Kategoria: Bez kategorii

  • 365 dni do Soczi

    To ulubiony projekt prezydenta. Prezydent zamknął usta niedowiarkom, którzy wyśmiewali pomysł zorganizowania zimowych igrzysk olimpijskich w subtropikalnym Soczi, zsyłając złoty deszcz państwowych rubli na ten nadmorski kurort u podnóża majestatycznych gór. Za gigantyczne pieniądze już za rok Soczi ma się stać światowym centrum sportów zimowych, które i po zawodach olimpijskich ma przyciągać narciarzy i łyżwiarzy.
    Od dziś zaczęło się odliczanie – do otwarcia igrzysk pozostał równo rok. Wczoraj z wielką pompą prezydent Putin objechał „igrzyska w budowie”. Gospodarskim okiem rzucił na gotowe i rozbebeszone obiekty i wysłuchał referatów o stanie przygotowań. Budowa posuwa się z oporami. Co rusz okazuje się, że przewidziane kwoty nie wystarczają na wykonanie zadań. Soczi okazało się beczką bez dna. „W naiwnym 2007 roku [kiedy zapadła decyzja o tym, że gospodarzem zimowych igrzysk 2014 będzie Soczi] planowano wydatki na poziomie 300 mld rubli (30 mld złotych), co było kwotą mniej więcej porównywalną z wydatkami państw organizatorów igrzysk. Ale dość szybko okazało się, że potrzeba 1 biliona rubli [od 2008 roku wydano już 1,1 bln – donoszą media]. A i to nie jest ostatnie słowo: mówi się nawet o 1,5 bln. Z wyliczeń wynika, że dziennie trzeba będzie wydawać 1,05 mld rubli” – napisali dziennikarze portalu „Slon.ru”. Putin podczas wczorajszej inspekcji nakazał skrupulatnie kontrolować wydatki. Najwyraźniej wykonawcy przegięli z „zagospodarowywaniem” strumienia pieniędzy, szczodrze spływającego z Moskwy. Owszem, wszystko na igrzyska w Soczi trzeba było zbudować od zera, owszem, z rozmachem, ale mimo wszystko… Aż za 50 mld dolarów? To więcej niż wydały Chiny na organizację letnich igrzysk w Pekinie w 2008 roku (40 mld dolarów).
    Budowa obiektów olimpijskich w Soczi od początku przyciągała uwagę. Na początkowym etapie dlatego, że protestowali mieszkańcy – i ci, których wywłaszczano w związku z szykowaniem miejsca pod obiekty sportowe i bazę hotelową, i ci, którym budowa przeszkadzała w normalnym życiu (zakorkowane miasto, rozjeżdżone kołami wielkich ciężarówek, mniejszy napływ letnich turystów, z których od czasów radzieckich żyje pół miasta). Później ze względu na publikacje prasy dotyczące kulis przyznania Rosji organizacji igrzysk (Rosja miała kupić głosy członków MKOl, m.in. księcia Monako Alberta, który spędził z Putinem pamiętny urlop nad Jenisejem oraz uczestniczył w polarnej wyprawie, co miało być prezentem i wyrazem wdzięczności za poparcie kandydatury Soczi). Już w 2010 roku komentatorzy zwrócili uwagę na kosmiczne wydatki na przygotowanie obiektów olimpijskich. Korporacja państwowa Olimpstroj, odpowiadająca za budowę obiektów, została okrzyknięta najsmaczniejszym kąskiem wielkiego tortu, przy którym pożywiają się urzędnicy z kręgu Putina. Nadzór nad budową powierzono Dmitrijowi Kozakowi, zaufanemu totumfackiemu prezydenta. Po kontrolach Izby Obrachunkowej [ros. NIK] posady straciło kilku wysoko postawionych urzędników, wobec kilku wszczęto śledztwa w sprawie machinacji finansowych. „Kuluarowe słuchy o rozkradaniu funduszy przeznaczonych na budowę obiektów w Soczi to nie nowina, choć głośno i oficjalnie nikt o tym nie mówi. Zresztą, wcale nie wiadomo, czy bez korupcji cała ta machina związana z finansowaniem ze strony państwa byłaby w stanie wykonać zadanie na czas (w sumie buduje się osiemset różnych obiektów). Teraz państwo bardziej martwi się o to, gdzie znaleźć ludzi, którzy dokończą budowę. Z koniecznością wydzielenia dodatkowych środków już się chyba wszyscy pogodzili” – komentuje Anton Kluczkin z Lenta.ru. Ze zwerbowaniem ludzi do pracy może być różnie; w niedawnym raporcie Human Rights Watch zwróciła uwagę na niewłaściwe traktowanie gastarbeiterów, pracujących na budowie w Soczi. Ale jeśli nie gastarbeiterzy, to kto?
