Emocje związane z wprowadzeniem przez Dumę Państwową „ustawy Dimy Jakowlewa”, zabraniającej adopcji rosyjskich sierot przez Amerykanów, buszują w rosyjskiej przestrzeni publicznej od kilku tygodni. Histeryczne reakcje w Rosji wzbudziła ostatnio sprawa śmierci trzyletniego Maksima Kuzmina, który wychowywał się wraz z bratem Kiriłłem w Teksasie. Rosyjski rzecznik praw dziecka Paweł Astachow, zanim ktokolwiek zdołał cokolwiek ustalić i wyjaśnić, oskarżył amerykańskich rodziców o umyślne spowodowanie śmierci Maksima. Na jakiej podstawie? Nie bardzo wiadomo, ale ostra reakcja Astachowa zrobiła swoje: w oficjalnych rosyjskich mediach rozbrzmiał chór głosów domagających się wprowadzenia pełnego zakazu zagranicznych adopcji oraz zawrócenia do Rosji wszystkich sierot adoptowanych przez Amerykanów.
Los dzieci znowu stał się towarem w politycznej przepychance. Po stronie rosyjskiej trwa formułowanie oskarżeń pod adresem strony amerykańskiej. „Paroksyzmy nienawiści do amerykańskich rodziców zastępczych skręcają rosyjskich urzędników i prawodawców. Śmierć rosyjskiego dziecka w Teksasie to [w ich ujęciu] nie straszny wypadek, a kolejne zabójstwo. Powstaje wrażenie, że Amerykanie realizują jakiś złowróżbny plan, że ustawiają się w kolejce, by zamordować kolejne rosyjskie dziecko” – pisze Władimir Abarinow w „Graniach”. Podsycanie nienawiści do „Amierikosów-Pindosów” stanowi dziś ważny element rozbujanego rosyjskiego pejzażu. Trafia na podatny grunt: nic tak skutecznie nie organizuje zgodności opinii publicznej, jak dobrze znany wspólny wróg zewnętrzny.
Na wczorajszej specjalnej konferencji prasowej przedstawiciele miejscowych władz i prokurator okręgowy ze stanu Teksas oświadczyli, że Maksim Kuzmin zmarł na skutek nieszczęśliwego wypadku. Czy Paweł Astachow wycofa wobec tego swoje oskarżenia, przeprosi za pospieszne, nieuzasadnione oskarżenia? Nie zanosi się na to: zapowiedział, że rosyjskie władze powinny zażądać od strony amerykańskiej pełnej dokumentacji związanej ze sprawą. Wcześniej 28 lutego oświadczył, że nie ma zamiaru podawać się do dymisji, bowiem dobrze wywiązuje się ze swoich obowiązków, a jego dymisji domagają się pedofile, bo on z nimi skutecznie walczy.
Paweł Astachow faktycznie walczy. Ostro i nie licząc się z niczym. Udzielił np. zdecydowanego wsparcia biologicznej matce chłopców, adoptowanych przez rodzinę w Teksasie. Julia Kuzmina została pozbawiona praw rodzicielskich z powodu notorycznego zaniedbywania dzieci i pijaństwa. Paweł Astachow odnalazł ją zagubioną gdzieś w obwodzie pskowskim, umył, uczesał, przyodział i zaprosił do studia telewizyjnego. W godzinach największej oglądalności rosyjscy widzowie programu pierwszego mogli obejrzeć przykładną, pełną skruchy matkę, przysięgającą, że rzuciła alkohol, ma pracę i będzie się opiekować młodszym synem, którego chce ściągnąć z Teksasu, „póki go tam nie zabili”. Łzy wzruszenia ciekły po policzkach publiczności zgromadzonej w studio i przed telewizorami. Niestety wola poprawy opuściła biedną kobietę już w drodze powrotnej do domu: Julia Kuzmina z towarzyszem upiła się do nieprzytomności i urządziła w pociągu pobojowisko. O tym widzowie pierwszego programu już się jednak nie dowiedzieli, bo to nie pasuje do pozytywnego obrazka matki, która chce zacząć nowe życie i opiekować się utraconym synkiem. Straszna historia.
