Kategoria: Bez kategorii

  • Bezbłędny rycerz

    Dziennikarze zgromadzeni wczoraj na wielkiej konferencji prasowej Władimira Putina zadali kilkadziesiąt pytań – od bulwersującego w ostatnich dniach opinię publiczną „anty-aktu Magnitskiego”, czyli ustawy zabraniającej adopcji rosyjskich sierot przez obywateli USA, poprzez wędkowanie w Astrachaniu czy hodowlę zwierząt rzeźnych w Mordwie po sytuację w Syrii i Libii. Konferencja trwała cztery i pół godziny. Pytania o zdrowie prezydenta można było nie zadawać (choć i takie padło) – wytrzymać tak długie nabożeństwo może tylko zdrowy człowiek.
    Trzeba powiedzieć, że konferencja nie sprawiała wrażenia seansu wielkiej miłości dziennikarskiego stanu do przywódcy, jeśli nie liczyć kilkorga egzaltowanych dam i kawalerów, na ogół z regionalnych mediów – ci, owszem, utrzymali się w najlepszych tradycjach wazeliniarstwa. Wielu dziennikarzy zadało jednak pytania niewygodne i trudne. Putin na każde pytanie coś odpowiadał – czasem z sensem, czasem uciekał gdzieś w bok od istoty sprawy. A czasem zapalał się, wybuchał i przechodził na „fienię”. Dostało się np. Bogu ducha winnej dziennikarce, która pytała o bezpośrednie wybory gubernatorów: „Niech mnie pani uważnie posłucha i proszę więcej do tego pytania nie wracać. Tylko uważnie proszę posłuchać, co powiem. Posłuchajcie chociaż jeden raz: jesteśmy za i ja osobiście jestem za bezpośrednimi wyborami gubernatorów”. Skąd te nerwy? Prezydent do tej pory mgliście zahaczył temat w swoim orędziu przed Zgromadzeniem Parlamentarnym – że trzeba pomyśleć, że trzeba się zastanowić. A teraz zmył głowę dziennikarce, że mu dziurę w brzuchu boruje, a przecież on jest osobiście za. No, dobrze.
    Pytaniem, które nieodmiennie podnosiło ciśnieniu Putinowi na podobnych imprezach, było pytanie o Michaiła Chodorkowskiego. I tym razem było emocjonalnie: Putin z żarem wypierał się jakiegokolwiek wpływania na sąd wymierzający karę Chodorkowskiemu.
    Ale najwięcej emocji towarzyszyło pytaniom dotyczącym „ustawy podleców”, jak rosyjski Internet ochrzcił odpowiedź deputowanych Dumy Państwowej na akt Magnitskiego. Z wypowiedzi Putina wynikało, że amerykańską ustawę odebrał on jako policzek, że poczuł się upokorzony tym, że Ameryka śmie mu wymachiwać przed nosem jakimś tam Magnitskim, podczas gdy sama bije Murzynów, więźniów Guantanamo i nie dba o adoptowane rosyjskie dzieci (choć większość z tych, którzy adoptowali dzieci w USA, to „porządni ludzie”, przyznał). Wedle określenia Aleksandra Golca, teraz „strana Pindosja” [„pindos” to w niezbyt literackim rosyjskim pogardliwe określenie Amerykanina] powinna dostać za swoje i nie ma mowy o zmiękczeniu stanowiska w tej sprawie. Putin jest wyraźnie rozczarowany Stanami Zjednoczonymi. O resecie już dawno zapomniano.
    Diabeł tkwi w szczegółach. I tutaj pan prezydent lekcje odrobił po łebkach. Jego argumenty nie brzmiały przekonująco (nie tylko w tej sprawie zresztą; Tatiana Stanowaja zauważyła, że w wielu momentach zadający pytanie był bardziej przekonujący niż pogubiony miejscami prezydent – to coś nowego, przecież te konferencje miały służyć zawsze wzmocnieniu wizerunku lidera, który panuje nad wszystkim, co się dzieje w kraju; tym razem to się nie udało).
    Władimir Abarinow, znający i rosyjskie, i amerykańskie realia, w internetowych „Graniach” kilka istotnych szczegółów z argumentacji prezydenta dotyczącej sprawy Magnitskiego i odpowiedzi Dumy Państwowej wziął pod światło.
    „Putin: Kiedy w stosunku do adoptowanych rosyjskich dzieci popełniane jest przestępstwo, amerykańska Temida najczęściej w ogóle nie reaguje i zwalnia od odpowiedzialności karnej ludzi, którzy dopuścili się przestępstwa wobec dziecka”.