    RIA Nowosti uspokaja, że większość obiektów sportowych jest już gotowa lub prawie gotowa. Już teraz odbywają się zawody, testujące te obiekty. Ale kompletnie w proszku jest cała reszta infrastruktury, niezbędna do przeprowadzenia tak gigantycznej imprezy. Na przykład skocznie dla narciarzy są, ale trybun wokół nich nie ma. Nie ma też dróg, którymi można się do danego obiektu dostać.
    Prezydent podczas wczorajszej inspekcji niezadowolony marszczył brew, a dzisiaj odwołał ze stanowiska wiceprezesa Olimpijskiego Komitetu Rosji Ahmeda Biłałowa. Powodem nagłej dymisji było niedostateczne przygotowanie obiektu „Russkije Gorki”.

  • Stalinobus czerwony przez ulice miast mknie

    Wołgogradzka duma miejska w specjalnym postanowieniu zdecydowała o zmianie nazwy miasta Wołgograd na Stalingrad. Nie na stałe jednak, a tylko na sześć dni w roku. Dni, związanych z wielkimi datami historii XX wieku. Wyliczankę zaczyna 2 lutego – to rocznica zakończenia bitwy stalingradzkiej, potem 9 maja – Dzień Zwycięstwa, 22 czerwca – dzień napaści Niemiec hitlerowskich na ZSRR, 23 sierpnia – dzień pamięci ofiar masowych bombardowań miasta przez niemieckie lotnictwo, 2 września – rocznica zakończenia II wojny światowej (świętowanie tej rocznicy to taka nowa świecka tradycja w Rosji, zapoczątkowana przez Dmitrija Miedwiediewa, naówczas prezydenta, żeby przypomnieć Japonii, że Rosja walczyła i na tamtym froncie, na Dalekim Wschodzie i Pacyfiku o swoje, np. o Kuryle, i że walki zakończyły się dopiero 2 września, długo po kapitulacji Niemiec i że dopiero dobicie ich japońskiego sprzymierzeńca położyło kres wojnie) i last but not least 19 listopada – w dniu rozpoczęcie bitwy stalingradzkiej.
    Prezydent Putin, który dzisiaj przybył do… no, właśnie, dokąd? Chyba należałoby powiedzieć: do Wołgogradu, który w dniu rocznicy stał się znowu Stalingradem. „Stalingrad uczynił Rosję niezwyciężoną” – powiedział w uroczystym przemówieniu. W mieście odbyła się parada wojskowa z udziałem żołnierzy przebranych w mundury czasów wojny – dań złożona weteranom. W godzinach wieczornych natomiast – salut. „Prawdziwy, artyleryjski, a nie jakieś chińskie sztuczne ognie” – zachwalał wicepremier Dmitrij Rogozin.
    W rosyjskiej telewizji od rana okolicznościowe programy i filmy, poświęcone siedemdziesiątej rocznicy zwycięstwa w jednej z najważniejszych bitew II wojny (największa bitwa na lądzie, trwała dwieście dni; co do liczby ofiar – ciągle nie ma pewnych danych). Bitwy, która odwróciła bieg wojny. A po ulicach kilku rosyjskich miast jeździły dziś mikrobusy z podobizną Józefa Stalina, patrona miasta nad Wołgą. Pojazdy nazwano już w narodzie stalinobusami. W mieście, które od jutra znów będzie Wołgogradem, pięć stalinobusów ma jeździć do 9 maja. Właścicielami mikrobusów są firmy prywatne, ich wynajem organizacje wspierane przez komunistów i związki weteranów opłaciły z dobrowolnych datków ludności. Zwolennicy zmiany nazwy Wołgogradu na Stalingrad podczas dzisiejszych obchodów usilnie zbierali podpisy pod wnioskiem (pisałam o tej akcji w blogu: http://labuszewska.blog.onet.pl/2012/10/18/mundial-w-stalingradzie/). Przedstawiciel opozycyjnej partii Jabłoko skrytykował ideę stalinobusów: „Stalin podczepił się pod to zwycięstwo. Wojny może by w ogóle nie było, gdyby nie jego idiotyczna polityka i przyjaźń z Hitlerem, przez którą przegapił napaść na Związek Radziecki”. „Dlaczego na mikrobusach nie umieszczono podobizny jakiegoś symbolicznego szeregowca, który walczył w Stalingradzie, a twarz Stalina? Szeregowca byśmy poparli, Stalina – nie” – zapewniał z kolei polityk z Jednej Rosji.