Straszna we wszystkich aspektach. Dzieci z patologicznej rodziny (Julia Kuzmina pije od trzynastego roku życia, jej partner właśnie wyszedł z więzienia za gwałt i podpalenie staruszki) nie znajdują rodziny zastępczej w Rosji, w zeszłym roku trafiają do USA. W Rosji z pośrednictwa adopcyjnego utrzymuje się wiele agencji. Jak wynika z publikacji prasowych, wiele z nich nagina przepisy, wymusza dodatkowe opłaty, wiele bierze udział w korupcyjnym procederze. Czy dzieci są temu winne? Na pewno nie. Dzieci chcą mieć rodzinę i tyle. Jeśli to rodzina w Ameryce, to niech będzie w Ameryce. Urzędnicy zajmujący się adopcjami podkreślali, że rosyjskie rodziny nie chcą adoptować niepełnosprawnych dzieci. A Amerykanie adoptowali. Czy los dzieci poprawi się z powodu tego szumu, podnoszonego w mediach, z powodu odgórnych zmian w przepisach?
„Ustawa Dimy Jakowlewa” miała być symetryczną odpowiedzią państwa rosyjskiego na „akt Magnitskiego” (zakaz wjazdu do USA dla osób związanych ze śmiercią w areszcie śledczym audytora Siergieja Magnitskiego). Czy faktycznie się stała? Gdyby rosyjskie rodziny adoptowały amerykańskie sieroty, to można by mówić o porównaniu sytuacji, symetrycznej odpowiedzi itd. Ustawa miała pokazać moralną wyższość rosyjskiego prawodawstwa nad amerykańską hipokryzją. Czy pokazała? No, nie wiem. Pokazała i nadal pokazuje raczej patologie systemu. Pisarz Michaił Weller powiedział w rozgłośni Echo Moskwy: „O cierpieniach sierot w USA Duma zaczęła krzyczeć dopiero wtedy, kiedy [Amerykanie] przyjęli akt Magnitskiego. Publiczne opłakiwanie aktu Magnitskiego byłoby nieprzyzwoite, należało zatem znaleźć jakiś dobry powód, by szlochać i krzyczeć ze złości. I znaleziono powód – los adoptowanych przez Amerykanów dzieci. Los sierot w Rosji jest o wiele bardziej nieszczęsny. Takich tragedii w Rosji jest o wiele więcej”. A obrońca praw człowieka, członek prezydenckiej Izby Społecznej Borys Altszuler dodaje: „W 2012 roku przybyło w Rosji 83 tys. sierot. To bardzo dużo, 250 dziennie. Ile z tych dzieci trafi do rodzin krewnych? Dziesięć procent. Tylko dziesięć procent. To statystyczne zero. To znaczy, że w Rosji nikt się nie zajmuje pracą z rodzinami. W USA, we Francji do rodzin krewnych z domów dziecka powraca 70 procent dzieci”.
Ale w poszukiwaniu argumentów na rzecz „ustawy Dimy Jakowlewa” takie dane się nie przydają, więc się o nich głośno nie mówi. Szerokiej publiczności powtarza się: „Nie damy skrzywdzić naszych dzieci. Odbierzemy nasze dzieci i zawrócimy je do Rosji. Już nigdy żadne rosyjskie dziecko nie zginie na obczyźnie”. I to zyskuje poklask. Nikt nie pyta, jak ta demagogia ma się do życia.
Kategoria: Bez kategorii
-
Krucjata dziecięca
-
To on, Ediczka
Właśnie skończył siedemdziesiąt lat. Nadal czuje się młody, pełen werwy i pomysłów na dobre urządzenie kraju. Eduard Limonow, perwersyjny literat i niespełniony wódz rewolty, głosi konieczność obalenia złodziejskiego reżimu i odbudowy wielkiego imperium, przed którym miałby drżeć ze strachu cały świat, któremu miałyby lizać sołdackie buciory podbite karły. Plwa z wysokości na zachodnią cywilizację. Na sztandarach wypisuje hasła rewolucyjnej lewicy: sprawiedliwości społecznej, chleba, pracy. W jego imperium ma być jednocześnie czerwono i brunatnie. „Wszystko zabrać i podzielić na nowo” – to hasło dnia. Rzucając się z jednej skrajności w drugą, deklaruje, że pozostaje wierny swoim ideałom i że tylko on potrafi połączyć sobą te skrajności. Ponadto zachowuje monopol na rację, własną rację: jednako gromi i Putina, „człowieka o leniwym i powolnym myśleniu” (choć tego ostatnio coraz słabiej), i żałosne środowisko pozbawionych ikry inteligencików z opozycji. Bo w ogóle nienawiść do inteligencji i burżuazji, tych wszystkich ludzi, którym się cokolwiek w życiu udało, Limonow ma w swojej proletariackiej krwi zrodzonej w nędznym charkowskim osiedlu. Bez wdzięku pozuje na jedynego sprawiedliwego w politycznej Sodomie współczesnej Rosji. Nieodmiennie upaja się tym, że zadziera z całym światem. Prowokuje i drażni – z całą premedytacją pokazując, że jest draniem, bo tak lubi. A jak się to komuś nie podoba, to on ma to w głębokim poważaniu.
