Kategoria: Bez kategorii

  • Wielka pralnia Putina

    21 marca. Główne tytuły prasowe Europy Zachodniej obszernie omawiają wielką aferę z praniem lewej kasy pochodzącej z Rosji. Według grupy dziennikarzy śledczych OCCRP (centrum, które brało udział m.in. w ujawnianiu Panama Papers), w ciągu trzech lat (2011-2014) zalegalizowano co najmniej 22 mld USD, pochodzących z Rosji. Schemat tej gigantycznej przepierki obejmował około siedmiuset banków w prawie stu państwach, nawet szacowne banki z Niemiec, Danii i Wielkiej Brytanii, które szczycą się przejrzystością swoich operacji. Pieniądze osiadły na kontach 5149 firm znajdujących się między innymi w jurysdykcji USA, RPA, a także Chin i Australii. Skala procederu jest porażająca.

    Sprawa nie jest nowa. Pierwsze materiały ze śledztw dziennikarskich ukazały się w „Nowej Gazecie” w 2014 roku. Teraz dzięki międzynarodowej współpracy dziennikarskiej braci udało się udokumentować więcej podejrzanych transakcji, ustalić schematy transferów, wskazać banki, ścieżki, którymi chodziły zakazane pieniądze. No i sprawa nabrała rozgłosu dzięki publikacjom w czołowych gazetach Niemiec i Wielkiej Brytanii.

    „Autorzy opracowania uważają, że ta największa operacja mająca na celu pranie brudnych pieniędzy w Europie Wschodniej odbywała się pod patronatem Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Dziennikarze nazwali ją Laundromat. W latach 2011-2014 pieniądze wyprowadzano z Rosji pod pozorem wykonywania nielegalnych decyzji mołdawskich sądów” – twierdzi Radio Swoboda w materiale omawiającym aferę (http://www.svoboda.org/a/28380180.html). W schemacie brało udział dwadzieścia rosyjskich banków, w zarządzie jednego z nich, jak pisze „Nowaja Gazieta”, zasiadał stryjeczny brat prezydenta, Igor Putin.

    Dlaczego to wyszło dopiero teraz? „Nowaja Gazieta” (https://www.novayagazeta.ru/articles/2017/03/20/71828-landromat-prodolzhenie) rozgryza zagadnienie: „We wrześniu 2014 roku z Moskwy do Kiszyniowa z ważną sekretną misją przybyło dwóch ludzi. Podczas kontroli paszportowej zdziwienie mołdawskich funkcjonariuszy służby granicznej mogło wywołać to, że ich paszporty zostały wydane tego samego dnia przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych Rosji, i to w przeddzień ich przyjazdu do Mołdawii. Ale mołdawskie służby specjalne były uprzedzone o ich wizycie. Na gości z Moskwy oczekiwano i nawet wiązano z nimi pewne nadzieje. Młodzi mężczyźni (obaj byli niewiele po trzydziestce) nazywali się Aleksiej Szmatkow i Jewgienij Wołotowski. Obaj pracowali w zarządzie „K” Federalnej Służby Bezpieczeństwa, który zajmuje się kontrwywiadem w sferze kredytowo-finansowej. Szmatkow i Wołotowski mieli reprezentować FSB na wspólnej naradzie z mołdawskimi kolegami, podczas której służba rosyjska i służba mołdawska miały osiągnąć porozumienie o wspólnym śledztwie w sprawie jednej z afer z praniem pieniędzy na podstawie orzeczeń mołdawskich sędziów. Oficerom FSB podczas pobytu w Mołdawii towarzyszył człowiek z rosyjskiej ambasady. Po dwóch dniach Wołotowski i Szmatkow powrócili do Moskwy. Od tamtej pory, jak twierdzą mołdawskie władze, rosyjskie służby specjalne zaczęły utrudniać śledztwo, a mołdawscy politycy, którzy odwiedzali Moskwę, poddawani byli presji”.

    Jednak sprawie, jak widać, nie udało się ukręcić łba. W 2014 roku, kiedy rosyjscy dziennikarze z „Nowej Gaziety” opublikowali pierwsze wyniki swojego śledztwa, sprawa nie przyciągnęła takiej uwagi światowych mediów. Wtedy na topie były inne tematy. Ale teraz afera z przepuszczaniem brudnych rosyjskich pieniędzy przez banki współgra z innymi aferami: poczynaniami rosyjskich hackerów rozkminiających amerykańskie wybory, wyjawianiem ludzi w Białym Domu i okolicach, opłacanych przez Kreml i jego przybudówki, finansowaniem przez Putina różnych partii i polityków w Europie.