    Pisałam o tym wiele razy, choćby niedawno, opisując spektakl „Akt drugi. Wnuki”, powtórzę jeszcze raz: w Rosji nie rozliczono zbrodni stalinowskich, nie potępiono jednoznacznie Stalina. Władze tańczą „leninowskie tango” – krok naprzód, dwa kroki wstecz. W przekazie medialnym i nie tylko relatywizuje się wyrządzone wtedy zło, zbrodniczość systemu, szuka usprawiedliwienia zbrodniczych decyzji tyrana. Historyk Borys Sokołow, krytykujący politykę historyczną Putina, mówił wczoraj w audycji Radia Swoboda: „Rosyjska władza ma dwoiste podejście zarówno do Stalina, jak i do jego dziedzictwa. Władza najchętniej by gdzieś zamiotła represje stalinowskie, fakty mówiące o zlikwidowaniu wielu tysięcy ludzi, w tym również z sowieckiej nomenklatury. Ale zostawiłaby sobie z tego dziedzictwa mocarstwowość – to, że Stalin uczynił z ZSRR supermocarstwo, które kontrolowało bez mała jedną trzecią kuli ziemskiej. Nostalgia za przeszłością ciągle jeszcze jest dla wielu osób żywa. Sądzę, że ze czterdzieści procent rosyjskiego społeczeństwa autentycznie kocha Stalina, bo tęskni za imperium. […] Co do nazwy miasta: przywrócenie nazwy Stalingrad przez zwolenników Stalina zostanie odczytane jak jego rehabilitacja”. I dalej: w Rosji „bitwa stalingradzka uważana jest za bitwę dobra i zła. Tak naprawdę jedno zło [stalinizm] walczyło z drugim [hitleryzm]. Jedno z nich, stalinizm, było sprzymierzone z relatywnym dobrem, jeżeli za takowe uznać zachodnie demokracje, przy wszystkich ich niedostatkach, jakie ujawniły się w czasie II wojny światowej. Ale u nas tego [że stalinizm był takim samym złem jak hitleryzm], jeszcze nie są gotowi przyznać. Uważa się, że to niepatriotyczne. Tych, którzy nie utożsamiają się z sowieckim reżimem, uważa się za antypatriotów”. Zdaniem Sokołowa, w niedawno zrealizowanej ekranizacji wielkiej powieści Wasilija Grossmana „Życie i los” zatarto główne przesłanie książki: Grossman utożsamiał stalinizm i hitleryzm, uważał je za tak samo zbrodnicze systemy. Tezę tę zatarto, zdaniem Sokołowa, właśnie dlatego, że postawienie znaku równości pomiędzy stalinizmem i hitleryzmem to dla rosyjskich władz rubież, której ciagle jeszcze nie jest gotowa przekroczyć.

  • Nauczyciel biologii w trzecim Rzymie

    „Prowadziłem z nimi publiczny dyskurs. […] Mówiłem, że jako ojciec i nauczyciel widzę niebezpieczeństwo w tym, że nasze społeczeństwo [poprzez swoją nietolerancję] zapędza homoseksualnych nastolatków do podziemia, co często kończy się samobójstwem. Mówiłem też, że ta ustawa ma na celu to, by posiać wrogość pomiędzy ludźmi, podzielić jeszcze bardziej nasze i tak wyniszczone społeczeństwo. […] Nie pobili mnie, tylko rzucili we mnie jajkiem. W toku dyskusji wspomniałem, że jestem uczonym i nauczycielem, a potem w wiadomościach wymieniono moje nazwisko. Moi oponenci momentalnie ustalili, kim jestem i gdzie pracuję, i skierowali do władz placówki skargi, a już w poniedziałek dyrektor szkoły oznajmił mi, że zwalnia mnie, żeby ratować szkołę” – to słowa nauczyciela biologii w szkole numer dwa w Moskwie, Ilji Kołmanowskiego. Kołmanowski 25 stycznia wziął udział w proteście przeciwko przyjętej przez Dumę Państwową w pierwszym czytaniu ustawie o zakazie propagowania homoseksualizmu wśród niepełnoletnich.