Z doświadczeń wyniesionych z poniewierki w Ameryce w latach osiemdziesiątych napisał świetną książkę, „To ja, Ediczka”, pulsującą nienasyceniem, żądzą odniesienia sukcesu, odegrania się na sytych mieszczuchach, chęcią zniszczenia poukładanego zachodniego świata i jednocześnie tęsknotą do tego ichniego lepszego życia. Potem uwiódł na chwilę francuską bohemę, która zakochała się w jego bezkompromisowości i chamskim sposobie formułowania prostackich myśli. Stracił pozycję pieszczoszka paryskich salonów, gdy podczas wojny w Jugosławii pojechał tam i bawił się zapachem krwi.
Wrócił do Rosji, założył kontrowersyjną partię Narodowo-Bolszewicka Partia Rosji, wzywał do zaprowadzenia porządku, pozbycia się uzurpatorów, okradających naród, hołubił pamięć Stalina. Partia działała nielegalnie. Limonow poszedł siedzieć (za nielegalne posiadanie broni). W więzieniu przechodził resocjalizację, w ramach działalności artystycznej śpiewał w więziennym chórze. Po wyjściu na wolność intensywnie szukał miejsca dla siebie na politycznym Olimpie, bez specjalnych sukcesów. Założył którąś z kolei rodzinę, z dumą mówi o kilkuletnich dzieciach, które mu się w tym związku urodziły.
Ostatnimi czasy flirtował nawet chwilowo z inteligentami z antyputinowskiej opozycji, z Garrim Kasparowem wspólnie szedł na barykady w ramach „Strategii-31” (obrony prawa do zgromadzeń). Ale w zeszłym roku ich drogi się rozeszły: inteligenci poszli swoją drogą na plac Błotny, a Limonow swoim zwyczajem się na nich obraził (bo go ze sobą nie zabrali). Teraz wszędzie gdzie może wiesza na liberałach i innych opozycyjnych swołoczach wyleniałe psy swoich inwektyw. Wiesza je między innymi na łamach prokremlowskiej gazety „Izwiestia”. Mówi, że będzie obrzucał swoimi „limonkami”, jak nazywa jadowite felietony, działaczy opozycji. Ostatnio rzucał nie tylko „limonkami”, bo na lidera lewaków, Siergieja Udalcowa rzucił się z pięściami.
W okolicznościowym wywiadzie dla internetowego portalu „Lenta.ru” oznajmił, że teraz dla odmiany chciałby być ajatollahem. Ale takim kierującym się leninowskimi zasadami. Ciekawe połączenie. Tylko czy to ma sens? -
Parada blagierów
Nad rosyjskim Olimpem politycznym przechodzą ostatnio dziwne burze. Słowo plagiat odmieniane jest przez wszystkie przypadki.
Jeden z najaktywniejszych ostatnimi czasy deputowanych z ramienia Sprawiedliwej Rosji Ilja Ponomariow wytoczył przeciwko liderowi Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji Władimirowi Żyrinowskiemu ciężką armatę. Wystąpił z wnioskiem do prokuratora generalnego o sprawdzenie okoliczności towarzyszących przyznaniu Żyrinowskiemu w 1998 r. tytułu doktora nauk filozoficznych (odpowiednik polskiego doktora habilitowanego). Zdaniem Ponomariowa, praca Żyrinowskiego „Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość narodu rosyjskiego” nie jest pracą naukową, a luźnym zbiorem materiałów o charakterze publicystycznym, 80-stronicowym konspektem niespełniającym wymogów pracy habilitacyjnej. Ponomariow przypomniał, że prawie połowa członków rady ekspertów komisji przyznającej tytuły naukowe wydziałów socjologii i politologii Moskiewskiego Uniwersytetu Państwowego opuściła wtedy komisję na znak protestu przeciwko obdarzeniu Władimira Wolfowicza wysokim tytułem naukowym. Dociekliwy deputowany wskazał na bliskie osobiste kontakty Żyrinowskiego z dziekanem socjologii. Tym członkom komisji, którzy nie odmówili współpracy, obiecano pono po 5 tys. dolarów. Ponomariow wyraził w swoim piśmie skierowanym na ręce prokuratora nadzieję, że organy wyjaśnią te zarzuty i pociągną do odpowiedzialności winnych – korumpujących i skorumpowanych.
