Kategoria: Bez kategorii

  • Alfabet lotki

    „Grajmy w kometkę – zachęca na swoim wideoblogu prezydent Dmitrij Miedwiediew – to sport, który pozwala utrzymać dobrą formę fizyczną i sprawnie podejmować decyzje”. Prezydent ma na sobie błękitną koszulkę polo, w dłoniach dzierży rakietkę i nic nie wskazuje na to, by podejmował jakiekolwiek decyzje. Występ prezydenta ma stanowić wstęp do edukacyjnego filmu „Alfabet lotki”.

    Rozbierające się w szczytnych politycznych celach dziewczęta z Medvedev Girls – grupy wsparcia polityka – zapowiedziały, że już od jutra zaczną propagować ten sport i pod murami Kremla zaproszą do gry wszystkich chętnych. Pogoda wprawdzie raczej zachęca do gry w hokeja, ale hokej już jest zajęty – na lodzie gra namiętnie prezydent Łukaszenka.

    Występ Miedwiediewa wzbudził burzę komentarzy w rosyjskiej blogosferze i kąśliwych docinków w zachodniej prasie. „Władimir Putin, posiadacz czarnego pasa w dżudo demonstrował swoje mistrzostwo sportowe, pokazując, że jest silnym liderem, obnażał tors jak macho. A teraz następca Dmitrij Miedwiediew (the lame duck, albo jak kto woli „urzędujący prezydent”, wedle określenia Władimira Władimirowicza) znalazł swoją sportową pasję – badminton” – punktuje „Financial Times”. Zdaniem gazety to kiepski żart kremlowskich inżynierów dusz, którzy wystawiają prezydenta na pośmiewisko. „On gra jak moja mama” – napisał w Twitterze sportowy korespondent „Guardiana” David Novak.

    Oglądam w telewizji codziennie relacje ze spotkań prezydenta w różnych formatach – a to prezydent namawia do inicjatywy grono zwolenników, z którymi ma tworzyć jakiś dziwny twór (rząd ogólnonarodowy), a to prezydent na wydziale dziennikarstwa MGU spotyka się ze studentami wydziału (którzy, jak się zaraz okazuje, wcale nie byli studentami wydziału dziennikarstwa tylko aktywistami prokremlowskich młodzieżówek) i przyjmuje od nich zapewnienia, że fajnie było, kiedy dał w zęby jednemu politykowi, który nie rozumiał, że nie można na obszarze postradzieckim przekraczać reguł ustanowionych przez Moskwę. I tak codziennie coś. Bardzo przyjemnie i bez treści.

    Dzisiaj prezydent wystąpił w duecie z Władimirem Władimirowiczem w polu. Zademonstrowali, że zgodnie działają, że nie ma żadnych rozdźwięków, razem doglądali, jak przebiega zbiór kukurydzy i nawet sami na chwilę stali się kombajnistami. Na pewno niektórym łza się w oku kręci, gdy przypomną sobie dzienniki „Wriemia” z lat Leonida Breżniewa, które zaczynały się reportażami z boju o każde ziarenko kukurydzy i pszenicy.

    To świat przedstawiony na ekranie posłusznej telewizji. Pod spodem jest wiele różności, które nie wpisują się w „Alfabet lotki”. Na przykład reakcja studentów dziennikarstwa na zorganizowanie pokazowego spotkania z Miedwiediewem – wielkie sprzątanie na wydziale po wizycie. „Wydział dziennikarstwa został wybrany nieprzypadkowo – pisze absolwent tego wydziału Anton Oriech, komentator „Echa Moskwy” – trzeba było przecież pokazać, że wolnomyślicielski wydział też jest za władzą, że przyszli dziennikarze – za władzą. Bali się, że Miedwiediew zostanie wybuczany?”. W tym drugim, równoległym świecie rekordy popularności bije nowy przebój grupy Rabfak „Nasz durdom gołosujet za Putina” (nasz dom wariatów głosuje na Putina). Na youtube chodzi klip do tej piosenki, miejscami obsceniczny (dostęp jest możliwy dopiero po zalogowaniu), złożony z nakręconych telefonami komórkowymi scenek z różnych tańców w wykonaniu potencjalnego elektoratu. W telewizji o takich nastrojach ani słowa.

