Przez cały dzień przy Kamieniu Sołowieckim na moskiewskim Placu Łubiańskim wyczytywano w porządku alfabetycznym imiona i nazwiska ofiar represji stalinowskich. Memoriał przeprowadził akcję „Przywracanie imion” po raz szósty w przededniu Dnia Pamięci Ofiar Represji Politycznych mrocznych czasów. W tym roku przypada 75 rocznica „Wielkiego Terroru” 1937 roku. W samej Moskwie, między innymi w piwnicach słynnej Łubianki, która znajduje się po drugiej stronie Placu Łubiańskiego, rozstrzelano wtedy ponad 30 tysięcy ludzi. Łącznie w całej Rosji w latach 1937-1938 stracono 680 tysięcy ludzi. Dziś odczytano trzy tysiące nazwisk. Przy Kamieniu zapalono setki zniczy, złożono kwiaty.
Ludzi przyszło sporo (według uczestników, znacznie więcej niż zwykle). Czytający listę nazwisk po kolei podchodzili do mikrofonu. Na swoją kolej trzeba było czekać ponad dwie godziny. Memoriał prowadzi w tym roku dodatkowo akcję zbierania listów więźniów GUŁagu, więc oprócz nazwisk odczytywano jeszcze wybrane listy. Przy nazwisku ofiary wyczytywano także jej zawód. Pisarka Linor Goralik stwierdziła, że to zestawienie robi kolosalne wrażenie: „Można sobie wyobrazić, jak „szyto” sprawy wysokim dowódcom wojskowym czy funkcjonariuszom partii, ale kiedy słyszy się obok nazwiska ofiary „kwiaciarka z Parku Kultury” albo „operator karuzeli” czy „pracownik bufetu wiejskiego artelu inwalidów”, to czy można sobie wyobrazić, na czym polegać miała ich wina”.
Bezpośrednią transmisję z „Przywracania imion” można było oglądać w Internecie na stronie Memoriału. Jeden z organizatorów akcji Oleg Orłow powiedział: „podobne akcje mają szczególne znaczenie właśnie teraz. Dziś wspominamy ofiary represji epoki Stalina, a jutro, 30 października zbierzemy się na skwerze Nowopuszkińskim, aby wziąć udział w mityngu przeciwko represjom politycznym we współczesnej Rosji. Te dwie akcje są ściśle ze sobą związane”.
I przytoczę jeszcze dwa znamienne głosy internautów pod nielicznymi materiałami informacyjnymi na temat tej akcji. Głos pierwszy: „dlaczego mówi się tylko o Wielkim Terrorze i o Stalinie? Dlaczego właśnie jego [poczynania] tak się podkreśla? Dlaczego nie mówi się o wszystkich ofiarach bolszewizmu, poczynając od 1917 roku? O duchownych, szlachcie, oficerach, kupcach? Dlaczego ani Lenin, ani Trocki, ani Swierdłow, ani inni czekiści, którzy przed Stalinem sięgnęli po terror i stworzyli całą zbrodniczą machinę terroru, dlaczego oni nie są wspominani? Można odnieść wrażenie, że na przywracanie pamięci zasłużyli tylko ci, którzy początkowo nieźle urządzili się w sowieckiej rzeczywistości, w tym również kosztem zastępów represjonowanych przed falą Wielkiego Terroru i którzy w rezultacie trafili w żarna tej strasznej machiny terroru, stworzonej być może z ich udziałem. To oczywiście nie odnosi się do wszystkich ofiar Wielkiego Terroru, szczególnie do zwykłych ludzi czy duchownych [wiele ofiar fali terroru w 1937 r. to partyjni funkcjonariusze wysokich szczebli, wojskowi, czekiści – Stalin rozpętał terror m.in. w celu pozbycia się konkurencji z szeregów partii]. Jednakże ci, którzy sami przyczynili się do [zwycięstwa] rewolucji, a nawet otrzymali potem z tego tytułu profity, a dopiero potem byli represjonowani, to nie są niewinne ofiary, weźmy choćby czekistów albo dowódcę karnej ekspedycji na zbuntowanych tambowskich chłopów, Tuchaczewskiego, albo bolszewickich aparatczyków. Odczytywanie wszystkich jednym tchem nie jest sprawiedliwe”.