    „To nie tak – pisze Abarinow. – Prawie wszyscy dostali realne wyroki. Po prostu czasem zdarza się, że oskarżenie okazuje się niewystarczająco dobrze przygotowane [jak rozumiem, chodzi o to, że słabo przygotowany jest materiał dowodowy]. Tak właśnie było w sprawie małego Dimy Jakowlewa. Winny śmierci ojciec nie został uniewinniony i nie został zwolniony od odpowiedzialności. Ale pani prokurator, która liczyła na zawarcie ugody przed rozprawą i dlatego nie przygotowała się do procesu, nie potrafiła przedstawić odpowiednich argumentów”.
    „Putin: „Rosyjskich przedstawicieli faktycznie nie dopuszczają, nawet w charakterze obserwatorów, na te procesy. Pan uważa, że to normalne? Co jest normalnego w tym, że pana upokarzają? Podoba się to panu? Jest pan sado-masochistą czy co?”.
    Abarinow: „Rozprawy są w amerykańskich sądach otwarte dla publiczności, w tym również dla przedstawicieli rosyjskich władz. Aby brać udział w procesie, trzeba mieć licencję adwokata odpowiedniego stanu. Śledzę każdy taki proces i nie natrafiłem na informację, że adwokat reprezentujący interesy władz FR, nie został dopuszczony do działań procesowych”.
    Putin: „Niedawno zawarliśmy z Departamentem Stanu umowę, jak mają postępować przedstawiciele Rosji w razie powstania takich kryzysowych czy konfliktowych sytuacji. A co się okazało w praktyce? W praktyce okazało się, że ta sfera odnosi się do prawodawstwa stanowego. I kiedy nasi przychodzą, żeby spełnić swoje obowiązki w ramach tej umowy, to im mówią – to nie jest sprawa władz federalnych, a stanowych. Idźcie do Departamentu Stanu. Po co nam taka umowa. „Duroczku wkluczili” i tyle”. [Duroczku wkluczit’ to znaczy udawać, że się nie rozumie pytania, chachmęcić].
    Abarinow: „To wy wkluczili duroczku. Podpisując umowę, trzeba było zwrócić uwagę na to, że kwestie opieki i adopcji należą do jurysdykcji stanowej. Czy w rosyjskim MSZ nie ma ani jednego eksperta, który wie, że Departament Stanu nie może niczego nakazać władzom stanowym? Jeśli tak, to takie MSZ należy wywalić na śmietnik. I jeszcze słowo o więźniach Guantanamo, które wedle słów Putina, są gnębieni w średniowiecznych kajdanach. Prezydent Rosji nie jest jeszcze stary, ale już niektórych rzeczy nie pamięta. Pozwolę sobie więc mu przypomnieć: kiedy amerykańscy śledczy nie dopatrzyli się znamion przestępstwa w czynach rosyjskich talibów i wszczęto procedurę ich deportacji do Rosji, to do ostatniego tchu i oni sami, i ich krewni walczyli o to, żeby nie odsyłać ich do Rosji. Jeden z nich pisał do matki, że warunki w więzieniu Guantanamo są lepsze niż w rosyjskim sanatorium. A kiedy do deportacji mimo wszystko doszło, to w ojczyźnie zostali oni oskarżeni z art. 322 i 359 (nielegalne przekroczenie granicy, najemnictwo) i wysłani bynajmniej nie do sanatorium”.
    Dziennikarka z „Nowej Gaziety” powiedziała, że na stronie internetowej gazety zbierano podpisy przeciwko „ustawie Dimy Jakowlewa”, zebrano 100 tys. podpisów. „Proszę to wziąć pod uwagę” – powiedziała. I zadała pytanie: czy w czasie tych lat, które Putin spędził na najwyższym urzędzie, przypomina on sobie jakieś błędy czy chciałby z czegoś się wycofać, coś naprawić, coś zmienić. Prezydent chwilę się zamyślił, a potem odparł, że choć w pewnych sferach zdarzyły się niedociągnięcia, to błędów nie popełnił.
    I jeszcze jeden cytat na koniec: „Wcześniej czy później odejdę z urzędu [prezydenta], podobnie jak odszedłem cztery lata temu”.

  • Dzieci Magnitskiego

    Od kilku dni z narastającym niepokojem i zdziwieniem czytam doniesienia z rosyjskiej Dumy Państwowej o krokach odwetowych Rosji w odpowiedzi na przyjęcie przez USA „listy Magnitskiego”. O tym akcie pisałam miesiąc temu [„Lista versus lista”], kiedy listę przyjął Kongres. Już wtedy Moskwa gniewnie zapowiadała, że da Amerykanom godną odpowiedź.
