Kategoria: Bez kategorii

  • Miliony pytań, kilka odpowiedzi

    14 kwietnia. Od tygodnia wszystkie programy rosyjskiej telewizji nakręcały zainteresowanie wydarzeniem zajmującym ważne miejsce w rytuałach kremlowskiego dworu – „bezpośredniej linii” z Władimirem Putinem. Pracowite medialne pszczółki skrzętnie zbierały różnymi kanałami pytania od obywateli, organizacji, przedstawicieli świata polityki, kultury, biznesu. Nazbierały milion i zbierały dalej, by dzisiaj w samo południe zacząć je zadawać głównemu bohaterowi audycji, transmitowanej na cały kraj. A pytania nadal w czasie seansu płynęły i płynęły.

    W studiu czekała starannie dobrana publiczność, gotowa lać obficie wazelinę, przed kamerami telewizyjnymi rozstawionymi spontanicznie w różnych miejscach rozległego terytorium szykowała się do występów spontanicznie zgromadzona publiczność (przećwiczona już wczoraj podczas specjalnie zorganizowanej próby generalnej), siedzące w wielkiej hali telefonistki odbierały ciągle napływające pytania, nurtujące Rosjan. Pełna mobilizacja, pełne zaangażowanie. Kreowana z pompą podniosła atmosfera kazała spodziewać się Bóg wie jakich sensacji i doniosłości. Z tej wielkiej propagandowej chmury spadł jednak dość mizerny deszczyk. Deszczyk przeinaczeń, pustych deklaracji, przechwałek. Fasadowość tego gatunku politycznego teatrum zabija spontaniczność. Mamy do czynienia z niestrawnym ulepkiem ku pokrzepieniu zziębniętych serc.

    Przecież nie o prawdę czasu, prawdę ekranu w tym przedsięwzięciu chodzi. To impreza dla tych, którzy chcą wierzyć, że ten, który siedzi na najwyższym stolcu, panuje nad sytuacją, wczuwa się w problemy dołu i góry, zawiaduje mądrze nawą państwową, świetnie orientuje się we wszystkich złożonych zagadnieniach. A temu, który na owym stolcu siedzi, owo zaklinanie rzeczywistości ma dać poczucie więzi i odnowienia przymierza z ludem.

    Spektakl jest starannie wyreżyserowany, cały sztab ludzi nad tym pracuje dniami i nocami. Dla tych, którzy nie słuchają, a oglądają, też znajdzie się coś dla oka: wódz wygląda dobrze, ostatnie liftingi się przyjęły, sińce wygoiły. Reżyser przedstawienia dba o to, by nudne prawie czterogodzinne sztuczydło rozpisane było na głosy: to wywoła się do odpowiedzi jakiegoś wazeliniarza ze studia, to dopuści do głosu przez skype’a wytresowaną dziewczynkę, która rezolutnie zapyta: a gdyby tonął Erdogan i Poroszenko, to kogo by pan, Władimirze Władimirowiczu, ratował. Martwy pejzaż na chwilę ożywa, by gasnąć pod ciężarem kolejnej długiej tyrady głównego aktora.

    Padło pytanie o Panama Papers. Prezydent pochwalił robotę drużyny, która przygotowywała publikację: nie można się w niej do niczego przyczepić, bo wszystkie sformułowania są obwarowane „bezpiecznikami” w rodzaju „jak się można domyślać”, „najprawdopodobniej” itd. W związku z tym nie można się z takim materiałem wytoczyć do sądu, bo podstawy powództwa uznano by za wątpliwe, gdyż nie zawierają twardych faktów. No, ale w związku z tym, że nie zawierają twardych faktów, to nie ma się czym przejmować. Prezydent ponownie wystąpił w obronie swojego przyjaciela wiolonczelisty i powtórzył bajkę o drogich instrumentach, które ten miał z poświęceniem skupować po całym świecie. Lecz choćby przyszło tysiąc atletów i każdy zjadłby tysiąc kotletów, a każdy kotlet kosztowałby majątek, to i tak nie uzbierałoby się 2 mld dolarów, którymi dysponuje zdolny muzyk Rołdugin w Panamie. Dobra, odfajkowane, strzepujemy rączki. Ale zanim strzepniemy, to jeszcze wskażemy palcem zleceniodawców. Tak, tak, zgadli państwo, z tego przedsięwzięcia „sterczą uszy funkcjonariuszy różnych amerykańskich służb”.