I drugi głos: „Czytanie nazwisk ofiar pod bokiem śmiejącej się z tego po cichu Łubianki to profanacja. Teraz w ramach walki z totalitaryzmem należałoby odczytywać nazwiska oprawców i ich spadkobierców, a nie ich ofiar. A propos, wśród ofiar 1937 roku (i później) było wielu takich, którzy mieli ręce po łokcie we krwi. […] Obywatele, zajmijcie się konkretnymi sprawami, bo za waszym rytualnym czytaniem chowają się wczorajsi i dzisiejsi oprawcy i sadyści. To o nich trzeba mówić całemu światu!”.
Kategoria: Bez kategorii
-
Przywracanie pamięci
-
Dwa kluby i jeden zarząd
Elita polityczna i społeczeństwo muszą zdecydować, jakie ma być państwo, które chcą budować. Bez tego niemożliwe będzie opracowanie scenariuszy rozwoju kraju – tak w przeddzień obrad międzynarodowego klubu ekspertów Wałdaj mówił jeden z jego założycieli, członek Rady ds. Polityki Zagranicznej i Obronnej Siergiej Karaganow. Klub wałdajski od lat spotyka się z przedstawicielami najwyższych władz partyjnych i państwowych, by pospołu wskazywać drogę ku świetlanej przyszłości. W duchu oświeconego miękkiego autorytaryzmu, nazywanego przez nich samych liberalizmem.
Karaganow w wywiadzie dla „Kommiersanta” mówił ciekawe rzeczy podające w wątpliwość to, czy nawet w tym liberalnie nastrojonym gronie uda się wypracować jakieś sensowne koncepcje, skoro elita polityczna podzieliła się – i to nie tylko pod względem ideowym (podział na reformatorski obóz liberałów i zachowawczo-patriotyczny obóz konserwatystów), ale także wzdłuż linii podziałów regionalnych czy profesjonalnych. „Elita jest podzielona tak bardzo, że prawie osiągnęła poziom rozbicia z początków lat 90. XX wieku. Ludzie nie rozmawiają ze sobą, dlatego że albo nie myślą o przyszłości, albo chcą zostawić wszystko tak, jak jest”.
Eksperci z klubu wałdajskiego mimo wątpliwości, czy mają do kogo kierować rezultaty swoich prac, przygotowują cztery scenariusze rozwoju. Karaganow wskazuje, że „głównymi bohaterami” wszystkich scenariuszy są: ceny ropy naftowej oraz elita polityczna kraju. I trochę tę elitę straszy: jeżeli elita stwierdzi, że nie należy reformować gospodarki, to w momencie spadku cen ropy wydarzenia w Rosji będą się rozwijać według najgorszego scenariusza. Jeżeli ceny się nie zmienią, a elita zastygnie w bezczynności, to Rosja będzie „się zwijać”, a nie rozwijać. W razie wprowadzenia niezbędnych reform, sytuacja w Rosji będzie stabilna nawet, gdy ceny spadną. Jeżeli ceny się nie zmienią, a reformy zostaną wdrożone, to zdaniem Karaganowa, „Rosja ruszy z kopyta”.
Obserwując poczynania władz, trudno dostrzec zamiar dokonania szeroko zakrojonych reform, mających przynieść Rosji modernizację, otwarcie na świat i w efekcie – owo „ruszenie z kopyta”. Na scenie wewnętrznej trwa przykręcanie śruby oraz zabiegi „bloku gospodarczego” o dobrą pozycję przy dzieleniu smakowitego tortu, na scenie zewnętrznej widać symptomy odwracania się od Zachodu.