    Lider grupy Rabfak Aleksandr Siemionow mówi w wywiadzie dla internetowej „Gazety.ru”: popularność piosenki „świadczy o zmianach w nastrojach społecznych, ściślej, w myślącej części społeczeństwa. Napięcie jest wielkie, o wiele większe niż jeszcze dwa lata temu, kiedy śpiewaliśmy nasze piosenki o Stalinie, milicji, ojczyźnie. Jeżeli w życiu politycznym kraju nic się nie zmieni (a nic się nie zmieni, jeśli nie przylecą kosmici lub nie będzie głodu), to Władimirowi Władimirowiczowi będzie można powiedzieć głośne „Dzięki” za odrodzenie najlepszych tradycji rosyjskiego rocka. Satyryczne piosenki rozchodzą się w narodzie na cytaty. My nie jesteśmy politykami ani opozycjonistami, jesteśmy jarmarcznymi błaznami”.

  • Punkt siedzenia

    Niedawno pisałam o fatalnych warunkach przetrzymywania aresztantów w aresztach śledczych w Moskwie. Jednak nie wszyscy aresztanci i więźniowie skarżą się na byt. Okazuje się, że w Rosji można siedzieć tak, że proszę siadać. Oczywiście cele z tapczanami, dywanami i akwarium nie są dla wszystkich.

    Do prasy trafiło ostatnio kilka barwnych opisów usług, jakie świadczy na rzecz wybrańców Federalna Służba Więziennictwa (FSIN). W wołgogradzkiej kolonii karnej nr 12 (IK-12) strażnicy urządzili luksusowe apartamenty dla mafijnych bossów, których spotkało takie nieszczęście, że trafili za kratki. Pokoje były wyposażone w klimatyzację, wygodne meble, plazmę, sprzęt stereo, lodówki, a także ikony lub portrety legendarnych mafiosów (w wypasionej jadalni dla kryminalnych VIP-ów wisiało zdjęcie nieżyjącego od dwudziestu lat Wasilija Babuszkina, ps. Wasia Brylant, cieszącego się wielką estymą wśród „bratków”, w innym pomieszczeniu – zdjęcie legendy, Wiaczesława Iwańkowa, ps. Japończyk). W jednym z pokoi używanych przez uprzywilejowanych więźniów znaleziono noże i telefony komórkowe, czyli rzeczy zakazane „na zonie”.

    To nie jedyny przykład takich praktyk. Latem w Internecie zamieszczono fotoreportaż z balu z okazji urodzin jednego z mafiosów w areszcie śledczym w Sierpuchowie k. Moskwy. Towarzystwo bawiło się przy suto zastawionym stole, alkohol lał się strumieniami. Kilka lat temu głośna była sprawa imprezki, jaką urządził w moskiewskich Butyrkach (areszt śledczy) młody mafioso Siergiej Sibiriak, koledzy „z wolności”, którzy bez przeszkód nawiedzili kompana, tak się rozkręcili, że zaprosili za kratki również koleżanki z branży kupczenia ciałem za pieniądze.

    W wywiadzie dla dziennika „Moskowskij Komsomolec” jeden z byłych więźniów, zamożny biznesmen Andriej powiedział: „nazywamy zakłady karne strefą nieograniczonych możliwości, za pieniądze można tu robić wszystko – pić, sprowadzać kobiety, kręcić interesy, dobrze jeść, a nawet chodzić do restauracji czy latać na weekendy za granicę”. Takie życie kosztuje. Ile? Dużo. Za każdą usługę trzeba zapłacić. Są i inne formy „rozliczeń”: „Przychodzą do mnie zastępcy naczelnika i mówią: trzeba kupić trzy komputery. No to kupuję. Połowa sprzętu w kolonii kupiona jest za moje pieniądze”. Kilka lat odsiadki kosztowało Andrieja, jak sam twierdzi, około 5 milionów rubli. Odbywających karę w kolonii w Klincach, gdzie cytowany więzień siedział przez jakiś czas, we wszystkie potrzebne rzeczy zaopatrywał pobliski kołchoz „Pierwszy Maja”: telefony komórkowe, papierosy, alkohol, proszę bardzo. Do trzystu litrów samogonu dziennie – twierdzi były zek Andriej. Kiedyś naczelnika kolonii o mało nie zranili – rzucona butelka strąciła mu czapkę z głowy.