    Czy ta odpowiedź jest naprawdę godna? Dzisiaj w drugim czytaniu została w odpowiedzi na akt Magnitskiego przyjęta „ustawa Dimy Jakowlewa” (trzecie czytanie jeszcze w tym tygodniu, jeśli prezydent podpisze ustawę, wejdzie ona w życie 1 stycznia 2013), zakładająca m.in. zakaz adopcji rosyjskich sierot przez Amerykanów. Dima Jakowlew to dwuletni chłopczyk, Rosjanin, adoptowany przez obywateli USA, który na skutek bezmyślności i nieodpowiedzialności przybranych rodziców zmarł w zamkniętym samochodzie pozostawionym w upalny dzień na słońcu; amerykański sąd wymierzył ojcu niewielką karę.
    Za przyjęciem ustawy głosowało 400 (czterystu) deputowanych, przeciwko 17, dwóch się wstrzymało. „Nikt na nas z góry nie naciskał, to nasza inicjatywa” – zapewniali posłowie. Na jednym ogniu upiekli dziś jeszcze wprowadzenie zakazu działalności na terytorium Federacji Rosyjskiej organizacji zajmujących się załatwianiem formalności związanych z adopcją rosyjskich dzieci przez obywateli USA. Duma przegłosowała dziś też poprawkę o zakazie działalności „politycznych” NGO oraz o zakazie zajmowania się działalnością niekomercyjną, mającą związek z polityką przez osoby mające obywatelstwo Federacji Rosyjskiej i USA. Ile razy użyłam w tym akapicie słowa „zakaz”? Deputowani chyba „woszli wo wkus”, jeśli chodzi o zakazywanie. Aha, jeszcze sankcje wizowe i in. mają objąć nie tylko Amerykanów, ale obywateli innych państw, którzy naruszyli prawa Rosjan.
    Wróćmy do „ustawy Dimy Jakowlewa”. W rosyjskim Internecie zawrzało. Wielu komentatorów mediów internetowych nie może wyjść ze zdziwienia, że rosyjscy parlamentarzyści mogli zaproponować wyjście, które w ewidentny sposób uderza w interesy rosyjskich dzieci. Że dzieci, konkretne dzieci wymagające opieki, stały się zakładnikami niewydarzonej wielkiej polityki. Bo ustawa pozbawi je nadziei na polepszenie losu czy wyleczenie. Jeszcze wczoraj w Dumie przewodnicząca komisji ds. dzieci Jelena Mizulina mówiła: „Nigdy Rosja nie broniła swoich interesów, wykorzystując dzieci. Pamiętam, co się działo podczas wojny czeczeńskiej, kiedy czeczeńscy bojownicy ustawiali żywe tarcze z dzieci i wtedy wszyscy mówiliśmy, że to podłe. Tą ustawą Rosja stawia się na jednym poziomie z terrorystami”. Ostro. Ale i tak nie poskutkowało. Przeciwko wprowadzeniu zakazu zagranicznych adopcji wypowiedziało się kilku wysoko postawionych polityków – m.in. minister Siergiej Ławrow, rzecznik praw obywatelskich Władimir Łukin (uznał rosyjską ustawę za „cyniczną i bezwstydną odpowiedź na akt Magnitskiego), minister oświaty Dmitrij Liwanow. Dziś rano (jeszcze przed głosowaniem Dumie) sekretarz prasowy prezydenta Dmitrij Pieskow powiedział, że prezydent „ze zrozumieniem odnosi się do ustawy Dimy Jakowlewa”. Pod budynkiem Dumy stały dziś indywidualne pikiety przeciwników „ustawy podleców”, jak ochrzczono dokument przyjęty przez przejętych losem dzieci parlamentarzystów. Pikietujący trzymali w rękach hasła przeciwko ustawie, kilka osób przyszło z rysunkami dzieci – podopiecznych centrum rehabilitacji. „Tu już żadnych słów nie trzeba” – wyjaśniali. W Internecie zebrano już kilkadziesiąt tysięcy podpisów pod petycją przeciwko ustawie. Działacze społeczni wystosowali list otwarty. Wszystko na próżno.
