Działo się to 3 grudnia, późnym popołudniem, w ścisłym centrum Moskwy, w budynku przy ulicy Ochotnyj Riad, czyli w siedzibie Dumy Państwowej. A co się mianowicie działo? Przyjęto kolejną ustawę? Zapewne jakąś przyjęto – Duma teraz przyjmuje ustawę za ustawą. Ale to nie o ustawę chodzi. Czy w takim razie chodzi o merytoryczną debatę na ważny temat, poruszający społeczeństwo i elity? Nie, takich debat w Dumie nie ma od czasu, gdy przewodniczący izby Borys Gryzłow powiedział, że parlament to nie jest miejsce do dyskusji. Więc co?
Jeden deputowany z ramienia Jednej Rosji spotkał się z drugim deputowanym z ramienia Jednej Rosji. I miast ramię przy ramieniu z ramienia wspólnej partii działać w słusznej sprawie, zaczęli się banalnie bić. Zdawać by się mogło, cóż takiego – jeszcze jedna bójka w parlamencie. Po wyczynach Władimira Wolfowicza Żyrinowskiego, który nawet kobiety na sali plenarnej okładał pięściami i targał za koafiury, potyczka dwóch panów w średnim wieku to „małe miki” i nie warto na to zwracać uwagi. Niemniej zwrócono. Z co najmniej dwóch powodów. Powód pierwszy – spod marynarki jednemu z uczestników wypadł złoty pistolet. Powód drugi – powód owej bitki. Od razu nasuwa się klasyczna hipoteza: cherchez la femme. Tym razem niezupełnie, choć pamięć o wojowniczych kobietach odegrała w tej historii ważną rolę. Ale po kolei.
Musimy się cofnąć aż do roku 1819 i przenieść do czeczeńskiej wioski Dadi-jurt. Wojska dowodzone przez generała Jermołowa we wrześniu ww. roku okrążyły auł, w którym schronienie znajdowali okoliczni rozbójnicy. Czeczeni bronili się zaciekle, mimo to Jermołow dysponujący dobrze wyszkolonym i wyposażonym wojskiem zdobył wioskę, kazał ją zrównać z ziemią, wziął co najmniej 140 kobiet i dzieci do niewoli. Tyle dokumenty historyczne i wspomnienia samego Jermołowa, dalej zaczyna się legenda. Kiedy rosyjscy żołnierze przechodzili z jeńcami rzekę Terek, kobiety rzuciły się na nich i pociągnęły za sobą w spienioną głębinę, topiąc siebie i prześladowców. 14 września tego roku prezydent Czeczenii Ramzan Kadyrow w tym miejscu z wielką pompą odsłonił pomnik ku czci Czeczenek, które brawurowo zemściły się na najeźdźcach.
To był precedens – na obszarze Federacji Rosyjskiej dotychczas nie stawiano pomników tym, którzy zabijali rosyjskich żołnierzy. Tak w każdym razie napisał w interpelacji deputowany Aleksiej Żurawlow, który poprosił prokuratora generalnego o wyjaśnienie, czy Kadyrow stawiając kontrowersyjny pomnik nie dopuścił się złamania art. 282 kk, przewidującego ściganie za „rozniecanie nienawiści”. Odsłonięcie pomnika nazwał antyrosyjską akcją.
W tych samych ławach poselskich, w których zasiada deputowany Żurawlow, zasiada również deputowany Adam Delimchanow. Postać znana. I to nie tylko w Czeczenii, skąd pochodzi, ale także szerzej. Delimchanow jest bliskim krewnym Ramzana Kadyrowa (Kadyrow w jednym z wywiadów powiedział, że Delimchanow może zostać jego następcą), od 2007 r. zasiada w Dumie, obecnie zajmuje fotel przewodniczącego komitetu ds. Federacji i polityki regionalnej. W rankingu pięciuset rosyjskich miliarderów zajął (w roku 2011) 314. pozycję.