    Grupa przeciwników ustawy przy wejściu do budynku Dumy urządziła „całuśny” happening. Całowano się nie tylko przeciwko tej konkretnej ustawie (choć przeciwko niej przede wszystkim), ale całemu zestawowi przyjętych w ostatnim czasie ustaw ograniczających wolności obywatelskie. Na protestujących z obelgami, jajami, farbami i gazem łzawiącym ruszyła zwołana przez portal Moskwa Trzeci Rzym grupka tak zwanych prawosławnych. Ich zdaniem, należał się tradycyjny łomot tym, którzy są nietradycyjni.
    Rosyjska blogosfera zareagowała bardzo ostro na zwolnienie Kołmanowskiego z pracy. Prowadzący blog na platformie „Nowej Gaziety” dziennikarz Aleksandr Archangielski napisał: „Formy protestu w rodzaju całujących się pod Dumą homoseksualnych par są mi głęboko obce. ALE. Ale to, co stało się z Ilją [Kołmanowskim], jest ważniejsze od samej ustawy, i od reakcji na tę ustawę. Jeden z najlepszych nauczycieli w Moskwie został zwolniony nie za to, co robił w szkole […], a za to, co robił poza szkołą – przy czym, nie naruszając przepisów prawa. To katastrofalny precedens”.
    Szkoła numer dwa w Moskwie to jedna z najlepszych szkół w mieście. W latach siedemdziesiątych została rozwiązana za sprzyjanie dysydentom, w latach dziewięćdziesiątych – odtworzona. Komentatorzy wyrazili przypuszczenie, że dyrektor pamiętający tamto doświadczenie z lat siedemdziesiątych zląkł się, że znowu szkoła zostanie rozwiązana. Kołmanowski przeprosił uczniów, że tak nagle muszą się rozstać, ale: „Są sytuacje, kiedy nie można dłużej milczeć […] Jestem przekonany, że powinienem był wystąpić w obronie mniejszości i przeciwko ciemnogrodowi, przeciwko wrogości, przeciwko dzieleniu ludzi z jakiegokolwiek powodu. Musiałem to zrobić jeszcze i dlatego, że nie jestem gejem”.
    Niedawno pisałam o szpitalu nr 31 w Petersburgu, który po społecznych protestach nie został przekształcony w elitarną klinikę dla sędziów. Teraz mamy przypadek pod pewnym względem podobny, a to „pewne podobieństwo” polega na tym, że tu też reakcja społeczności spowodowała zmianę, odwrót. Bo oto – po fali protestów, jaka podniosła się po zwolnieniu Kołmanowskiego z pracy – dyrektor szkoły już następnego dnia po skandalu ze zwolnieniem biologa oświadczył, że „Kołmanowski pracował w tej szkole, pracuje i mam nadzieję, że będzie pracował. Przynajmniej tak długo, jak długo ja jestem jej dyrektorem”. A media obwinił o dezinformowanie publiczności. Ilja Kołmanowski w swoim blogu potwierdził: „Nie zwalniają mnie, ale nie zapominajmy o przyczynach tego, co się stało, o przyczynach, które zmusiły dyrektora do takiej asekuracji: w naszym społeczeństwie wyrażanie własnych opinii jest niebezpieczne. Jest wielu ludzi, którzy stracili pracę za swoje poglądy, którzy siedzą w więzieniach”.
    Vox populi, vox Dei, mawiali starożytni. Choć, jak pokazuje praktyka, nie każdego „populi” i nie przed obliczem każdego „Dei”. Część „populi” przyklasnęła kopaniu „niemoralnych”. Na wspomnianym wyżej portalu Moskwa Trzeci Rzym cieszono się, że pod Dumą „sodomici znowu dostali po ryju”.