Jeden z głównych ekspertów z otoczenia Dmitrija Miedwiediewa, kiedy ten był prezydentem i głosił modernizacyjne hasła, Jewgienij Gontmacher napisał o rekonstrukcji „doktryny Putina”: „Prezydent dokonał wyboru strategii. Nie została ona zapisana na papierze – w przeciwieństwie do licznych koncepcji z lat 2000. (nie zrealizowanych), ale można ją wyczytać z tego, co się dzieje. Z dwóch wariantów: (1) integracja z Zachodem, co dawałoby choćby minimalne gwarancje podtrzymania wewnętrznej stabilności i (2) odwrócenie się do Zachodu plecami, przeorientowanie się w stosunkach gospodarczych na Chiny, a także aktywizacja procesów integracyjnych na obszarze postsowieckim, prezydent wybrał drugi wariant. […] Dla dokonania wyboru na scenie wewnętrznej na rzecz konserwatyzmu miało znaczenie to, że doszło do masowych protestów [wokół wyborów]. Okazało się, że społeczeństwo, otrzymawszy w poprzednich sytych latach obfitej renty naftowej wzrost poziomu życia, zamiast pokornej wdzięczności wobec przywódcy zażądało od niego uczciwych wyborów i szacunku dla siebie. […] Putin zamiast pójść na spotkanie tych 15-20% niezadowolonych aktywnych Rosjan, wolał oprzeć się na konserwatywnych, a wręcz fundamentalistycznych warstwach”. W przeciwieństwie do Karaganowa, który ma nadzieję, że władze zechcą skorzystać z owoców pracy twórczej klubu wałdajskiego i kiwnąć palcem w stronę liberalnych reform, Gontmacher zdaje się powoli szykować do wywieszenia napisu „Koniec złudzeń, panowie”.
Klub wałdajski nie jest jedynym klubem eksperckim, w którym wykuwane są scenariusze dla Rosji. We wrześniu powstał klub izborski zrzeszający ekspertów o poglądach konserwatywno-patriotycznych. Również oni zamierzają opracować swój raport analityczny i przekazać go władzom. Członek klubu izborskiego znany literat, publicysta i płomienny ideolog, redaktor gazety „Zawtra”, barwny Aleksandr Prochanow jak Wernyhora rwie malowniczo włos z głowy i wieszczy: „świat i Rosja znajdują się na krawędzi kolosalnych wstrząsów. Tymczasem Rosja nie jest przygotowana do wojny – nie mamy broni, nie mamy gospodarki, w społeczeństwie nie ma świadomości obronnej”. Zdaniem Prochanowa, jeśli Rosja nie zrezygnuje z liberalizmu, to liberalizm ostatecznie wykończy rosyjską gospodarkę. Rosji niezbędny jest zatem „projekt mobilizacyjny”, którego kołem zamachowym ma być kompleks zbrojeniowy – „muszą powstać nowe zakłady przemysłowe, broń nowego typu”, a społeczeństwo musi się zjednoczyć pod tymi zbawiennymi hasłami.
Eksperci obu nurtów mają się spotkać i dyskutować. Na razie bez otwartej eksperckiej dyskusji w ramach Administracji Prezydenta powołano na mocy dekretu Władimira Putina nową strukturę – zarząd ds. projektów społecznych. Jego zadaniem ma być „umocnienie wychowania patriotycznego i duchowo-moralnych podstaw społeczeństwa rosyjskiego”. Pod światłym przewodem zarządu obywatele będą teraz kochać ojczyznę nie urzędowo, a szczerze. Zarząd powstał z osobistej inicjatywy prezydenta, który według kremlowskich gadających głów, „od dawna jest zaniepokojony upadkiem norm społecznych”. Na wrześniowej naradzie poświęconej wychowaniu patriotycznemu podkreślał, jak ważna jest praca nad świadomością społeczeństwa, „wypaczenia narodowej świadomości historycznej i moralnej niejednokrotnie doprowadziły do katastrofy całe państwa”. W celach wychowawczych mają powstać odpowiednie filmy, książki, praca odbywać się będzie w szkołach, ponadto urzędnicy kremlowskiego zarządu będą rozmawiać z przedsiębiorcami, pracującymi w Rosji. Bo to teraz patriotycznie pracować w Rosji (jak pokazuje choćby opisywany przeze mnie kilka dni temu przykład Giennadija Timczenki).
