Kategoria: Bez kategorii

  • Wpadka trzeciego sekretarza

    Karramba. Tajemniczy Don Pedro, szpieg z Krainy Deszczowców wpadł wczoraj w Moskwie w sprawne ręce rosyjskiego kontrwywiadu. Szpieg posługujący się dla zmylenia wroga legitymacją trzeciego sekretarza ambasady USA na nazwisko Ryan Christopher Fogle próbował ponoć nakłonić do współpracy z Deszczowcami pewnego funkcjonariusza rosyjskich organów, który z kolei miał jakoby udawać opozycjonistę.
    W pozyskaniu nowego współpracownika szpieg wspomagał się: kompasem (zapewne miał go po to, by się nie zgubić w drodze do Krainy Mypingów), planem Moskwy (w tym samym celu), dwiema peruczkami: blond i czarną (może nie wiedział, czy potencjalny agent woli blondynów czy brunetów, to duże niedopatrzenie ze strony beztroskiej CIA, że tego zawczasu nie ustaliła), trzy pary okularów słonecznych (szczególnie przydatnych nocą, gdy został zatrzymany), latarką, scyzorykiem i starym telefonem komórkowym. Chyba po drodze na spotkanie z werbowanym funkcjonariuszem wpadł na chwilę do muzeum szpiegostwa.
    Wedle enuncjacji rosyjskich mediów, Don Pedro roztaczał – zresztą na piśmie, po rosyjsku, żeby nie było żadnej ściemy – wizje pokaźnego dofinansowania działalności ewentualnego agenta. Naiwny list w całości można przeczytać w Internecie: Kraina Deszczowców obiecała za „przekazanie, na wskazany adres na Gmailu, pożądanych informacji” okrągły milion dolarów (adresu na Gmailu wszelako nie wskazano). Czego miałyby dotyczyć tak drogocenne informacje – nie wiadomo. W każdym razie w liście o tym ani słowa.
    Transmisję z zatrzymania tajemniczego Don Pedro angielskojęzyczna stacja telewizyjna Russia Today, finansowana przez Kreml, nadała szybko i sprawnie, informując o wszystkich detalach. Emisja szpiegowskiej telenoweli zbiegła się w czasie z rozpoczęciem przez ambasadora USA w Moskwie Michaela McFaula sesji „AskMcFaul” za pośrednictwem Twittera. Dziś ambasador rutynowo wylądował na dywaniku w rosyjskim MSZ, by się wytłumaczyć z działalności szpiega pod płaszczykiem dyplomaty.
    Dziś podano do wiadomości, że w styczniu tego roku Federalna Służba Bezpieczeństwa już zdemaskowała jednego amerykańskiego dyplomatę (który też zresztą, jak Fogle, był trzecim sekretarzem). Bez hałasu został on wydalony z kraju. Tym razem wokół zatrzymania amerykańskiego agenta urządzono „Teatrzyk Zielone Oko”.
    Na linii Moskwa-Waszyngton dzieją się teraz ważne sprawy. Sekretarz stanu w przeddzień Dnia Zwycięstwa przybył z przymilną wizytą. Moskwa zachowuje kamienną twarz pokerzysty, stawia swoje warunki (m.in. wyciszenia krytyki stanu swobód obywatelskich w Rosji). Amerykańskiej administracji najwyraźniej zależy na utrzymaniu osiągnięć resetu z pierwszej prezydentury Baracka Obamy. Na porządku dziennym stoi teraz sprawa Syrii. Przychylność Rosji w tej rozgrywce byłaby wielce pożądana. Ale ta przychylność ma swoją cenę. Czas pokaże, jak wypadły targi.
    Nic nie jest oczywiste. Ujawnienie dziwnego szpiega w dwóch peruczkach jest kolejnym akordem w tej pełnej kakofonii kompozycji.