Żyrinowski pluł i krzyczał, jak to ma w zwyczaju. Och, jego dokonaniami naukowymi można by obdzielić pułk naukowców, tyle ma do powiedzenia w każdej dziedzinie. I uczciwy jest, uczciwy do szpiku kości.
To nie pierwsza jaskółka afer związanych z jakością i autentycznością prac naukowych, jaka krąży nad głowami polityków i urzędników. Kilka dni wcześniej wypłynęły wątpliwości co do autorstwa pracy habilitacyjnej przybranego syna Żyrinowskiego, wiceprzewodniczącego Dumy Państwowej Igora Lebiediewa. „To ordynarne copy-paste. Oto, czym jest praca doktorska Lebiediewa” – napisał jeden z blogerów śledzących sprawę plagiatów. I dalej: „Praca „Ewolucja podstaw ideologicznych i strategii partii politycznych w Federacji Rosyjskiej w latach 1992-2003”, za którą Lebiediew otrzymał stopień doktora nauk historycznych, została spisana z obronionej dwa lata wcześniej dysertacji politologa Michaiła Korniewa”.
Nad zagadnieniem „doktorów copy-paste” pochylił się ostatnio nawet jak zwykle troskliwie premier Dmitrij Miedwiediew, stwierdził, że kampania mająca na celu ujawnienie plagiatów zasługuje na poparcie.
Kolejny łże-doktor z ław poselskich, któremu wyciągnięto plagiat, to deputowany Riszad Abubakirow z ramienia krystalicznie czystej pod każdym względem partii Jedna Rosja. Do swojej pracy habilitacyjnej „włączył 97 stron z pracy doktorskiej innego naukowca, obronionej pięć lat wcześniej. Ukradł nie tylko tezy, ale po prostu cały tekst: kropka w kropkę, przecinek w przecinek, nawias w nawias. Bez żadnych wariacji na temat” – napisała „Nowaja Gazieta”. „Nie mam zwyczaju spisywania – odpierał zarzuty w programie telewizyjnym prawdomówny Abubakirow. – Oskarżenie o plagiat jest całkowicie bezpodstawne”. Czysty żywy Bareja: Ta pani przyszła w tym kożuszku i w nim wychodzi. Ciekawe jest to, że doktorant, z którego pracy tak obficie skorzystał deputowany z Jednej Rosji, nie protestuje, nie pisze nigdzie listów z prośbą o wykazanie jego krzywdy, o ukaranie plagiatora. Nawet indagowany przez dziennikarzy nie chce o tym rozmawiać.
Kolejny akord w symfonii plagiatów to głośna sprawa Andrieja Andrijanowa. Młody putinowiec, członek Jednej Rosji, został kilka dni temu w świetle kamer pozbawiony tytułu doktora za plagiat. Zaraz potem wypłynęła sprawa nieuprawnionych zapożyczeń w pracy Władlena Kralina, bardziej znanego jako Władimir Tor, przywódcy rosyjskich nacjonalistów. A to zapewne tylko wierzchołek góry lodowej.
„Ludzie, którzy mają jakikolwiek związek z nauką i uczelniami, doskonale wiedzą o tym, jaki zakres ma zjawisko pisania prac doktorskich i habilitacyjnych na zamówienie – pisze Borys Żukow w internetowym portalu „Jeżedniewnyj Żurnał”. – Rosyjska wyszukiwarka Yandex na pytanie „praca doktorska na zamówienie” wyrzuca siedem milionów linków. […] Sprawa Andrijanowa pokazała, że chodzi już nie tylko o pojedyncze przypadki łamania prawa, ale że jest to świetnie funkcjonujący system, przyznający lipne tytuły na podstawie lipnych prac. […] To część imperium falsyfikacji. W Rosji falsyfikuje się wszystko: od wyników wyborów przez dziennikarskie śledztwa po cudowne znaleziska na dnie morza antycznych amfor. Cała putinowska epoka to jedna wielka imitacja”.