    W zakres nieoficjalnych usług FSIN wchodziło towarzyszenie przez wyznaczonych strażników w wyprawach VIP-zeka „na wolu” – w interesach, do dobrej knajpy, zobaczyć się z rodziną, z przyjaciółmi. Andriej twierdzi, że raz nawet wyjechał za granicę odwiedzić przyjaciela. Wrócił, nie opłacało mu się wiać.

    Byli i tacy więźniowie, którzy się nie opłacali – jedni dla zasady, inni dlatego, że nie mieli kasy. Ci musieli poddać się rygorom, bo we wzorcowej kolonii pod Briańskiem panował wzorcowy porządek – mówi Andriej.

    Andriej z wyrozumiałością tłumaczy porządki panujące w zakładach FSIN: „Oni (funkcjonariusze FSIN) są zakładnikami tej sytuacji. Pieniędzy z budżetu dostają tyle, co kot napłakał, a wymagania stawia się im wysokie. Bez finansowej pomocy zeków nie można się obejść. Wszystko trzyma się na osadzonych biznesmenach. Ale aby ci biznesmeni dobrowolnie łożyli duże pieniądze (lwia część których ląduje oczywiście w prywatnych kieszeniach), muszą mieć stworzone odpowiednie warunki odbywania kary. Taki jest nasz system. Mam znajomego, który mieszka w Miami, a oficjalnie jest więźniem jednej z rosyjskich kolonii karnych. Przyjechał, wręczył milion dolarów i tyle go widzieli. To było kilka lat temu. Ale to jego historia, nie będę jej opowiadał…”.

    Swoją historię do opowiedzenia będzie miał teraz naczelnik kolonii pod Briańskiem, w której siedział Andriej. Wybuchł bowiem skandal i naczelnika aresztowano, toczy się śledztwo. Śledztwo ma też wyjaśnić, czy Andriej faktycznie wyjeżdżał w trakcie odbywania kary w kolonii (zwłaszcza czy wyjechał za granicę), czy to tylko miła bajka dla dziennikarzy, żeby zrobić sobie PR.

  • Niepewność galernika

    Wynik wyborów nie jest pewny, wszystko w ręku prostego człowieka – premier Putin we wczorajszej rozmowie z szefami trzech najważniejszych rosyjskich stacji telewizyjnych zasiał niepewność co do rezultatów marcowego głosowania, zwanego w oficjalnych kręgach wyborami prezydenckimi. Bo przecież kandydat Putin może przegrać, nieprawdaż? Z kim? No, właśnie…

    Po ogłoszonej 24 września na zjeździe „partii władzy” Jednej Rosji decyzji o przesiadce w rządzącym tandemie – Putin na prezydenta, Miedwiediew dla odmiany na premiera – w rosyjskiej telewizji co parę dni odbywają się rytuały, mające wbić do głowy potencjalnemu elektoratowi, że tak będzie najlepiej. Miedwiediew wytłumaczył na niedawnym spotkaniu ze zwolennikami, że nie zdecydował się na ubieganie się o reelekcję, gdyż premier Putin cieszy się większą estymą w społeczeństwie i to jemu słusznie należy się prezydentura. To samo powtórzył podczas rozmowy z tymi samymi szefami czołowych kanałów telewizyjnych 30 września: Putin przyniesie więcej pożytku krajowi, a poza tym w tandemie tak już sobie postanowili, że nie będą rozpychać się łokciami. „Urzędujący prezydent” (określenie Władimira Putina) był w tych wypowiedziach szczery i przekonujący do bólu. Stanisławski postawiłby mu z przekonaniem pałę z aktorstwa.

