Kategoria: Bez kategorii

  • Stabilizacja pożera własne dzieci

    To cytat z wypowiedzi Władisława Surkowa, do niedawna szarej eminencji Kremla, uważanego za autora ideologii państwowej putinowskiej Rosji („suwerenna demokracja” elit, bez udziału społeczeństwa), menedżera sprawnie zawiadującego zakulisowymi grami politycznymi. Surkow został poproszony o odsunięcie się od toru – opuścił prestiżową posadę zastępcy szefa prezydenckiej administracji i został przesunięty do „sekcji gimnastycznej” przy Radzie Ministrów, gdzie ma odpowiadać za modernizację.

    Media spekulują, że powodem wyjęcia Surkowa z Kremla jest niezadowolenie Putina z przebiegu kampanii wyborczej i głosowania 4 grudnia w wyborach parlamentarnych, a potem także z wypowiedzi Surkowa na temat protestów powyborczych. Surkow powiedział m.in., że na placu Błotnym w Moskwie (10 grudnia) zgromadziła się „najlepsza, najbardziej produktywna część społeczeństwa”.

    Przesunięcie Surkowa nie jest jedyną kadrową nowością z wysokich półek obozu rządzącego – przetasowania przed marcowymi wyborami Putina mają ograniczyć ryzyko przykrej niespodzianki. Stanowisko szefa prezydenckiej kancelarii opuścił Siergiej Naryszkin, któremu powierzono stołek przewodniczącego Dumy po Borysie Gryzłowie (autora aforyzmu: „Parlament to nie jest miejsce do dyskusji”). Naryszkin był swego czasu typowany jako możliwy „priejemnik (następca) 2008”, kiedy Putin łamał sobie głowę nad rozwiązaniem problemu sukcesji. Mówi się o nim, że jest sprawnym aparatczykiem, także negocjatorem, nie dał się natomiast poznać w sferze publicznej, nigdy nie porwał umiejętnościami oratorskimi. Mierny, ale wierny. Dziś wystąpił z oświadczeniem, że nie ma żadnych podstaw, by podważać wynik wyborów do Dumy, Duma została wybrana na pięć lat i przez te pięć lat będzie pracować. Duma rzeczywiście przystąpiła do fedrowania na przodku – wybrano wiceprzewodniczących (z ramienia partii Żyrinowskiego tym razem wice nie został sam wódz, a jego przybrany syn – Igor Lebiediew, niech się młodzież uczy) i szefów komisji (komitetów). Szefem komisji spraw międzynarodowych został dziennikarz telewizyjny Aleksiej Puszkow, znany amerykaninożerca, wyznawca spiskowej teorii dziejów i teorii oblężonej twierdzy.

    Miejsce Naryszkina na Kremlu zajął wicepremier ds. przemysłu zbrojeniowego Siergiej Iwanow (w 2008 r. numer jeden na liście możliwych „priejemników”, w ostatniej chwili wyprzedzony przez Miedwiediewa), wierny druh Putina jeszcze z czasów KGB, potem z pracy w merostwie Petersburga. Powierzenie mu funkcji szefa kremlowskiej administracji już teraz, na kilka miesięcy przed spodziewanym powrotem Putina na Kreml, odczytano jako sygnał świadczący o przyspieszeniu operacji „Powrót”.