W czasie pierwszej wojny czeczeńskiej był kierowcą jednego z najbardziej znanych dowódców polowych, Salmana Radujewa. Po drugiej wojnie zalegalizował się, służył „przy Kadyrowie” jako jeden z jego zaufanych ochroniarzy, potem dowodził tzw. naftowym pułkiem (ochrona obiektów petrochemicznych), w 2006 r. został wicepremierem w rządzie Czeczenii ds. resortów siłowych. Przypisuje mu się dowodzenie akcją, podczas której na ulicy Moskwy został zastrzelony Mowładi Bajsarow, dowódca oddziału „Goriec”. Policja Dubaju w 2009 r. ścigała Delimchanowa jako podejrzanego o dokonanie zamachu na Sulima Jamadajewa (Jamadajew był czołowym przedstawicielem klanu wojującego z klanem Kadyrowa; prasa pisała, że Kadyrow kolejno „odstrzeliwuje” swoich wrogów – faktycznie w krótkim odstępie czasu zginęło w niewyjaśnionych okolicznościach trzech braci Jamadajewów, dwaj pozostali przy życiu bracia pojednali się z Kadyrowem). Delimchanow nazwał podejrzenia dubajskiej policji bredniami wyssanymi z palca i odmówił współpracy.
I oto w budynku Dumy spotykają się Żurawlow, uważający generała Jermołowa za bohatera, i Delimchanow, uważający generała Jermołowa za oprawcę i zabójcę dzielnych czeczeńskich niewiast. Padają ostre słowa: „- zabierz te swoje donosy z powrotem, – nie wsadzaj nosa w nasze sprawy, – a co? Czeczenia nie jest terytorium Rosji?”, następnie ciosy, złoty pistolet teatralnie wypada z kieszeni Delimchanowa na miękkie parlamentarne wykładziny. Żurawlow równie miękko i teatralnie ląduje w szpitalu z pokiereszowaną twarzą i wybitymi zębami.
A potem następuje ciekawy dalszy ciąg. Przewodniczący Dumy Siergiej Naryszkin stwierdza, że komisja etyki nie będzie rozpatrywać tej sprawy – wnioski, jego zdaniem, powinny raczej wyciągnąć organy ścigania. A te jakoś nie rwą się na Ochotnyj Riad. Naryszkin nie wyraził cienia zdziwienia, że deputowany wniósł na teren Dumy zakazaną tam przecież broń palną. Dalej – też jak w bajce: obaj krewcy deputowani oświadczają, że konflikt został wyczerpany i że zamierzają nadal pracować dla dobra społeczeństwa. Ramzan Kadyrow wyraził przypuszczenie, że żadnej bójki nie było, może Żurawlow się pośliznął. No tak, dla niektórych to faktycznie śliska nawierzchnia. Trzeba się umieć ślizgać, żeby nie zostać wyślizganym.
„W historii z bójką deputowanych charakterystyczna jest reakcja Naryszkina – pokazuje jak w soczewce, jak rosyjskie władze zachowują się, gdy stronami konfliktu są swoi, czyli politycy lojalni, należący do grona wybranych. W takiej sytuacji najlepiej dystansować się od konfliktu, skrytykować obie strony” – napisała w komentarzu na Politcom.ru Tatiana Stanowaja. Najważniejsze, żeby żadnemu włos z głowy nie spadł. Jeden zęby stracił, no to już trudno, ale dalej – cicho sza. Nic się nie stało, kochani, nic się nie stało. I wilk Jermołow syty, i czeczeńskie dziewczęta uczczone przez Kadyrowa.
A co się stało ze złotym pistoletem? O tym agencje milczą.
Kategoria: Bez kategorii
-
Człowiek ze złotym pistoletem
-
To nie rewolucja
Przez kilka dni, kiedy w Kijowie miały miejsce wpierw demonstracje przeciwko wycofaniu się Ukrainy z podpisania umowy stowarzyszeniowej z UE, potem pacyfikacja protestu, wreszcie niemal milionowa manifestacja oburzonych przemocą ludzi, Kreml milczał jak zaklęty. Rosyjska telewizja (i inne media też) poświęcała wydarzeniom na Ukrainie wiele uwagi – pokazywała reportaże z Majdanu, specjalni korespondenci opowiadali o wydarzeniach na ulicach ukraińskiej stolicy. Podkreślano przy tym, że protestujący łamią prawo, zachowują się agresywnie, atakują budynki rządowe, a Unia Europejska z Polską na czele ingeruje w wewnętrzne sprawy Ukrainy i podsyca bunt. Spekulowano, że na Ukrainie zostanie wprowadzony stan wyjątkowy. Znany z werbalnych i nie tylko werbalnych wybryków Władimir Żyrinowski mówił, że Zachód przerzuca na Ukrainę narkotyki i broń. Deputowany z Sewastopola na Krymie zapraszał rosyjskie wojska na ukraińskie ziemie w celu zaprowadzenia porządku.