    Krytyczny wobec Kremla obserwator, satyryk Wiktor Szenderowicz uznał, że wazeliniarskie pytania nie dotyczą rzeczy naprawdę ważnych, kontrowersyjnych, ukrywanych przez władze, a obsługująca Kreml kasta gadających głów nie śmie się wychylić z niewygodnymi dla Putina zagadnieniami. „Wystarczyłoby zadać 2-3 pytania: o Sawczenko, o raje podatkowe i o zięcia, który został odnotowany na liście Forbesa. No i jeszcze o zabójstwo Niemcowa. Wszystko”. O zięcia faktycznie nikt nie zapytał, bo oficjalnie Putin tego zięcia nie ma. Kiriłł Szamałow jest, wedle enuncjacji prasowych, mężem Kateriny Tichonowej, domniemanej córki Putina, do której Putin oficjalnie się nie przyznaje. Szamałow okazał się bardzo zdolnym biznesmenem, mimo młodego wieku ma krocie na koncie, w nieruchomościach, akcjach czołowych spółek. Utalentowaną Rosja ma młodzież, pozazdrościć. Ale majątek Szamałowa i Tichonowej to temat na oddzielny tekst. Wróćmy jeszcze na chwilę do świątyni „bezpośredniej linii”. Mimo że reżyser i odtwórca głównej roli nadzwyczaj się starali, by obrazek wyszedł piękny, by wyłonił się obraz krainy szczęśliwości, wielkiego mocarstwa, przed którym drżą wielcy tego świata, podejmującego kończące się sukcesem akcje (jak choćby uratowanie despoty w Syrii), to spektakl nie wypadł zbyt przekonująco. Widać było chęć uspokojenia nastrojów społecznych poprzez zapewnienia, że może teraz najlepiej nie jest, ale już za momencik zła passa minie i wszystko rozkwitnie. Widać też było, że Putin nie chce zadrażniać stosunków z USA, że czeka na zmianę w Białym Domu. A wtedy może i sprawę Ukrainy da się uregulować, i sankcje odwołać. I miłościwie panować długo i szczęśliwie. Choć od pytania o perspektywę 2018 (rok wyborów prezydenckich) Putin się uchylił.

    Prześmiewczy Twitter po zakończeniu spektaklu napisał: „Tylko 3 godziny 40 minut. Ten sobowtór Putina jest jakiś słaby”.

    Kurtyna opada z ulgą, następny seans mydlenia oczu dopiero za rok.

  • Prześliczny wiolonczelista w panamie

    10 kwietnia. Nerwy, nerwy. Rzecznik prasowy Putina w nerwowym oczekiwaniu na „wraże wrzutki Zachodu”, które miały dotyczyć szefa, aż dwukrotnie zabierał głos. Starał się a priori zdezawuować to, co miało się pojawić w przestrzeni medialnej. To rzecz bez precedensu. Zwykle Kreml reaguje post factum, a i to nie zawsze. Teraz kampania zaprzeczeń wystartowała, zanim przecieki opublikowano.

    Pierwsza porcja nieprzyjemnego „kompromatu” dotyczyła przekazania drogich nieruchomości kilku damom bliskim sercu prezydenta (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/04/05/nagi-instynkt-polityczny/). Rzecznik Putina nadal był jednak trochę nerwowy – wszakże przeciek dotyczył osób, które nie były prezydentowi obojętne. Ale dziennikarzom, którzy na konferencji prasowej próbowali dowiedzieć się czegoś więcej, Pieskow odparł, że administracja prezydenta nie zamierza reagować na publikację.