    Miejsce Iwanowa w rządzie (nadążacie państwo za tą karuzelą?) zajął z kolei Dmitrij Rogozin, ambitny, złotousty polityk, reprezentujący przez ostatnie lata Rosję przy kwaterze głównej NATO. Placówka w Brukseli była dla niego „honorowym zesłaniem” po poprzednich wyborach parlamentarnych, na których firmowany przez Rogozina nacjonalistyczny projekt partyjny Rodina zdobył na wysokiej fali ksenofobii tak dużo głosów, że Kreml postanowił uśmierzyć ambicje Rogozina na wewnętrznej scenie politycznej i wysłał go w przestrzeń międzyplanetarną. Pod koniec września Rogozin przyjechał do Rosji i zaraz włączył się do gry – zapisał się ze swą partią do putinowskiego Ogólnorosyjskiego Frontu Narodowego, oznajmił głośno: wystarczy już nam marznąć na „russkich marszach”, najwyższa pora zajmować gabinety i podejmować decyzje. I jakby był u wróżki – hokus-pokus i gabinet wicepremiera ds. przemysłu zbrojeniowego stoi przed nim otworem. Znany z krewkiego temperamentu i ciętego języka Rogozin miał okazję już wczoraj wykazać się na nowym stanowisku. Grzmiał na podwładnych za zaniedbania, jakie wypłynęły w związku z opublikowaniem w Internecie zdjęć, zrobionych na tajnym obiekcie Roskosmosu przez blogerów. Blogerzy dostali się do obiektu przez banalna dziurę w ogrodzeniu i przez nikogo nie niepokojeni zwiedzili Energomasz w podmoskiewskich Chimkach wzdłuż i wszerz.

    Na koniec tego przeglądu wirujących kadr wróćmy na Kreml. Tam miejsce Surkowa zajął Wiaczesław Wołodin. Jako wiceszef prezydenckiej kancelarii ramię przy ramieniu z Siergiejem Iwanowem Wołodin będzie miał szerokie pole do popisu. Wołodin uważany jest autora pomysłu stworzenia Ogólnorosyjskiego Frontu Narodowego jako szerokiej platformy poparcia w wyborach dla Jednej Rosji i Władimira Putina. Eksperci wróżą koniec epoki koronkowych intryg – firmowego dania Surkowa. Wołodin, jak bohaterowie Mikołajka, wali fangę w nos i nie pyta o nic.

    Formalnie na czele sztabu wyborczego Putina stoi reżyser Stanisław Goworuchin, jednak faktycznie szefem jest Wołodin. Jak pisze internetowa „Gazeta.ru”, „Wołodin już w najbliższym czasie ma polecić gubernatorom i sztabom wyborczym w regionach, by zapewniły bezsporne i niepodważalne zwycięstwo Putina w pierwszej turze”.

  • Co pod choinkę

    Po dłuższym pobycie w innym Matriksie wracam do komentowania wydarzeń w Rosji. A dzieje się tam i będzie się działo. Choć już za kilka chwil Nowy Rok, świąteczna „jołka”, prezenty, sałatka Olivier i rodzinne biesiady, polityczne namiętności nie ucichają. Dziś premier Putin zapowiedział, że pod choinką położy w charakterze prezentu dla narodu uczciwe wybory prezydenckie 2012.

    W sobotę 24 grudnia przez prospekt Sacharowa w Moskwie przeszło od 30 tys. (szacunku MSW) do 100, a nawet 120 tysięcy (szacunki organizatorów) demonstrantów. Poza hasłem wykrzyczanym już na placu Błotnym dwa tygodnie wcześniej: „Przywróćcie uczciwe wybory”, inwencja uczestników skupiła się na premierze Putinie: „Ani jednego głosu dla Putina” – wzywano w kontekście marcowych wyborów Putina na prezydenta.

    Wiecujących na Sacharowa było więcej niż na placu Błotnym. Choć pogoda była niewiecowa – mróz i nieprzyjemny wiatr. Organizatorzy tym razem zadbali, żeby przemawiających z trybuny było słychać dalej niż z dziesięciu metrów (na placu Błotnym przemówienia wsiąkały w ogólny gwar). Przemawiali ci, których do tego wybrali internauci. Między innymi pisarz Borys Akunin i dziennikarz telewizyjny Leonid Parfionow. Przemówił też ekswicepremier i minister finansów, Aleksiej Kudrin (publiczność przyjęła jego namowy do podjęcia rozmów z władzą z dezaprobatą). Głos zabrała również blond gwiazda mediów, wyrocznia gustów odzieżowych i fryzjerskich dla rosyjskich nastolatek i żon mieszkańców Rublowki, Ksenia Sobczak; również uspokajała nastroje, namawiając do stawiania władzy wymagań. Też ją wygwizdano. Na demonstracji przyjęto rezolucję z postulatami m.in. unieważnienia wyników sfałszowanych wyborów (dzisiejsza „The Wall Street Journal” oszacowała, że sfałszowano 14 milionów – czternaście milionów – głosów), zdymisjonowania czarodzieja Czurowa z CKW.