    Prezydent Putin chciał, żeby odpowiedź Rosji na akt Magnitskiego była adekwatna. Czy to, co zrobiła Duma, przyjmując „ustawę Dimy Jakowlewa” jest adekwatną odpowiedzią? Lista Magnitskiego uderza w interesy rosyjskiej elity. Czy ustawa Jakowlewa uderza w interesy amerykańskiej elity? Ani trochę. Jedna z sygnatariuszek petycji, znana dziennikarka telewizyjna Swietłana Sorokina, która sama kilka lat temu adoptowała dziewczynkę z domu dziecka, zwróciła uwagę, że teraz Amerykanie, którzy będą chcieli adoptować dzieci, na ogół chore, niepełnosprawne (zgodnie z przepisami, adopcji zagranicznej podlegają dzieci, które nie mają szans na adopcję krajową), a nie będą mogli adoptować dziecka z Rosji, postarają się o adopcję w Kazachstanie czy na Ukrainie.
    Od 1991 roku Amerykanie adoptowali około stu tysięcy rosyjskich dzieci, spośród nich pięcioro tragicznie zginęło, szesnaścioro stało się ofiarami nieszczęśliwych wypadków, 119 zostało odesłanych do Rosji.
    Zacytuję kilka komentarzy rosyjskich obserwatorów, które wydają mi się adekwatną, choć miejscami bardzo ostrą, reakcją na nieadekwatną reakcję Dumy na listę Magnitskiego. Anton Oriech (Echo Moskwy): „Nie wymyślili nic lepszego niż spekulowanie na śmierci małego dziecka. Przez te kilka dni cały czas jeszcze przypominano nam, że w USA zginęło 20 dzieci. […] Owszem, dwadzieścia śmierci to dwadzieścia tragedii, ale spekulowanie na nich bez zwracania uwagi na to, co się dzieje u nas, to podłość. Głupia sytuacja, w jakiej znaleźli się nasi deputowani i dyplomaci polega na tym, że tak naprawdę Rosja nie ma symetrycznej odpowiedzi [na akt Magnitskiego]. Bo jeśli nie Dima Jakowlew, to kto? Albo co? Mówią, że Amerykanie przyjmują akt Magnitskiego nie przeciwko Rosji, a dla Rosji. W tym jest źdźbło prawdy. Ten akt powinien nas zachęcić do wyjaśnienia sprawy śmierci Magnitskiego. Amerykanie są pragmatykami. Przyjęli ten akt nie tylko ze względów politycznych, ale i higienicznych. Nie chcą wpuszczać na swoje terytorium ludzi, którzy są w stanie doprowadzić do śmierci niewinnego człowieka, lekarzy, którzy zamiast nieść pomoc choremu, wyprawiają go na tamten świat, biznesmenów, których głównym zajęciem jest rozkradanie budżetu i pranie brudnych pieniędzy. Ja też jestem przeciwko wpuszczaniu na terytorium Rosji oszustów i złodziei – czy to z USA, czy skądinąd. […] Co w odpowiedzi robi Rosja? Mogłaby zatroszczyć się o ofiary Ku-Klux-Klanu albo Guantanamo. Ale Rosja postępuje inaczej. Amerykanie karzą rosyjskich obywateli, którzy popełnili przestępstwa wobec rosyjskich obywateli. A Rosja karze Amerykanów, którzy popełnili przestępstwa wobec obywateli Rosji. Jest różnica, prawda? Gdzie tu symetria? Nie ma jej i nigdy nie będzie. Dlatego że amerykańskie dranie nie trzymają forsy w rosyjskim banku i nie budują sobie pałaców w Gelendżyku. I jeśli ktoś ich nie wpuści do Rosji, nie będą się długo martwić. Niesamowite jest to, że wszystkich wysłano na bój w obronie złodziei z naszej inspekcji podatkowej. Pójdziemy na wojnę z Ameryką, ale naszych nietykalnych nie pozwolimy tknąć”.