  • Koniec suwerennej demokracji

    Autor terminu „suwerenna demokracja”, określającego specyficzny system polityczny panujący w Rosji pod rządami Putina, w którym przymiotnik był ważniejszy od rzeczownika. Mistrz zakulisowych kremlowskich gierek epoki „środkowego Putina”, demiurg wewnętrznej polityki, szara eminencja z ambicjami, ideolog naszej małej stabilizacji, wicepremier Władisław Surkow. Jeszcze wczoraj cytowałam fragmenty jego płomiennego wystąpienia w Londynie, w którym wychwalał brutalne zwycięstwo Putina nad niezborną opozycją. Ale to było wczoraj, bo już dziś Surkow napisał podanie o zwolnienie z zajmowanego w rządzie stanowiska „na własną prośbę”. Powiadają, że pozwolono mu na taką łagodną formę odejścia (a nie wyrzucenie za drzwi z wilczym biletem) za zasługi. Moskwa huczy od plotek, a portale internetowe urywają się od interpretacji. „Stabilizacja pożera własne dzieci” – głosi jeden z tytułów w internetowych gazetach.
    Co się stało, że jeden z najważniejszych ludzi na politycznym Olimpie stracił pozycję?
    Bezpośrednim powodem dymisji zapewne stał się (nagłaśniany zresztą od kilku dni przez media) jego konflikt z Komitetem Śledczym, który prześwietla dokumenty związane ze słynnym centrum Skołkowo pod Moskwą. Surkow publicznie oznajmił, że nie należy się spieszyć z rzucaniem cienia na Skołkowo i zaręczył, że to „jeden z najczystszych projektów”: „W Rosji mówi się, że ryba psuje się od głowy. Głowa naszej ryby nie jest zgniła, a i reszta jest o wiele czystsza niż w innych projektach realizowanych w Rosji”. To wystarczyło, by Komitet Śledczy się odwinął – Surkowowi (na łamach posłusznego dziennika „Izwiestia”) odpowiedział rzecznik Komitetu Śledczego, Władimir Markin, oskarżył go o „kryszowanie” swoich pupilków ze Skołkowa, nieuczciwie zarabiających krocie. „Nie komentuję grafomanii” – odpalił Surkow. Czy ta niezbyt wykwintna pierepałka była powodem dymisji? Może raczej pretekstem. Surkow wypadł z łaski po masowych demonstracjach przełomu 2011 i 2012 roku. Został wygryziony z Kremla przez jastrzębi pod przewodem Wiaczesława Wołodina, którzy wolą mocne metody działania. W każdym razie mocniejsze niż te proponowane przez Surkowa, który preferował chytre manipulacje, misterne fałszerstwa, mydlenie oczu, a nie walenie na odlew. Surkow został obwiniony o to, że do protestu w ogóle doszło. Posada w rządzie Miedwiediewa była postrzegana jako zsyłka. Na decyzje podejmowane na Kremlu nie miał już wpływu. Ponadto tajemnicą poliszynela było, że Surkow był zwolennikiem drugiej kadencji Miedwiediewa, a nie powrotu na Kreml Putina.
    Skołkowo to ukochane dziecko Dmitrija Miedwiediewa z czasów jego prezydentury. To miało być miasto uczonych, rosyjska Dolina Krzemowa, do której miałyby ściągać z całego świata zastępy najświatlejszych umysłów w różnych dziedzin. Skołkowo to miał być filar modernizacji Rosji. Ale teraz czasy są inne. Pocieszny szyld „Modernizacja Rosji” już dawno został zdjęty w fasady, trwa w najlepsze przykręcanie śruby i duszenie resztek wolności obywatelskich. Szyld „Konserwacja” rozpycha się energicznie i zajmuje coraz większą powierzchnię. Grupka „miękkich”, „subtelnych” czy jak tam jeszcze nazwać kamarylę Surkowa wyraźnie przegrywa z „twardzielami”.
    Wczoraj prezydent przed czułym okiem kamer skrytykował rząd za opieszałą realizację jego ogłoszonych przed rokiem dekretów. Miedwiediew coś bąkał pod nosem. Wielu komentatorów jest zdania, że dymisja Surkowa to ostatnie poważne ostrzeżenie dla Dmitrija Miedwiediewa. Dziennikarz Andriej Malgin pisze: „Putin już od dawna daje Miedwiediewowi do zrozumienia, żeby sam odszedł. Pocałowaliby go w oba policzki, dali Bohatera Pracy i chlebowy stolec w Gazpromie. Ale Miedwiediew nie odchodzi. Dymisja Surkowa to już nie aluzja – to coś więcej”. Może tak, może nie. Miedwiediew jest słaby, ale lojalny. Wykonał to, czego się po nim spodziewano: grzał przez cztery lata tron, a gdy go starszy kolega poprosił, grzecznie ustąpił mu miejsca. To oczywiście w zmieniającej się dynamicznie sytuacji może nie być wystarczająca gwarancją zachowania stanowiska. Zobaczymy.