Dziś głos w sprawie tego, co się dzieje w Kijowie, zabrał Władimir Putin: „Wydarzenia na Ukrainie przypominają nie rewolucję, a pogrom. Moim zdaniem, to jest mało związane z relacjami Ukrainy i Unii Europejskiej”. Putin wypowiedział się na ten temat w Erywaniu, gdzie z armeńskim prezydentem Sargsjanem omawiał perspektywy szybkiego włączenia Armenii do Unii Celnej Rosji, Białorusi i Kazachstanu (świetlana droga dla Ukrainy?). Zdaniem rosyjskiego prezydenta Majdan jest lekkim falstartem – taki scenariusz rozkołysania nastrojów społecznych był przygotowywany na czas wyborów prezydenckich 2015. „To proces wewnątrzpolityczny, podjęta przez opozycję próba podważenia legalnej – podkreślam to, legalnej – władzy. Mało tego – to, co się obecnie dzieje, to nie całkiem jest rewolucja, a dobrze przygotowane akcje, a te akcje były przygotowywane nie na dziś, a na wiosnę 2015. […] To jasne jak słońce dla każdego obiektywnego obserwatora. Opozycja albo nie zawsze może skontrolować, co się dzieje, albo jest parawanem dla ekstremistycznych działań”. Prezydent Rosji zauważył też, że nikt nie zagłębia się w tekst porozumień z Europą. „Nikt niczego nie widzi i nikt niczego nie słyszy. Powiadają, że narodowi ukraińskiemu odbiera się marzenia. Ale jeśli przyjrzeć się treści tych porozumień, to do [realizacji] tego marzenia, a marzenie to zasadniczo rzecz dobra, wielu może nie dożyć”, bo warunki, jakie stawia Unia są kategoryczne i trudne. Rosja nie stawia warunków. „Chcę podkreślić, że niezależnie od tego, jaki będzie wybór narodu ukraińskiego, odniesiemy się do niego z szacunkiem”.
Znakomicie, szacunek to wspaniała rzecz, szczególnie chwalebna w polityce. Prezydent Putin na pewno ma respekt wobec tego, co się dzieje u sąsiadów. Do dziś nie wyleczył traumy po pomarańczowej rewolucji, do dziś nie pozbył się obaw, że pomarańczowa zaraza dotrze pod bramy Kremla. Sytuacja jest dziś zasadniczo inna niż dziewięć lat temu. I na Ukrainie, i w Rosji. Ale osad najwyraźniej pozostał. Znamienna jest chęć wytłumaczenia wydarzeń na Ukrainie zakulisowymi działaniami ciemnych zagranicznych sił (wiadomo kogo).
W wielu komentarzach w rosyjskich portalach społecznościowych powtarzały się porównania pomiędzy scenariuszem ukraińskim i wydarzeniami w Rosji po wyborach do Dumy i wyborach Putina. „My w Moskwie wyszliśmy na ulice, na placu Błotnym 6 maja 2012 roku trochę nas spałowali, postraszyli, zaaresztowali, wybiórczo skazują w pokazowych procesach i myśmy podkulili ogon pod siebie i wycofaliśmy się. Nic się nie zmieniło. A Ukraińcy, jak ich Berkut pobił na Majdanie, zareagowali wielkim oburzeniem – na ulice wyszedł milion ludzi. U nas nie do pomyślenia” – konstatują rosyjscy blogerzy. Ale to może dobry temat na oddzielny tekst. A teraz jeszcze wróćmy do realpolitik.
Na linii Moskwa-Kijów znowu zapachniało gazem. Do przestrzeni medialnej na zmianę przedostają się komunikaty, że sprawa ceny rosyjskiego gazu dla Ukrainy będzie przedmiotem negocjacji, a zaraz potem rosyjskie władze zapewniają, że Ukraina nie powinna oczekiwać zmiany taryfikatora. Dziś wicepremier Igor Szuwałow wypuścił kolejny balon próbny. Powiedział, że jeżeli Ukraina podejmie decyzję o wstąpieniu do Unii Celnej, to otrzyma w tym atrakcyjnym pakiecie również korzystniejszą cenę gazu. Ten lep niższych cen gazu to nie nowina. Moskwa już coraz bardziej jednoznacznie określa „linie brzegowe”: Ukraina w ramionach Unii Celnej = niższe ceny rosyjskiego gazu dla Ukrainy. A jak nie, to nie.