Satyryk Wiktor Szenderowicz w zjadliwym komentarzu stwierdza jednoznacznie, że cały ten projekt jest kolejnym powodem do „raspiłu babła” dla tych, którzy dorwą się do dojnej krowy budżetu zarządu. Cytuje w tym kontekście niezrównanego XIX-wiecznego pisarza Michaiła Sałtykowa-Szczedrina, który od podszewki znał rosyjskie wstydliwe bolączki i z troską satyryka piętnował je w swoich przenikliwych książkach, zawierających przytomną i dogłębną analizę stanów społecznej świadomości: Zajęli się wychowaniem patriotycznym? Najwidoczniej się nakradli. -
Genewo, żegnaj!
Jeden z najbogatszych ludzi Rosji, naftowy trader, współwłaściciel firmy Gunvor Giennadij Timczenko, od dwudziestu z górą lat mieszkający za granicą, ma zamieszkać na stałe w Rosji – wieść o tym obiegła rosyjskie media i wywołała liczne komentarze i uśmieszki. Według oficjalnie tłumaczących to zadziwiające posunięcie współpracowników Timczenki, biznesmen zamierza „rozwijać produkcję w kraju”, a to wymaga jego obecności na miejscu. „Forbes” sugeruje, że Timczenko ma zająć się w Rosji budownictwem, pod koniec 2011 roku zaczął skupywać firmy budowlane.
Znajomy Timczenki, anonimowy bankier, na którego powołuje się gazeta „Wiedomosti”, wyjawił dość osobliwy powód powrotu naftowego potentata – miał go mianowicie o to poprosić sam Władimir Putin. „Władimir Władimirowicz jest zainteresowany wzrostem rosyjskiej produkcji, dlaczego nie mieliby zaangażować środków jego majętni znajomi. Poza tym, jeżeli znajomi będą znajdować się tu, to Putin może lepiej kontrolować sytuację”. Sekretarz Putina stwierdził, że nic mu o tym nie wiadomo.
W swoim blogu były wicepremier, obecnie w ostrej kontrze wobec Kremla, Borys Niemcow (autor m.in. niedawnego raportu o luksusowych rezydencjach, autach i zegarkach prezydenta Putina) wyraża przypuszczenie, że pan Timczenko powrócił na ojczyzny łono, „ponieważ przeciwko niemu Departament Sprawiedliwości USA wszczął śledztwo, mające wyjaśnić manipulacje przy ustalaniu cen ropy”, jakich miałby się dopuszczać Timczenko (tę wersję prezentuje także gazeta „Wiedomosti” – według dociekliwych dziennikarzy przedstawiciel Gunvor odmówił komentarza w tej sprawie, a Departament Sprawiedliwości „nie potwierdził ani nie zaprzeczył”). Niemcow pilnie przygląda się poczynaniom pana Timczenki, szczególnie od momentu, kiedy przegrał z nim sprawę w sądzie. Timczenko wystąpił przeciwko Niemcowowi z pozwem o zniesławienie. Niemcow w raporcie „Putin. Korupcja” napisał, że przyjaciele Putina – m.in. Timczenko – stali się w czasie jego rządów krezusami właśnie dzięki znajomości z prezydentem. Timczenko to stwierdzenie podważył i wygrał. Odtąd dziennikarze piszący o Timczence zawsze podkreślają, że to „nie jest przyjaciel Putina”.