    I jeszcze komentarz na temat sytuacji dzieci w Rosji napisany przez Andrieja Łoszaka. „Robiłem kiedyś reportaż o domu dla dzieci z wadami fizycznymi w Niżnym Łomowie. Prawie wszystkie marzyły o Ameryce. Dzieci, które zostały adoptowane, pisały z Ameryki, że tam jest pięknie, że stały się pełnoprawnymi członkami społeczeństwa, mają protezy, uczą się jeździć samochodem, idą na studia etc. Ale wcale nie chodziło o Amerykę, chodziło o to, żeby mieć rodziców. Rosjanie dzieci inwalidów w zasadzie się pozbywają, Amerykanie – odwrotnie: adoptują. Dlatego dla dzieci z internatu w Niżnym Łomowie słowo „Amerykanie” stało się jednoznaczne ze słowem „rodzice”. Dla większości adopcja była jedyna szansą na to, by po ukończeniu szkoły nie trafić do domu starców. […] W filmie jest scena: wychowawcy dzwonią do rodziców dzieci, które ukończyły szkołę. Rodzice mogliby je teraz zabrać do siebie. Zgodziła się jedna (!) rodzina. Matka – dyrektorka szkoły. Przez miesiąc potrzymali dziecko w domu, chowając przed okiem sąsiadów, a potem zwrócili do internatu, zakazując nawet dzwonić do domu. Złapaliśmy z kamera mamę podczas kursów podwyższania kwalifikacji. Wyjaśniła, dlaczego oddała dziecko, własne dziecko: „A co by sobie pomyśleli koledzy ze szkoły, sąsiedzi, przecież skoro w rodzinie jest niepełnosprawne dziecko, to znaczy, że rodzice są pijakami z marginesu, a my z mężem jesteśmy przyzwoitymi ludźmi!”. Ta pani to z jednej strony potwór, ale drugiej – zwyczajna sowiecka nauczycielka, dla której dziecko inwalida to powód do wstydu. […] Teraz Jedna Rosja zabroni Amerykanom adopcji sierot z Rosji w odpowiedzi na listę Magnitskiego. Zakazujcie sobie wwozu mięsa, konserw, IPhonów, ale ręce precz od dzieci. To dzieci, a nie asymetryczna odpowiedź. Kto teraz usynowi tych nieszczęśników z Niżnego Łomowa? A może sieroty powinny zamieszkać w luksusowych mieszkankach figurantów sprawy Magnitskiego?”.

  • Białe róże na kamieniu

    Władze Moskwy nie wydały zezwolenia na marsz protestu organizowany przez opozycję na Łubiance. Mimo to akcja się odbyła, choć przebieg miała inny od pierwotnie planowanego ze względu na ów brak sankcji – zamiast marszu było składanie kwiatów na poświęconym pamięci ofiar reżimu totalitarnego Kamieniu Sołowieckim na placu Łubiańskim.
    Michaił Dmitrijew i jego Centrum Badań Strategicznych jesienią tego roku przeprowadzili sondaż dotyczący poparcia dla protestów w Moskwie – to było 15%. Mało i niemało: w warunkach Moskwy to prawie milion ludzi. Dziś na placu Łubiańskim było według różnych ocen od siedmiuset osób do dziesięciu tysięcy (według znanej zasady: organizatorzy zawyżają, policja zaniża, a prawda leży gdzieś, nie wiadomo gdzie). Akcja przebiegła spokojnie. Zatrzymano do wyjaśnienia 69 osób, część po przeprowadzeniu rozmów jeszcze tego samego dnia wypuszczono.
    Dlaczego władze miasta nie wydały zgody na marsz? Oficjalnie dlatego, by pochód nie zablokował ruchu kołowego w centrum Moskwy. Hm… Nestorka dysydentów, szefowa Moskiewskiej Grupy Helsińskiej, Ludmiła Aleksiejewa powiedziała: „Tak, [protestujący] będą przeszkadzać w ruchu. A ja wczoraj jechałam z zaułka Spiridonowskiego do placu Tagańskiego dwie godziny. Dlaczego? Dlatego że z Kremla rozjeżdżały się samochody [z notablami] po prezydenckim orędziu do Zgromadzenia Federalnego. Z takiego powodu u nas zawsze zamkną ruch i sobie nie żałują, a kiedy obywatele idą, to się denerwują i nie puszczają”.
    Po tym, jak władze miasta zdecydowały, że zezwolenia na zgromadzenie nie wydadzą, komitet organizacyjny podzielił się na co najmniej dwa obozy. Jedni wzywali do przyjścia mimo wszystko – „jesteśmy wolnymi ludźmi i możemy chodzić gdzie chcemy”. Inni – stanowczo odradzali przychodzenie w obawie o prowokacje. I jedni, i drudzy prosili potencjalnych uczestników o spokój. Przyszło ostatecznie wcale nie tak mało, jak na ten stan niedookreślenia i zawieszenia, który od jakiegoś czasu panuje w szeregach niezadowolonych i Radzie Koordynacyjnej opozycji. Potencjał ulicznego protestu wyczerpał się – rok temu paliwem było oburzenie z powodu manipulacji wyborczych, chęć pokazania, że ma się tej władzy dosyć, dosyć, po trzykroć dosyć. Teraz oczywiście ci, co mieli tej władzy dosyć, nadal mają jej dosyć. Lecz przez ten rok „przyszło życie zwykłe i swą robótkę zrobił czas”, i przyniósł trochę rozczarowania nieskutecznością protestu ulicznego, i trochę obaw o to, że gdy władza stosuje wybiórcze uderzenia wobec oponentów, to może paść akurat na ciebie, i trochę dyskusji wokół wiecznego rosyjskiego pytania „co robić” (o tych dyskusjach na pewno warto napisać oddzielnie i wyjaśnić, na czym rzecz polega – to może w którymś z następnych odcinków). A władza? Władza przez ten rok też wykonała kilka zygzaków i nie jest już tym samym pewnym siebie i jedynie słusznej swej racji samcem alfa.
