewien układ (podobno to częsta praktyka) – on miał wziąć na siebie winę niepopełnioną, dzięki czemu milicja mogła odhaczyć jakieś niewykryte przestępstwo, przypisując je Koli, a Kola mógł liczyć na lżejszy wyrok albo wybrać miejsce odsiadki. Kola się zgodził, ale gdy okazało się, że chcieli mu przypisać obrabowanie biednej emerytki, wycofał się, powiedział, że czegoś takiego nigdy by nie zrobił, swój honor ma, więc nawet fikcyjnie nie przyzna się do takiej winy. Milicjanci są zadziwieni, odsyłają go do celi, żeby przemyślał sprawę, a w celi Kola popełnia harakiri. Ledwie udaje się go odratować. „Gdybym poszedł siedzieć za ograbienie staruszki, i tak bym umarł” – tłumaczy Chodorkowskiemu.

    Opowiadanie o Koli Chodorkowski kończy wywodem: „Patrzę na wielokrotnie skazanego człowieka i z goryczą myślę o ludziach na wolności, którzy cenią honor o wiele mniej, oni odebrania paru tysięcy staruszkowi czy staruszce wcale nie uważają za grzech. Choćby ta kradzież i była ukryta za parawanem mądrych słów. Nie wstydzą się tego.

    Jestem z Koli dumny”.

    Drugi przykład – losy Siergieja, dilera narkotykowego. W czasie ustawionego procesu Siergieja, pół-Rosjanina, pół-Roma, wystąpił świadek, który miał go obciążyć swoimi zeznaniami. Tymczasem świadek nieoczekiwanie zaczął opowiadać o kulisach sprawy Siergieja i jemu podobnych: na polecenie milicjantów świadek wrabiał handlarzy, sam handlował narkotykami, a zyskami dzielił się ze stróżami prawa. Mężczyzna opowiedział w sądzie również o tym, jak działała cała machina, jak pozbywano się konkurentów. Sędzia przerwał rozprawę, a w przerwie za pośrednictwem adwokata zaczął się z Siergiejem układać. Siergiej dostał trzy lata, wyszedł warunkowo przed terminem. Na odchodnym obiecał Chodorkowskiemu, że rzuci narkotyki, wróci do pracy na kolei. Chodorkowski podsumowuje: „Często robi się człowiekowi strasznie od myśli o tym, jak beznadziejne gubione jest ludzkie życie. Czasem to życie łamie sobie człowiek sam, a czasem łamie je bezduszny System. Taki System. Tacy ludzie. Przed Progiem. Na Progu. Który kiedyś przyjdzie nam przestąpić”.

    Ciąg dalszy nastąpi. Chodorkowski ma do odsiedzenia jeszcze długi wyrok – jeżeli nie nastąpią żadne zmiany, kolejne procesy lub inne okoliczności, powinien wyjść na wolność w 2016 roku.

  • Kamczackie kraby i słodkie obietnice

    Atomowe apetyty Korei Północnej są najważniejszym elementem polityki zagranicznej Umiłowanego Przywódcy Kim Dzong Ila. Żonglerka, szantaż, kokieteria – te chwyty władze KRL-D stosują wobec lżej lub ciężej zestresowanego otoczenia ze skutkiem na ogół zgodnym z własnym zamierzeniem. Dwa lata temu Kim zerwał sześciostronne rozmowy o „problemie atomowym” Korei, a następnie przeprowadził drugą próbę jądrową. Phenian zapewniał przez te dwa lata, że może wznowić rozmowy, ale pod pewnymi warunkami. Czy teraz ten stan zawieszenia ma szansę być odwieszony?