    „Surkow odchodzi ze służby państwowej jako miliarder. Teraz pewnie książki będzie pisał” – zakpił w Twitterze bloger Aleksiej Nawalny. No i rzeczywiście sam Surkow oznajmił, że ma pomysł na napisanie komedii na tematy polityczne z życia wzięte. A co do miliardów, hm. Putin postanowił przetrząsnąć portfele wysokim urzędnikom, może dla Surkowa w tej sytuacji to był dobry pretekst, żeby zejść z linii strzału.
    Można też dostrzec w tej sytuacji (publiczna kłótnia dwóch wysoko postawionych urzędników) i sposobie jej rozwiązania (zdymisjonowanie jednego z nich) świadectwo, że dawne metody regulowania wewnątrzkorporacyjnych walk w obozie władzy (po cichu, bez publiczności) już nie działają. Putin jest przyzwyczajony do ręcznego sterowania i arbitralnego rozstrzygania sporów w grupie trzymającej władzę. Być może coraz więcej dziedzin wymyka mu się spod kontroli. Dyscyplinowanie, straszenie więzieniem za zarobione „pracą ponad siły” majątki, zakaz posiadania zagranicznych kont, na których spokojnie osiadała renta korupcyjna – to nie wszystkim się podoba.
    Chyba będzie się działo.

  • Potargana biała wstążka

    Tym razem OMON nie pałował. Wczorajszy wiec na placu Błotnym w Moskwie zgromadził około 25 tys. uczestników (MSW mówi o 8 tysiącach, organizatorzy – o 30-50 tys.). „Mniej niż by się chciało, więcej niż się spodziewałem” – powiedział wierny idei protestu pisarz Borys Akunin, jeden z oratorów zawsze przemawiających z trybuny. Większość „białowstążkowców” w komentarzach w blogach i na Twitterze zgodnie przyznawała, że zeszłorocznego entuzjazmu już nie ma, ale powody niezadowolenia nie zniknęły. Wychodzenie na ulicę pozostaje „symbolicznym aktem zademonstrowania swej niezgody wobec reżimu w bezpośrednim sąsiedztwie Kremla” (Gazeta.ru).
    Data wiecu nie była przypadkowa: to pierwsza rocznica wielkiej akcji protestu w przeddzień inauguracji kolejnej kadencji prezydenckiej Władimira Putina. Tamta demonstracja była wyrazem niezadowolenia z powrotu Putina na Kreml, frustracji z powodu zawiedzionych nadziei na zmiany. Na skutek prowokacji (opozycja, która przeprowadziła własną analizę materiałów, twierdzi, że prowokacji dokonali nasłani kibole) doszło do przepychanek i starć z OMON-em. Zatrzymano kilkadziesiąt osób. Teraz uczestnicy tych wypadków po kolei są aresztowani i stawiani przed sądem. Dwóch otrzymało już kilkuletnie wyroki łagru (choć jeden z nich przyznał się do wszystkiego, co mu przedstawiono w akcie oskarżenia i skwapliwie współpracował ze śledztwem, najwyraźniej licząc na pobłażliwość).
    Wczoraj na demonstracji niesiono portrety „więźniów placu Błotnego”. Obrona ich praw stała się głównym hasłem protestu. „Jeszcze niedawno temat więźniów politycznych był tematem peryferyjnym – zauważa moskiewski politolog Aleksiej Makarkin. – Było to związane z przeświadczeniem wielu sympatyków opozycji, że nie wszyscy są bez grzechu (władza jest oczywiście winna bardziej, ale i na jej przeciwnikach leży część odpowiedzialności) oraz że nic strasznego się nie stanie – ot, potrzymają ich trochę w areszcie, najwyżej kilka miesięcy, a na procesie dostaną wyroki w zawieszeniu albo jakiś minimalny wymiar kary. Jednakże gorliwość prokuratorów i śledczych (którzy nie dostrzegają winy i nie pociągają do odpowiedzialności żadnego z OMON-owców, którzy tłukli ludzi 6 maja ub.r. oraz ferują surowe wyroki) i podnosząca się w kraju konserwatywna fala sprawiły, że […] iluzje prysły: kara będzie surowa. I to właśnie wywołuje emocje i sprzeciw”.