    Krytyk Putina, Igor Ejdman pisze: „Pochodzące z przestępstwa pieniądze to główny oręż tajnej wojny, którą Putin toczy przeciwko demokracji. Tych pieniędzy używa się w kupowaniu zachodnich elit, finansowaniu propagandy, manipulacji opinią publiczną, dla poparcia destrukcyjnych sił politycznych, organizowania ataków hackerskich, zbierania materiałów kompromitujących i szantażu wpływowych osób. Celem jest wzrost wpływów Putina w świecie, rozłam w UE i NATO, zniweczenie sojuszu Europy i USA, destabilizacja sytuacji w demokratycznych państwach. Teraz do najbardziej aktualnych tematów należą rozkręcanie histerii wokół napływu uchodźców do UE i rozdmuchiwanie nowego konfliktu na Bałkanach.  […] Niedawno podczas przesłuchań w amerykańskim Kongresie padło sformułowanie: środki kontrolowane przez Kreml są tak wielkie, że próba ich zamrożenia doprowadzi do „prawnego koszmaru”. Realne sankcje przeciwko putinowskiej elicie spowodowałyby nie tylko zawirowanie w sferze prawnej. Uderzyłyby też w interesy wielu zachodnich biznesmenów […]. I to na Zachodzie budzi trwogę. Ta sytuacja przypomina rozrastanie się nowotworu. Guz (putinowska korupcja) jest tak ogromny, że nie można go usunąć bez uszczerbku dla zdrowych części organizmu. Chory (Zachód) boi się tego i dlatego nie chce operacji. Ale jeśli interwencję chirurgiczną odkładać bez końca, to guz rozrośnie się jeszcze bardziej i chory po prostu umrze. Putinowskie brudne pieniądze dały już przerzuty – nie tylko w gospodarce, ale także w życiu politycznym wielu krajów. Jeżeli nie przeprowadzi się bolesnej operacji oczyszczenia od tych toksycznych wyziewów, to one zniszczą współczesne demokratyczne społeczeństwo. Zagrożeniem jest nie tylko nielegalne pranie brudnych pieniędzy, ale każde „legalne” przeniknięcie rosyjskich przestępczych kapitałów do krwiobiegu gospodarki światowej. Jedynym sposobem postawienia tamy temu procederowi jest wprowadzenie totalnych sankcji przeciwko całej putinowskiej skorumpowanej elicie. Tylko to powstrzyma pełzającą polityczną ekspansję Kremla”.

    Jak wynika z dziennikarskiego śledztwa, w schemacie Laundromatu umoczyły się zacne szyldy z dziedziny bankowości. Wśród banków, które obsłużyły blisko 70 tysięcy podejrzanych transakcji w schemacie Laundromatu, wymienia się takie tuzy jak Deutsche Bank, HSBC, Royal Bank of Scotland i wiele innych. Usłużne, na pewno zapewniające klientów o dyskrecji. Śledztwo pokazało to, co udało się wychwycić i udowodnić. A to zapewne tylko wierzchołek góry lodowej.

  • Czy ktoś pisał do pułkownika?

    14 marca. Zbliża się trzecia rocznica aneksji Krymu. Wiele z wydarzeń tamtych gorących, pełnych napięcia dni zatarło się już w ludzkiej pamięci. Nastąpiło też jakiś czas temu ustalenie kanonicznej wersji, przedstawionej przez prezydenta Putina. Wersja ta za jakiś czas zapewne będzie częścią hagiografii Umiłowanego Przywódcy i stanie się rozdziałem „krótkiego kursu historii Putinowskiej Rosji” przeznaczonym do studiowania w szkołach wyższych i niższych.

    Jednak na razie ciągle coś układa się w tej narracji wspak, inaczej, niż chcą mielić młyny rosyjskiej propagandy. Ostatnio takim niepokornym epizodem jest list Janukowycza do Putina, w którym ukraiński zbieg prosi o wprowadzenie na Ukrainę rosyjskich wojsk.