Opozycyjne media przypominają na marginesie, że kilka lat temu wątpliwości były również w odniesieniu do dysertacji Władimira Putina. Brytyjska „The Sunday Times” pisała w 2006 r., że obroniona w 1997 r. w petersburskim instytucie górnictwa praca Putina zawiera całe fragmenty z pracy amerykańskich ekonomistów Davida Clelanda i Williama Kinga z 1978 r. -
To nie deszcz
„Rano, zaraz po godzinie dziewiątej, zimowy półmrok rozjaśnił się nagle. Jak gdybyśmy przenieśli się w środek słonecznego lipcowego dnia. To trwało kilka sekund. Wyjrzałam przez okno. Zobaczyłam smugę na niebie. Pomyślałam: jakie to dziwne. Czy jeszcze ktoś to widział oprócz mnie? I nagle w pobliżu domu coś upadło. Okna otworzyły się, zdmuchnęło wszystko z parapetów. Cały dom trząsł się w posadach” – to relacja Ałły Jeriomiczewej z Czelabińska, na który spadły dziś obiekty z kosmosu.
„Według naszych ocen to nie deszcz meteorów, a upadek bolidu. Rozmiar ciała wynosił kilka metrów, masa – około dziesięciu ton, energia – kilka kiloton. Bolid wszedł w atmosferę z prędkością 15-20 km/sek, rozpadł się na wysokości 30-50 km, fragmenty poruszały się z wielką prędkością, co wywołało efekty świetlne i silną falę uderzeniową. Większa część bolidu uległa spaleniu, pozostałe kawałki mogły spaść na ziemię w postaci meteorytów” – tyle wstępny komunikat Rosyjskiej Akademii Nauk, przekazany agencji ITAR-TASS. „Płonąca kula leciała z południowego wschodu na północny zachód. […] To nie był deszcz meteorytów, tylko bolid, czyli wielki meteor, który rozerwał się przy wchodzeniu do atmosfery ziemskiej. Były trzy wybuchy, pierwszy był najsilniejszy. Deszcz meteorytów jest niegroźny, natomiast odłamki tego bolidu były duże, dlatego poraniły ludzi, przyczyniły strat” – dodaje Siergiej Zacharow z Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego.
Według ostatnich danych, W Czelabińsku i innych uralskich miastach i miejscowościach poszkodowanych jest ponad 1200 osób. Kilkadziesiąt osób hospitalizowano. W Czelabińsku wiele budynków jest uszkodzonych, rozbitych jest 170 tysięcy metrów kwadratowych szyb. Na Uralu jest teraz -18 stopni, szklić trzeba natychmiast. Zamknięto szkoły, przedszkola i wiele innych instytucji. Prezydent Putin zwołał naradę na Kremlu, nakazał udzielenie pomocy poszkodowanym.
Europejska Agencja Kosmiczna poinformowała, że jej aparaturze udało się zarejestrować ślad bolidu przy wchodzeniu do atmosfery. W mediach mnożą się spekulacje, czy można było przewidzieć upadek tak dużego ciała. Akademik Aleksandr Żelezniakow z Rosyjskiej Akademii Kosmonautyki twierdzi, że uczeni dysponują systemami, które pozwalają obserwować przestrzeń kosmiczną. Te aparaty są w stanie wychwycić wielkie ciała. „Natomiast to, co dzisiaj spadło w Czelabińsku, i wychwycić, i zarejestrować, i jeszcze przewidzieć – to było niemożliwe. To było zbyt małe ciało, aparatura tak małych ciał nie jest w stanie zarejestrować. Takie ciała pojawiają się nagle, nagle wchodzą w atmosferę, nagle wybuchają. Z takimi zjawiskami mamy do czynienia regularnie. To nie było unikatowe zjawisko, choć takie rzeczy zdarzają się dość rzadko. Większość podobnych bolidów spada do oceanu. Nie sądzę, by teraz takie zjawiska miały się zdarzać częściej. […] Najwięcej takich zjawisk miało miejsce na początku istnienia Układu Słonecznego – wtedy w kosmosie było dużo śmieci. Ale z biegiem czasu układ się oczyścił. Podobne incydenty oczywiście będą się powtarzać, ale niezbyt często”.