    Tydzień później wyciekły dokumenty z panamskiej kancelarii adwokackiej Mossack Fonseca, obsługującej interesy szerokiego kręgu polityków i biznesmenów w rajach podatkowych. Panama Papers – tak nazwano ten wielki masyw plików opracowany przez 380 dziennikarzy w ramach projektu OCCRP. Premierzy, prezydenci, posłowie, ministrowie, byli i obecni, z różnych stron świata korzystali z usług panamskiej kancelarii, by uniknąć podatków, ukryć dochody, przeprać pieniądz niewiadomego pochodzenia itd. W wielu krajach świata podniósł się krzyk, na placach Rejkiawiku i Londynu odbyły się burzliwe demonstracje, których uczestnicy domagali się odejścia umoczonych w aferę panamską premierów. Premier Islandii podał się do dymisji. A w Rosji? Kilka osób, które wyszły w Moskwie w ramach jednoosobowych pikiet z plakatami „Putin, raje podatkowe, impeachment”, sprawnie zwinięto do policyjnych suk.

    Rosyjskie wątki Panamagate cieszyły się zainteresowaniem na całym świecie. Materiały świadczące o machlojkach finansowych wielu osób z drugiego i trzeciego szeregu rosyjskiego establishmentu potwierdziły, że to stosowana od lat praktyka tej kasty: rentę korupcyjną gdzieś trzeba przeprać. Więc publikacja nie była przełomem, bo dokumenty o nielegalnej kasie rosyjskich elit już wcześniej wielokrotnie hulały po sieci, ale była ważna, bo dostarczyła wielu konkretnych przykładów. Osobą, która przyciągnęła uwagę, był przyjaciel Putina z czasów leningradzkiej młodości, wiolonczelista Paweł Rołdugin. O tym, jak w świetle ujawnionych dokumentów wyglądała działalność biznesowa tego najbardziej utalentowanego biznesmena wśród muzyków i muzyka wśród biznesmenów, mówi krótki filmik https://www.youtube.com/watch?v=U4p1FXGXZj8 do obejrzenia w rosyjskiej i niemieckiej wersjach językowych. „[Rołdugin] jest jedynie formalnym właścicielem aktywów finansowych, których rzeczywistym beneficjentem jest Putin – opisuje wnioski z opracowania OCCRP Maria Domańska w analizie na stronie OSW (http://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/analizy/2016-04-06/watki-rosyjskie-afery-panamskiej). – Jak wskazują artykuły, na majątek Rołdugina składa się kilka firm, przez które przepływają miliardy dolarów (łączne obroty najważniejszej z nich miały wynosić 2 mld USD), a w operacje finansowe za ich pośrednictwem zaangażowani są główni rosyjscy oligarchowie (m.in. bliscy Putinowi bracia Arkadij i Borys Rotenbergowie czy Sulejman Kerimow). Dochody są czerpane z nielegalnych bądź wątpliwych prawnie operacji, których celem jest wyprowadzanie za granicę znacznych środków, pochodzących często z defraudacji pieniędzy publicznych. Polegają one m.in. na udzielaniu przez rosyjskie banki państwowe fikcyjnych pożyczek dla firm Rołdugina zarejestrowanych w rajach podatkowych, a także na fikcyjnym obrocie akcjami dużych państwowych firm (w tym koncernu Rosnieft’). Inny opisany mechanizm wyprowadzania środków za granicę to niezwykle korzystne kontrakty oligarchów z Rołduginem (faktycznie darowizny, które mają ostatecznie trafiać do prezydenta Rosji). W proceder są zaangażowane banki państwowe (Sbierbank, Wniesztorgbank), a także prywatny bank Rossija, objęty sankcjami w 2014 roku. Dochody z takich operacji są nierzadko ponownie inwestowane w Rosji, głównie w zakup udziałów w strategicznych firmach (m.in. Video International – potentat branży reklamowej, koncerny samochodowe KamAZ czy Awtowaz) oraz m.in. w luksusowe nieruchomości prezydenta. Faktycznym właścicielem aktywów miałby być Putin, choć formalnie są one rejestrowane na nazwiska jego najbliższych przyjaciół-oligarchów (m.in. Jurija Kowalczuka)”.