    Jak napisał w „Nowej Gazecie” socjolog Kiriłł Rogow, „słabnący Putin nie dopuścił do wzmocnienia i konsolidacji opozycji i tym samym stworzył sytuację patową”. Jeszcze raz powtórzę to, co już pisałam na blogu przy innych okazjach: powody niezadowolenia pozostały, nie zniknęły. Rogow wskazuje na ciekawy aspekt: „Czego domagają się dzisiaj ci, którzy rozczarowali się co do Putina i jego reżimu? W odróżnieniu od liberalnej inteligencji ci ludzie nie uważają epoki putinowskiej za epokę błędów i zgnilizny. Uważają, że było nieźle. Ale chcą iść dalej. Przejść od putinowskich operacji specjalnych i samodzierżawia, od nadmiernej centralizacji i ekstralegalności ku normalności – do legalności i równowagi. I czują, że Putin, który chce prostego odtworzenia stworzonego przez siebie modelu i trwania w nieskończoność, nie może iść naprzód, nie może im zapewnić tej normalności. Jednak idee opozycji polegające na zmieceniu z powierzchni ziemi wszystkiego, co stworzył Putin […] wydają im się jeszcze większym złem niż Putin, który choć nie może już zapewnić rozwoju społeczeństwa, to nie stanowi dla tego społeczeństwa wielkiego zagrożenia dziś”.

  • Stosowana numerologia prezydenta Putina

    Dwunastego dwunastego dwunastego o godzinie dwunastej (czyżby kremlowscy inżynierowie dusz tak mocno wierzyli w numerologię?) prezydent Putin wygłosił wystąpienie przed znudzonym obliczem deputowanych Dumy Państwowej i Rady Federacji, członków rządu byłego partnera z tandemu, Dmitrija Miedwiediewa, przedstawicielami najważniejszych wyznań, władzy sądowniczej i organów ścigania. Jego wystąpienie trwało dłużej niż dwanaście minut. Prezydent przemawiał półtorej godziny na stojąco, opierając się tylko ramieniem o trybunę (japońscy sceptycy posyłający kilka dni temu w świat informacje o nadszarpniętym zdrowiu Putina niech się teraz spalą ze wstydu). O czym przemawiał?
    Jeden z internautów komentujących wystąpienie przypomniał tekst niezrównanego Michaiła Żwanieckiego: „U nas będzie lepiej, mimo że dzieje się coraz gorzej. Znowu nasze dziś nie daje żadnych nadziei. Tylko – jutro. Tylko łącząc przeszłość i przyszłość i wykreślając w diabły naszą teraźniejszość, można znów żyć i pracować”.
    Coś z tego ducha było w wystąpieniu prezydenta. Słuchacze uśpieni miarowym przemówieniem wygłaszanym miarowym głosem, ożywili się tylko w jednym momencie: kiedy Putin wyznaczył reguły gry dotyczące siedzących w sali. Zgodnie z tymi regułami urzędnicy nie powinni trzymać pieniędzy w zagranicznych bankach; jeśli chodzi o nieruchomości za granicą, to proszę bardzo, ale trzeba się przed fiskusem i społeczeństwem wyspowiadać, skąd się miało na ten zakup forsę; jak się jest bogatym człowiekiem, to trzeba płacić „podatek od luksusu”; prześwietlenie będzie dotyczyć nie tylko samych deputowanych/ministrów/wysokich urzędników, ale także członków ich rodzin. Obudzona sala zaklaskała. „Nie spieszcie się z oklaskami, może to, co powiem, wielu się nie spodoba”. Spodobać to się pewnie nie spodobało, bo oznacza jednak lekki wstrząs fundamentów „służby ojczyźnie”. Dotychczasowa praktyka była taka, że z wysokiej trybuny spływały jeden po drugim postulaty słuszne jak nie wiem co, a potem przychodziła praktyka życia, splot różnych interesów i niemożności i wszystko się hamowało, i się okazywało, że – jak u Żwanieckiego – „u nas będzie lepiej, mimo że dzieje się coraz gorzej”. W kolejnych orędziach padały w przestrzeń ważkie zadania, a proza urzędniczego życia zamieniała odlane w granicie słowa prezydenta w pustostan. W efekcie w następnym orędziu prezydent znowu mówił o tym samym. Czy tak będzie i tym razem? Czy Putinowi uda się okiełznać swoich wiernych acz rozbestwionych ludzi? Zamówienie społeczne na zmiany zostało zgłoszone.