Niezbyt często, ale jednak się zdarzają. W 2002 roku w obwodzie irkuckim spadł meteoryt, nazwany potem witimskim. Spowodował zniszczenia i pożar lasu, ofiar w ludziach nie było, meteoryt uderzył w bezludnym miejscu. W 1947 roku w ussuryjskiej tajdze spadł meteoryt o wadze kilkudziesięciu ton, samych fragmentów, na jakie rozprysnął się bolid, zebrano 27 ton, a przecież nie znaleziono wszystkich. Wszyscy wspominają też dzisiaj słynny meteoryt tunguski, który w 1908 roku uderzył w bezludną tajgę i zmiótł wszystko w promieniu czterdziestu kilometrów.
Sprawy niebieskie poruszyły głęboko tych, którzy chodzą po ziemi. „Szum wokół uderzenia meteorytów w Czelabińsku był w pierwszych godzinach po incydencie tak ogromny, że rosyjska opinia publiczna gotowa była dać wiarę każdej informacji na ten temat. Tym bardziej że początkowo oficjalne informacje były skąpe i sprzeczne” – odnotowuje portal Newsru.com. Nie było przecież wiadomo, co to było. Ludzie podejrzewali, że to katastrofa samolotu, atak terrorystyczny, lądowanie kosmitów, wybuch w magazynach wojskowych. Z zamieszania skorzystali internetowi chuligani, którzy zamieścili zdjęcia z domniemanego miejsca upadku największego fragmentu bolida. Rolę strasznego meteorytu zagrał m.in. turkmeński krater Darwaza, znany jako Bramy Piekieł. Krater, będący fragmentem wielkiego złoża gazu, faktycznie wygląda jak lej po uderzeniu meteorytu, tym bardziej że ogarnięty jest płomieniem. Ale o takich zjawiskach nie mogło być mowy tym razem. Zwraca natomiast uwagę to, że ludzie poszukiwali na własną rękę wiadomości, nie dowierzając temu, co mówią oficjalne czynniki.
Falę goryczy i niezadowolenia wywołały np. komunikaty Ministerstwa ds. Sytuacji Nadzwyczajnych, które twierdziło, że rozsyłało do ludności smsy z zawiadomieniem o możliwym uderzeniu obiektu. „Ta wierutne kłamstwo” – pisali czelabińscy blogerzy, co jeszcze bardziej podgrzewało atmosferę.
Rosyjski internet poruszony „czelabińskim armagedonem” komentuje i smakuje niezwykłe wydarzenie. Oryginalnym podejściem popisał się znany z błazeńskich wypowiedzi Władimir Żyrinowski, szef zasiadającej w parlamencie partii LDPR. Jego zdaniem, wcale nie jest powiedziane, że kosmiczne odpadki spadły same z siebie na Ural. Nie można wykluczyć, że to Amerykanie spowodowali, że bolid uderzył w Czelabińsk – miałaby to być mianowicie próba z amerykańską bronią kosmiczną. „Dlaczego wybrali Ural? Bo tam jest dużo obiektów wojskowych, zakładów, można na tym terenie przećwiczyć uderzenie na jakieś zakłady chemiczne, elektrownie wodne”. Te amerykańskie podchody jakoby są związane z planowanymi na przyszły tydzień rozmowami z nowym amerykańskim sekretarzem stanu. Teorie spiskowe zawsze się dobrze sprzedawały.
Nie brakuje też takich, którzy stroją sobie żarciki: pojawiły się np. opowiastki o tym, jakie straszne przeżycia towarzyszyły mieszkańcom meteorytu, którzy zbliżając się do ziemi zobaczyli pod sobą Czelabińsk i włosy stanęły im dęba. Jeden z blogujących reżyserów, zastanawiał się, czy Siergiej Michałkow zechce nakręcić film „Spaleni armagedonem”.
Odznaczył się też premier Miedwiediew. Przyleciał dziś na forum w Krasnojarsku i zabrał głos w sprawie Czelabińska: „Dziś nad obwodem czelabińskim i w kilku innych miejscach spadł deszcz meteorów. To jeszcze jeden symbol naszego forum. […] Nic poważnego się nie stało”. Komentator Aleksandr Minkin podsumował: „Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki wielkiemu meteorytowi dowiedzieliśmy się, że nasz premier intelektualnie się rozwija. […] To, że kilkaset osób zostało rannych, a wszyscy mieszkańcy przeżyli koszmar, to dla premiera nic takiego”.