    Warto może jeszcze dodać, że rosyjska telewizja najpierw zignorowała Panama Papers, a potem umieściła aferę w kontekście zachodniego spisku przeciwko Rosji i jej prezydentowi. Zdaniem kapłanów błękitnego ekranu, „wrzutka” miała na celu rozkołysanie sytuacji w kraju w przeddzień wyborów do Dumy. W kolejnych dniach sugerowano, że całe to śledztwo oraz wyciek do mediów były finansowane przez Stany Zjednoczone. Po co? No, wiadomo, żeby zaszkodzić Putinowi. Publikacja to miał być typowy przejaw „putinofobii”.

    Jeszcze ciekawsza od opublikowanych materiałów i telewizyjnego makaronu propagandowego była reakcja samego prezydenta, który wykorzystał dworski format spotkań z przedstawicielami mediów do wygłoszenia obrony Rołdugina. Najpierw rozbawiony wzruszał ramionami nad idiotami z Zachodu, którzy rzucają puste oskarżenia pod jego adresem, podczas gdy w dokumentach „nazwiska waszego pokornego sługi nie ma” (bo faktycznie nazwiska Putina nie ma, ale przecież nie po to prezydent ma sprawdzonych przyjaciół-słupów, by składać osobiście podpis pod każdą transakcją). Z błyskiem w oku opowiedział następnie zebranym, że jego drug Sierioża jest nie tylko niezwykle uzdolnionym biznesmenem, ale i człowiekiem szlachetnym. Bo trzeba państwu wiedzieć, że te marne dwa miliardy dolarów natychmiast obraca w dobra kultury, zakupując za nie wiolonczele i inne cenne instrumenty muzyczne. A zakupione skarby przywozi do Rosji. Patriota. Prezydent był autentycznie wzruszony altruizmem instrumentalisty, wprawnym ruchem odganiał od rzęs skąpą czekistowską łzę, która już-już miała spłynąć w dół po świeżo nabotoksowanym policzku.

    Reakcja sieciowej publiczności na te słowa Putina była natychmiastowa. Przeliczono, że za wymienioną kwotę można kupić miliony wiolonczel, nie mówiąc już o harmonijkach ustnych lub flecikach piccolo, których można by zakupić po cztery na głowę mieszkańca i jeszcze dodać po bałałajce. Rosjanie to muzykalny naród, na pewno ludzie chętnie by przyjęli takie prezenty i kameralizowali w domowym zaciszu. Tymczasem o fundowanych przez Rołdugina stradivariusach jakoś nie było dotąd słychać – widocznie drug Sierioża nie dosyć że szlachetny, to jeszcze i skromny jest, po cichu wszystko robi, po wielkiemu cichu.

    Na ślad ciemnych geszeftów rosyjskiej wierchuszki w Panamie – a także na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych, Liechtensteinie – wpadł już w 2012 roku tygodnik „The New Times” (http://www.newsru.com/russia/27feb2012/putin_2.html). Autorzy dziennikarskiego śledztwa opisali schematy płukania pieniędzy Putina (pochodzących z „otkatów”, czyli doli od oligarchów lub z wątpliwych transakcji jednodniowych firemek) przez łańcuchy pośredników w rajach podatkowych. Przetoczone przez ten ukryty krwiobieg  świata sytej finansjery dolary osiadać miały na tajnych kontach w Szwajcarii i Wielkiej Brytanii. Nazwisko Rołdugina wtedy nie padło.

    Wśród możliwych nieprzyjemnych konsekwencji publikacji materiałów z Panamy w komentarzach wymienia się ewentualne rozszerzenie listy osób objętych amerykańskimi sankcjami. Ale to temat na kolejny rozdział wielkiej księgi o przygodach rosyjskich finansów.

  • Nagi instynkt polityczny, część druga

    7 kwietnia. Internetowa publiczność z satysfakcją upijała się szczegółami afery mieszkaniowej niedługo (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/04/05/nagi-instynkt-polityczny/). Zwłaszcza że główne bohaterki – kobiety, które zostały hojnie obdarowane luksusowymi nieruchomościami przez znajomego przyjaciela Putina – były dla ciekawskiej prasy niedostępne. Seksowna Alisa Charczewa w ogóle zniknęła z radarów; po serwisach plotkarskich przeleciały przypuszczenia, że gdy Alina Kabajewa dowiedziała się o istnieniu potencjalnej rywalki, wydrapała jej oczy.