    Piątkowy incydent przed Dumą to nie jedyny akt z tego nietolerancyjnego szeregu – dziś w Petersburgu na domu, w którym znajduje się Muzeum Vladimira Nabokova, nieznany sprawca napisał białą farbą „pedofil”. To już kolejny atak na muzeum autora „Lolity” – 9 stycznia wrzucono przez okno butelkę z cytatami z Biblii na temat występku i grzechu. Dyrektorka placówki mówi, że często przychodzą listy od oburzonych, że w muzeum kultywuje się zwyrodnialstwo. Agresywne listy napisane są z błędami ortograficznymi, niechlujnie, nielogicznie, zawierają kalumnie i wymysły. Zdaniem atakujących Nabokov swoją „Lolitą” propaguje pedofilię. Po styczniowym napadzie Andriej Kolesnikow napisał w komentarzu „Bij okna, ratuj Rosję”: „Rozbicie szkła w domu Nabokova to nie jest nieznaczny akt zwyczajnego wandalizmu, to ideologiczny akt w pełni zgodny z kanonami polityki i propagandy państwowej. Władza dostała to, co chciała: całkowite poparcie najbardziej wstecznych, niewykształconych, pogrążonych w hipokryzji warstw społeczeństwa, w głowach których tańce gwiazd telewizyjnych świetnie łączą się z nacjonalizmem i prawosławiem, a głosowanie na Putina – z czytaniem brukowców. Nabokov do tego pejzażu nie pasuje – to nie Depardieu”.
    Dwa tygodnie temu przez nieznanych sprawców został pobity w Petersburgu organizator spektaklu „Lolita” Artiom Susłow. Napastnicy grożąc mu pistoletem i bijąc, domagali się, by przyznał się, że jest pedofilem. Susłow wysłał list do ministra kultury, zwracając uwagę na sytuację wokół spektaklu „Lolita” i domagając się reakcji na „niezdrową atmosferę w mieście”.
    Na razie Susłow nie doczekał się odpowiedzi na list. Odpowiedziały za to władze Wenecji, choć do nich Susłow nie pisał: włoskie miasto postanowiło zawiesić kontakty z Petersburgiem z powodu prowadzonej przez władze miasta „homofobicznej polityki”.

  • Szumy, zlepy, dalsze ciągi

    Dwie z opisywanych tu ostatnio spraw wymagają aktualizacji i uzupełnienia. Pierwsza to bulwersujący skandal wokół szpitala nr 31 w Petersburgu („Herod zamyka szpital”), druga – zamach na Dieda Hasana („Śmierć w Starym Faetonie”).
    Przypomnę, że petersburski szpital z oddziałem onkologii dziecięcej władze chciały zamknąć, by na jego miejscu założyć elitarną klinikę dla przenoszonych z Moskwy do Petersburga sędziów Sądu Najwyższego. W grę mogło wchodzić przy okazji przejęcie łakomej nieruchomości (wokół szpitala jest duży park) i zbudowanie na przejętych gruntach luksusowych apartamentów. Przeciwko tym planom zaprotestowali mieszkańcy. W krótkim czasie zebrano pod listem protestacyjnym 160 tys. podpisów, odbywały się pikiety. Protest na Polu Marsowym zgromadził kilka tysięcy ludzi – kilka, a nie kilkanaście czy kilkadziesiąt, bo odbył się już po ogłoszeniu komunikatu, że szpital nr 31 pozostanie i będzie pracował w dotychczasowym trybie, a sędziów będzie się leczyć gdzie indziej. Swoją drogą, wśród mnóstwa komentarzy, jakie pojawiły się na ten temat w Internecie, podnoszono często ważne zagadnienie ogólne: dlaczego sędziowie mieliby w ogóle mieć oddzielną klinikę; „niech sobie postoją w kolejce ze wszystkimi”, „skoro, jak twierdzi deputowana Łachowa [autorka skandalicznej „ustawy Dimy Jakowlewa”], z naszą medycyną jest wszystko w porządku, to czemu władza chce się leczyć oddzielnie, w lepszych warunkach, bez kolejek?”. A zatem – władze ustąpiły pod naporem zbulwersowanego społeczeństwa, które zaprotestowało przeciwko przywilejom klasy panującej kosztem zwykłych ludzi. Komitet koordynacyjny, powstały podczas akcji, ma działać dalej, by organizować ewentualne przyszłe protesty w obronie interesów obywateli. Politolodzy i socjolodzy są jednak sceptyczni co do tego, czy sukces „neo-Strategii 31” uda się przekuć w polityczne dywidendy dla opozycji. Te doświadczenia posłużyć mogą natomiast przy załatwieniu lokalnych problemów. A to już niemało. „Na szeroki protest niepodbudowany ideologicznie, związany ze sprawami społecznymi władze, jak widać, reagują. Na tym polu można coś wskórać. Co do reakcji na żądania stricte polityczne – nie należy się spodziewać zmian” – mówi politolog Aleksandr Kyniew. A Leonid Dawydow dodaje optymistycznie: „Władze popełniły błąd, ale obawiając się o jeszcze większe straty wizerunkowe, podjęły prawidłową decyzję [i wycofały się]. To dobry przykład współdziałania społeczeństwa i władzy jako naturalnych antagonistów”. Zobaczymy, co wokół szpitala nr 31 będzie się działo dalej, w jaki sposób władze zechcą sobie zrekompensować tę stratę.