    Ukraińskie media przypomniały i opublikowały zdjęcia listu eksprezydenta Wiktora Janukowycza do rosyjskiego prezydenta Putina z marca 2014 roku, w którym prosi on o przysłanie na Ukrainę rosyjskiej armii. „Jako legalnie wybrany prezydent Ukrainy oświadczam – pisze Janukowycz – że wydarzenia na Majdanie, bezprawne przechwycenie władzy w Kijowie, doprowadziły do tego, że Ukraina znalazła się na progu wojny domowej. […] Pod wpływem Zachodu dochodzi do otwartego terroru i przemocy […] W związku z tym zwracam się do prezydenta Putina z prośbą o wykorzystanie Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej w celu przywrócenia praworządności, pokoju, stabilności i dla obrony ludności na Ukrainie”. Podpis. (http://korrespondent.net/ukraine/3802667-smy-pokazaly-pysmo-yanukovycha-k-putynu-o-voiskakh).

    To pismo, które na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Narodów Zjednoczonych 4 marca 2014 roku zaprezentował ambasador Witalij Czurkin (zdjęcie z tego wydarzenia można obejrzeć choćby na stronach BBC: http://www.bbc.com/russian/international/2014/03/140303_ukraine_russia_standoff_threats). Jest też dostępna depesza RIA Nowosti (https://ria.ru/politics/20140304/997988750.html). List miał posłużyć jako uzasadnienie prawa Rosji do wtrącania się w sprawy Ukrainy. O liście wspominał też Władimir Putin w wywiadzie dla telewizji RT: „Mamy bezpośrednią prośbę od legalnie wybranego prezydenta Ukrainy o wprowadzenie wojsk w celu obrony życia ludności”. A więc wtedy – trzy lata temu – i Janukowycz, i Putin, i Czurkin twierdzili, że list jest.

    Tymczasem Janukowycz pod koniec lutego tego roku wystąpił przed dziennikarzami i oświadczył, że nie prosił Putina i żadnego listu nie było. „To nie list (письмо), a oświadczenie (заявление). To po pierwsze. A po drugie, jest prawo. Ja nie zdradziłem mego narodu, próbowałem mój naród ochronić, powstrzymać bandy, które zabijają ludzi w Donbasie, taki był mój cel”.

    Na Ukrainie toczy się postępowanie przeciwko Janukowyczowi, w którym badane są okoliczności i zbierane świadectwa zdrady stanu. Według prokuratora generalnego Ukrainy Jurija Łucenki, „mechanizm wprowadzenia wojsk [rosyjskich] na terytorium Ukrainy został uruchomiony przez Kreml w grudniu [2013 roku], kiedy Majdan stał jeszcze w centrum Kijowa. W czasie wizyty Surkowa [Władisław Surkow – wysoko postawiony urzędnik Kremla, odpowiedzialny za operację „Krym i Ukraina”, pomysłodawca „rosyjskiej wiosny”] w grudniu już mówiło się o ewentualnej interwencji zbrojnej”.

    Tłumaczenie Janukowycza, że to nie był list, tylko oświadczenie, byłoby komiczne, gdyby nie było tragiczne.

    Wypieranie się istnienia pisma z prośbą o interwencję militarną wiąże się z niechęcią do ponoszenia odpowiedzialności za zbrodnie – twierdzi ukraiński dziennikarz Witalij Portnikow. – Wtedy, w 2014 roku, pismo było elementem propagandy, skierowanej do Rosjan, którzy mieli nabrać przekonania, że Ukrainę trzeba ratować z łap banderowców, którzy zasiedli na wysokich stolcach w Kijowie. „A teraz następuje chwila prawdy i oto okazuje się, że Janukowycz nie miał żadnych podstaw, aby zwracać się do obcego państwa o pomoc militarną. Taki list nie może być prawnym uzasadnieniem interwencji. Więc teraz Rosja i Janukowycz wybrały drugą taktykę: żadnego listu nie było”.

    Ta sprawa jest ciekawa z jeszcze jednego względu: podobne uzasadnienie militarnego wmieszania się w konflikt Putin zastosował względem Syrii. Opowiadał z zawodowo nieprzeniknionym obliczem, że – w przeciwieństwie do skleconej przez Amerykanów koalicji – Rosja ma pełne prawo do wojskowej obecności w Syrii, gdyż została o to poproszona przez legalnie wybranego prezydenta kraju, Baszara Asada.