    Przyroda, a tym bardziej pole medialne, nie znosi pustki. Uwagę widzów błyskawicznie przekierowano na inne mieszkanie i inną atrakcyjną niewiastę. 1 kwietnia telewizja NTW wyemitowała w paśmie wieczornym film, mający pozbawić czci i wiary lidera opozycyjnej partii Parnas, byłego premiera, Michaiła Kasjanowa. Wisienką na torcie przyrządzonym przez demaskatorów były obszerne fragmenty podsłuchanych w sypialni Kasjanowa rozmów i podejrzanych ukrytą kamerą scen z życia intymnego. Kasjanow prowadził w zaciszu alkowy nie tylko rozmowy o życiu partyjnym z zajmującą współpracowniczką Natalią, ale przeżywał wraz z nią miłosne uniesienia. W telewizji zaprezentowano fragmenty nagrań, natomiast do sieci wyciekła pełna wersja dozwolona od lat osiemnastu.

    Żadne studio filmowe nie opatrzyło pokazanych materiałów swoim logo. Kto nagrywał, na czyje zlecenie? Tego nie wiemy. W czasach siermiężnego komunizmu służby specjalne łowiły współpracowników metodą „na korek, worek i rozporek”, czyli szantażowały alkoholików, łudziły łatwym zarobkiem chciwców lub podstawiały atrakcyjne osobniczki miłośnikom kobiecych wdzięków. Jak świat światem to działało i działa. I rosyjskie służby też doskonale o tym wiedzą. Wszyscy mieli się okazję przekonać, że metoda „na rozporek” jest skuteczna jak żadna inna, jeszcze w czasach Jelcyna. Był taki moment pod koniec lat dziewięćdziesiątych, gdy pewna zawzięta prokurator ze Szwajcarii tropiła nielegalne pieniądze Familii Jelcyna. W Rosji pomagał jej w tym prokurator generalny Jurij Skuratow, który dokopał się do materiałów kompromitujących bliskie otoczenie prezydenta. W marcu 1999 r. TV Rossija wyemitowała w porze największej oglądalności film (nakręcony ukrytą kamerą), na którym „człowiek podobny do Skuratowa” oddawał się rozkoszom łoża w towarzystwie dwóch zgrabnych dziew, jak się miało okazać, prostytutek opłaconych nawet nie przez Skuratowa, a kogoś, kto chciał mu zrobić prezent. Kilka dni później Skuratow (który bronił się, że to nie on był na filmie) został zdymisjonowany. Interesy Familii nie ucierpiały. Jak twierdzą niektórzy komentatorzy, mający wtedy wgląd w zakulisowe sprawy Kremla, Familia uczyniła odpowiedzialnym za utrącenie Skuratowa ówczesnego dyrektora Federalnej Służby Bezpieczeństwa, Władimira Putina. Putin miał prokuratora wysadzić z siodła. I zrobił to metodą brzydką, brudną, niehonorową, ale, jak widać, skuteczną.

    Kilka lat temu podobną metodę „rozporkową” zastosowano wobec kilku przedstawicieli tzw. niesystemowej opozycji (czyli istniejącej poza systemem władzy). Pewna swawolna fotomodelka, Jekatierina Gierasimowa, używająca pseudonimu Katia Mumu kręciła się intensywnie wokół nielubianych przez Kreml i nielubiących Kremla polityków, satyryków, pisarzy, dziennikarzy itd. Na krótko udawało jej się zakręcić im w głowie. Zaproszeni panowie lądowali w jej łożnicy, a to, co się w niej działo, Katia utrwalała zamontowaną w ukryciu kamerą. Żniwa panny Mumu – opublikowane w sieci – miały ukazać mizerię moralną ludzi, którym postało w głowie przeciwstawianie się światłemu przywództwu Władimira Putina. I znowu na materiałach nakręconych w sypialni nie było znaczka wytwórni filmowej.