    Druga sprawa, wymagająca uzupełnienia. Asłan Usojan, znany bardziej jako Died Hasan, najbardziej wpływowy mafioso Rosji, 16 stycznia został zastrzelony w Moskwie przy wyjściu z restauracji. Wiadomość trafiła momentalnie na „czerwone paski” szybkich mediów i pierwsze strony gazet, nawet spikerzy zagranicznych programów informacyjnych łamali sobie język, wymawiając egzotycznie brzmiące nazwiska. Życie po życiu Dieda Hasana też dostarczało pożywienia agencjom informacyjnym – przez kilka dni trwały korowody z tym, gdzie mafiosa pochować. Urodził się w Tbilisi, tu na cmentarzu spoczywają jego najbliżsi, a zatem naturalną koleją rzeczy byłoby pochowanie Usojana obok innych Usojanów. Trumnę z ciałem załadowano na pokład samolotu i zawieziono do Gruzji. Ale władze Gruzji… nie zgodziły się na pochówek, samolot z Usojanem na pokładzie nawet nie dostał pozwolenia na wylądowanie. Niechciany w ojczyźnie mafioso został odesłany do Moskwy. A tutaj też długo trwały jakieś tajemnicze uzgodnienia, gdzie go można pochować. Do prasy przedostawały się wycinki informacji o stanowisku władz miasta, negocjujących z przedstawicielami „komitetu pogrzebowego”. Władze postawiły warunek: to nie może być cmentarz w granicach centrum Moskwy. Ostatecznie wybrano nekropolię za obwodnicą MKAD – Cmentarz Chowański. Uczestnicy stypy po mafiosie zajęli w Moskwie kilka restauracji. Przez kilka dni rosyjski Internet smakował tajemnicze zdjęcie, zrobione na początku lat 2000., na którym według niektórych figuruje w czerwonym sweterku Władimir Putin, a w białej sportowej kurtce Died Hasan. Głos w tej sprawie zabrał oficjalnie sekretarz prasowy prezydenta Dmitrij Pieskow: „Widać dokładnie, że to nie on. Nie wiem, kim jest ten człowiek [w białej kurtce], ale to na pewno nie Asłan [Died Hasan], genotyp całkiem inny”.