    Władza przykręca śrubę i coraz mocniej wykonuje zwrot ku wspomnianemu przez Makarkina konserwatyzmowi. Szuka poparcia u szerokich mas. Wygrzebuje z szafy, otrzepuje z naftaliny i krzyżuje tradycje sowieckie (np. przywrócenie tytułu Bohatera Pracy) i przedsowieckie (odwołanie się do Kozaków jako nosicieli prawdziwych rosyjskich wartości). Ciekawe, co się urodzi z takich krzyżówek? Wobec liderów zeszłorocznego protestu czy zatrzymanych podczas demonstracji 6 maja 2012 używa mocnego kija. Reszta ma patrzeć i odsunąć się od toru, by również nie dostać po głowie. Oficjalna propaganda od roku grzmi, że protesty były dziełem spiskowców, inspirowanych i zasilanych z zagranicy. NGO poddawane są kontroli, przykleja się im etykietkę zagranicznych agentów – a więc też ogranicza pole działalności, skoro ten sektor może sprzyjać kształtowaniu się postaw obywatelskich. Długa jest lista przyjmowanych pospiesznie ustaw zakazujących. Tu postawię kropkę, bo zakazy dotyczą tak wielu dziedzin, że przekracza to rozmiary blogowego postu.
    Zacytuję jeszcze jednego moskiewskiego politologa, niegdyś kremlowskiego guru, od dwóch lat wolnego strzelca, Gleba Pawłowskiego: „Władza zabawia się z opozycją, utrzymując ją stale w napięciu – zamkną, nie zamkną. Niebezpieczeństwo tej sytuacji polega na tym, że władza przestała się zajmować innymi sprawami. Na oczach całego kraju jak nakręcona biega z łapką na muchy. Zwykli ludzie rwą sobie włosy z głowy z powodu podniesionych opłat komunalnych, stanu medycyny, edukacji czy ekonomicznego spadku. A władza zamiast na to zareagować, serwuje im na stół Nawalnego i Udalcowa. […] Obecnie nie ma żadnych wzajemnych stosunków pomiędzy społeczeństwem i władzą. Społeczeństwo nie ma przedstawicielstwa we władzach. Duma stała się czarodziejskim tworem, które nie ma związku ani z władzą, ani ze społeczeństwem. Takie specyficzne zoo. To samo można powiedzieć o Koordynacyjnej Radzie Opozycji. […] Takiej sytuacji można życzyć tylko wrogowi. Alternatywy nie widzę. Społeczeństwo jest w apatii. Myślę, że czeka nas smutny scenariusz. I zacznie się nie od akcji ulicznych, a od jakichś ekonomicznych katastrof, choć to nie stanie się prędko. A na razie tak sobie po cichu, spokojnie gnijemy”.
    Nie podziela niepokoju Pawłowskiego (i wielu innych komentatorów) wicepremier Władisław Surkow, w przeszłości jeden z głównych urzędników Kremla i ideologów putinizmu. Podczas wystąpienia w Londynie streścił stanowisko najwyższych władz: „Czy naprawdę macie wrażenie, że po demonstracjach w grudniu 2011 roku stary system zawalił się? Nie, system pokonał opozycję. To fakt. System zaadaptował się do przejawów niezadowolenia społecznego. System zachował się twardo wobec ekstremistów. Ci, którzy uważali, że można bezkarnie bić policję, ponieśli zasłużoną karę. System jest odbiciem mentalności i duszy narodu rosyjskiego”.
    Zdjęcia z wiecu można obejrzeć m.in. tutaj: http://www.gazeta.ru/politics/photo/miting_na_bolotnoi_ploshadi.shtml

  • Putin i nieśmiertelność, część czwarta

    Reinkarnacja tybetańskiego lamy o rosyjskich korzeniach, pogromca niezliczonych filmowych niegodziwców Steven Seagal jakiś czas temu postanowił zostać osobistym przyjacielem prezydenta Putina. Gruntem do utrwalania prawdziwej męskiej przyjaźni miało być wspólne zainteresowanie przedłużaniem życia. We wspomnianym w poprzednim odcinku posłaniu do Władimira Władimirowicza z 2011 roku Seagal stwierdził, że nieprzypadkowo zwraca się do rosyjskiego przywódcy: „Wiem, jak wiele uwagi poświęca pan sprawie wydłużenia życia i aktywnie pracuje nad poszukiwaniem rozwiązań tego problemu”.