    Zatem pojawienie się kolejnej pościel-gate w życiu politycznym Rosji nie jest nowością. Ciekawy jest moment. Próba skompromitowania Kasjanowa (który po wszystkim oświadczył, że nie zamierza wycofywać się z działalności politycznej, a nawet skarżyć NTW o naruszenie dóbr osobistych) nastąpiła zaraz po ujawnieniu przez zachodnie media afery z mieszkaniami dla niewiast związanych tak czy inaczej z Putinem. I na dwa dni przed publikacją „Panama papers”. Tą publikacją zajmę się w kolejnym odcinku serialu, a dziś jeszcze mały rarytas z pokrewnej dziedziny.

    Tygodnik „Sobiesiednik” od pewnego czasu śledzi działalność struktur obsługujących prezydenta. Administracja Prezydenta jest rozgałęzioną instytucją, są w niej nie tylko biura, ośrodki analizy politycznej, archiwa, ale także posiadłości. Gazeta opublikowała dziś listę zakupów dla jednej z rezydencji prezydenta, Zawidowo (http://sobesednik.ru/rassledovanie/20160406-dlya-kogo-rezidencii-putina-zakupayut-zhenskoe-bele?luchshee). Oszałamia na tej liście wszystko: i sumy przeznaczane na zakup luksusowej pościeli, rowerów, pieców do sauny, łódek, i dobór markowej garderoby na czas relaksu (np. damskie kostiumy kąpielowe w trzech rozmiarach, luksusowa bielizna czy rajstopy za prawie milion rubli). Ale najwięcej emocji wzbudziło zamówienie sześciu strun do harfy oraz pejcza i kagańca. Twitter zareagował momentalnie – jako ilustrację do listy zamówień Zawidowa przywoływano kadry z ekranizacji „Pięćdziesięciu twarzy Greya” i opatrywano niezbyt wybrednymi żarcikami. Niektórzy zawczasu kupują popcorn i szykują się, aby pytanie o te wyszukane zakupy zadać Putinowi za tydzień, gdy odbędzie się kolejny seans kontaktu ze społeczeństwem, czyli telewizyjna „Bezpośrednia linia”.

  • Nagi instynkt polityczny

    5 kwietnia. Już w zeszłym tygodniu kremlowska służba prasowa grzała silniki – zapowiadano, że Zachód szykuje prowokację przeciwko Putinowi, a mianowicie do przestrzeni publicznej mają trafić jakieś materiały kompromitujące. W gabinetach obsługi wodza zrobiło się naprawdę bardzo nerwowo. Sekretarz prasowy głowy państwa od razu zaznaczał i podkreślał wężykiem, że te spodziewane rewelacje to będą wraże głosy tych, którzy tylko czyhają, aby zdyskredytować jego szefa, zazdrośni o jego sukcesy. Więc to wszystko funta kłaków nie jest warte.

    Zapowiedź stała się ciałem 31 marca: agencja Reutera powołując się na OCCRP (Projekt Badań Korupcji i Zorganizowanej Przestępczości) opublikowała materiały, z których wynikało, że jeden nieznany szerokiej publiczności biznesmen z Petersburga Grigorij Bajewski kupował luksusowe nieruchomości (domy i apartamenty) pewnym kobietom. Cóż, gość miał gest, powiecie Państwo, czy to miałby być ten słynny atak na prezydenta, o co chodzi? Otóż, ciekawa jest lista obdarowanych dam. Znalazły się na niej: siostra oraz babcia Aliny Kabajewej (domniemanej konkubiny prezydenta), domniemana córka prezydenta, Katerina Tichonowa oraz pewna urodziwa posiadaczka bujnego biustu, a w przeszłości również indeksu uniwersytetu moskiewskiego Alisa Charczewa (http://alisakharcheva.livejournal.com/). Alisa jakiś czas temu wzięła udział w całkiem niedomniemanej sesji fotograficznej do kalendarza wydawanego przez studentki uniwersytetu ku czci Putina, była „dziewczyną kwietnia” wyznającą: „Władimirze Władimirowiczu, jest pan najlepszy”.