    Znowu jednak – podobnie jak na placu Błotnym – ważniejsze od tego, co mówiono na trybunie, było to, co działo się „na dole”. Potwierdziło się, że nastąpiło przebudzenie tego segmentu społecznego, który do tej pory zachowywał pasywność i dystans nie tylko wobec wydarzeń na oficjalnej scenie politycznej, ale i wobec niesystemowej opozycji, wzywającej od czasu do czasu na barykady. Jeśli to stała tendencja, to może być ciekawie. Na grudniowych demonstracjach widać było, że protestujący nie tylko odrzucają pana Putina i jego drużynę, ale także nie płoną miłością do Limonowa, Kasjanowa czy Niemcowa. Ewidentnie zgłoszono zapotrzebowanie na nowe twarze, nowy rodzaj przywództwa. Czy protesty wyłonią nowych liderów? Jakich? Kiedy? To kilka z tych ważnych pytań, na które nie ma jeszcze dziś odpowiedzi.

    Władza ustami Miedwiediewa i Putina zapewniła, że wszystko skrupulatnie sprawdzi, jak to było z tymi fałszerstwami, a na marcowym plebiscycie zapewni taką przezroczystość, że przezroczyste będą nawet urny do głosowania. A dla jeszcze większej przezroczystości w każdej komisji wyborczej zamontowane zostaną kamery wideo, żeby nie było żadnych kantów. Jest taka mała rybka o skórce tak cienkiej, że widać dokładnie, co się dzieje w jej przewodzie pokarmowym i jak bije małe rybie serduszko. Nie widać natomiast, jak rybka myśli (zresztą, może nie myśli). Kontrola nad przebiegiem głosowania jest oczywiście szalenie ważna (zwłaszcza jeśli skala dosypywania głosów i fałszowania protokołów jest tak wielka, jak podczas głosowania 4 grudnia), ale głosowanie to tylko ostatni akt całego procesu wyborczego, polegającego na wyłanianiu kandydatów, debatach, wiecach, agitacji, dostępie do mediów itd. Machina wyborcza została już uruchomiona – Putin jest niekwestionowanym liderem sondaży, choć notowania ma niskie (36%) jak na cieszącego się powszechną miłością ludu dożywotniego przywódcę. Pan premier codziennie odbywa ważne spotkania z przedstawicielami ludu pracującego miast i wsi, sztabem wyborczym, dziennikarzami. Na pytania, jak odnosi się do protestów ulicznych, odparł mniej więcej, że nie zawiera znajomości na ulicy. Powiedział, że nie zna tych ludzi, którzy wyszli protestować, a potem oznajmił: o czym tu rozmawiać z opozycją, skoro opozycja sama nie wie, czego chce i że w ogóle opozycja obiecuje, obiecuje, a jak przychodzi co do czego, to już nic z tych obietnic nie pamięta i nic nie spełnia. Więc jednocześnie nie znał protestujących i miał o nich wyrobione zdanie. Taka dialektyka.

    Ale to wzruszenie ramion nad nieszczęsnymi protestantami, które na zewnątrz demonstruje Władimir Władimirowicz, nie oznacza, że władza nie reaguje na te uliczne wydarzenia. Owszem, reaguje: zaczęło się np. intensywne tasowanie talii kart z funkcyjnymi „drugiego szeregu”. Ci z Kremla idą do rządu, a ci z rządu na Kreml. Moskiewskie wróble ćwierkają, że w zasadzie wszystko jest już gotowe, by Putin wcześniej zasiadł za prezydenckimi sterami (jako p.o. po przyspieszonym odejściu Miedwiediewa). Ale o tych roszadach – w następnym odcinku.