Ciekawe, czy Władimir Władimirowicz widział jeden z licznych na Majdanie transparentów: „Putin, hands off Ukraine”. Raczej nie. Bo pierwszy program rosyjskiej telewizji unika pokazywania takich drastycznych napisów, a pan prezydent zdaje się oglądać tylko ten program. -
Poetka sumienia
Odeszła Natalia Gorbaniewska. Jedna z tego niewielkiego grona, które 25 sierpnia 1968 roku „wyszło na plac” z transparentami „Za naszą i waszą wolność”, „Ręce precz od Czechosłowacji”, „Hańba okupantom”. Protest pod murami Kremla przeciwko wprowadzeniu wojsk Układu Warszawskiego do Czechosłowacji był heroicznym krzykiem przyzwoitego człowieka, który nie dał się stłamsić okrutnemu reżimowi. Natalia Jewgienjewna przyszła na plac Czerwony z maleńkim dzieckiem w wózku. Zatrzymana wraz z innymi uczestnikami, tego samego dnia została wypuszczona (ze względu na dziecko). O tym, co się stało na placu, poinformowała dziennikarzy zachodniej prasy. Joan Baez poświęciła jej piękną piosenkę „Natalia”.
„Obywatele, protestujący w sierpniu 68 na placu Czerwonym przeciwko okupacji Czechosłowacji […] przejawili ludzką solidarność i ogromne osobiste męstwo. Ich czyn cenię wysoko jeszcze i z tego powodu, że oni doskonale zdawali sobie sprawę, czego mogą oczekiwać od władzy sowieckiej. Dla obywateli Czechosłowacji ci ludzie stali się sumieniem ZSRR” – napisał w czterdziestolecie akcji Vaclav Havel.
W 1969 roku Gorbaniewska została aresztowana i skierowana na przymusowe leczenie psychiatryczne. Wyszła dopiero w 1972 r. Swoje doświadczenia z pobytu w psychuszce opisała w eseju „Bezpłatne leczenie”.
Natalia Gorbaniewska pisała piękne wiersze. Tłumaczyła. Kochała polską literaturę – przełożyła na rosyjski Marka Hłaskę, Sławomira Mrożka, Tadeusza Konwickiego, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego.
W wierszu poświęconym Czesławowi Miłoszowi napisała:
I wtedy pokochałam te wiersze obce,
których dźwięk różnym uszom zgrzytał i trzeszczał,
i z tego wzięły się moje liczne nieszczęścia
i szczęścia. Więc odtąd jestem zawodowcem,
przysięgłym tłumaczem, który nocami
zapomnianym słowem rosyjskim ów szczebiot
próbuje, szeleszcząc Dala stronicami
i mamrocząc jak nad księgą wróżebną.
Ten wiersz przetłumaczył Wiktor Woroszylski. Ponadto jej wiersze na polski tłumaczyli m.in. Stanisław Barańczak i Adam Pomorski.
Od 1975 roku mieszkała w Paryżu, pracowała tam w emigracyjnych pismach. Była członkiem redakcji czasopisma „Nowaja Polsza”. W 2005 roku przyjęła polskie obywatelstwo.
Byłą pierwszą redaktorką „Kroniki Wydarzeń Bieżących” – biuletynu samizdatu, poświęconego prześladowaniom politycznym w ZSRR. Angażowała się w sowiecki ruch dysydencki, potem – w ruchy obywatelskie w Rosji. Ostatnio była członkiem komisji społecznej zajmującej się zbadaniem okoliczności wydarzeń 6 maja 2012 roku na placu Błotnym (procesy uczestników demonstracji ciągną się do dziś, władze próbują dowieść, że demonstranci użyli siły w stosunku do policji i złamali prawo).
„Była zadziwiająco wzruszająca – taka maleńka, taka krucha, z dziecinnym uśmiechem rozjaśniającym twarz. Nie wyglądała na personifikację bohaterstwa, a przecież była niezłomna” – napisał we wspomnieniu Lew Rubinstein.
„Jeszcze serce – jak zając, uchodzący zygzakiem”. Dziękujemy, Pani Natalio. -
Putin na Mons Vaticanus
„Zachód nie jest już chrześcijański” – powiedział w wywiadzie dla tygodnika „Ogoniok” drugi człowiek w Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej, metropolita Hilarion. Hilarion odwiedził w pierwszej połowie listopada Watykan, gdzie został przyjęty przez papieża Franciszka. W rozmowie poruszono kwestie sytuacji chrześcijan na Bliskim Wschodzie (Hilarion wizytował Liban i podzielił się z Ojcem Świętym wnioskami).