Tu można obejrzeć zdjęcia z Czelabińska: http://www.echo.msk.ru/blog/echomsk/1012336-echo/ -
Zwyczajny piechting
Język rosyjski zyskał nowe słowo: „piechting”. Zostało utworzone od nazwiska Piechtin w związku z głośną sprawą praktyki nabywania nieruchomości za granicą przez członków rosyjskiego establishmentu.
Wokół zagranicznych nieruchomości rosyjskich polityków ze świecznika znowu zrobiło się głośno. Znowu, bo po raz kolejny wypływa za sprawą publikacji w internecie skandal związany z posiadaniem nieruchomości przez zobowiązanych niczym franciszkanie do cnoty ubóstwa rosyjskich urzędników i parlamentarzystów. Znowu, bo prawo do posiadania lub nieposiadania takich zagranicznych dóbr jest przedmiotem targów na szczytach władzy. W grudniu w orędziu do obu Zgromadzenia Parlamentarnego prezydent Putin zapowiedział, że należy się przyjrzeć zagranicznym majątkom rosyjskich polityków. Dwa dni temu do Dumy został wniesiony prezydencki projekt ustawy zakazującej posiadania pewnym kategoriom urzędników państwowych (a także ich małżonkom i nieletnim dzieciom) kont w zagranicznych bankach i nabywania zagranicznych papierów wartościowych. W projekcie dopuszcza się natomiast możliwość posiadania przez urzędników zagranicznych nieruchomości pod warunkiem zgłoszenia ich w deklaracjach majątkowych. W notatce dotyczącej kremlowskiego projektu czytamy: „Zakaz ten wprowadzany jest w celu zapewnienia bezpieczeństwa państwa, uporządkowania działalności lobbystycznej, zwiększenia inwestowanych środków w gospodarkę narodową i podniesienia efektywności korupcji”. Na uporządkowanie swoich spraw za granicą urzędnicy i deputowani mają trzy miesiące.
To kolejny sygnał Putina pod adresem rozpasanej biurokracji: przegięliście. Skala dozwolonej klasie rządzącej korupcji najwidoczniej stała się tak duża, że wyszła spod kontroli szefa. I szef chce przywołać „chłopaków” do porządku, by kontrolę odzyskać. Ustawa zakazująca trzymania pieniędzy „zgromadzonych wysiłkiem ponad siły”, jak drwi rosyjski internet, w zagranicznych bankach to 433 poważne ostrzeżenie. Czy efektywne? Zobaczymy. Na razie widać, że Kreml nie może się zdecydować, czy przyciskać kradnących państwowe pieniądze urzędników czy traktować ich łagodnie. Brak konsekwencji nie wróży zbyt dobrze, jak pisze w portalu Slon.ru Olga Pawlikowa. „Prezydencki mechanizm kontroli jest zbyt niekonsekwentny i zbyt mało transparentny, by przy jego pomocy stworzyć formację patriotycznie nastrojonej elity [mającej konta i nieruchomości w Rosji]. Opracowany przez samych deputowanych projekt ustawy zakazującej posiadania nieruchomości za granicą, wniesiony jeszcze w 2012 roku, zakładał, że takiej możliwości jak kupowanie nieruchomości nie będzie, tymczasem w projekcie prezydenckim figuruje zapis, że nieruchomości mieć można, tylko trzeba je deklarować i tłumaczyć źródło środków, za które się je kupiło. A zatem jeżeli rosyjski deputowany nie będzie mógł mieć konta za granicą, to będzie lokował w zagraniczne nieruchomości. […] Poza tym może te nieruchomości przepisać na pełnoletnie dzieci lub rodziców”. A poza tym – kto będzie ich ścigał i wyjaśniał, za co sobie coś kupili poza granicami matuszki Rosji? To może być narzędzie wybiórczej sprawiedliwości w rękach Kremla, ale nie będzie oznaczało społecznej kontroli nad klasa polityczną.