    Dobrze poinformowana na temat przestępczości zorganizowanej i nie tylko publicystka Julia Łatynina napisała: „Podobno kilka dni przed zamachem zaproszono go [Dieda Hasana] na Łubiankę, uprzedzano, że szykuje się na niego zamach”. I dalej: „Pikanterii dodaje fakt, że po poprzednim [nieudanym] zamachu Died Hasan oświadczył, że autorem zamachu jest Taro, Tariel Oniani. […] Oniani uważany jest osobę, przez którą Nino Burdżanadze – a Taro od dawna ma bliskie związki z jej rodziną – miała kontakty ze starszymi towarzyszami [Burdżanadze – była przewodnicząca gruzińskiego parlamentu, po zerwaniu z Saakaszwilim w ostrej opozycji do jego obozu, podtrzymywała kontakty z Moskwą mimo braku stosunków dyplomatycznych]. Taro siedzi w więzieniu, pono wsadził go Died Hasan, a kosztować to miało półtora miliona”. Dalej – jeszcze ciekawiej: „W Rosji Putina nie ma oddzielnie funkcjonującego świata przestępców, jak to było w ZSRR czy nawet w szalonych latach dziewięćdziesiątych. Jest jedna zrośnięta struktura czekistowskich i milicyjnych klanów”. Łatynina wywodzi, że obecne porządki w Rosji różnią się jednak od porządków panujących w mafii znanych z „Ojca chrzestnego” czy podobnych struktur. Tamte wypełniały funkcje obronne wobec swoich „wasali”. Tymczasem „cechą charakterystyczną rosyjskiego świata przestępczego epoki Putina jest to, że tej funkcji mafia nie spełnia. Nikt nie może szukać sprawiedliwości i obrony przed przemocą gliniarzy i czekistów u bandyty, dlatego że współczesny rosyjski bandyta to część świata gliniarzy i czekistów. Jest ich agentem i instrumentem[…]. Niesamowite jest to, że wszyscy najwięksi bossowie mafijni z lat dziewięćdziesiątych, którzy mogli pretendować do roli Vito Corleone, zostali zabici albo zmarli. Ostatnim był Died Hasan, którego nie można uznać za integralny element kryminalno-policyjno-politycznych pomyj. Nie pływać w tych pomyjach Died Hasan nie mógł, ale wystawał ponad te pomyje. Zabili więc i jego”.
    Julia Łatynina nad głową zabitego Dieda Hasana umieściła coś w rodzaju aureoli: oto odszedł ostatni, co zgodnie z tradycją kryminalnego poloneza wodził. Czy słusznie? Died Hasan na pewno był bezlitosnym bandytą, który nie wahał się podejmować decyzji o odstrzeliwaniu kolejnych niewygodnych, nieposłusznych czy niepotrzebnych partnerów, wzbogacił się na hazardzie i innych kryminalnych procederach, przez co najmniej pięćdziesiąt lat był w konflikcie z prawem. Czy miał układy z organami sprawiedliwości? Zapewne, skoro zmarł na wolności, a nie w kolonii karnej. I jeszcze: czy w Rosji istnieje, jak pisze Łatynina, przymierze świata polityki, struktur siłowych i struktur bandyckich? Może coś w tej materii rozjaśnią kolejne doniesienia, jakie zapewne do nas dotrą w związku z walką o zajęcie miejsca Dieda Hasana na mafijnym tronie. I znowu ciąg dalszy – może zaskakujący, a może potwierdzający prasowe enuncjacje – nastąpi.

  • Wnuki mają głos

    Ten spektakl stawia ważne pytania. Pytania rzadko obecne lub wręcz nieobecne w rosyjskiej przestrzeni publicznej – pytania o rozliczenie/rozliczenie się ze zbrodniami stalinowskiego reżimu. W Centrum Sacharowa w Moskwie można obejrzeć dokumentalny spektakl Aleksandry Poliwanowej i Michaiła Kałużskiego „Akt drugi. Wnuki”, w którym wykorzystano relacje potomków enkawudzistów. Kim był dziadek/pradziadek/ojciec/babka/prababka/matka w czasach stalinowskiego terroru, jaką rolę pełnił, z jakich pobudek zaangażował się w pracę w organach bezpieczeństwa, jak się żyje ze świadomością takiej spuścizny?
    To spektakl interaktywny. Przy wejściu każdy (i aktorzy, i widzowie) dostaje numerek, który wyświetla się na tablicy w trakcie spektaklu. Wtedy można zabrać głos, opowiedzieć swoją historię, a można pomilczeć. „Większość widzów milczy” – mówią twórcy spektaklu. Ale to, że niektórzy się otwierają, to przełom. Jedna z oglądających spektakl kobiet napisała potem, że kiedy wyświetlił się jej numerek, nie zdobyła się na odwagę, by powiedzieć coś na głos, ale w środku cały czas prowadziła dialog ze sobą samą i próbowała zrozumieć, jak te straszne czasy przeżyli jej dziadkowie, jakim kosztem. Aktorzy wypowiadają kwestie przygotowane na podstawie autentycznych świadectw dzieci, wnuków, prawnuków tych, którzy stanowili trybiki – większe i mniejsze – piekielnej machiny terroru.