    W rozmowie premiera z „telewizjonszczikami”, którzy w uniżonych pozach skwapliwie potakiwali kandydatowi Putinowi, potok słów bez treści lał się wartko. Żadnych raf, żadnych podwodnych kamieni, żadnych podchwytliwych pytań, żadnej dziennikarskiej dociekliwości. Putin był dość znudzony tą dworską etykietą. Przecież już wszystko wiadomo – wracam na galery, o co chodzi. Komentatorzy wyciągnęli w Internecie fragment, w którym Putin wypomina szefowi NTW Kulistikowowi jego zawodową przeszłość. „Pan obecnie kieruje jednym z największych mediów – ogólnokrajową telewizją NTW, a swego czasu, jeśli mnie pamięć nie myli, pracował pan w Radiu Swoboda… A kiedy pracowałem w organach KGB ZSRR, Radio Swoboda było uważane za część CIA USA. A pan tam pracował, a teraz stoi pan na czele rosyjskiej stacji telewizyjnej, czyż nie jest to oznaka liberalizmu?”.

    W tymże Radiu Swoboda skomentował ów ciekawy fragment Ilja Milsztejn: „Jeśli dla Miedwiediewa demokracja to przede wszystkim modernizacja, a także walka z prawnym nihilizmem, to rzeczy dość ważne, ale jednak abstrakcyjne, to Putin jest bardzo konkretny. Putin widzi człowieka na wylot, z jego teczką personalną. I zaprasza, by wszyscy wraz z nim cieszyli się z takiego liberalnego paradoksu: wczoraj pracowałeś na wroga, a dziś służysz Ojczyźnie i Gazpromowi. W przekładzie z czekistowskiego to zapewne nazywa się dialektyką”. A poza tym, jak mówi stare eskimoskie przysłowie, w niektórych profesjach nie ma szans być byłym – pozostają nawyki, sposób myślenia, mentalność.

    A co do niepewnych wyników elekcji, to cztery lata temu podczas operacji „Następca” po Moskwie krążył taki dowcip. Po ogłoszeniu wyników do Miedwiediewa dzwoni mama: Synku, tak się denerwowałam, drżałam z niepewności, czy cię wybiorą. – Mamo, błagam cię, chociaż ty sobie odpuść i nie mów bzdur.

  • Dwunastu indyferentnych ludzi

    Ława przysięgłych w procesie handlarza bronią Wiktora Buta składa się z dwunastu osób, które nic nie mogą wiedzieć o podsądnym, ta niewiedza ma zapewnić ich całkowitą bezstronność. Skład ławy skompletowano nie bez trudu. W Nowym Jorku ruszył proces rosyjskiego „handlarza śmiercią”.

    Przysięgli nie mogą być źle lub dobrze nastawieni do oskarżonego, muszą być względem niego jak tabula rasa. Tymczasem w Stanach But cieszy się jak najgorszą sławą. Nawet jeśli ktoś nie czyta gazet i nie ogląda telewizji, która nie tylko informuje na bieżąco o Bucie, ale jeszcze daje obfity back ground o jego szerokiej działalności na niwie wszystkich siedmiu grzechów głównych, to mógł obejrzeć film z Nicolesem Cage’em. Po tym filmie na pewno nie będzie żywił ciepłych uczuć do oskarżonego. Po starannych przymiarkach ławę udało się jakoś skompletować. Sędzia zobowiązała przysięgłych, aby w czasie trwania procesu nie poszukiwali wiadomości o podsądnym w Internecie.

    Wiktor But staje przed amerykańskim sądem oskarżony o nielegalny handel bronią z południowoamerykańską organizacją FARC uznawaną przez USA za terrorystyczną (oficjalne sformułowanie oskarżenia: „spisek w celu pozbawienia życia obywateli USA”), co jest zagrożone karą dożywocia. Oskarżony nie przyznaje się do winy, twierdzi, że ma jedynie samolotową firmę przewozową, a nie obwoźny kramik z rakietami ziemia-ziemia. W marcu 2008 roku But został rozpracowany przez agentów amerykańskiej agencji do walki z narkotykami DEA i aresztowany w Tajlandii, gdzie spędził dwa lata w uroczym zamknięciu. W tym czasie trwały intensywne zabiegi o jego ekstradycję do Stanów, jak również równie intensywne zabiegi rosyjskiej dyplomacji o przekazanie Buta w ręce rosyjskiego wymiaru sprawiedliwości. Ostatecznie w ubiegłym roku latem sąd apelacyjny orzekł o ekstradycji Buta do USA.