    Bajewski, według enuncjacji OCCRP, jest człowiekiem Arkadija Rotenberga i podziałał w tych drogich nieruchomościach na jego polecenie. A Rotenberg jest bliskim znajomym Putina. Najprawdopodobniej jest jego osobistą „skarbonką”. Czy Bajewski istnieje naprawdę, czy jest tylko fikcyjnym bytem? Mniejsza o to. Rotenberg z całą pewnością istnieje naprawdę i naprawdę zarabia krocie na lukratywnych zamówieniach państwowych, otrzymywanych przeważnie bez przetargów. Być może jest przy okazji szyldem nad kantorkiem, w którym leżą pieniądze Putina. A gdy trzeba obdarować jakąś miłą kobietkę, to pod ladę tego kantorku sięga i transakcje firmuje i finansuje.

    Nerwowość służb prasowych Kremla była uzasadniona. Gdyż z tej publikacji można wyciągnąć prosty wniosek, że Putin prowadzi podwójne życie, za kulisami wielkiej polityki ukrywa swoje „związki międzyludzkie”, no i jakieś dziwne pieniądze, które raczej nie pochodzą z oficjalnego wynagrodzenia prezydenckiego. A do ukrywania tej lewej kasy używa „słupów”. W tej roli widzimy dawnych znajomych i ich znajomych. Jak długi jest łańcuch ludzi „dobrej woli” obsługujących zakulisowe interesy prezydenta? „Grigorij Bajewski jest kolejnym dowodem na to, że raczej nie uda nam się znaleźć szwajcarskiego konta na nazwisko Putin W.W. […] Wszyscy ci Bajewscy, Timczenko, klan Rotenbergów, Szamałowów – to oni figurują jako właściciele tego, co tak naprawdę należy do Putina” – napisał Aleksiej Nawalny, od lat tropiący nielegalne aktywa rosyjskiej wierchuszki w kraju i za granicą.

    Polowanie na skrywaną przed oczami całego świata fortunę Putina trwa nie od dziś. Już kilka lat temu przez prasę całego świata przemaszerowały dumnie doniesienia, że osobisty majątek Putina wynosi 40 mld dolarów. Politolog Stanisław Biełkowski, który te miliardy nagłaśniał, zawsze podkreślał, że potwierdzeniem tego, iż mówi prawdę, jest fakt, że nie został za te słowa pociągnięty do odpowiedzialności, nie wytoczono mu procesu, nie szykanowano. Gdyby to nie była prawda, przeczołgano by mnie przez wszystkie dywany – powtarzał. Skoro więc wypłynęły informacje o drogich lokalach dla dam serca Putina, to oznacza, że opowieści o miliardach nie są fikcją literacką. Ponadto można było się przekonać, że ktoś tropi podejrzane pieniądze Putina i ma go na muszce. Takie publikacje na pewno nie przysparzają rosyjskiemu prezydentowi autorytetu w gronie polityków z wysokich półek. A przecież i tak Putin jest poddany na arenie międzynarodowej ostracyzmowi z powodu aneksji Krymu i awanturniczej polityki wobec Ukrainy.

    Na kolejną odsłonę tego pasjonującego serialu o lewej kasie Putina nie trzeba było długo czekać. Już w niedzielę OCCRP opublikowała Panama Papers: obszerny „kompromat” na liczną grupę polityków, którzy korzystali z rozkoszy raju podatkowego w Panamie. Zanim jednak omówię ten wątek, opowiem o jeszcze jednym znamiennym wydarzeniu, jakie wstrząsnęło rosyjską sceną polityczną w ubiegłym tygodniu. Zainteresowanie publiczności zaglądającej w dekolt  długonogim dziewczętom i w umowy o nabyciu atrakcyjnych nieruchomości szybko przełączono na informacje o liderze opozycji Michaile Kasjanowie.

    W porze dobranocki dla niezbyt grzecznych dzieci telewizja NTW wyemitowała film poświęcony Kasjanowowi i jego partii PARNAS. W filmie znalazły się obszerne fragmenty pewnego spotkania, nakręcone ukrytą kamerą. A co podejrzała wścibska kamera, i co pokazano spragnionej sensacji publiczności, opiszę jutro.