    Jednym z kanałów tych poszukiwań miałoby być wspieranie działalności stowarzyszenia „Rosja 2045”, którego Seagal jest gorącym orędownikiem. Na Youtube można obejrzeć prezentację celów Strategicznego Ruchu Społecznego „Rosja 2045” i sposobów ich realizacji (w języku rosyjskim, z napisami po angielsku). Można się z niej dowiedzieć o całym wachlarzu zagrożeń dla ludzkości, a prostym wyjściem jest: zamiast wydawać forsę na bieżączkę, lepiej ją z większym sensem wydać na badania nad nową ludzkością. Ludzkością wzmocnioną, ludzkością, która może się oprzeć wszelkim niebezpieczeństwom. Jednym słowem – na cyborgi.
    Miesięcznik „Sowierszenno Siekrietno” dwa lata temu zamieścił obszerną publikację o ludziach udatnie kręcących lody na nieśmiertelności. W publikacji znalazła się też wzmianka, że stowarzyszenie „Rosja 2045” zabiega o rządowe subsydia. Czy je otrzymało? Do tych informacji autorzy opracowania nie dotarli (można mieć wątpliwości, czy w budżecie państwa znalazła się pozycja „badania nad nieśmiertelnością”). Według nich, inicjatorzy stowarzyszenia wielkie nadzieje pokładali też w ówczesnym prezydencie Dmitriju Miedwiediewie. Jeden z nich wystosował list otwarty do Miedwiediewa, w którym proponował założenie pod Moskwą miasta nauk przyszłości, gdzie czołowi uczeni pracowaliby nad formułą wydłużania życia. Za państwowe pieniądze, ma się rozumieć. Zdaniem autorów artykułu w „Sowierszenno Siekrietno” korporacja państwowa Rosnano w 2010 r., a więc rok przed założeniem stowarzyszenia „Rosja 2045”, wydzieliła 700 mln rubli na prace nad „tabletkę przeciw starzeniu się” według metodyki profesora Władimira Skułaczowa. Metodyka opiera się na przekonaniu profesora, że genotyp człowieka jest źle zaprogramowany, wystarczy więc wprowadzić korektę, przeprogramować i człowiek będzie żyć długo i szczęśliwie co najmniej 500-700 lat. Przedtem badania Skułaczowa finansował jeden z najbogatszych rosyjskich oligarchów, Oleg Deripaska. Potem na polecenie szefa Rosnano Anatolija Czubajsa – finansowa grupa Rostok. Komentatorzy, na których powołuje się miesięcznik, nie są zdziwieni, że rosyjscy krezusi czy wysocy urzędnicy państwowi dają pieniądze na podobne badania. „Powstało coś w rodzaju zjednoczonego frontu „Rosja nieśmiertelna”. Ciekawe, ile miliardów korporacja Rosnano przekręci na tej nieśmiertelności? To fantastyczny projekt, skazany na sukces”. Cóż, chętnych, by podessać się do państwowej kasy jest mnóstwo. Nie na takie fantasmagorie „piłowano babło” w putinowskiej Rosji.
    Czy rzeczywiście na wsparcie badań nad nieśmiertelnością idą w Rosji duże pieniądze – czy to państwowe, czy prywatne? W dzisiejszym wpisie na blogu (strona Echa Moskwy – http://www.echo.msk.ru/blog/dio_genes/1066810-echo/) Roman Mamatow wyszczególnia w tabeli, kto spośród rosyjskich przedsiębiorców sponsoruje wieczne życie na Ziemi (wśród beneficjentów nie ma wszelako stowarzyszenia „Rosja 2045”, które zachowuje wielką aktywność w Internecie, pisze odezwy, listy otwarte do władz i mediów, prowadzi stronę internetową, na której zamieszcza informacje o swoich zabiegach). Mamatow przewrotnie kończy notkę tezą, że ci spośród niezadowolonych z władzy Rosjan, którzy chcą przeczekać putinowski system, robią błąd: jeśli tabletki na nieśmiertelność zostaną wynalezione w najbliższych latach, to Putin nie zejdzie ze sceny.