    Kim Dzong Il z rzadka rusza się ze swojego pałacu. A jeśli się już rusza, to temu ruszeniu przydaje się niebywałe znaczenie. Szczególnie jeśli rusza za granicę, bo to należy do niesłychanej rzadkości. Jedynymi krajami wyróżnianymi przez Umiłowanego Przywódcę są Chiny i Rosja. I właśnie do Rosji tym razem zawitał Kim, witany na całej długości trasy pokonywanej koleją (Kim nie lubi latać samolotami) przez zespoły folklorystyczne, dzieci w strojach ludowych, kobiety z kołaczami. Jechał tak trzy dni i przez te trzy dni agencje informacyjne dostarczały strawy w starym stylu – w depeszach znajdowały się rozrzewniające opisy przygotowań do powitania Umiłowanego Przywódcy, detaliczne sprawozdania z jego wizyty na tamie czy nad Bajkałem. Do ostatniej chwili nie było dokładnie wiadomo, gdzie odbędzie się spotkanie Miedwiediew-Kim (wcześniej ich spotkanie planowane było na koniec czerwca, ale Kim przełożył ją, gdy w prasie ukazały się zapowiedzi jego podróży, odwołanie wizyty wytłumaczono względami bezpieczeństwa). Docelowa stacja, do której dojechał opancerzony pociąg Umiłowanego Przywódcy – stolica Buriacji Ułan Ude –została gruntownie sprawdzona przez odpowiedzialne służby, pracownikom dworca zabroniono wychodzenia na ulicę, a okna pobliskich domów starannie zaklejono papierem (podobnie było w innych miejscowościach, przez które przejeżdżał Kim). Dopiero dziś okazało się, że zaszczytu ugoszczenia przywódców dostąpił zamknięty garnizon pod Ułan Ude o dźwięcznej nazwie Sosnowy Bór. Goście zjedli obiad i obejrzeli ćwiczenia wojsk desantowych.

    Drogi gość nie pokazał się po rozmowach dziennikarzom (w rosyjskich mediach ukazało się kilka zdjęć, świadczących o tym, że Kim jednak przyjechał do Rosji i uścisnął dłoń Miedwiediewa). Skąpe oświadczenia w sprawie ustaleń na szczycie wygłosili tylko członkowie rosyjskiej delegacji. Jedno z tych oświadczeń zostało podane przez służby prasowe Kremla jako zwiastun pewnej zmiany w sytuacji wokół programu atomowego Korei. „Kim Dzong Il wyraził gotowość powrotu do sześciostronnych negocjacji bez warunków wstępnych, a wtedy w trakcie rozmów oni będą gotowi wprowadzić moratorium na produkcję materiałów jądrowych i próby nuklearne” – powiedziała rzeczniczka prasowa Miedwiediewa. „Oni”, czyli Koreańczycy, będą gotowi wprowadzić moratorium, jak zaczną się rozmowy. Bardzo ładnie. Czyli najpierw początek rozmów, a potem ewentualnie koreańskie moratorium. Czyli jednak warunek wstępny, choć miało być bez warunków wstępnych. Czyli jednak nadal ta sama ślepa uliczka, a nie przełom. Zachód z USA na czele nie chce słyszeć o rozmowach bez moratorium, a Korea nie chce słyszeć o moratorium bez rozpoczęcia rozmów. Po co więc to całe ględzenie i podejmowanie się pod ramiona w wykonaniu rosyjskiej dyplomacji? Rosji zależy na tym, żeby utrzymać swoją pozycję w dialogu (tu najważniejszym partnero-rywalem są Chiny, w dalszej kolejności Stany Zjednoczone), dlatego Moskwa przyjmuje na siebie rolę pośrednika w rozmowach pomiędzy Umiłowanym Przywódcą a Zachodem. Kilka lat temu ta rola pośrednika trochę wyszła Rosji bokiem – przebiegły Kim wsadził Władimira Putina na minę. W czasie wizyty świeżo upieczonego prezydenta Rosji w Korei w 2000 roku Kim obiecał Putinowi, że w zamian za zagraniczną pomoc Korea gotowa jest wstrzymać swój program atomowy, a gdy rosyjski prezydent pospieszył, by ogłosić o swoim sukcesie, Kim oznajmił, że po prostu zażartował, a pan prezydent dowcipu „nie poniał”.