  • Prochorow – reaktywacja. Gryzłow – zejście ze sceny

    Niedawno przytopiony przez kremlowskich speców od marketingu politycznego miliarder Michaił Prochorow nieoczekiwanie ożył i postanowił wrócić na scenę.

    Przed grudniowym plebiscytem popularności Jednej Rosji, nazywanych oficjalnie wyborami do Dumy, Prochorow stanął na czele partii Prawoje Dieło (Słuszna Sprawa). Partia miała imitować alternatywę wobec „partii władzy”. Autorzy pomysłu (najprawdopodobniej główny kremlowski inżynier dusz Władisław Surkow) chcieli w ten sposób przyciągnąć do udziału w głosowaniu liberalnie nastrojony elektorat. Wszystko szło świetnie, aż tu tuż przed zjazdem partii poświęconym przystąpieniu do kampanii wyborczej nagle pojawiła się grupa rozłamowców, która Prochorowa wyślizgała. Publicznie nie wyjaśniono, dlaczego postanowiono pozbyć się Prochorowa z projektu ożywienia Słusznej Sprawy. Można było przypuszczać, że to dlatego, iż tak ochoczo zabrał się do montowania poparcia dla swojej partii, że zaczął odsysać elektorat Jednej Rosji, a że nie tak miało być, projekt utrącono. Partia Prawoje Dieło wprawdzie wystartowała w wyborach, ale dostała znikome poparcie. Prochorow odgrażał się, jak bohater „Szwejka”, wy mnie jeszcze nie znacie, ale wy mnie jeszcze poznacie.

    I oto teraz, gdy po wyborach parlamentarnych powstała nader niekomfortowa sytuacja przed wyborami Putina na prezydenta (wyznaczone na 4 marca, a więc czasu tyle, co kot napłakał, żeby grupa trzymająca władzę mogła diametralnie zmienić scenariusz przedwyborczy), Prochorow wyskakuje jak diabeł z pudełka i woła: „Nic się nie stało, kochani, nic się nie stało. Przemyślałem, wyważyłem i jestem – chcę być waszym prezydentem”. W moskiewskich salonach towarzystwo chichocze, czytając doniesienia, że dla poprawy wizerunku playboy Prochorow gotów jest się nawet ożenić.

    „Owszem, jestem wygodny dla Kremla – napisał Prochorow na swoim blogu. – Owszem, oni chcą rozegrać sprawę z placem Błotnym, chcą pobawić się w demokrację, żeby ludzie mieli coś w rodzaju wyboru. […] Owszem, władza chce nas wykorzystać w swoich celach, ale i my wykorzystamy władzę”. Były wicepremier Alfred Koch w komentarzu na temat planów Prochorowa stwierdził, że to jednak zawsze jest jednostronne wykorzystywanie (tzn. Kreml wykorzystuje, a nie jest wykorzystywany). Prochorowa Kreml wykorzysta, a następnie „spuści do kanalizacji”. „Widocznie Kreml postanowił zagrać w ryzykowną grę w drugą turę” – podejrzewa Koch, znający dobrze kremlowską kuchnię.

    Na giełdzie politologiczno-dziennikarskiej krąży już dziś wiele różnych scenariuszy rozwoju wydarzeń, m.in. rozważana jest wersja z przyspieszeniem wyborów, wcześniejszym podaniem się Miedwiediewa do dymisji, stworzenia rządu pod kierunkiem jakiegoś cieszącego się autorytetem liberała (np. Aleksieja Kudrina, do niedawna wicepremiera, ministra finansów). Widać, że szykowane są na Kremlu różne zapasowe lotniska i szalupki ratunkowe na wypadek, gdyby dotychczasowy gwarant spokojności elit, komfortu „rospiła” budżetu przez grupę trzymającą władzę, czyli Władimir Putin, stracił dotychczasową moc.