    I jest jeszcze jedna okoliczność, która doskonale pasuje do mnóstwa teorii spiskowych, jakie towarzyszą licznym poczynaniom ekipy rządzącej Rosją. Witalij Czurkin, który w 2014 roku pokazał światu list Janukowycza, 20 lutego tego roku zmarł nagle w Waszyngtonie. Przyczyn jego śmierci oficjalnie nie podano. Nieoficjalnie w przeciekach mówiono o ataku serca. Miał 65 lat.

  • Rosyjska kapela w Waszyngtonie

    12 marca. Po euforii związanej z wygraną Donalda Trumpa i krótkim okresie, gdy w Moskwie przeżywano przyjemne podniecenie przed spodziewaną już wkrótce pierwszą randką, w rosyjskich mediach nastąpiła pauza. Temat USA i nowego prezydenta przycichł. Po pierwszej rozmowie telefonicznej Trumpa z Putinem, pokazywanej jako dowód niesłychanego zainteresowania gospodarza Białego Domu gospodarzem Kremla, propagandyści nabrali wody w usta. Ciekawym przekazem medialnym kremlowskich tub propagandowych ostatnich tygodni była jedynie sugestia, że ujawnione przez WikiLeaks materiały dotyczące hackerów i narzędzi stosowanych przez CIA wskazują, że komputery i serwery Partii Demokratycznej mogły być zhackowane przez samych Amerykanów, a nie rosyjskich rycerzy myszki i klawiatury. Rewelacje WikiLeaks zostały prześmiewczo odnotowane w mediach społecznościowych, które kolportowały rysunek przedstawiający defiladę na placu Czerwonym w Moskwie. Wśród dzielnych pancerniaków i pilotów maszerowała przed trybuną honorową również kolumna WikiLeaks.

    Ciekawe spojrzenie na to, co działo się za kulisami przygotowań do elekcji nowego amerykańskiego prezydenta, przedstawił w rozmowie z portalem online.ua politolog Andriej Piontkowski. Piontkowski od dawna należy do obserwatorów krytycznych wobec polityki Putina, w odniesieniu do rządzącej ekipy używa stale nomenklatury mafinej. Putina nazywa „pachanem”, czyli mafijnym bossem, capo di tutti capi. Kilka miesięcy temu w obawie o własne życie Piontkowski wyjechał z Rosji. Zacytuję kilka fragmentów rozmowy odnoszących się do Ameryki i prezydentury Trumpa.

    „Putin przegrał Ukrainę. Aby to przykryć, pognał na Bliski Wschód, gdzie zarobił następne punkty jako zbrodniarz wojenny. Kolejną jego porażką było postawienie na Trumpa. Teraz Waszyngton oczyszcza się od „rosyjskiej kapeli”, agentury Putina. Nadzieje na wielki geopolityczny deal, w ramach którego można by Ukrainę rzucić na kolana, rozwiewają się. Trump niepokoi się o swoją polityczną przyszłość. Ażeby utrzymać się u władzy, musi pędzić przed Putinowską lokomotywą. Rosyjska elita czuje to, przecież ci milionerzy potrzebują roboczych stosunków z Zachodem, gdzie znajdują się ich aktywa. Teraz stosunki są kiepskie, aktywa pod znakiem zapytania. […] Trump musi brać pod uwagę to, że cały amerykański establishment nastawiony jest przeciwko Putinowi. W tej atmosferze Trump nie może zawrzeć układu z Putinem”.