    Ale Miedwiediew rozmawiał z Kimem nie tylko o atomie. Po raz kolejny omawiano plany zbudowania przy współudziale Korei Południowej gazociągu z Rosji do Korei Południowej przez terytorium Korei Północnej. Dochody z tranzytu miałyby zasilić wiecznie kusy budżet Północy. Projekt jest na razie narysowany widłami na wodzie, nad jego realizacją ma się zastanawiać komisja. Rosyjskie gazety przed przyjazdem Kima spekulowały, czy projekt ma szanse być zrealizowany. „Planuje się, że gazociągiem popłynie 10 mld metrów sześciennych gazu rocznie. Korea otrzyma tani gaz i 100 mln dolarów jako opłatę za tranzyt. Moskwa ma nadzieję, że dochody z tranzytu obniżą agresywność północnokoreańskiego reżimu i problem atomowy Phenianu nie będzie tak ostry”. No, zobaczymy, to na razie tylko plany. I to plany, które planami są już od bardzo dawna, tylko ducha (czyt. pieniędzy) nie ma kto w nie tchnąć. A skoro o pieniądzach, to między wierszami delegacja rosyjska przypomniała o długach KRL-D wobec Moskwy (niemało: 11 mld dolarów, jeszcze z czasów radzieckich), mówiono coś niekonkretnie o restrukturyzacji długu.

    Podczas uczty w Sosnowym Borze zaserwowano kamczackie kraby z awokado, raki w truflowym sosie i bliny z kawiorkiem, a na deser lody z jagodami w miodowym karmelu. Służby prasowe nie ujawniły, czy Kimowi zasmakowały garnizonowe frykasy. Umiłowany Przywódca jest znany z finezyjnego smaku (jego zbiegły kucharz opowiada teraz w Europie o wysublimowanym podniebieniu wodza głodującego kraju). Kim jest też znany z tego, że potrafi wykręcić się z każdej obietnicy.

  • Gorzki smak wolności

    Dla niej wolność miała nie tylko smak goryczy, miała także smak krwi. Pięć lat temu 7 października 2006 roku Anna Politkowska została zastrzelona na klatce schodowej swego domu. Przedwczoraj w Nowym Jorku odbyła się światowa premiera pełnometrażowego filmu dokumentalnego poświęconego dziennikarce „Nowej Gaziety”, niezmordowanie, pod prąd tropiącej zbrodnie wojenne w Czeczenii. Film nosi tytuł „Gorzki smak wolności” (A Bitter Taste of Freedom), jego autorką jest znakomita rosyjska dokumentalistka, od lat mieszkająca w Kalifornii Marina Gołdowska. Po premierze powiedziała: „Są ludzie, którzy mają grubą skórę, są ludzie, którzy mają cienką skórę. Anna Politkowska w ogóle nie miała skóry. Pewnego dnia pojechała na wojnę do Czeczenii i już z niej nie powróciła”.

    Gołdowska, która znała rodzinę Politkowskich, pokazała Annę nie tylko jako odważną dziennikarkę, ale także człowieka wplecionego w ważne wydarzenia przełomu epok, życie rodzinne wpisane w życie polityczne, rozpad rodziny – w rozpad państwa, romantyzm pierestrojki – w twarde realia życia, bójki w kolejkach, wielotysięczne wiece. Anna w filmie Gołdowskiej jest człowiekiem z krwi i kości – przedstawiana w sferze publicznej jako „żelazna dama” była wrażliwą, czasami z tego powodu zagubioną osobą, która za cel stawiała sobie przede wszystkim pomoc ludziom tej pomocy potrzebującym. W jednej ze scen filmu Politkowska, którą odtruwają w szpitalu po otruciu w samolocie, gdy leciała do Biesłanu, mówi, jak trudna jest dla niej rola, w której ją obsadzono, zapowiada, że jeśli władze zamiast prowadzić z terrorystami negocjacje, rozpoczną szturm szkoły, to ona będzie musiała rozstać się z zawodem dziennikarskim.