    Wiktor But zjawił się na sali rozpraw w nowojorskim sądzie w ciemnym garniturze w prążki. To zasadnicza odmiana w wyglądzie – przez ostatnie trzy lata Wiktor Anatoljewicz pokazywał się (a właściwie był pokazywany) w pomarańczowym mundurku więziennym.

    Pierwszym świadkiem w procesie jest jeden z agentów biorących udział w akcji rozpracowania Buta i zakupie kontrolowanym w Tajlandii. Obserwatorzy ostrzą sobie zęby na zeznania Andrieja Smuljana – byłego współpracownika Buta, który po aresztowaniu poszedł na współpracę ze śledztwem. Prasa od dawna spekuluje, jakie tajemnice może wyjawić w Stanach But. Mówi się o jego powiązaniach z wysokimi szarżami w strukturach władzy (wskazuje się na znajomość z wicepremierem Igorem Sieczinem z czasów wspólnej służby w Mozambiku).

  • W ciągu roku on umrze

    „Chciałem zapomnieć o tym koszmarze. To piekło, gdzie zwykli ludzie przychodzą do pracy i czynią zło. I nic z tego powodu nawet nie odczuwają, żadnych wyrzutów sumienia. Gdyby po mojej sprawie coś się zmieniło, to i Siergiej Magnitski może by żył, świeć Panie nad jego duszą. Należałoby tym ludziom [służbie medycznej w więziennictwie] uniemożliwić czynienie zła. To, co się dzieje w więzieniach, jest w ogóle poza zasięgiem, tam ręka rękę myje, jeden drugiego kryje. Oni cały czas tylko myślą o jednym: jak uniknąć odpowiedzialności, tworzą jakieś papiery. Kiedy siedziałem, przychodzili do mnie ludzie i mówili: „Sieczin przykazał: on żywy stąd nie wyjdzie” [Igor Sieczin wicepremier odpowiedzialny za energetykę, przez wielu komentatorów wskazywany jako autor „operacji Jukos”]. […] Kiedy wyszedłem, też cały czas straszyli. Nie da się tak żyć. Terroryzują ludzi, którzy ze mną pracują, nawet do mojego lekarza przyszli. Powiedzieli mu: wypuściliśmy go, bo on ma umrzeć w ciągu roku. Mojego kierowcę dwa razy aresztowano pod pozorem, że przejechał przechodnia i uciekł z miejsca wypadku, tymczasem jego samochód stał przez tydzień w garażu. Moi rodzice ciągle się boją, że znowu mnie wsadzą i nigdy nie wypuszczą ” – to fragmenty wywiadu Wasilija Aleksaniana, byłego wiceprezesa koncernu Jukos. Aleksanian zmarł 3 października tego roku w wieku 39 lat. Zwlekał z opublikowaniem wywiadu, żeby nie zaszkodzić swoimi ostrymi opiniami kolegom z Jukosu, którzy nadal odsiadują wyroki. Dzisiaj tygodnik „The New Times” zdecydował się na publikację.

    Menedżer firmy Jukos Wasilij Aleksanian (już po aresztowaniu Michaiła Chodorkowskiego) został 1 kwietnia 2006 r. wiceprezesem Jukosu, a już 6 kwietnia został aresztowany pod zarzutem oszustw. Nie przyznał się do zarzucanych mu czynów. Twierdził, że namawiano go do składania fałszywych zeznań obciążających Chodorkowskiego, on konsekwentnie odmawiał. W areszcie Matrosskaja Tiszyna był poddawany szykanom. Zachorował na AIDS, gruźlicę, niemal stracił wzrok. Został wypuszczony za kaucją pod naciskiem opinii publicznej – w 2007 r. Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał traktowanie aresztowanego za nieludzkie i zalecił przeniesienie go do miejskiego otwartego szpitala, zalecenie zostało wykonane, ale Aleksanian został przykuty do łóżka kajdankami, kajdanki zdjęto mu dopiero po interwencji członków prezydenckiej Izby Obywatelskiej. W 2010 r. sąd w Moskwie umorzył postępowanie wobec Aleksaniana z powodu przedawnienia.