    Dzisiaj miało miejsce jeszcze jedno ciekawe wydarzenie „kadrowe”. Przewodniczący Dumy dwóch ostatnich kadencji Borys Gryzłow oznajmił, że odchodzi: „Dwie kadencje – i wystarczy”. Złośliwe języki dały mu przezwisko „Android”. To on był autorem genialnego powiedzonka, precyzyjnie charakteryzującego kieszonkowy parlament w systemie politycznym Rosji: „Parlament to nie jest miejsce do dyskusji” i rzeczywiście postępował zgodnie z tą swoją dewizą: Duma głosowała zgodnie z wytycznymi partii. Cztery lata temu przed wyborami, kiedy Putin łamał sobie jeszcze głowę pytaniem, kogo posadzić na chwilę na tronie po zakończeniu swej drugiej kadencji, po Moskwie chodził żarcik: „Wy budietie smiejatsia, no Gryzłow toże choczet byt’ priezidientom”.  

    Jego odejście może być sygnałem, że w ramach operacji oczyszczania atmosfery społecznej po sfałszowanych wyborach parlamentarnych władze zdecydują się na pewne zmiany kadrowe. Wśród jego ewentualnych następców wymienia się m.in. wicepremiera Zubkowa, szefa administracji prezydenta Siergieja Naryszkina czy wicepremiera Aleksandra Żukowa. A więc starzy sprawdzeni parteigenosse z tej samej gliny co Gryzłow.  

    Tymczasem w Internecie nadal „burlit” , mnożą się inicjatywy „ruchu niezadowolonych”. Dziś „Time” ogłosił jak zwykle o tej porze „człowieka roku” – został nim „uczestnik protestów, człowiek protestujący”. Wiadomo już, że kolejna demonstracja „niezadowolonych” odbędzie się w Moskwie na Prospekcie Sacharowa 24 grudnia. Ciekawa jest gra władz Moskwy, z którymi toczone są rozmowy o lokalizacji protestu: jednocześnie w tym samym miejscu ma się odbyć manifestacja nacjonalistów… Ale o tym może bliżej wigilijnego terminu.

  • Poznajmy się na placu

    Coraz więcej relacji, spostrzeżeń, pomysłów i komentarzy po sobotnich demonstracjach w rosyjskich miastach. Socjolodzy konstatują, że na moskiewskim wiecu na placu Błotnym 10 grudnia ciekawsze niż mówcy na trybunie były szeregi protestujących. Z trybuny przemawiało wielu tych polityków pozasystemowej opozycji, którzy na ogół byli aktywni podczas demonstracji „31” lub innych. Natomiast na ulicy spotkała się na placu nowa „tusowka”. Przyszli ludzie, którzy do tej pory nie brali udziału w protestach ulicznych – biznesmeni, studenteria, przedstawiciele wolnych zawodów. „To nie był tłum – napisał publicysta Andriej Kolesnikow – to był zbiór indywidualności. To, co stawiano jako zarzut – brak lidera – można byłoby odczytać jako plus. Ci ludzie nie szli za wodzami, nie zamierzali robić rewolucji. Głównym motywem było wypowiedzenie opinii, próba samopoznania. […] To, co odbywało się ‘w parterze’ demonstracji, było raczej podobne do konferencji, na której wymienia się poglądy, niż do wiecu. […] Na placu Błotnym spotkali się ludzie, których wartości być może będą dominować za jakieś pięć lat. Tym bardziej jeśli wybory zostaną zniesione”.

    No a teraz najciekawsze pytanie brzmi: co dalej? Na 24 grudnia zwołana ma być kolejna demonstracja, jeśli władze nie uchylą rezultatów wyborów, nie zmienią Centralnej Komisji Wyborczej i nie rozpiszą nowych wyborów. Nic nie wskazuje na to, by władze miały ulec postulatom protestujących.