    „Dla kogo jest ten film? Przede wszystkim dla Rosjan – deklaruje Gołdowska. – Chciałam poruszyć serca ludzi w naszych pragmatycznych czasach”. Film został już zaproszony do Rosji – ma być pokazany na festiwalu w Moskwie. Reżyserka deklaruje, że nie próbowała nadać filmowi wymiaru demaskatorskiego – nie wchodzi w polityczne aspekty sprawy, nie wskazuje, kto mógłby być zainteresowany śmiercią dziennikarki, pokazuje człowieka zaangażowanego w swój czas, w pracę.

    Międzynarodowe Stowarzyszenie Dokumentalistów rozpoczęło starania o nominację filmu „Gorzki smak wolności” do Oscara.

  • Pucz, puczu, puczowi

    Dwadzieścia lat temu we wszystkich mediach świata to słowo zajmowało poczesne miejsce. O poranku 19 sierpnia 1991 roku grupa twardogłowych przeciwników zmian i reform w ZSRR, która nazwała się GKCzP – Państwowy Komitet ds. Stanu Wyjątkowego, ogłosiła, że przebywający na urlopie na Krymie prezydent ZSRR Michaił Gorbaczow z uwagi na zły stan zdrowia ustąpił ze stanowiska. Władzę przejął GKCzP z Giennadijem Janajewem, wiceprezydentem ZSRR, na czele. Na ulicach Moskwy pojawiły się czołgi. Wybrany w czerwcu 91 na prezydenta Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej Borys Jelcyn z czołgu pod tzw. Białym Domem ogłosił, że nie uznaje władzy Komitetu (dziś wielu obserwatorów podnosi: jak to się stało, że Jelcyn nie został wtedy internowany i mógł swobodnie poruszać się po Moskwie, nieskrępowanie działać). Tysięczne tłumy na ulicach, bratanie się armii z protestującymi, trzęsące się ręce Janajewa podczas konferencji prasowej, „Jezioro łabędzie” w telewizji, przerywane tylko komunikatami GKCzP. Polska telewizja prowadziła całodniowe relacje z wydarzeń w Moskwie. U nas trwało zachłyśnięcie się wolnością, a tu – radziecki partyjny beton ogłasza, że chce ratować rozpadający się Związek Radziecki w starym, przepierestrojkowym stylu (tak na marginesie: Gorbaczow też chciał ratować ZSRR, tyle że po liftingu, 20 sierpnia miało się odbyć podpisanie nowego układu związkowego, na mocy którego miała powstać federacja niezawisłych republik, jeszcze radzieckich, ale proklamujących niepodległość i jako niepodległe mających stworzyć nowe państwo związkowe; do układu nie zgłosiły chęci przystąpienia kraje bałtyckie, Kaukaz i Mołdawia).

    W dwudziestą rocznicę puczu ośrodek badań socjologicznych Lewada-Centr ogłosił wyniki rocznicowych sondaży: 49% badanych uważa, że po 1991 roku kraj poszedł niewłaściwą drogą; jeśli chodzi o ocenę samego puczu: 39% nazywa pucz „tragicznym wydarzeniem”, 35% mówi, że był to jedynie element walki o władzę, zaledwie 10% uznaje udaremnienie puczu za zwycięstwo demokracji nad władzą radziecką, przy czym większość z tych dziesięciu procent z przykrością konstatuje swoją ówczesną naiwną nadzieję, że dobrobyt na zachodnim poziomie zrobi się sam z siebie, 16% nie potrafi ocenić tego wydarzenia.