    Sali podobało się jeszcze, kiedy Putin mówił o odrodzeniu tradycji i duchowości czy o przywróceniu pułków Siemionowskiego i Prieobrażeńskiego – pułków okrytych sławą. Obiecywał poprawę poziomu życia prostych obywateli. Ważna była myśl o dążeniu rządzących do podniesienia wynagrodzeń i poziomu życia prowincjonalnej inteligencji (Putin nazwał tę grupę „klasą kreatywną” – świadomie używając terminu, którym określano stołeczną inteligencję protestującą na ulicach Moskwy). Komentatorzy politolodzy zwrócili jeszcze uwagę na zapowiedź ewentualnego przywrócenia mieszanej ordynacji wyborczej i potraktowali to jako odpowiedź na niezadowolenie społeczne wywołane monopolem jednej partii.
    Jeśli chodzi o politykę zagraniczną, to prezydent zaznaczył, że „Rosja powinna pomnożyć swoją geopolityczną wagę”. Przypomniał, że nie może być rosyjskim politykiem ktoś, kto bierze pieniądze z zagranicy.
    Czy wygłoszone dziś orędzie wyjaśniło, jaki będzie „kurs Putina” na najbliższe lata? Nie odniosłam takiego wrażenia – Putin nie sformułował jasno kierunku swojej polityki ani nie zakreślił nawet ogólnych ram nowej umowy społecznej, skoro stara niepisana umowa (władza nie wtrąca się w prywatne życie obywateli, obywatele nie wtrącają się w politykę i nie kontrolują władzy) jeszcze w zeszłym roku okazała się nieaktualna. Zapowiedź przywołania do porządku rozpasanej elity politycznej i nastawienie na enigmatyczne odradzanie rosyjskiej duchowości to trochę za mało. Putin odwołał się do napisanych w trakcie kampanii wyborczej artykułów o wszystkich złożonych aspektach życia kraju, że niby tam już wszystko zostało wyłożone i nie ma się co powtarzać. Ale trudno było uwolnić się od poczucia, że Putin się powtarza, że wiele z tego, co znowu obiecywał, obiecywał już dawniej – magiczne dwanaście lat temu, kiedy został prezydentem po raz pierwszy.

  • Rok Błotnej Wstążki

    Mija dokładnie rok od wielkiego wiecu na placu Błotnym w Moskwie, na którym sto tysięcy ludzi protestowało przeciwko fałszowaniu wyborów i generalnie fałszowaniu życia politycznego przez „partię oszustów i złodziei” z prezydentem Putinem na czele. Wyrażono niezgodę wobec praktyki rządzenia. Białe wstążki w klapach kurtek i marynarek, noszone przez uczestników protestu, były symbolem niezadowolenia z systemu przeżartego korupcją, używającego demokracji jak parawanu dla praktyk autorytarnych. Były też symbolem nadziei na zmiany miękkie, nierewolucyjne. Plac Błotny to była jedna z największych, jeśli nie największa akcja protestu w Rosji od czasu wielotysięcznych manifestacji na początku lat dziewięćdziesiątych. Pełen spontan. Dlatego tak trudno było te protesty komukolwiek osiodłać. Przez ten rok próbowano je zrozumieć. Próbowali zrozumieć uczestnicy i sympatycy. Próbowała zrozumieć oszołomiona wydarzeniami władza.
    Dziś rosyjskie think tanki, gazety i portale internetowe zastanawiają się, co zostało z tego niezwykłego wybuchu niezadowolenia społecznego. Tych, którzy wyszli wtedy na ulice, niegdysiejszy kremlowski inżynier dusz Władisław Surkow ochrzcił mianem „rozgniewanych miastowych”. Może bardziej właściwym polskim odpowiednikiem byłby neologizm zaszczepiony przez jednego z posłów: „wykształciuchy”. Jak wynika z badań socjologicznych ponad 70 procent uczestników manifestacji stanowili ludzi z wyższym wykształceniem, 11-12% – studenci. Badania nie potwierdzają natomiast propagowanej przez władze wersji, że wystąpienia na placu Błotnym, prospekcie Sacharowa i in. przyciągnęły głównie ludzi bogatych – takich było w kolumnach protestacyjnych nie więcej niż 3-5 procent. W protestach wzięli udział i radykalni lewicowcy, i demokraci starego zaciągu, i nowi liderzy, jak Aleksiej Nawalny. Borys Dubin z Centrum Lewady podkreśla, że – co jest nowe dla Rosji – niezadowolenie nie miało/nie ma charakteru paternalistycznego (w modelu paternalistycznym niezadowoleni krzyczą: „władzo, tyś nam obiecała, a teraz nam nie dajesz, więc domagamy się od ciebie, żebyś dała”). Niezadowoleni z placu Błotnego „uważają, że nie zależą od władzy, nie potrzebują ulg przyznawanych przez górę, oni osiągnęli to, co mają, dzięki swojej pracy. I wysuwają inne żądania: „nic od was nie chcemy, tylko żebyście przestrzegali prawa i nas szanowali”.