    Sprawa Aleksaniana odbiła się szerokim echem w rosyjskiej opinii publicznej. Jak zwykle ostra w swoich sądach Julia Łatynina w audycji w rozgłośni Echo Moskwy powiedziała: „Trzymali Aleksaniana za kratkami, dlatego że odmawiał składania zeznań na Chodorkowskiego, był zakładnikiem. Aleksaniana aresztowano po tym, jak zgodził się stanąć na czele Jukosu, a właściwie tych resztek, które z Jukosu pozostały. Przy czym nie sam z siebie podjął taką decyzję, a dogadał się z częścią siłowików. Nie ma w tym nic złego, że się dogadał. Biznes to sztuka dogadywania się. Ale okazało się, że z siłownikami nie ma się co dogadywać. Aresztowali go i jeszcze doszli do błędnego wniosku, że skoro człowiek próbuje się z nimi dogadać, to znaczy, że w więzieniu wszystko im powie. Ale co innego dogadywać się, żeby uratować resztki firmy, a co innego zdradzić przyjaciół. I dlatego Aleksanian umarł. Popieram inicjatywę, żeby nazwiska ludzi, winnych przedwczesnej śmierci Aleksaniana, wpisać na „listę Magnitskiego”. Trzeba zrobić analogiczną „listę Aleksaniana”. Widzimy, że jedyne, co działa na tych ludzi [którzy są związani ze sprawą zmarłego w areszcie śledczym adwokata Magnitskiego, oskarżonego o wydumane przestępstwa po tym, jak odkrył wielkie przewały dokonywane przez wysokich funkcjonariuszy MSW, aresztowanie miało być środkiem „zmiękczającym” wobec Magnitskiego, na którego naciskano, by wycofał zeznania w sprawie przekrętów; ciężko choremu Magnitskiemu odmawiano pomocy medycznej; „lista Magnitskiego” nakłada sankcje na osoby winne śmierci adwokata – wjazd na terytorium UE i USA i aresztowanie kont bankowych; lista obejmuje ok. 60 nazwisk] to pozbawienie ich możliwości wyjazdu do ich willi na Lazurowym Wybrzeżu czy do banku w Szwajcarii. I obawiam się, że takie listy będą coraz dłuższe, aż strach pomyśleć, kto jeszcze może się na nich znaleźć i czyje nazwisko będzie rozpoczynać tę listę”.

    Dziś rosyjskie media opisują sprawę kolejnej śmierci w moskiewskim areszcie: zmarł na zawał serca dyrektor szkoły Andriej Kurojarow, aresztowany pod zarzutem łapownictwa (Kurojarow nie przyznawał się do winy, twierdził, że został aresztowany bezpodstawnie). Adwokat Kurojarowa twierdzi, że rodzina dowiedziała się o śmierci jego klienta z gazet, funkcjonariusze nie powiadomili krewnych. „Wszystko przed nami ukrywają, kręcą” – mówi adwokat, który próbuje wyjaśnić, czy Kurojarowowi okazano pomoc medyczną. Obrońcy praw człowieka zapowiadają wniosek o wszczęcie niezależnego śledztwa. Lew Ponomariow z ruchu „O prawa człowieka” poinformował, że w moskiewskich (tylko moskiewskich) aresztach śledczych przebywa 80 tys. aresztowanych, w ostatnim roku zmarło pięćdziesięciu aresztantów. Jedną z najważniejszych przyczyn śmierci aresztowanych jest, zdaniem Ponomariowa, fatalny poziom opieki medycznej.