Niemcow przypomina zawrotną karierę biznesową Timczenki, który nie jest przyjacielem Putina: w 1999 r. wyemigrował on do Finlandii, jego skromna firma handlująca ropą na początku dla fińskiej służby podatkowej wykazuje dochód około 300 tys. euro. Firma Gunvor zaczyna się szybko i dynamicznie rozwijać na początku 2000. (Niemcow podkreśla, że zbiega się to z początkiem prezydentury Putina). Kolejne lata przynoszą kolejne krotności dochodów. W tegorocznych rankingach najbogatszych ludzi świata „Forbes” sytuuje pana Timczenkę z majątkiem 9,1 mld dolarów na 99. miejscu (w Rosji – na dwunastym). Giennadij Timczenko od 2003 r. mieszka na stałe w Genewie. Tam też płaci podatki. „Jak się domyślacie, [Timczenko] w Rosji nie płaci nic. Jego firma Gunvor zarejestrowana w Holandii, należy do cypryjskiego off shore’u. Gunvor też nie płaci podatków w Rosji, a płaci w Szwajcarii i Singapurze. Tymczasem będąc obywatelem Finlandii i płacąc podatki w Szwajcarii, [Timczenko] eksportuje ponad jedną trzecią rosyjskiej ropy” – twierdzi Niemcow. Dalej wywodzi: „Firma Novatek [w której Timczenko włada 23% akcji] omijając przepisy o monopolu na eksport gazu uzyskała ekskluzywne prawo sprzedaży gazu za granicę. Tylko nie pytajcie: a co wspólnego z tym ma Putin. Rząd Putina latem 2011 roku bez przetargu oddaje Timczence złoża gazowe na północy Jamału. Dzięki tej operacji kapitalizacja biznesu Timczenki wzrosła z 5 do 9 mld dolarów w roku 2011/2012”. Zdaniem Niemcowa powodem decyzji Timczenki o powrocie do Rosji – mogą być jego interesy, w których stosuje on ścigane na Zachodzie schematy prania brudnych pieniędzy. Może tak, może nie. Sam zainteresowany na razie nie wypowiadał się na ten temat. Może znowu zacznie ciągać Niemcowa po sądach za zniesławienie…
Kuluary wielkiego biznesu pełne są tych i innych domysłów. A z tego, co jawne, dowiedzieliśmy się na przykład, że 10 października odbyło się spotkanie Giennadija Timczenki z wszechwładnym naftowym bossem Wszechrusi Igorem Sieczinem. To ważne spotkanie. Gunvor od dawna jest partnerem biznesowym największej rosyjskiej firmy naftowej Rosnieft’ (Igor Sieczin). Ale ostatnimi czasy na gładkiej tafli współpracy pojawiły się rysy: Rosnieft’ zarejestrowała w Szwajcarii spółkę córkę Rosneft Trading (co Gunvor odczytał jako jawne wyzwanie), a latem Gunvor przegrał przetarg na handel ropą pochodzącą z rosyjskich kompanii wydobywczych (co z kolei odczytano jako świadectwo niełaski ze strony Sieczina wobec Timczenki i rzecz oznaczającą konflikt pomiędzy dwoma panami). Tak czy inaczej, wygląda na to, że już po burzy. Timczenko i Sieczin poinformowali, że obie firmy – Rosnieft’ i Gunvor – będą współpracować przy zagospodarowywaniu nowych złóż. W Rosji, oczywiście. -
Mundial w Stalingradzie?
Zbliża się okrągła rocznica związana z historycznym zwycięstwem Armii Czerwonej pod Stalingradem – w lutym przyszłego roku minie 70 lat od zakończenia bitwy, która zmieniła bieg II wojny światowej. Prezydent Putin już podpisał dekret o przygotowaniach do obchodów siedemdziesięciolecia „rozgromienia przez wojska radzieckie niemiecko-faszystowskich wojsk w bitwie stalingradzkiej”. Obchody można zacząć w zasadzie już 19 listopada, jako że tego dnia w 1942 r. wojska niemieckie znalazły się w okrążeniu, którego nie zdołały przerwać i 2 lutego 1943 r. poddały się.
Po rosyjskich mediach koczuje sugestia, że dojrzewa idea przywrócenia nazwy Stalingrad miastu, które przez ostatnie pięćdziesiąt lat nazywało się – i nazywa nadal – Wołgograd. Miasto najpierw nazywało się Carycyn, w latach ZSRR przemianowano je na Stalingrad na fali wiernopoddańczych hołdów pod adresem umiłowanego przywódcy. A gdy przywódca zamknął oczy, wymyślono neutralną nazwę – miasto nad Wołgą, a więc Wołgograd. Niemniej jeżeli o tym mieście wspominano w podręcznikach historii, to wspominano je właśnie pod nazwą z okresu wojny, a więc Stalingrad.