    „Trump [podczas kampanii] był manipulowany przez agentów Putina: Kissingera i Simesa. Powtarzał głupoty o wspólnej walce z Państwem Islamskim i o tym, że Rosja może pomóc w rywalizacji z Chinami i Iranem. Tych bredni nie powtórzył już, kiedy występował w Kongresie, słowo Rosja ani razu tam nie padło”. Temat agentury Putina Piontkowski rozwinął na portalu Kasparov.ru: Lobbing agentury Putina prowadzony był po to, aby „sformułować przyszłą politykę Trumpa wobec Rosji. Przez cały 2016 rok zajmowała się tym intensywnie grupa szanowanych waszyngtońskich uczonych mężów, którzy od dawna obsługują kremlowskie interesy. Istota Putingate nie polega na dużej liczbie kontaktów ludzi z obozu Trumpa z Kremlem, a na narastającym przez cały 2016 rok podobieństwie poglądów Trumpa na politykę zagraniczną z księgą życzeń Putina [pod adresem Ameryki]. Centralną osobą, duszą i mózgiem kremlowskiej operacji Trumpnasz jest szef Center for the National Interest Dimitri Simes, w czasach sowieckich Dmitrij Simis”. Simes/Simis wyjechał do Stanów w 1973 r. jako dysydent. Zdaniem Piontkowskiego, jego zadanie polegało na rozmiękczaniu amerykańskich kolegów ekspertów i narzucaniu im opinii, korzystnych dla Kremla. Simes wykonywał niezbyt skomplikowane zadania do 2013 roku, do bostońskiego maratonu. Zamach braci Carnajewów (po powrocie starszego Tamerlana z ośmiomiesięcznego przeszkolenia w Federalnej Służby Bezpieczeństwa) stanowił początek nowej epoki w formowaniu wpływów kremlowskich operatorów na zachodnie społeczeństwo i elity. Putin i Bortnikow (szef FSB) wysłali Carnajewa do USA, aby przekonać Amerykanów, że muszą współpracować z Rosją. Administracja Obamy nie ośmieliła się spojrzeć prawdzie w oczy – ta wersja wydawała się zbyt potworna i wymagała wyciągnięcia zbyt daleko posuniętych wniosków. Współpracujcie z nami albo nadal będziemy was wysadzać w powietrze – taki sygnał płynie z Moskwy po każdym większym zamachu. Kremlowska mafia niemal otwartym tekstem proponuje Zachodowi „kryszę”, zabezpieczenie przed zamachami. Na swoich warunkach, rzecz jasna: nowa Jałta, podział stref wpływów, uznanie dominacji Rosji na terytorium b. ZSRR. Do zadań Simesa i innych podobnych mu przysłanych lub zwerbowanych w USA ekspertów należało przedstawienie tego programu Putina jako zgodnego z american national interests. Trump, człowiek niespecjalnie orientujący się w kwestiach polityki międzynarodowej, […] nadawał się do tego jak nikt inny”. W urabianiu Trumpa brali udział dawni płatni agenci Kremla Manafort i Page. Trump zgodził się wygłosić ważne przemówienie w trakcie kampanii 26 kwietnia w centrum Simesa. Podczas tej imprezy Simes zapoznał Trumpa z ambasadorem Rosji USA Kislakiem, „który potem stał się w Waszyngtonie toksyczną supergwiazdą. Ale prawdziwym szefem operacji Trumpnasz był nie Kislak, a właśnie Simes. Już po 26 kwietnia sztab Trumpa zaczął lansować tezę, że Rosja i USA mają strasznego wspólnego wroga: islamski terroryzm, wspólna walka wymaga zaś poprawy stosunków dwustronnych. Kolejne wypowiedzi Trumpa szły jeszcze dalej: połączenie wspólnych wysiłków w walce z Państwem Islamskim jest konieczne, należy machnąć ręką na pomniejsze rozbieżności i połączyć się z Putinem. „Pomniejsze rozbieżności w ich języku to znaczyło na przykład oddać Ukrainę Putinowi. A potem Trump mówi, że NATO jest przestarzałe, że przyłączenie Krymu do Rosji niekoniecznie było aneksją. Putin chwali Trumpa. Trump chwali Putina. […] W wyborze Trumpa Putin dostrzegł szansę na główną wygraną. Rezygnacja USA ze wsparcia jakiegokolwiek członka NATO oznaczałaby koniec Sojuszu i koniec USA jako światowego mocarstwa”.

    Deputowani Dumy spełniali 9 listopada toasty szampanem, Simes napisał artykuł, wskazujący na zgodność linii poprawy stosunków z Rosją z amerykańskimi interesami bezpieczeństwa narodowego. „Ale Na Kremlu nie zrozumiano jednej ważnej sprawy: zanieczyszczenie mózgu niezbyt pojętnemu człowiekowi i osadzenie go na fotelu prezydenckim nie jest równoznaczne ze zmianą kursu polityki USA. W rozwiniętej demokracji działa system, który nie pozwala na takie manewry. Wpływowa grupa republikańskich członków Kongresu występuje przeciwko putinofilskim fantazjom Trumpa […] Operacja Trumpnasz nie powiodła się”.