    Poliwanowa i Kałużski przyznają, że celowo dobrali relacje ludzi o poglądach, jak mówią, „humanitarnych i liberalnych”. „Nie chcieliśmy jednak, aby uczestnicy naszego projektu oceniali swoich przodków, naszym zadaniem było postawienie pytania, a nie jednoznaczna odpowiedź nań. Chodzi nam o przełamanie milczenia. Rosja jest dotknięta dramatem milczenia – mamy problem z rozmawianiem nie tylko o represjonowanych, ale represjonujących” – mówi Poliwanowa w wywiadzie dla internetowej „Gazety.ru”.
    Temat ważny, temat bolesny, temat omijany w dyskursie publicznym. Odpowiedzialność, rozliczenie, trybunał dla stalinowskich zbrodniarzy. To hasła wywołujące w wielu środowiskach w Rosji wielki protest: jakże to tak? nie godzi się szkalować wielkiej historii wielkiego narodu! jeśli o historii, to tylko chwalebnie, każdy, kto zadaje takie niegodziwe pytania, pluje na krew przelaną w boju z caratem/kontrrewolucją/faszyzmem. Takich środowisk jest wiele. Większość społeczeństwa, jak większość widzów spektaklu, milczy. Jest i mniejszość, rozumiejąca potrzebę pokazywania również rzeczy w historii potwornych i wstydliwych. Przywracaniem pamięci ofiar czasów przeklętych zajmuje się m.in. stowarzyszenie Memoriał.
    Czy popatrzenie na traumę narodową przez pryzmat traumy osobistej pomoże zrozumieć mechanizm powstawania aparatu terroru, mechanizm akceptacji społecznej dla represji?
    Spektakl porusza, prowokuje. Tatiana Awiłowa w swoim blogu napisała: „Historię znamy, totalitaryzm, ludobójstwo zostały potępione, co do tego nie może być dwóch zdań. […] Kiedy powstaje pytanie, czy [potomkowie represjonujących] czują się współodpowiedzialni za to, co robili ludzie z ich rodziny, okazuje się, że to już nie jest takie oczywiste. Syn nie odpowiada za ojca. Usprawiedliwiają [swoich dziadków], że każdy wykonywał swoje obowiązki, że wpisywał się w swój czas i że nawet swoje dzieci składali w ofierze Molochowi świetlanej komunistycznej przyszłości, a zbrodnie popełniali bez przyjemności i nie dla korzyści. Bo byli bezinteresowni. Wszyscy rozumieli, kto jest kim, Stalina nienawidzili, ale robili swoje – więc za co ich teraz potępiać. Tylko jedna kobieta powiedziała, że nie podpisała się pod rehabilitacją swojego ojca, enkawudzisty, którzy został skazany, jak wszyscy bezsensownie, ale ucierpiał z innego powodu i to jest sprawiedliwe. Rzeczywiście, to szalenie skomplikowany problem: jak potępić zło i nie rzucić kamienia w samego człowieka”.
    Relacje konkretnych ludzi są wstrząsające. Jeszcze raz zacytuję Awiłową: „Żenia Berkowicz opowiada o swojej babce, która była tak oddana ideałom socjalizmu, że poświęciła nawet własne dzieci. Zbierała pieniądze dla głodujących dzieci Powołża, ale jej własne dziecko zmarło z głodu. Potem się okazało, że babcia miała zastępy mężczyzn, a z nimi kilkoro dzieci; porzucała je, gdy tylko zaczynały chodzić. Co to była za ofiara? Ofiara jest wtedy, kiedy poświęcasz siebie, a nie innych. Takich zamian pojęć było w „sowku” morze, na każdym kroku jakieś zakłamanie. Czyż można się dziwić, że trzecie pokolenie, wychowane z takimi przekręconymi mózgami i duszami nie potrafi odróżnić prawej ręki od lewej?”.
    Ten spektakl to ciekawy eksperyment. Dotychczas oficjalne władze Rosji ustami Dmitrija Miedwiediewa, również Władimira Putina, potępiały zbrodnie stalinizmu. Ogólnie zbrodnie. Zbrodniarzy bez twarzy, bez imienia. Ten spektakl pokazuje inną płaszczyznę problemu – od strony ludzkiej, od strony tego, jak ci ludzie funkcjonowali w społeczeństwie, w rodzinie.