I właśnie sytuacja chrześcijan na Bliskim Wschodzie – i w ogóle sytuacja w tym regionie świata – była jednym z tematów wczorajszej rozmowy podczas audiencji, jakiej Papież udzielił prezydentowi Władimirowi Putinowi. Skąpe komunikaty oficjalne po rozmowie świadczą o tym, że Rosja starała się zyskać poparcie Watykanu dla swojej polityki w kwestii syryjskiej. Papież Franciszek w czasie wrześniowego szczytu G20 w Petersburgu, na którym decydowały się sprawy interwencji w Syrii, wystosował do Putina list z wezwaniem do działania na rzecz pokojowego rozwiązania i uniknięcia krwawej rzezi. Wczorajsza rozmowa była nawiązaniem do tamtego gestu.
To czwarta wizyta Putina w Watykanie. Żaden z papieży, z którymi się spotykał rosyjski lider, nie doczekał się dotychczas zaproszenia do Rosji. Zwierzchnik Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej patriarcha Cyryl (a wcześnie patriarcha Aleksy) ciągle nie jest gotowy, by gościć na swym terytorium kanonicznym głowę Kościoła zachodniego. A Putin za każdym razem powtarza, że zaproszenie dla papieża z pominięciem patriarchy byłoby niefortunne.
Wróćmy na chwilę do znamiennych słów z wywiadu Hilariona: „Zachód nie jest już chrześcijański”. Moskwa od momentu, gdy Putin powrócił na Kreml, obrała kurs na konserwatyzm. Jednym z kluczowych filarów tej konserwatywnej budowli jest wskrzeszenie (nienowej) idei „Moskwa – Trzeci Rzym”. W myśl tej koncepcji, jedynym nosicielem prawdziwych wartości chrześcijańskich jest święta Rosja; Zachód od dawna przeżera zgnilizna moralna, a więc w górę chorągwie prawosławia, ostoi wiary. W propagandowym ujęciu Kremla należy przeciwstawić się nihilizmowi Zachodu, występującemu w obronie gejów, transseksualistów, małżeństw osób tej samej płci itd.
Oddzielną sprawą jest to, jak ten ideologiczny towar, ubrany w szaty wyglądające na religijne, zostanie kupiony przez rosyjskie społeczeństwo. Społeczeństwo zlaicyzowane. Kryzys rodziny, wielka liczba rozwodów, wielka liczba aborcji, patologie wyrosłe na tle alkoholizmu – wiele jest tych grzechów. Aspirowanie do roli nauczyciela moralności dla upadającego pod brzemieniem zepsucia Zachodu wydaje się cokolwiek wątpliwe. Ale to temat na oddzielną rozprawę. I to obszerną.
A teraz jeszcze słów kilka o kulisach wizyty. Niedawno pisałam o tym, że prezydent Putin ma taki firmowy charme: spóźnia się na umówione spotkania, czy to prywatne, czy to służbowe. Wczoraj na audiencję u Papieża też się spóźnił. Pięćdziesiąt minut. Papież czekał. Zacytuję blogera Andrieja Malgina, który zestawił informacje o wczorajszej wizycie z różnych źródeł. „Sekretarz prasowy Putina Dmitrij Pieskow wskazał, że spotkanie Władimira Putina z Papieżem Franciszkiem w formacie sam na sam trwało dwa razy dłużej, niż zaplanowano. Po 35-minutowej rozmowie prezydent przedstawił Pontifexowi członków delegacji. Pieskow nie wychodzi z roli. Jeszcze wczoraj wszystkie, absolutnie wszystkie oficjalne źródła informowały, że spotkanie ma potrwać godzinę. Nawet po tym, jak samolot prezydenta wylądował z opóźnieniem w Rzymie, Pierwyj Kanał i Głos Rosji nadal mówiły, że spotkanie potrwa godzinę. Wszystkie włoskie media podały, że Putin spóźnił się na spotkanie z Papieżem 50 minut. […] A spóźnił się nie dlatego, że samolot przyleciał pół godziny później, a dlatego że z lotniska Putin nie pomknął prosto do Watykanu, a wpierw utknął w hotelu The St. Regis Rome. I nie wychodził z niego, dopóki policja nie rozegnała zgromadzonej u wejścia demonstracji z plakatami „Wolność dla Pussy Riot!”. Na marginesie, to po drodze do Watykanu [prezydent] miał okazję zobaczyć taki sam napis na wywieszce przy bazylice św. Wawrzyńca. […] Tak czy inaczej Putin się spóźnił. Papież miał zatem dla niego nie godzinę, a pół. I po tym wszystkim wychodzi Pieskow i mówi, że spotkanie trwało dłużej, niż planowano. Że to niby Papież nie mógł się rozstać z takim przyjemnym i rozumnym rozmówcą. Ciekawe też, dlaczego Pieskow, opowiadając o serdecznym przyjęciu przez Papieża, nie dodaje, że do spotkania doszło na skutek usilnych próśb strony rosyjskiej”.