    Piłka nadal jest w grze. Choć o przygotowaniach do szczytu Trump-Putin na razie niewiele się mówi i niewiele widać konkretów, to przygotowania się toczą. I zapewne do spotkania w perspektywie kilku miesięcy dojdzie. O czym, a zwłaszcza jak panowie porozmawiają, obaj pewnie jeszcze nie wiedzą. Figury na szachownicy szybko się poruszają.

  • Działka w Toskanii, czyli Eine Kleine Dimongate

    3 marca. Niezły gust ma premier Rosji Dmitrij Miedwiediew. Można się o tym przekonać, oglądając film wyprodukowany przez Fundację Walki z Korupcją (FBK) Aleksieja Nawalnego: https://www.youtube.com/watch?v=qrwlk7_GF9g&feature=youtu.be .

    Dziennikarstwo śledcze w Rosji zostało dawno temu, na początku prezydentury Putina zepchnięte do narożnika, a potem na wszelki wypadek wyrwane z korzeniami i wypalone czekistowskim napalmem. Gdy wydaje się, że rządzące Rosją stowarzyszenie sytych sumów i kotów ma wszystko pod kontrolą, że nikt nie podskoczy, nikt nie ośmieli się zajrzeć za kulisy, wyciągnąć na światło dzienne niewygodnych grzechów i grzeszków, jednak znajduje się ktoś, kto dociera w ciemne zakamarki i opinia publiczna jednak się dowiaduje – jeśli nie o wszystkim, to przynajmniej o wielu sekretach grupy trzymającej władzę. A to Panama Papers oświetla ciemne biznesy utalentowanych wiolonczelistów (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/04/26/partita-na-brudna-wiolonczele/), a to grupa Bellingcat identyfikuje załogę Buka, z którego najprawdopodobniej zestrzelono samolot Maleysian Airlines nad Donbasem, a teraz FBK pokazuje wyniki kolejnego śledztwa dziennikarskiego. Wcześniej fundacja opowiadała m.in. o willi rzecznika Putina za grube pieniądze, o których uczciwy polityk czy urzędnik nie mógłby nawet marzyć. O pałacach Putina, a także o działalności córki prezydenta i jej zdolnego męża. O prokuratorze generalnym, jego synalkach i ciemnych biznesach. I o wicepremierze, który dziwuje się, że ludzie kupują sobie kawalerki ze ślepą kuchnią o powierzchni 19 metrów kwadratowych, a sam ma apartamenty w Londynie i Moskwie o rozmiarach średniego lotniska. A także o licznych zastępach deputowanych, którzy na co dzień nauczają społeczeństwo z ekranu telewizora o upadku moralnym Zachodu, a sami z upodobaniem nabywają w tej zgniliźnie nieruchomości i otwierają konta bankowe.

    Najnowsza publikacja Nawalnego dotyczy Dmitrija Miedwiediewa. Według FBK, wykorzystując fundacje i zaufane osoby (słupem Miedwiediewa jest niejaki Ilja Jelisiejew, znajomy ze studiów), Miedwiediew obraca milionami rubli pochodzącymi z renty korupcyjnej. Rezydencje pod Moskwą, w okolicach Soczi, luksusowe jachty, posiadłość w rodowym gnieździe, winnice w Kraju Krasnodarskim, a także w Toskanii. W detaliczny wywód Nawalnego, który opowiada o skomplikowanych węzłach powiązań, umożliwiających dokonanie odpowiednich operacji, wpleciono fragmenty wypowiedzi Miedwiediewa zapewniającego o woli zwalczania korupcji.