Pisarz Nikołaj Starikow z Petersburga już kilka dni po prezydenckim dekrecie w liście otwartym do prezydenta wystąpił z prośbą, by przywrócić „miastu-bohaterowi nad Wołgą nazwę Stalingrad”. Starikow nie kryje swojej fascynacji patronem zwycięskiego miasta. Właśnie wydał książkę „Stalin. Wspominamy razem”. Organizacja o dziwnej nazwie „Związek Zawodowy Obywateli Rosji” zbiera na ulicach Petersburga podpisy pod petycją o zmianę nazwy. Podpis można złożyć również na specjalnej stronie internetowej „Za Stalingrad!” (obok ankiety, którą powinni wypełnić uczestnicy głosowania, zamieszczono wiersz autorstwa szesnastoletniego Józefa Dżugaszwili, wzruszenie, nie ma co, chwyta za gardło nawet najtwardszych czytelników).
Zdaniem Starikowa i jego współpracowników, nadanie historycznej nazwy Stalingradowi byłoby najwspanialszym podarunkiem dla narodu rosyjskiego. Ponadto pozwoli ono „przywrócić sprawiedliwość historyczną w odniesieniu do naszego narodu-wyzwoliciela”, „posłuży sprawie umocnienia pozycji Rosji na arenie zewnętrznej”, a także stanie się „sygnałem dla wszystkich, że my, współcześni, jesteśmy godni swoich przodków i nikomu nie pozwolimy pozbawić nas naszej, tak ciężko zdobytej, niepodległości”. Odpowiedzi prezydenta na list nie znamy – może jeszcze jej nie było, może jej w ogóle nie będzie.
Ale sprawa jest. Półtora roku temu Putin – jeszcze jako premier – był w Wołgogradzie, gdzie uczestniczył w zjeździe swojego Ogólnorosyjskiego Frontu Narodowego. Do dziś w mieście powtarzane jest z upodobaniem jedno zdanie z tego wystąpienia: „Jak mamy zwyciężać bez Stalingradu?”. Zdanie zostało wyrwane z kontekstu – Putin mówił wtedy o perspektywach uczestnictwa Wołgogradu w mistrzostwach świata w piłce nożnej, które mają odbyć się w Rosji w 2018 roku. Uroczystość przyznawania organizacji pretendującym miastom odbyła się 29 września i, faktycznie, Wołgograd znalazł się na liście rosyjskich miast, które przyjmą drużyny piłkarskie i kibiców za sześć lat. Jak w tym kontekście rozumieć słowa Władimira Putina, że bez Stalingradu nie da się wygrywać? Hm, może to znaczy, że sam prezydent by chciał, iżby powrócono do nazwy miasta, która znana jest na całym świecie w przeciwieństwie do nazwy Wołgograd, która tak opromieniona sławą nie jest.
Czy chodzi tylko o kojarzącą się ze zwycięstwem nazwę, która miałaby zagrzewać do boju piłkarzy i kibiców? Im zapewne jest wszystko jedno, jak nazywa się miasto, w którym odbywać się będą mecze. To bardzo ciekawy moment. Dwadzieścia lat temu w całej Rosji masowo przywracano historyczne nazwy miastom przemianowanym w okresie ZSRR na nazwy czczące wodzów rewolucji. Nazwy związane ze Stalinem zniknęły z map na ogół w drugiej połowie lat pięćdziesiątych czy na początku sześćdziesiątych na fali żegnania się z kultem jednostki (wtedy „była faza” na wytuszowanie Stalina ze świadomości). Czy teraz dojdzie do przywrócenia nazwy, której patronuje kat narodów? Władze ciągle nie mogą się zdecydować, jak się ze spuścizną Stalina ułożyć. Kilka lat temu napisałam, że dla Kremla Stalin jest jak walizka bez rączki – nieść ciężko i nieporęcznie, ale i wyrzucić szkoda. Przez okres prezydentury Miedwiediewa wznosząca się za drugiej kadencji Putina fala rehabilitacji Józefa Wissarionowicza uległa wyhamowaniu. Niemniej wypowiadane przez Miedwiediewa słowa potępienia zbrodni stalinowskich zaraz były równoważone przez inne gadające głowy wskazaniem osiągnięć okresu stalinowskiego, przypisywanych osobiście towarzyszowi Stalinowi w duchu dawnego hołdownictwa. Dzieci w szkołach uczy się z podręcznika, w którym Stalin nazywany jest „efektywnym menedżerem”. W wielu środowiskach dąży się do zrelatywizowania ogromu i znaczenia zbrodni okrutnego reżimu. A wspominany powyżej autor Nikołaj Starikow, który nie jest w swych zapędach odosobniony, towarzysza Stalina wielbi.