    Wczoraj na placu Maneżowym w Moskwie odbyła się manifestacja zwolenników sfałszowanych wyborów. Full spontan a rebours. Oglądałam reportaż z tej manifestacji w telewizji rosyjskiej, a potem jeszcze poczytałam i pooglądałam relacje w Internecie. Sytuacja jak z piosenki Młynarskiego „przyszło mało, a pokazać trzeba dużo” (znowu nie można się było doliczyć uczestników, tylko tym razem w przeciwieństwie do sobotniego wiecu policja podawała znacznie wyższe liczby niż komentatorzy prasowi, którzy doliczyli się zaledwie pięciu tysięcy wobec deklarowanych przez władze 25 tys.). To po pierwsze. Po drugie, Internet bezlitośnie pokazał kuchnię tego radosnego spotkania. W „rolikach” wywieszonych w sieci widać było na przykład, jak uczestnicy wiecu otrzymują zapłatę za udział. A kto wziął udział? Tadżyccy gastarbeiterzy mieli dużą reprezentację, z tego, co mówili, wynikało, że ich administracja kazała im przyjść. Po „Maneżce” przechadzały się też przywiezione ewidentnie spoza Moskwy damy ze złotymi zębami od ucha do ucha. Elegancki jegomość z zadbaną bródką a la Lenin miał w jednym z „rolików” interesujący monolog, sławiący Putina.

    Na razie nadal wszystko idzie utartym torem. Władze Moskwy wykręcają się jak mogą od ustalenia z organizatorami „wigilijnego” protestu miejsca, gdzie wiec miałby się odbyć. Wszystkie miejsca, gdzie mogłoby się zebrać kilkanaście tysięcy ludzi, okazuje się, już dawno są zaklepane na jakieś inne imprezy. Internetowa gazeta „Grani” cytuje natomiast wypowiedź sekretarza Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej, byłego dyrektora Federalnej Służby Bezpieczeństwa Nikołaja Patruszewa dla jednego z tygodników: „W Internecie trzeba wprowadzić rozumne regulacje. Tak jak to się odbywa w USA, Chinach i innych krajach. Próby ograniczania komunikacji ludzi są kontrproduktywne i amoralne. Jednak nie wolno ignorować korzystania z Internetu przez przestępców i grupy terrorystyczne” – oznajmił Patruszew. Gazeta przypomina, że w Chinach zakazane są portale społecznościowe, Facebook, Twitter, LiveJournal, Youtube.

    W zeszłym tygodniu odnotowano kilka poważnych ataków hackerskich na strony opozycji. Dziś na przykład przez cały dzień niedostępny był bardzo krytyczny wobec Kremla „Jeżedniewnyj Żurnał”.

  • Wyszli na plac

    Demonstracja przeciwko falsyfikacji wyborów do Dumy na placu Błotnym w Moskwie zebrała od 25 (ocena policji) do 85-100 tysięcy (ocena organizatorów) uczestników (dane policji dowcipnie skomentowali internauci: policja liczy tak samo świetnie jak Czurow). To pierwsza tak liczna demonstracja protestu od 1991 r. Miała charakter pokojowy, uczestnicy podziękowali policji za spokojne zachowanie. Przebieg demonstracji można było śledzić w Internecie. Protesty odbyły się w 134 miastach Rosji, zatrzymano dziesiątki demonstrantów. Odsiadujący piętnastodniowe kary „aresztu administracyjnego” organizatorzy poprzednich protestów (m.in. Aleksiej Nawalny, Ilja Jaszyn) co godzinę walą pięściami w drzwi cel w akcie poparcia dla dzisiejszej ulicznej manifestacji. Z kolei lider Młodej Gwardii (młodzieżówka Jednej Rosji) oznajmił w rozgłośni Echo Moskwy, że w razie potrzeby zgromadzi i 170 tysięcy demonstrantów, żeby obronić rezultaty wyborów.

    Na moskiewskiej demonstracji przyjęto rezolucję, zawierającą postulat unieważnienia wyborów, wypuszczenia więźniów politycznych i zwolnienia „czarodzieja”, szefa „ministerstwa kłamstwa” Władimira Czurowa, przewodniczącego Centralnej Komisji Wyborczej, która narysowała Jednej Rosji dwa razy więcej głosów (takie wyliczenia na podstawie analizy ujawnianych fałszerstw ogłoszono podczas wiecu). Jeżeli władze nie pójdą na ustępstwa, 24 grudnia odbędzie się kolejna demonstracja.