    Cała kasta putinistów faktycznie walczy z korupcją od świtu do nocy co sił w rękach i kieszeniach. Nikt nie zaprzeczy. Wszyscy wiedzą, że oni walczą. Choć Miedwiediew do tej pory nie wyrywał się jakoś przed szereg innych walczących. Nawet w okresie, gdy był prezydentem, niektórzy mieli nadzieję, że jest z innej gliny, że wprowadzi zapowiadaną modernizację i liberalizację. Zawiódł te nadzieje na całej linii, ale nawet potem też nie był postrzegany jako zachłanny skorumpowany ssak bogacący się na rencie korupcyjnej. Mówiono o nim z lekceważeniem „Dimon”, podśmiewano z tego, że lubi gadżeciki, instagramy i fajne buty, że nieustannie przysypia na bombastycznych politycznych rytuałach. A tu, proszę bardzo, okazuje się, że chłop ma łeb na karku i potrafi kręcić lody.

    Sensacyjnych wyników śledztwa Nawalnego nie dostrzegły rosyjskie media – ani telewizja, ani czołowe dzienniki. Zainteresowały się tym gazety opozycyjne, ale też dość powściągliwie. Rzeczniczka premiera Natalia Timakowa zachowała olimpijski spokój: „Materiał Nawalnego nosi charakter przedwyborczy, o czym on sam mówi […] Komentowanie wypadów opozycyjnego i skazanego człowieka, który oświadcza, że prowadzi jakąś kampanię wyborczą i walczy z władzą, nie ma sensu”. W podobnym duchu wypowiedział się sekretarz prasowy prezydenta: „To już nie pierwszy przykład twórczości tego znanego, skazanego obywatela”. Jednym słowem – totalne desinteressement.

    Wrze natomiast w mediach społecznościowych. Film udostępniony w kanale youtube obejrzało do tej pory 3 miliony 530 tysięcy ludzi.

    Wielu komentatorów powątpiewa, czy tak zwane szerokie masy społeczeństwa w ogóle zainteresuje materiał o kokosach premiera. A nawet jeśli zainteresuje, to czy oburzy. Może i wręcz przeciwnie – Miedwiediew zacznie być bardziej poważany, bo też potrafi tak się dobrze urządzić jak inni na piedestale władzy. Władza tak może i nawet powinna – takie jest tradycyjne nastawienie. Dzisiaj ośrodek badania opinii publicznej WCIOM opublikował badanie dotyczące oligarchów – okazuje się, że większość społeczeństwa chce wywłaszczenia oligarchów, którzy się wzbogacili w latach dziewięćdziesiątych. Ale oligarchowie to oligarchowie, a umiłowani przywódcy to umiłowani przywódcy. To inna sprawa.

    Kiriłł Szulika napisał: „Miedwiediew nie jest śmieszny, a smutny. To, że przez cztery lata grzał fotel, a potem go oddał z powrotem, związane było nie z jego miłością do Putina, a z tym, że wszystko ma swoją cenę. Nawalny i jego FBK pokazali, ile ta usługa była warta. […] To się nazywa korupcja. To powinna być główna wiadomość teraz w Rosji. Od tego powinny się zaczynać wszystkie programy informacyjne i publicystyczne, prezydent powinien wygłosić orędzie do narodu, zawiesić premiera przynajmniej na czas sprawdzania wszystkiego. Ale w Rosji jest inaczej”. A Grigorij Paśko szuka drugiego dna: „Wiem co nieco o dziennikarstwie śledczym. Dlatego zdaję sobie sprawę, że zebranie tylu dokumentów, potwierdzeń, poświadczeń, fotografii – to zadanie nie dla jednej osoby. Nawet jeśli Nawalny ma FBK, to nie wystarczy. […] Choć imponująca objętość infy o cudaku nazwiskiem Miedwiediew zrobiła na mnie wrażenie, to nie mogę uwolnić się od myśli, że tego cudaka ktoś chce się pozbyć”. Inni komentatorzy wskazują nawet konkretnych ludzi zainteresowanych „spaleniem” Miedwiediewa: jakoby w konflikt premier popadł z Sieczinem i jego zięciem. Kontekst wyborczy też jest brany w komentarzach pod uwagę – że niby to projekt Kremla: wywindować Nawalnego i uczynić z niego sparring partnera dla Władimira Władimirowicza. Strasznie to wszystko zakręcone.

    Tymczasem Putin szukał samotności w tajdze podobno. Miał ze sobą jedynie walizeczkę atomową i środki specjalnej łączności.