  • W metrze ukazał się Stalin

    1 kwietnia. W mowie potocznej nazywa się ten dzień Dniem Durnia. I nie do końca wiadomo, czy durniem jest ten, którego wkręcają, który uwierzy, że ma białe plecki albo urwany guzik, czy może ten, który te niewybredne żarciki sobie z ufnych bliźnich stroi. Czytanie doniesień agencyjnych i gazet tego dnia to chodzenie po polu minowym. Każda redakcja stara się wymyślić jakąś wiadomość, która wygląda prawdopodobnie, a jest fałszywką, na ogół zabawną, czasem złośliwą, a czasem kompletnie beznadziejną. Niektórzy świetnie się przy tym bawią. Niektórzy zgrzytają zębami.

    Tegorocznym hitem rosyjskiego Prima Aprilisu było poinformowanie o tym, że na stacji moskiewskiego metra Arbatskaja odpadł kawałek tynku ze ścianki. I proszę sobie wyobrazić, że miejsce po tym tynku, któren odpadł, miało kształt mapy Rosji wraz z odzyskanym Krymem. Ale to jeszcze nie wszystko: w tym „okienku” ukazała się stara mozaika z podobizną Józefa Wissarionowicza Stalina. No, cud prawdziwy, sam Stalin się ukazał na ścianie stacji metra i patrzy na pędzące przed siebie tłumy, a oczy ma takie dobre, takie dobre. Boki zrywać, nieprawdaż? (https://twitter.com/sikorochka/status/715822565898452992). Inni żartownisie dodawali jeszcze: a na Łubiance widziano Berię.

    Żarcik pewnie się bardzo spodobał wielu osobom. Według ostatniego sondażu ośrodka badań socjologicznych Centrum Lewady, Stalin przeżywa prawdziwy renesans. W marcu 2016 r. 54% badanych pozytywnie oceniło wodza. Tyleż respondentów uważa go za mądrego przywódcę, pod którego rządami ZSRR rozkwitł. Jednocześnie dwie trzecie pytanych nazwało Stalina tyranem, który ponosi winę za zamordowanie milionów niewinnych ludzi. Połowa badanych nazywa represje stalinowskie zbrodnią. W sondażu wykazano, że rośnie liczba tych, którzy uważają, że represje były polityczną koniecznością.

    Jako primaaprilisowy kawał powszechnie przyjęto wiadomość o podpisaniu przez prezydenta Putina planu walki z korupcją na najbliższe dwa lata. Przecież korupcja jest nieodzownym elementem systemu, jakże to tak bez korupcji. Nikt by nie wiedział, co robić, jak postępować, jak żyć. Owszem, władza od czasu do czasu ogłasza plany walki z korupcją, od czasu do czasu odbywają się pokazowe chłosty tych, którzy mieli pecha i wpadli pod kosiarkę. Ale o uleczeniu systemu z tej choroby tak na poważnie nikt nie myśli. Urzędnicy straciliby rację bytu, cała wierchuszka – sens sprawowania urzędów. Bez renty korupcyjnej nie byłoby z czego płacić za pałace, wille czy apartamenty na znienawidzonym zgniłym Zachodzie, nie byłoby z czego odpalać kieszonkowego dzieciakom, które kształcą się na tymże Zachodzie w elitarnych szkołach, w których czesne kosztuje tyle, ile niezbudowana droga z miasta N do miasta M itd.

    Na koniec jeszcze raz powołam się na badania Centrum Lewady. Wynika z nich, że 85% Rosjan gotowych jest cisnąć bekę z przyjaciół i znajomych, ale już tylko 8% z szefów, zaledwie 4% ze znanych polityków. Kategorycznie nie zgadza się na żarty ze świętych swojej religii 48%, innych religii – 40%, z polityków swojego kraju nie chce się podśmiewać 20%, z polityków obcych – 14% (dla porównania pięć lat temu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2011/04/01/smiech-i-polityka/).

    Przeglądałam dziś przez cały dzień zasoby Twittera i FB w poszukiwaniu okolicznościowych dowcipów. Niewiele tego było. W tym roku Prima Aprilis w Rosji był raczej smutny i refleksyjny niż filuterny i skrzący się finezyjnym, beztroskim humorem. Jakie czasy, takie żarty.