I jeszcze jedna ciekawostka z pobytu Putina w Rzymie. Włoska prasa spekuluje, że „drug Silvio” Berlusconi zostanie przez „druga Wołodię” Putina mianowany ambasadorem Federacji Rosyjskiej przy Stolicy Apostolskiej. Immunitet dyplomatyczny pomógłby Berlusconiemu uniknąć kar orzeczonych w procesach o deprawowanie nieletnich i unikanie płacenia podatków. Przyjaciele Silvio i Wołodia spotkali się nieformalnie (Putin zajechał do Berlusconiego do domu), żadnego komunikatu jednak na razie nie wydano. -
Plac Europejski w Kijowie już jest
Kiedy dwa dni pisałam poprzedni wpis blogowy poświęcony sytuacji po komunikacie rządu Ukrainy o wstrzymaniu przygotowań do podpisania umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską, zakończyłam stwierdzeniem, że obecne zgromadzenia uliczne przeciwników tej decyzji (po tysiąc-półtora tysiąca uczestników), które nazwano doraźnie „euro-Majdanem”, nie mogą się liczebnością równać z pomarańczowym Majdanem sprzed sześciu lat. Przynajmniej na razie. „Na razie” potrwało niedługo. Już dziś na ulicach i placach Kijowa i wielu innych miast Ukrainy zebrały się tłumy. Tłumy porównywalne z tamtym Majdanem.
Demonstranci zarzucają władzom, że zawieszając prace nad podpisaniem umowy, dopuściły się zdrady interesu narodowego. Liderzy opozycji wzywają do demonstrowania co najmniej do 28 listopada, kiedy rozpocznie się wileński szczyt Partnerstwa Wschodniego. Jeśli umowa nie zostanie wtedy podpisana, protest zostanie przedłużony, „do skutku”. Władze zwołały „antyprotest”, na który dowożono autokarami zastępy pracowników sfery budżetowej, a zatrzymywały autokary, którymi jechali ludzie na euro-Majdan. Samolot, którym lider partii UDAR Witalij Kliczko, wracał z konsultacji na Zachodzie, nie dostał pozwolenia na lądowanie w Kijowie (w końcu wylądował w Krzywym Rogu, skąd Kliczko dojechał do Kijowa samochodem). Pod siedzibą rządu oddziały Berkutu użyły wobec demonstrantów gazów łzawiących. Doszło do kilku incydentów (m.in. pod pomnikiem Lenina). Ale generalnie protest przebiegał bez przeszkód. Na placu Europejskim stanęło kilka namiotów postawionych przez partie opozycyjne.
Z komentarzy, które jeszcze w piątek obficie lały się w ukraińskich (i nie tylko ukraińskich) mediach, wynikało, że klamka zapadła – Ukraina nie podpisze umowy z Europą w Wilnie i już. Potencjał protestu wydawał się wtenczas większości obserwatorów na tyle niewielki, że nie warto było zwracać na ten aspekt uwagi. Ale życie pisze znacznie ciekawsze scenariusze niż politolodzy. Nic w tej rozgrywce nie jest ani proste, ani jednoznaczne.
Premier Ukrainy Mykoła Azarow powiedział dziś, że Rosja nie obiecała Ukrainie 20 mld dolarów za niepodpisywanie umowy z UE. Według jego słów jedynym zyskiem Kijowa byłoby utrzymanie wymiany handlowej z Rosją. I dodał, że Rosja obiecuje wznowienie negocjacji w sprawie spornych kontraktów gazowych. Kreml nie skomentował na razie ani tych słów premiera, ani stutysięcznych protestów w Kijowie i wielotysięcznych zgromadzeń w innych miastach.
To bardzo ciekawy moment. Do 28 listopada może się wiele zdarzyć.