  • Czkawka po Jukosie

    1 marca. Od kilkunastu lat młyny Putinowskiej Rosji mielą temat koncernu Jukos i jego kierownictwa. Preparowane są coraz to nowe zarzuty. Śledczy biorą pod światło coraz to nowe okoliczności i działalność osób związanych z Michaiłem Chodorkowskim i jego niegdysiejszym koncernem.

    Wczoraj miała miejsce rewizja w domu znanej dziennikarki, obrończyni praw człowieka, współpracującej z fundacją Chodorkowskiego Otwarta Rosja, Zoi Swietowej. „Oni mnie po prostu oszukali. Ktoś zadzwonił do drzwi. Zapytałam: kto? Powiedzieli, że przynieśli wezwanie na przesłuchanie. To ja poprosiłam, żeby zostawili w skrzynce na listy. Ja dopiero się obudziłam, czułam się kiepsko, byłam w piżamie. Ale tamten ktoś za drzwiami powiedział, że muszę mu się podpisać. Nałożyłam szlafrok i otworzyłam drzwi. Jak tylko otworzyłam, zaraz wbiegło do mieszkania kilka osób. Nie chciałam nikogo wpuszczać do mieszkania, domagałam się obecności adwokata. Próbowałam ich wypchnąć za drzwi, nawet jednego śledczego podrapałam. […] A oni mi na to: Musimy wejść, zrobić rewizję. Wreszcie przyszedł adwokat, nawet kilku”. Rewizja trwała prawie jedenaście godzin. Przeprowadzało ją dwunastu śledczych.

    Czego szukali? Według adwokat Anny Stawickiej, śledczy skopiowali zawartość komputerów, przeglądali dokumenty, książki, czytali korespondencję. „Śledztwo twierdzi, że ze środków, które kierownictwo Jukosu ukradło, finansowane są teraz różne organizacje, osoby, w tym Zoja Swietowa”. Organy zapewniły, że rewizja nie jest związana z pracą dziennikarską ani z działalnością Swietowej na rzecz obrony praw człowieka: „Chodzi wyłącznie o sprawdzenie okoliczności legalizacji środków ukradzionych przez Chodorkowskiego i innych”.

    W czasie, gdy trwała rewizja, pod drzwiami Swietowej zebrało się kilka osób – kolegów opozycjonistów. Nie zostali wpuszczeni do środka. „Smutne to wszystko, przypomina mi się, jak w latach siedemdziesiątych przychodziliśmy do przyjaciół, w których mieszkaniach przeprowadzano rewizje” – napisał jeden z nich, dziennikarz Aleksandr Podrabinek. Rzeczywiście, klimaty znane wszystkich sowieckim dysydentom.

    Stowarzyszenie Memoriał przypomniało, że trzydzieści lat temu w mieszkaniu rodziców Swietowej, pisarzy i obrońców praw człowieka, też odbyła się rewizja. Na podstawie zarekwirowanych materiałów rodziców aresztowano, a następnie skazano za pisanie o tym, że „do więzień trafiają niewinni ludzie”. W latach osiemdziesiątych to wystarczyło. Wsadzali za rzekomą obrazę majestatu partii komunistycznej. To się nazywało „oczernianie władzy”. Memoriał przypomniał jeszcze jedną ciekawą okoliczność: przewodniczącym składu sędziowskiego, skazującym rodziców Swietowej, był Wiaczesław Lebiediew, obecnie prezes Sądu Najwyższego. Sztafeta pokoleń.

    Swietowa jest przekonana, że rewizja ma zastraszyć ją i jej współpracowników. Zamierza się odwoływać.

    „Znienawidzonemu Chodorkowskiemu Kreml po raz kolejny przypomniał, że w jego drużynie nie ma nietykalnych i technologie szantażu w dialogu z nim Kreml będzie wykorzystywać bez żadnych ograniczeń” – napisał w komentarzu Ilja Minsztejn.

    Wydaje się, że sprawy Jukosu będą się ciągnąć w nieskończoność. Chodorkowski, który ma za sobą długą odsiadkę w koloniach karnych, a teraz cieszy się wolnością w Szwajcarii po ułaskawieniu przyjętym z rąk Putina, z sarkazmem patrzy na te odgrzewane kotlety śledczych. „Putinowski serial Santa Barbara – tak wiele już sezonów. Ale przecież kiedyś zejdzie z ekranów. A Rosja musi trwać”.