    Putin się podobno osobiście obraził na protestujących, ale konsekwentnie robił swoje – nie rozpuścił nowej Dumy, której legitymację podważali protestujący, wystartował w marcowych wyborach prezydenckich, zmobilizował „antyniepokornych”, wygrał – pięknie czy niepięknie, uczciwie czy nieuczciwie, różnie o tym mówią, ale wygrał – i przystąpił do sprawowania władzy. Przyjęte naprędce ustawy ograniczają prawo do zgromadzeń publicznych, działalności NGO. Uczestnicy akcji protestu pociągani są do odpowiedzialności.
    Ośrodki socjologiczne odnotowują spadek nastrojów protestacyjnych w Moskwie i innych wielkich miastach Rosji. Ale próby stworzenia legalnej platformy działań opozycyjnych trwają. Pstra awangarda protestu wybrała Radę Koordynacyjną w internetowym głosowaniu, nadal brak jednak w ruchu białej wstążki a) przywódcy, b) programu, c) jedności (a więc i sformułowanych jasno wspólnych celów). Czy jednak potencjał protestu się zmniejszył? Powody niezadowolenia z zeszłego roku przecież pozostały, a doszły jeszcze nowe.
    Władza nie podjęła dialogu z tą najbardziej aktywną grupą społeczną. Miłości nie ma, zrozumienia też nie. Dzisiaj na spotkaniu z gronem mężów zaufania wspomagających Putina podczas wyborów prezydenckich, Władimir Władimirowicz odniósł się do rocznicy protestów. „Nic nadzwyczajnego w naszym kraju się nie wydarzyło, w każdym kraju w czasie kampanii wyborczej wzrasta społeczna, w tym i protestacyjna aktywność”. Postraszył rewolucją: „Widzimy dzisiaj, co się dzieje w innych krajach, gdzie nastąpiła miękka transformacja, a co się dzieje w krajach, gdzie miała miejsce rewolucja – to się nie kończy, następuje ruina gospodarki i sfery socjalnej, ludzie giną każdego dnia. Nikt tego nie chce. […] Jeżdżę po kraju i czuję ludzi”. Zdaniem prezydenta, dzięki złagodzonym przepisom dotyczącym partii politycznych, teraz każdy może założyć partię i zabiegać o poparcie elektoratu. Prezydent powołał się na opinię „wielu zwykłych obywateli”, którzy uważają, że liderzy protestów, „w razie czego wsiądą w samolot i zwieją, a my zostaniemy tu. I dlatego nikt nie chce wstrząsów”.
    W przeddzień wypowiadał się złotousty sekretarz prezydenta Dmitrij Pieskow, który odnotował powstanie w wielkich miastach klasy „sytych”: „Syci stali się niezadowoleni, dlatego że chcieli zainwestować w swoje państwo, w demokrację, chcieli brać udział w rządzeniu krajem, określaniu przyszłości, a tu państwo zabuksowało. […] A plac Błotny? Każdy wyszedł zaprotestować w jakiejś małej własnej sprawie. Tu nie ma przedszkola, od kogoś wymuszają łapówki, gdzieś źle uczą dzieci, policjant się do kogoś bez przyczyny przyczepił” – wyjaśnił Pieskow złożoną naturę wydarzeń sprzed roku. Bloger Rustem Agadamow ze zdziwieniem odnotował: „Przedszkoli nie ma, więc poszli protestować na plac Błotny? No tak. Nie z powodu sfałszowania wyborów, totalnej korupcji we władzach, niezrealizowanych reform, nowego kultu jednostki i bezpardonowego utrzymywania władzy przez jednego człowieka, a dlatego, że nie ma przedszkola i policjanci są niegrzeczni. Nie wiem, czego w tych bredniach jest więcej – podłego cynizmu pałacu czy całkowitego oderwania się od rzeczywistości, braku pojęcia, co się dzieje na ulicy, w kraju”.
    15 grudnia ma się odbyć kolejny marsz ulicami Moskwy.