Tymczasem od dwóch dni trwa wałkowanie smakowitej sprawy apartamentów Piechtina. Bloger, opozycjonista, twórca portalu Rospil, tropiącego przypadki korupcji na szczytach władzy, Aleksiej Nawalny zamieścił na blogu dokumenty świadczące o tym, że szef parlamentarnej komisji etyki (tak, etyki) Władimir Piechtin z partii Jedna Rosja jest właścicielem luksusowych apartamentów w Miami. Wartość tych rozkoszy – ok. 2 mln dolarów.
Po publikacji zagotowało się. Przewodniczący etycznej komisji Piechtin w wywiadzie dla gazety „Izwiestia” powiedział: „Praktycznie nie mam zagranicznych nieruchomości”. „Co to znaczy praktycznie nie mam? Tak czy nie?” – dopytywała gazeta. „Nie, nie mam żadnych nieruchomości za granicą” – oświadczył. Następnie napisał wniosek o zawieszenie go w funkcji przewodniczącego komisji Dumy ds. etyki na czas wyjaśnienia sprawy. Etyczny deputowany. Tłumaczył, że syn Aleksiej uczył się w USA. „Myślę, że on ma tam nieruchomości” – wydukał. Hm, myśli. Widocznie panowie Piechtinowie nie rozmawiają ze sobą. W każdym razie nie o takich drobiazgach jak śliczne nieruchomości w USA. Chociaż o ważnych sprawach wagi państwowej chyba rozmawiać powinni: Aleksiej Piechtin był oficjalnie doradcą deputowanego Władimira Piechtina. Krocie muszą zarabiać doradcy w Dumie, skoro szastają forsą w drogich kurortach na amerykańskim wybrzeżu. Według Piechtina seniora, 35-letni dziś Piechtin junior wyjechał do Stanów po nauki w 1998 roku, a teraz jest biznesmenem, ale mieszka w Rosji. Dokumenty na temat praw własności Piechtinów do ładnych mieszkanek z otwartych źródeł amerykańskich można obejrzeć tu: http://navalny.livejournal.com/771665.html
Piechtin nie po raz pierwszy okazał się wielkim miłośnikiem nieruchomości. I to nieruchomości tajnych – jesienią wypłynęła sprawa posiadania przez niego nieruchomości pod Petersburgiem, których również nie wykazał w deklaracji majątkowej. Piechtin jest deputowanym od 1999 roku, a zatem od kilkunastu lat nie ma prawa zajmować się działalnością komercyjną. W deklaracjach o dochodach wykazywał przeciętny dochód 2 mln rubli rocznie. „Nasz bohater od 1999 r. pracuje jako deputowany, je, pije i ubiera się, zajmować się biznesem nie może, a jednocześnie jest właścicielem kilku nieruchomości w kraju. Skąd się wzięły majętności Piechtina? Jak to w Jednej Rosji bywa – jakoś same z siebie się wzięły. A zadawać niewygodne pytania na temat cudzych spraw – och, to nieetyczne. Uczcie się od Piechtina” – drwi Aleksiej Nawalny.
Inny znany bloger Anton Nosik powątpiewa, czy „parteigenossen” z partii oszustów i złodziei dobiorą się koledze Piechtinowi do skóry. „Teoretycznie sprawdzeniem zamorskich posiadłości Piechtina powinien się zająć szef komisji ds. dochodów Nikołaj Kowalow, też deputowany od roku 1999 i też członek Jednej Rosji. Kowalow już oświadczył, że jeżeli otrzyma polecenie partii, to jego komisja sprawdzi dochody współtowarzysza, ale pod warunkiem że te dokumenty „zostaną dostarczone w odpowiedni sposób”. […] Zgodnie z amerykańskim prawem informacje o umowach dotyczących nieruchomości znajdują się w otwartym dostępie. Wszystko, co powinien zrobić Kowalow, to wziąć te dane i porównać z deklaracjami majątkowymi Piechtina. […] Ale Kowalow woli poczekać, aż dokumentom wyrosną nogi i dokumenty same siebie dostarczą do Dumy odpowiednim sposobem. Bo jak się nie dostarczą, to trudno – nic nie będzie można na to poradzić”. Sam Kowalow w wypowiedzi dla Publicpost powiedział, że nawet gdyby zarzuty posiadania niezadeklarowanej nieruchomości w USA potwierdziły się, to Piechtinowi grozi za to jedynie nagana oraz opublikowanie informacji o tym, że deklaracje nie zgadzają się z rzeczywistością.