„Wpisanie w aktualną polityczną toponimiczną i mitologiczną przestrzeń nazwy Stalingrad miałoby być świadectwem transformacji koncepcji suwerennej demokracji w państwową doktrynę suwerennego patriotyzmu – sugeruje w dzienniku „Niezawisimaja Gazieta” Andriej Sierienko. – Nowy suwerenny patriotyzm zyska dzięki temu prostemu zabiegowi odcień globalizacji – wszakże Stalingrad jest międzynarodowym symbolem zwycięstwa nad faszyzmem, który na dodatek nie podlega dewaluacji w odróżnieniu na przykład od pomników żołnierzy radzieckich poza granicami Rosji”.
Zobaczymy, jak sprawy potoczą się dalej. W ostatnią niedzielę pod wnioskiem o zmianę nazwy Wołgogradu na Stalingrad w Petersburgu zebrano zaledwie dziewięćset podpisów. -
Przymusowe lądowanie, przymusowe hamowanie
„Z przyczyn technicznych” zaplanowaną na 14-15 października wizytę prezydenta Władimira Putina w Turcji przeniesiono na listopad. A dobrze poinformowani komentatorzy zaraz dodali, że raczej na „święty nigdy”.
„Przyczyny techniczne” kolejnego przymrozku w stosunkach Rosji z zagranicą, tym razem z Turcją, to sytuacja w Syrii i wokół Syrii. Karty przy politycznym stoliku dodatkowo pomieszał nieprzyjemny incydent z cywilnym samolotem syryjskich linii lotniczych lecącym z Moskwy do Damaszku, który tureckie siły powietrzne zmusiły dwa dni temu do lądowania w Ankarze.
Samolot przestał na lotnisku osiem godzin, cywilni pasażerowie nie dostali w tym czasie nic do jedzenia ani nie mogli skontaktować się z rosyjskimi dyplomatami w Turcji i teraz mają o to uzasadnione pretensje. Premier Turcji Recep Tayyip Erdogan miał pretensje innego rodzaju: powiedział, że Rosja złamała zasady dotyczące funkcjonowania lotnictwa cywilnego, gdyż na pokładzie samolotu znajdował się sprzęt wojskowy, wyprodukowany w zakładach zbrojeniowych w Rosji: „I nie ma wątpliwości co do tego, dla kogo był ten ładunek – dla ministerstwa obrony Syrii”. Turecka prasa napisała, że w dziesięciu skrzyniach przewożonych samolotem były elementy radarów, moduły rakiet, sprzęt telekomunikacyjny.
Moskwa początkowo wyrażała zdumienie i oburzenie. Zaprzeczano, że ładunek znaleziony na pokładzie samolotu to sprzęt wojskowy, dementowano informacje, że to sprzęt rosyjski itd. Dzisiaj po naradzie z prezydentem Putinem i członkami Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow potwierdził, że na pokładzie Airbusa A320 znajdował się sprzęt dla radiolokacyjnych systemów obrony przeciwlotniczej. „Nie mamy tajemnic. Tam nie było broni, nie mogło jej tam być. Samolot przewoził legalny ładunek, który wysłano legalnie do legalnego odbiorcy. [Przewożony sprzęt] to aparatura podwójnego przeznaczenia, która nie jest zabroniona przez międzynarodowe konwencje. Przewożenie tego rodzaju ładunków cywilnymi samolotami jest absolutnie normalną praktyką”.