    Wznoszone podczas wiecu okrzyki i hasła odnosiły się zarówno do wyborów: „Czurowa na nary”, „Wasze wybory to farsa”, „Domagamy się nowych wyborów”, jak i do Putina: „Nowy Rok bez Putina”, „Rosja bez Putina”. „Powinniśmy podziękować Jednej Rosji, która dokonała cudu – staliśmy się narodem” – powiedział z trybuny nacjonalista Konstantin Kryłow. Borys Akunin, który w trybie pilnym przybył z francuskiej wioski, gdzie pracował nad kolejnym tomem przygód Fandorina, powiedział, że „takiej Moskwy jeszcze nie widział”. Pisarz wezwał do bojkotu marcowych wyborów prezydenckich. Przewodniczący partii Jabłoko, Grigorij Jawliński (jego partia startowała w wyborach, ale nie przekroczyła progu wyborczego) oznajmił, że właśnie zaczęła się kampania legalnego odsunięcia Putina od władzy. Ekspremier Michaił Kasjanow wzywał, by „nie wpuścić Putina na Kreml”. Rozrzut światopoglądowy duży, cel jeden – unieważnić wybory i doprowadzić do nowych, uczciwych.

    „Hańba putinowskiemu zombijaszczikowi (telewizji, która kłamie)” – krzyczał popularny prezenter telewizyjny Leonid Parfionow. „Jeżeli znowu usłyszymy, że przyszliśmy demonstrować, dlatego że Hillary przysłała smsa, żeby porozrywać Rosję na kawałki, to odpowiemy: Nie zapomnimy, nie wybaczymy”. Dziś od rana po Internecie krążyła wiadomość, że prezenter TV NTW Aleksiej Piwowarow postawił swojemu szefostwu ultimatum: jeżeli znowu w wiadomościach wieczornych nie będzie wzmianki o protestach, to on odmawia współpracy i programu nie poprowadzi. Podkabłucznyje (znajdujące się pod obcasem władzy) stacje telewizyjne informowały o dotychczasowych protestach skąpo albo wcale. Obszernie pokazywały natomiast konferencje prasowe związane z podawaniem przez CKW wyników, usłużnie podawały w wątpliwość doniesienia o naruszeniach i fałszerstwach.

    Na demonstracji i w wielu komentarzach internetowych nawiązywano do ukraińskiego Majdanu. Komentator internetowej gazety „Grani.ru” Witalij Portnikow nie widzi analogii. Na Ukrainie do 2004 r. była polityczna konkurencja. „W rosyjskiej sytuacji nie ma niczego podobnego. Ludzie, którzy doszli do władzy w rezultacie wydarzeń 1991-2000, wyczyścili polityczne poletko do tego stopnia, że tam nie tylko trawa nie rośnie, ale ziemia jest zaasfaltowana i pomalowana w barwy partyjne Jednej Rosji. Ci, którzy wychodzą dziś na ulice rosyjskich miast, są poza polityką. Paradoks sytuacji polega na tym, że poza polityką znajduje się 99 procent Rosjan. Nie ludzie są zmarginalizowani – zmarginalizowany został proces polityczny. A proces polityczny może się zacząć tylko wtedy, kiedy w rosyjskim społeczeństwie zacznie się realna konkurencja. Jeżeli partie opozycyjne będą się mogły zarejestrować i dostaną dostęp do telewizji. Jeżeli telewizja będzie nadawać nie bajki napisane w kremlowskich gabinetach, a realne nowości. Jeśli demokracja przestanie być sterowana. Konkurencji nie wytrzyma 90% tych, którzy dziś stanowią władze kraju. Ani Putin, ani Miedwiediew nigdy nie prowadzili publicznej dyskusji, nigdy nie odpowiadali na prawdziwe pytania, nigdy nie spotkali się z poważną krytyką w ogólnokrajowych mediach. Czy zmiany są możliwe? Tylko w razie nawiązania dialogu między władzą a społeczeństwem. Czy społeczeństwo jest gotowe do takiego dialogu? Społeczeństwo powinno mieć swoich przedstawicieli i możliwe, że jacyś liderzy wyłonią się w trakcie protestów. Ale co z tego. Nieszczęście polega na tym, że do takiego dialogu nie jest absolutnie gotowa władza”. Dialogu z amerykańskimi najmitami, za jakich Putin uważa wiecujących, nie będzie – konkluduje Portnikow.