    W rosyjskich mediach od kilku dni płynie lawina komentarzy, wspomnień, opisów, ocen tamtych dni, komentowane są opublikowane w „Spieglu” dokumenty świadczące o niezdecydowaniu Gorbaczowa, podkopujące jego wizerunek świadomego reformatora. Swoje zapiski opublikował na blogu m.in. popularny i w Polsce pisarz Borys Akunin: „Kraj o nieludzkiej nazwie ZSRR to było dla mnie środowisko obce, w którym wszystko urządzone było wbrew człowiekowi, gdzie rzeczywistość jest szaro-bura, a przyszłość – czarna. W latach pierestrojki okazało się, że nie tylko ja tak to czuję, przez chwilę nawet zaczęło się wydawać, że możemy coś zmienić. I oto nastał poranek 19 sierpnia 1991 roku. Obudził mnie telefon. Koleżanka z redakcji histerycznym głosem kazała mi włączyć telewizor. Oglądaliśmy z żoną brednie w iście Kafkowskim stylu, które lały się z ekranu. „Ten numer nie przejdzie” – orzekłem. Pojechaliśmy do centrum. Po Sadowym jechały czołgi, samochody wymijały je w bezpiecznej odległości, z chodników z popatrywali na nie bez szczególnej emocji ludzie, pod sklepami stały powszechne wtedy kolejki po jedzenie. Nikogo to nie obchodziło. Skręciliśmy w prospekt Kalinina [obecnie Nowy Arbat]. Tu też nic się nie działo. „Cóż – powiedziałem – ten kraj dostanie to, na co sobie zasłużył”. Myślałem: „Nigdy sobie nie wybaczę, że nie zostałem w Niemczech jeszcze przez tydzień, znajomi mnie prosili, żebym nie wyjeżdżał, a teraz – koniec, znowu żelazna kurtyna i cały ten bal”.

    Nagle podnoszę głowę, mam wrażenie, że przede mną dosłownie ulica podnosi się w górę. Od strony placu Arbackiego szedł ogromny wielotysięczny tłum, ludzie nieśli trójkolorowe rosyjskie flagi. Nawet dziś, wspominając tę chwilę, mimowolnie zaczynam mrugać. To jeden z najważniejszych momentów mojego życia. Po raz pierwszy w życiu, w wieku 35 lat, poczułem wtenczas, że jestem u siebie, że to mój kraj.

    Mam mnóstwo pretensji do dzisiejszej Rosji. Niedobrze mi się robi, jak patrzę na rządzących. Ale różnica polega na tym, że za Breżniewa z jego seplenieniem nie było mi wstyd, bo on nie miał ze mną nic wspólnego, a ja z nim. Natomiast kiedy jeden rosyjski alfa-samiec po pijaku próbuje muzykować, z drugi na trzeźwo robi z siebie błazna i nurkuje po gliniane garnczki, to chcę się zapaść ze wstydu pod ziemię.

    Wydarzenia sierpnia 1991 roku to jedyna rzecz, z której nasze pokolenie może być dumne. Niczym innym nie możemy się pochwalić”.

    Przez ostatnie dwadzieścia lat nie ustają dyskusje o tym, kto jest winien rozpadu ZSRR, co sprawiło, że kolos się rozpadł, czy pucz przyczynił się do szybszego pochówku gnijącego nieboszczyka. Napisano na ten temat mnóstwo rozpraw naukowych, książek, artykułów, wystrzępiono języki w licznych audycjach i talk show. Władimir Putin uznał rozpad ZSRR za jedną z największych katastrof w historii XX wieku.

    Pisarz Aleksiej Pimienow wywiadzie dla internetowej gazety „Czastnyj Korriespondient” mówi: „niestety w rezultacie [rozpadu ZSRR] władza partyjnej nomenklatury transformowała w peryferyjny kapitalizm. Znamy jego cechy: oligarchowie, masowa bieda i brak możliwości rozwoju. Ale nie można wyleczyć chorego, nie postawiwszy diagnozy. Dyskusje o rozpadzie Związku trwają. Ale niezależnie od tego, jak oceniamy to wydarzenie, trzeba stwierdzić, że ZSRR rozpadł się nie przez liberałów, nie przez kraje bałtyckie, Kaukaz i nie na skutek działań światowego spisku. Związek Radziecki zniszczyła rosyjska nomenklatura partyjna”.

    A karykaturzysta Andriej Bilżo, twórca słynnego Pietrowicza, w swoim blogu na stronie „Echa Moskwy” pod rysunkiem, przedstawiającym członków GKCzP podczas historycznej konferencji prasowej dał podpis: „Gdyby nam wtedy powiedzieli, że prezydentem zostanie pułkownik KGB…”