Dzisiejszy „Kommiersant” napisał, że na pokładzie samolotu było dwanaście (nawet dwanaście, nie dziesięć) skrzyń z technicznymi elementami dla stacji radiolokacyjnych wraz z dokumentacją. Teraz Federalna Służba Bezpieczeństwa szuka, gdzie nastąpił przeciek informacji na temat wrażliwej przesyłki do Syrii, czyli skąd Turcy wiedzieli, który z samolotów zmusić do lądowania. „Czy Turcja miała prawo, by zmusić samolot do lądowania na swoim terytorium? To sprawa niejasna – skomentował Fiodor Łukjanow w „Moskowskim Komsomolcu”. – Po pierwsze, [Turcy] nie mieli takiego prawa, bo to był samolot cywilny, który leciał zgodnie ze wszystkimi międzynarodowymi porozumieniami nad terytorium Turcji. Po drugie, Syria nie jest podmiotem żadnych sankcji międzynarodowych, zaaprobowanych przez Radę Bezpieczeństw NZ. Czyli nie ma bazy prawnej do powietrznej blokady Syrii. Turcja zapowiada, że dalej będzie tak postępować, ale to już sprawa polityczna. Natomiast jeżeli na pokładzie samolotu rzeczywiście znajdował się sprzęt, który był przeznaczony dla kompleksu obronnego Syrii, to już sprawa etyki – jak można wykorzystywać tego rodzaju samoloty rejsowe do przewożenia tak niebezpiecznych ładunków.[…] Był już taki przypadek, kiedy przewożono ładunek wojskowy z Rosji do Syrii drogą morską. Został zatrzymany w brytyjskich wodach terytorialnych i zawrócony”.
Tureckie władze zachowują się coraz bardziej nerwowo w związku z Syrią. Napięcie na granicy rośnie z każdym dniem. Na początku października doszło do ostrzału ze strony syryjskiej tureckiej wioski, zginęli cywile, Turcja nie pozostała dłużna i odpowiedziała ostrzałem.
Pozycja Rosji w sprawie Syrii, jej poparcie dla Baszara Asada, drażni Ankarę. „Interesy Rosji i Turcji krzyżują się w Syrii – napisał w komentarzu w „Politcom” Iwan Prieobrażenski. – I [premier Turcji] Erdogan, i Putin uważają za regionalnych liderów siebie, osobiście. Turecki lider uważa, że Syria to była turecka kolonia i znajduje się w strefie tureckich interesów, a nielojalny [wobec Ankary] reżim Asada powinien zostać wyeliminowany. Putin uważa, że Rosja jako spadkobierczyni ZSRR ma prawo do tego, by liczono się z jej interesami w Syrii. Mało tego – że ma prawo zachować strategicznych sojuszników w regionie, z których Asad jest już ostatni. Rosja gotowa jest bronić Asada, tym bardziej że i sam syryjski prezydent demonstruje gotowość i zdolność do utrzymania się u władzy”. Turcja wspiera opozycję antyprezydencką i coraz mocniej podkręca spór. Rosja opowiada się za władzą Asada i nieinterwencją z zewnątrz. A więc – przeciwstawne pozycje. Brak możliwości zbliżenia stanowisk.
Odwołanie wizyty (formalnie – jej odłożenie na później) to ważny sygnał w języku dyplomacji: „nie możemy teraz rozmawiać, bo nie podoba nam się to, co robicie, drodzy partnerzy, nasza wizyta mogłaby zostać odczytana jako wsparcie dla was i waszych poczynań, a my wam takiego wsparcia nie udzielamy i udzielić nie zamierzamy, wręcz przeciwnie”. Z drugiej strony otwarte pójście na udry z Turcją też nie jest Moskwie na rękę. Ankara pozostaje ważnym partnerem w wielu kluczowych kwestiach regionalnych, przez ostatnie lata stosunki Putin-Erdogan układały się przecież doskonale. Może będzie do czego wrócić w przyszłości.