    Moment jest rzeczywiście bardzo ciekawy. Gdyby nie marcowe wybory w perspektywie, Putin mógłby nic sobie nie robić z protestów po wyborach parlamentarnych. Ale one – zwłaszcza jeśli będą się przedłużać i konsekwentnie domagać się spełnienia wysuniętych postulatów – mogą mu utrudnić powrót na Kreml. Ale powrót, z punktu widzenia władzy, jest nieunikniony. Jeszcze raz zacytuję Portnikowa: „Władza straciła zaufanie społeczeństwa, ale jest przekonana, że rządzić będzie wiecznie i wobec tego będzie walczyć o pozostanie u steru – w przeciwnym razie nie będzie mogła zachować tego, co zgromadziła. Społeczeństwo może dość szybko dojść do wniosku, że władze trzeba zmienić, ale nie będzie mogło tego dokonać w ramach prawa – dlatego że wszystkie legalne drogi są przegrodzone przez OMON. Sytuacja może się rozwijać o wiele bardziej dramatycznie niż w Kijowie w 2004. W Moskwie Majdanu nie będzie”.

    Ciekawe jest to, że odmawiać współpracy z władzą zaczęła część „obsługi” – ludzi kultury, politologów, którzy zasiadali w rządowych czy prezydenckich gremiach i nadawali im pozór pluralizmu i demokracji. Kilka osób wyszło ze składu Izby Społecznej. Świta czyni króla. Dlatego tak „stracił się” Putin, kiedy wyszedł w Olimpijskim na ring i został wygwizdany. To świta go wygwizdała. Bardzo ważne jest to, czy Putin utrzyma się w nowym rozdaniu na szczycie stworzonej przez siebie piramidy, być może ta świta, wyczuwszy jego słabość, w celu zachowania swoich pozycji poświęci go.

    Tymczasem rzecznik prasowy premiera, Dmitrij Pieskow, oznajmił, że „rząd nie ma na razie stanowiska w sprawie dzisiejszych demonstracji w Moskwie. Jeśli takie stanowisko się pojawi, na pewno się o nim dowiecie”. Jak widać, Portnikow ma rację – dialogu nie będzie.

    Na koniec jeszcze fragment listu otwartego Aleksieja Germana juniora, jednego z najciekawszych reżyserów młodszego pokolenia, do gubernatora Petersburga Gieorgija Połtawczenki. List jest związany z niedotrzymaniem obietnic gubernatora wobec środowiska twórców, ale ma także szerszy kontekst: „Czy nie wydaje się panu absurdalne to dążenie władzy, by otrzymać poparcie społeczeństwa, następnie konsekwentnie to społeczeństwo okłamywać, a potem się dziwić, że uczucia gasną. Jestem człowiekiem apolitycznym, ale dla mnie i dla wielu współobywateli istnieje ta granica, poza którą mój szacunek do samego siebie i ludzka godność nie może już dłużej istnieć w tych współrzędnych, które mi się wyznacza. Nie jestem bydłem. Nie jesteśmy bydłem. Mam do pana pytanie: Nie wstyd panu? I jeszcze jedno pytanie: Czy mam już się pakować, jak Brodski, Dowłatow i inni?”.

    Czy dzisiejsze demonstracje oznaczają koniec dotychczasowego kontraktu społecznego polegającego na oddzieleniu społeczeństwa od polityki? Ludzie powiedzieli władzy, że nie chcą być dłużej traktowani „jak bydło”. Tylko czy władza zechce to uwzględnić? Monopol jest przecież podstawą jej trwania.