    Wróćmy jeszcze do wątku przyjaźni Putina z Seagalem, wywołanej dwa lata temu apelem aktora o wsparcie najwyższych władz partyjnych i państwowych dla zabiegów o sprawność i nieśmiertelność. Putin i Seagal są rówieśnikami. W 2045 roku, kiedy to stowarzyszenie „Rosja 2045” obiecuje stworzyć syntetyczne moduły wiecznego życia, stuknie im 93 lata. Ale coś ostatnio Seagal zaniechał – przynajmniej w przestrzeni publicznej – apeli o wspólną pracę nad pokonaniem starzenia się i śmierci. Kiedy w marcu tego roku ponownie utrwalał w Moskwie przyjaźń z Władimirem Putinem, otwierali razem obiekt sportowy służący zawodnikom sambo i innych sztuk walki. O nieśmiertelności ani słowa. Tym razem ani słowa. Ale przecież to wieczny temat – na pewno jeszcze powróci.

  • Putin i nieśmiertelność, część trzecia

    Alchemicy XXI wieku z werwą poszukują nowego wcielenia kamienia filozoficznego. Ze złotem pozyskiwanym z ołowiu dali sobie spokój jakiś czas temu, obecnie największą pasją jest wypracowanie metody wydłużenia ludzkiego życia, co ma być etapem prowadzącym do nieśmiertelności.
    Grupa takich alchemików w Rosji założyła w lutym 2011 roku Strategiczny Ruch Społeczny „Rosja 2045”. Na czele stanął niejaki Dmitrij Ickow, właściciel firmy Newmedia Stars, zarabiającej na internetowych gazetach. Celem ruchu jest inicjowanie i finansowanie badań naukowych nad sztucznym ciałem, wydłużeniem życia i nieśmiertelnością oraz nad stworzeniem nowej ideologii rozwoju ludzkości. Program „naukowy” ruchu obejmuje cztery etapy, końcowym akordem wysiłków ma być stworzenie do 2045 roku doskonałego cyborga – awatara (nanorobota), w którego przekształci się dzisiejszy niedoskonały człowiek. Animator ruchu alchemików Ickow zwrócił się do miliarderów, zajmujących czołowe pozycje na listach najbogatszych ludzi planety sporządzanych przez Forbesa, aby przeznaczyli wydatne datki na projekt „Awatar”. Jego zdaniem wyhodowanie sztucznego mózgu zdolnego do połączenia (wszczepienia) z ludzkim umysłem jest w zasięgu możliwości postępowej nauki. Tylko trzeba podsypać trochę grosza na prace prowadzone przez trzydziestu naukowców, wierzących w skuteczność i powodzenie projektu.
    Według informacji w rosyjskiej Wikipedii, do ruchu należy ponad osiemnaście tysięcy ludzi, w tym uczeni, pisarze, artyści. Rosjanie mają w zwyczaju mawiać: każdy po swojemu wariuje.
    Rosyjska Cerkiew uznała działalność „Rosji 2045” za sprzeczną z duchem chrześcijaństwa, państwowa komisja ds. zwalczania pseudonauki już dawno ochrypła od krytycznych wypowiedzi na temat tego projektu. Nie stanowi to dla zwolenników ruchu żadnej przeszkody – idą w swoją utopię jak w dym.
    „Rosja 2045” od początku energicznie zabiegała o przychylność władz. „New York Times” pisał nawet o osobistym zainteresowaniu Władimira Putina programem wiecznego życia. Ickow wystąpił wtedy z ostrym dementi, ale osad, jak to się mówi, pozostał. Nie wiem, czy to ten osad, czy inne względy sprawiły, że w maju 2011 roku, kilka miesięcy po powołaniu ruchu „Rosja 2045”, apel do Władimira Putina (naówczas premiera) wystosował hollywoodzki gwiazdor Steven Seagal. Aktor, będący ponoć reinkarnacją jednego z wybitnych nauczycieli tybetańskiego buddyzmu, zaapelował, by Putin też przystąpił do „Rosji 2045”, projektu „będącego wspaniałym połączeniem nauki i duchowości”. „Dzięki nowoczesnym technologiom będzie można regenerować nie tylko pojedyncze organy, ale całe fragmenty ludzkiego ciała” – agitował Stiopa Seagal, licząc najwyraźniej, że takie dictum padnie na podatny grunt.
    To był początek pięknej przyjaźni. Ale o tym – w kolejnej części nieśmiertelnego cyklu.